Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Wkurwiłem się

Ja dla waszej przyjemności nie piszę. Wybijcie to sobie z głowy, przypadkowi czytacze. A liczba dotąd Was była, 63, sierpnia, trzeciego dnia. Piszę dla nich, upadłych, zranionych. Toksycznych, jak ja. Złamanych Aniołów. Diabłów wcielonych. Z walizkami pełnymi złych dni, trupów własnych siebie, cieni. Żyjących i odeszłych. Nie na kółkach, ale tych starych, ciągnionych, do Auschwitz-Birkenau. Gdzie zabili ukochaną siostrę dziadka, przyrodnią. W pierwszym transporcie. Z Truskawca, w gaz i piach. Bo miała depresję i była Polską, Übermensch? Bił jej duch lagami, po domu gównianym, bo dwór zapadły, zabrał Car. A matka jej była córką rabina. Mezalians to mało, za dużo na Młodą Polskę. Biała jak len. O czym nie wiedział nikt. Jakubowska. Trzy małżeństwa. Pięcioro rodziców, dzieci trzynastka. Łatwo było się zgubić.

Tak wam się wydaje, że każde słowo może być naszym ostatnim? Nie Legionami myśmy, zwyczajny, zaściankowy, podły, świński ród. Ruscy. Polaki, Litwini, Niemiaszki, Żydzi. LGBT. A niech żesz Was. Szlag i mosiądz. Jeden dziadkowy kuzyn Sturmbannführer. Zginął pod Mińskiem, Austriak, przepraszający. Drugi Enkawudzista z lampasami, pułkownik, nakazujący, a był szwoleżerem rokitańskim. Wiecie co to? Googlujcie. Nikt nie wie jak skończył?

Te komentarze? Co ja mam wam odpisać? Po to jest Dupa i mam to. Kurwami lekko rzucam. Kurew niemało. Taki jest ten, jebany świat. Nic o nas, bez nas. Nic o was bez was. Ani teraz, nie wówczas. Nie Kurwa Mać dla nas. Nas już nie ma. Rozpływamy się jak lód, w letnie miesiące. W tych małżeństwach, ze złotem, nie ich. Waszym, nam zabranym. Oszołamiające? Nie z soli. Tak? Nie. A może? Z różańcem na szyi i alejkum salam, bo mam Tatarów, w genach i powiekach?

Bo nam nie wolno pisać? Nie wolno nam wołać? Bo może chory? Ma gorączkę, bo stylizuje? Nie muszę. Wielu tak mówi, każdego dnia. Nie wywodami, z pierwszego pokolenia inteligenckiego cynizmu. Wyższości, nie grzeczności. A tego, Wam akurat brak.

Bo mi w mordę wolno? Ale nie Wam? Nie Poniński ja jestem, nie inny śmieć. Bo powolnym zniknij, zamilcz, nie będzie i mnie. Jak Was, Moi drodzy.

Po co ja się wysilam? Bo na ulicach bezdomnych, chcenia, nas nie dostrzeżesz. I tyle. I już. Kropka.

Kategorie
Uczucia Życie

Ojciec

Mój ojciec był szczurem. Miał tę zdolność przetrwania, której nie posiadł żaden z nas. Siedział w pierdlu, za siostrę. Manko, socjalistycznej ajencji. Babka ją kochała najbardziej, z wielorga. Więc on się podłożył. Dla matki i niej. Złamali mu życie. Potem i mnie. Zdechły. Babka staro, a walczyła jak mężczyzna, w AK. W lasach Janowa, wytargała męża z błota. Nadludzkim wysiłkiem. Zabijając SS-manów nad jego głową. Nie dostała Virtuti, bo ratowała dziadka. Poza tym był faszystą, ONR. Gdy ją rozbierali do trumny, miała przy sobie pistolet. Naprawdę. Siostra młodziej. Zjadł ją rak. Byłem i widziałem, nie odczułem żalu. Dobrze kurwo ci tak, myślałem, gdy ledwie łykała tlen. Stałem nad nią. Uduszę cię. Nie. Zamęcz się. I tak się stało. To przez nią mam rodzeństwo, duchowe. To ona namawiała, jak namówili mnie, bym odrzucił, Tą.

Mój ojciec był wierny. Był psem. Kochał matkę, tylko ją. Ona o tym wiedziała. Więc nawiedzała go. Gdy czegoś chciała. Ona też tylko jego kochała, choć był rozwód, a końca nigdy nie było. A z nimi ja. Znosiłem ich intymne chwile, tuż obok. Bo były powroty i jego nadzieje, jej zabór. Ja nie umiałbym. Cóż. Oni to oni, ja, to ja. Mam więcej wstydu, choć bezwstydnie żyłem.

Mój ojciec był dobrem, zaklętym w źle. Nauczyli go w więzieniu grypsery. Był sędzią, nawet w porachunkach, morderczych skazańców. Zabijali się, na mocy jego wyroku. Straszne. Wiem, że się bał. Powiedział mi. Mamy skłonność podobną. Do wódki. Jednak on musiał, ja tylko chcę, gdy chcę. On nie mógł inaczej. W tym byliśmy nietożsami. Po wynurzeniach ojca, nie zostałem prawnikiem, byłbym jak on. Zawsze wątpiący. W siebie. I wyrokowanie.

Mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki. Był magiem. Przemoc, to była domena matki. Bluźnierki. Pizdy. Nauczycielki. Kłamcy i pchły. Jakże mnie biła, z wypiekami na pryszczatej twarzy. Czarował, innych i mnie. Tak słowa obracał, jakby tylko on znał ich sens. Tak pięknie mi czytałeś. Tato. Gdzie ty jesteś, w zaświatach? Tak rzadko o tobie śnię. Dobrze Ci tam? Czemuś to ty odszedł, nie z nazwy rodzicielka, Jagusia, Jagoda, twój narkotyk?

Mój ojciec miał błękitne oczy. Jak anioł. Patrzył nimi na wskroś. W złości stawały się granatowe, prawie. Przepraszam cię stary, postawię ci lepszy pomnik. Nie ten, byle jaki. Batowicki, nie Rakowicki. Dzwoniłem do ciebie. Który to raz? Jak popiję, tak mam. Szlocham, ty nic. Jakbyś się zapadł pod ziemię, gdzie pewnie pozostały po tobie kości.

Tatuś. Ja mam przejebane. Brakowało mi ciebie, gdy byłeś. Jak cię nie ma, brakiem staje się grób. Tato mój.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Doceńcie

Gdybyście. Zostawili mi miejsce, dla mnie, nigdy nie odczuł bym gniewu. Stałbym, lub siedział, leżał, latał, na Boga, byłbym niewidoczny. Macie te kłótnie, bardzo Polskie, bo kiedyś Szlachcic, to nie Wół. W dzisiejszym świecie, tyracie gorzej, w pokorze. Nie jecie z Panem kaszy, jedną łyżką, z jednej miski. Jecie chętnie ziemniaki, z obcego talerza. Nie wołem jesteście, zbieraniną Kóz i Móz.

Ja w tej Belgii dorobię się grosza. Nawet trafię na szczyt, jeśli dopomóż mi Bóg. Bóg daje dużo. Ten najwięcej. A daje każdy, bóg. Wystarczy poprosić. Nie wywyższać. Bo mnie się należy. Niestety nie. Nie ma synów marnotrawnych. Są synowie i grzech. A to, nic więcej niż błąd. Przyznaj się, nie zgrzeszyłeś? Tak, to było. I wybacz, to wybawienie, prostych słów. Nie wbrew, ale na wprost. Ścieżek równanych, od wschodu, do każdego dnia końca. I córek, dokładnie tak samo.

Widzicie. To najbardziej mnie męczy, że sprzedajność i niewolnictwo, to ten sam dzisiaj chuj. A to nieprawda. Sprzedajność to praca, niewolnik to rzecz. Szacunek, tak. Pokora tak. Poniżenie, nie. Co to jest za czas, gdy Dziwka jest bardziej szlachetna, bo może chce, niż Właściciel, muszego móc i chcieć? Wybaczcie. Bawię się językiem. Nie mogę tylko o kochaniu. To przepadło. Już nie muszę krzyczeć. Gołębie gardłują tak samo. Będę z nimi, w ciszy trwać.

Przestępstwem nie jest jego uznanie. To wybór. Nie przyłapanie i kara. To całkowicie, robię, nie. Prawem nie jest kierunek, jest nim wola. Za dobrem, a jak nie, to za złem. W szarości jest łatwo. W bieli trudniej. W czerni, wszystko jest wybaczone, aż czerń powie dość. Taka to czarna. Śmierć.

Ja niczym nie jestem więcej, niż łajnem. Wypachnię się, nawiozę sobą pola. Posadzicie na nich bratki, pszenicę i lasy. Nikt za mną nie jęknie. Nawet ja. Bo takimi jesteśmy. Pożywką. Zdarzają się wyjątki. Na ich przykładzie będą czytania i łzy, gdy trafi ich moment ostatni. Dla reszty. Świt i zmierzch. Kierat i marzenia. Udało się im, kto wie? Uda się mnie.

Okropny tu gorąc. Leje mi się z dupy, jaj. Wyślizgnął mi się kutas, gdy podniosłem sedes. Dalej siedzę w robotniczym ubraniu, nad nim okrakiem. Wpadłem w dziurę. Ktoś przesunął coś, poleciałem jak wór. Noga spuchnięta. Szkoda, że to nie dla Ciebie. Zadzwoniłbym. Poskarżył się.

Gdy już się spotkamy, przypadkiem, nie powiem Ci, że wrzeszczałem do wzniesień karpackich, że nienawidzę Cię. Będę jak spodziewają się ludzie, w ich sile i uproszczeniu kieliszków i miejsc. Kulturalny będę, jak zazwyczaj. Było, nie było. Taki los. Zmęczę się. Twój mąż i nie moje dzieci, z Tobą. Pogratuluję. Nie powiem, że wiem wszystko. Umownie, ucieszę się.

Mam to w dupie.

Wyzwalam się. Nie tak, od razu. Zmieniam styl. Doceńcie. Znów idę pić. E. Nie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Się pożegnać

Przyjdzie nam się pożegnać. Może na dzień. Kto wie, na zawsze. Pisanie się takie, kończy. Ni to poezja, nie proza, z pewnością to nie był list. Do Ciebie. Powoli już zamykam karty tej bajki. Nie, że chcę. Zmusiłaś mnie, nic nie rozumiejąc. Ostrzegłem Cię. Mój stres. Nierozwiązywalnie pourazowy. Dopadł mnie. W najbardziej nieodpowiednim czasie. W tamtą ciemność przyszedłem. Po złym filmie. Powiedziałem, zapłakałem. Wypiłem. Chciałem. Musiałem. Niewybaczalnie. Prawdziwie.

Pisałem o Ciotce. Jest bardziej toksyczna, niż kiedykolwiek będę. Rozerwała by Cię na strępy, twoich i moich usiłowań, bycia jak ona i to na pokaz, aj. Tylko ja z nią się spotykam. Jak mnie rodzina ją wyklęła, bo naszych słów nie chce nikt. Tylko, że ona jest Panią Ruską, a ja nikt. Przeżyła Syberię i Wołyń. Czeka na męża, a wie, że zaginął pod Monte Cassino. Dzielą nas pokolenia, a jakby nawet nie pół. Kiedyś powiedziała mojej, kiedyś najbliższej, że woli zjeść ze stołu kurz, niż usiąść z nią do niego, a trzymała ją do chrztu. Tylko ona tak mówi, jak ja. Dobrze, choć źle. Nie zjem i ja, nie pogodzę się. Nie. Ciotkowy wózek drewniany i jej laska, z głową żyda, jako gałka. Skandale, sensowny rasizm i wyższość, romanse i dystans. W każdym geście Dama. Ale uwolniona, rozsypujący się, cudowny potwór.

Powrócę. Nie powrócę. Nie jesteś piękna, ale za młoda. To nigdy nie był powód. Masz czar i ja go mam. Jesteś zwyczajna. Jak ja i każdy, po drodze spotkany liść. Nie zrobiłem ja tobie nic, nawet słowami, gdyś się prosiła, koło ciał, ciało i natrętność. Nie moja byłaś. Swoja. Tak i ja. I tak ma być.

Od poniedziałku mam gimnastyczną prawie pracę, ciągnąłem kabel grubszy niż moje przedramię. Przez kilka pięter. Okazało się, że żadni z nas robotnicy. Politolog, geodeta, ekonomista, prawnik, zoolog i były mnich, wyświęcony, uciekinier jak ja, ale z klasztoru. Tylko ja chcę taki pozostać. Tylko mnie to nie przeszkadza. Im tak. Wiem, że zaczynam ponownie. I zrobię, to co chcę.

Śniło mi się, że zginąłem. Przygniótł mnie wielki ciężar. Chciałem uciekać. Była jakaś światłość. Usłyszałem. To tak jest i zerwałem się na równe nogi. Nie powolnie, wyrywając się, mozolnie, z koszmaru. Lekko, jakbym przeżył, błyszczący.

Za tydzień urlop. Nie spotkam córki. Wakacje. Nie spotkam Onej. Będę unikał ulic i miejsc. Będzie dentysta, fryzjer, zbadam żołądek, kilku pozostałych spotkam, czas na nic, poprawię ten blog. Te literówki i niezgrabność mnie osłabia. Stanę pod domem rodzinnym, wzruszę się i ramionami, spacerem powolnym dojdę do siebie. Tam otworzę garaż, z do siebie został on. Zabiorę kilka książek. Wejdę na kopiec. Porozglądam się, jak daleko mogę, zobaczę Tatry. Pożyczę samochód, zbiorę grzybów kosze, za Kasiną. Krzyknę: wypierdalaj mi z serca i nie chcę Cię znać. Kochałem. Raz. Ciebie. I lubię, nienawidzę i cieszę się. Odkocham się? Jezu, w Miłosierdziu! Daj mi to!

Kategorie
Życie

Polesie

W tym. Tym, jak dotąd nigdy. Dniu. Dalekim od miejsca, gdzie stopą dotykasz, ziemską Polskość. Wypatrzyłem się. Prawdziwie. Sprawy sobie zdaniem, zdolnością. Nie będziesz już moja. Ja nie będę twój. Zrozumiałem. Nie stało się. Nie zrobiłem tego. Margo. Upiłem się. Ale nie mogłem. To jeszcze nie nagość. Nie to. Rozerwałem i rozpostarłem mój strach, jak reklamówkę, gdy pada ulewnie.

Kochanie, bez kochania. Wzlataj daleko, poza sensu kreskę. Nie moją. Gdy będzie, co ma być. Nic ci nie powiem. Marny jestem. Wiesz? Tym sposobem nie ma, nigdzie.

Rozwieś się. Włosami długimi. Sięgnij nimi po horyzont, nawet za. Oplotą mi żałość. Nie zadzwonię już. Nie upokorzę i postaram się. Chciałbym wiedzieć, że jesteś. Ale zadzwonił przyjaciel. Cieszy się, że mi cię zabrał, jak wszyscy przeciwni. Mam poczekać, podobno tak jest, przejdzie mi. A ja nie chcę. Wężem się stanę, w sadzie jabłecznym.

Nowa praca. Wywalczona podwyżka. Jestem cały w sińcach. Czołgałem się, upinając kable. Równiutko. Jak okiem sięgnąć. Patrzą na kolczyki. Na mnie. Ciężko. Wypiłem tej wódki wczoraj litr, ciut nawet więcej może. Taka noc. Jak nigdy. Nie mogłem ustać. Był test BHP. Nie rozumiałem, co mówił Francuz. Mnie było by wstyd. Zasypiałem miła.

Muszę cię wyrwać, chwaście, ty mój. Jak już to zrobię, pojadę w Bieszczady. Wynajmę pokój od czarownicy. W bruzdach. Dosiądę jej karego, jeszcze go ma. Do rzeki. Stara da mi szablę, oficerki, błyszczące, jak słońce, siodło i koc. I mój paleczny znak. Trzyma go dla mnie, schowany pod Matką Boską. Ostrobramską. Będę na tydzień Leliwą i Janiną, Aostą nawet, w praw. Obmyję się z ciebie. Z czasu, gdzie urodziłem się, dwieście lat za późno. W rocznicę, Carycynej zdrady. Ciotka z Poleskim, ty Poliak, aj Biała ja, przytuli i siądzie do pianina. Wyklepie mazurki. Założy kapelusz. To od hrabiny. Wiem. Pamiętaj. Lepszyś. Tylko szkoda tej Sawojanki. Finki też. Wszystkich. A tej teraz, piękna rodzina. Miałbyś chociażby ją. Dla siebie. Źle słuchasz. Głupiś. Wiem ciociu. Ja to wszystko wiem.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Krzyż

Wkurwia mnie to pisanie. Wolałbym mówić. A nie mam do kogo. Mowa wymaga przestanku. Na zebranie słów. Ze sobą mogę prowadzić potyczki, pisząc poprawiam, a w nich są one, nie ja. Zazdroszczę wam czasu. Te tyrady na cale, na strony, na metry. Lata nade mną mucha. Musi byś duża, słyszę jej skrzydła.

Wracając. Wóda, coś popić. Zapalić, coś. Co to obchodzi? Pisanie, wyrwane z ostatnich ruchów na klawiaturze, palców zniszczonych, jak jasny chuj. Przespałem i przepisałem całą sobotę. Wiersze, książki, sen i ból. Zobaczyłem ją znowu. Elektronicznie. Chcę pić, zapić się. Nie pić, w trzeźwości być. W odwrocie będąc. Ona będzie mną. Już jest. Ma więcej odwagi, nie takiej jak moja.

Trzymam w ręce różaniec. Zginął z niego bóg. Wypadł, gdy srałem. Noszę go na szyi, postronkowym zwyczajem. Spadł mi Jezus pomiędzy kolanami, w gówniany, porcelanowy dół. Nie zawalił się dach. Nie zawył kamieniem, lawiną świat. Chce mi się pieprzyć. Przerznąć kogoś, na pół. Współ. Jęcząco. Jest niedaleko Margo, czekająca. Do niej nie pójdę. Ona chce miłości, ja już ją mam. Zbyt jest piękna. Chcę się wyżyć, jak zawsze, jak dotąd. Zapomnieć. Wstać i iść. Nie chcę uczuć.

Nieprawda. W zwoju dni i nocy, gdy pamiątkami eksploduje mi mózg, wymuszam w sobie, ją. Jej nie będzie, a mnie już nie ma. Został tylko wieszak, komórek i odradzających się, cielesnych mar. Jak mogłem tak się zakochać? Lęk, upór, wstyd? Aż tak? Tak. Dokładnie. Nie umrę młodo. Losem nieznanym, będę starym. U nas tak już jest. Żyjemy za długo. Tylko ja skracam ten czas.

Dziesięć lat się wzdragałem. Od Calalis do Słubic i dalej na północ i wschód. A nagle, w przysiadającym się amoku, poznałem Raj. Nieznany. Ciebie. Której nawet dobrze nie pocałowałem. W krzyż.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Wiem?

Przeraziłem się dzisiaj. Bardziej niż w Alei Krwi. Sobą. Poznałem niepoznane, podglądane, gdzie granicą jest oczekiwanie, gdzie jest, gdzie nic, jest nic, jak jest, a nic to nic. Moja droga, powikłana. Moja Droga, bezimienna. Będę trzymał kciuki, do zbielenia kłykciów i iskrzenia paznokci. Do mojego, twojego, niczego, wszystkiego, do kilku słów, do ciebie, siebie, do migotania serc. Ja, niedobry, nienawistny, nieroztropny i zazdrosny, wewnętrzny. Na pokaz głaz. Ty. Ty to ty. Ty to Ta. Tylko Ty. Przepraszam. Chciałbym inaczej.

Gdy Miła, przecierałaś oczy w takt muzyki, robiąc gest, chciałem pod tobą trwać w nieskończoność. Śmiałem się. Poigrywałem, bylebyś była, była i była, będącą jak byt.

Topię się w tę noc, jak wosk, w lepkim pocie. Jak w dzień, gdy złamałem wszystkie przykazy. Tylko moim, dla Ciebie. Nie w złości. W czymś. To może być tak? Wypełniłem się, jak dopełnia się połączonych naczyń kres obojętności. Jest upalnie. Wtedy grudniowa była świąteczność. Chciałem ciebie, nie ich. Starali się. Ja już nie.

Mój płacz, Twoje nie wiedziałam. A skąd mogłem wiedzieć i ja? Minutami stały się godziny, latami sekundy, twardością ciężkość, miękkością stal. Odleciałem ptakiem uwolnionym, latawcem, który nie wie gdzie, niewidocznie, przebija chmur zwartość. Tak zobaczą go z dala. A mknie niezrażony.

Wielokrotnością staje się pewność. Poranną kawą, z Tobą w moim ręku, zdjęcia, telefon i miłość. Powtarzalnie. Gdy słyszę trel. Wiem. Czy wiem? Co wiem?

Kategorie
FNB Toksycznym

Food Not Bombs.

Powolnym ruchem posuwa się pan Jerzy. Kiedyś był Kimś. Mechanikiem. Ma trzydzieści osiem lat. Wygląda na sześćdziesiąt. To kiedyś, było, lat temu niecałe pięć. Idziemy o kilka metrów od siebie, pod wiatr, pan Jerzy gnije, wydziela smród. Ma cukrzycę. Nieleczoną, odkąd ukradł kilka stów i wyrzucili go z pracy. Potem poszło lawinowo. Świadek Jehowy. Nie ma już palców, u nóg. Poznań.

Na przystanku Alinka. Wiekanoc. Wygląda młodo. Zniszczona. Była dziwką. Nawet studiowała. Turystykę. Kłóci się o połowę taniego wina. O dziwkarstwie dowiedział się mąż. W długach. Karcianych. Miała go dość. Jedli chleb i dżem. Wyrzucił ją z domu. Ma syna. Nie widuje go. Ma uszkodzoną pochwę. Pozwoliła się zgwałcić, butelką, z kapslem. Była pijana. Na ulicach? Nie pamięta. Dziesięć lat? Teraz tylko analnie. Chcesz? Dwadzieścia złotych. Warszawa.

Michał. Dwadzieścia sześć lat. Programista. Udaje, że jest ok. Ma jeszcze laptopa i wiarę, że to tylko na chwilę. Autysta. Lekki. Sierota. Hostel. Od zawsze, po bidulu. Pracuje. Pięć złotych na godzinę. Bywa, że nic. Ma kolegę z korporacji. Zarabia na Michale. Krocie. Zapomina mu płacić. Michał nie chce się myć. Kraków.

Benek. Ksywa Wielki. Dwumetrowiec. Kucharz. Nie ma co gotować, nie ma co jeść. Miał wypadek. Ubezpieczenie okazało się, wiecie czym. Kręgosłup przytwierdzili mu do pręta. Nie może siedzieć, nie może stać. Miał mieszkanie na kredyt. Zlicytował go bank. Bezdomny. Samotnik. Bielsko. Limanowa, Zdrój.

Łukasz, Anna, Piotr, Mirek, Wacek, Kaśka…

Nie mogę byś z tym sam…

Tylko tyle.

Proszę.

https://www.facebook.com/fnbkrakow

#AkcjaHigiena Food Not Bombs ID: 7sxyc9

Kategorie
Toksyczny Życie

Róża i pięść

Od paru godzin w domu, nie moim. Myję, gotuję, sprzątam. Jak w innym. Jak i ten. W tamtym sprzątałem dla idei, w tym tylko dla siebie. Są tu inni. Robią też i tak. W zasadzie, nie miałem domu. Był rodzinny, został mi odebrany, czy też ja sobie go zabrałem? Były wynajmowane. Mógłbym za to kupić pański dwór. Był odziedziczony i jeden kupiony, w których nigdy nie mieszkałem. Sprzedałem. Choroba jest kosztowna. Palenie, wódka i inny dym. Był też mityczny. Który oddałem. Mogłem na niego zarabiać, właśnie teraz, w minutach dokładnie tych.

Słucham Pearl Jam. Dotykam bólu. Kolczykowanie, to ostanie, wolno się goi. A chce mi go się więcej. Trudno jest spać. Na czole nie jest wygodnie. Mam kanapę dla siebie i śpiwór. Nie obchodzi mnie, czy coś mi to odbierze, czy będzie nie tak. Już było tak chyba. Było chybianie. Teraz przynajmniej uczciwiej. Będzie.

Na epickiej budowie, coraz jestem starszy. Nie poznaję się w lustrze. Kiedy zdejmuję kask, chełm, wyglądam jak szalony. Kiedy się garbię, wyglądam jak świerszcz. Rozmawiam z sobą. Troszkę może wariuję. Odpływam w siebie. Mam jeszcze czas. Znowu mnie lubią. Zapoceni, gbury. Nie, to dobrzy są ludzie. Wiemy o tym. Ja i ich brutalne, jak się masz, mój friend? A mogli by mnie zatłuc, jak wściekłego. Ciarki. To jest więzienie. W oddzielnym sensie. Rymowalnym.

Dzisiaj rano skończyłem scenariusz. Zabił dzwon dla mnie, w Dilsen-Stokkem. W tej dziurze. Od tylu dni nie śpię, w zasadzie w ogóle. Dziesięć godzin pracy. Trzy dojazdu. Dwie dla zmęczenia, reszta na cel, który coraz mniej rozumiem. Pod koniec, kilku wciąż dni, prawie wieczorów, padłem w brudzie, na moment. W butach, z cementowymi wieńcami. Oddałem hołd. Tadeuszu, dziadku mój. Za Gestapo, krótkie życie, wspólny, nasz stres. Pojadę do Krakowa. Zapalę Ci świeczkę. Czternastego w piątek. W czwartek, samochód poprowadzimy na zmianę. Gdzie się zatrzymam? Gdziekolwiek. Nie ma już otwartych ramion, znajomych miejsc. Za opłatą, znajdą się jakiekolwiek. Zobaczę córkę. To ważniejsze, niż gdzie i jak. Ominę łukowo Kazimierz. Och, och, miłość. Śmieję się z tego, muszę i już. Pójdę nad Wisłę. Kupię kilka piw i o tym nawet napiszę. Nie wiem po co? Kłamię. Dla siebie to zrobię. Kupię sobie, z kolcami, białą różę. I włożę ją, w zaciśniętą pięść.