Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kłamać

Kłamałem. Nie kłamałem. Oszukiwałem? Mijałem się z prawdą. Byłem nieszczery. Nie mogłem powiedzieć prawdy, nie chciałem. Chroniłem, w tym ciebie i mnie. Zasłoniłem się kłamstwem. Po co ci prawda. Niczego nie zmieni. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Nic nie mów, nie skłamiesz. Że było, jest tak, albo że wcale nie.

Prawda to wyjątkowo paskudna idea. Skłamał bym, gdybym powiedział, że kieruje moim życiem. Równie mocno, gdybym twierdził, że tak nie jest. Znajduję się gdzieś pośrodku. Kłamię kiedy muszę, kiedy nie mam wyjścia, albo uważam, że prawda wyrządzi krzywdę większą niż kłamstwo. To mój dylemat odkąd pamiętam. Kłamać czy nie? Ale pisząc, jak teraz, mogę sobie pozwolić na szczerość. Parę razy mocno z tym przesadziłem.

Czy ojciec był pijany? To z nim się biłeś? Ukradłeś, czy on? Spałeś z nią (tutaj, z założenia pojawia się z kurwą, niezależnie kto pyta)? Czy on mnie zdradza? Ona ma wizę? Ile on godzin naprawdę pracował? Czy zdał ten egzamin? Zapłaciłeś rachunki (a z czego, ja pierdolę)? Czy, czy i czy. Tak, nie, nie wiem, milczę, unikam tematu.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy mówię prawdę? Tak odpowiedziałem. Nie uwierzył. Dlaczego? Bo to niemożliwe. To się nie zdarza. Wymusiłem na sobie długie tłumaczenie. Przywołałem fakty, miejsce, czas. Nic to nie zmieniło. Nie chcesz, to nie wierz.

Przyłapanemu na kłamstwie trudno jest być wiarygodnym. Dużo upłynie wody w rzekach, zanim ktokolwiek mu uwierzy. Są jednak kłamcy z natury. Nie są w stanie nie kłamać. Wiedzą, że wszyscy o tym wiedzą, mimo to nie rezygnują. Ubarwiają sobie tym życie. Innym też.

Jako dziecku mówiono mi, że muszę mówić prawdę. Powtarzałem to samo moim. Nie jestem jednak pewny, czy pojmowały różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem? Nie mam na myśli fałszu, tego mam nadzieję, od dzieci nie wymaga nikt. Mają ogromną wyobraźnię. Uczą się świata zmyślając historie, równie łatwo jak kłamcy z natury. Nie karałem ich za to.

Co ze sztuką, wiarą, kulturą, prawem? Czyż one nie opierają się na nieprawdzie, braku dowodów? Fikcja literacka, pewność istnienia Boga, malarstwo, choćby religijne, fantastyka, mity, sądy? Czy to przypadkiem nie wynik, zdolności do negowania łatwo udowodnianego kłamstwa? Bez niego ziało by nudą. Można się z tym nie zgodzić?

Niech nikt nie myśli, że chwalę kłamstwo. Słyszałem jednak wiele razy zdanie: stoi w prawdzie lub na odwrót. W nieprawdzie. Pada ono z ust polityków, zza pulpitu w kościele (ambony wyszły z użycia, szkoda, brzmiało by to ładniej). To nowa figura retoryczna. Oznacza ona rację, mam rację, nie masz jej, z prawdą nie ma nic wspólnego. Mogę stać w prawdzie, a łgać jak najęty. Czemu nie mogę się na niej położyć, zawisnąć na niej, nawet odbyć z nią stosunku? Mógłbym spłodzić jako kłamca, półprawdy, półkłamstwa, prawdokłamstwa. Tak, czy nie? Chyba, że zupełnie nic z prawdy nie pojąłem? Jeżeli tak, to przepraszam. Mam już tak.

Kategorie
Psychika Życie

Nie ma przypadków

Zawsze pod prąd. Jak samospełniające się proroctwo. Nie ma przypadków. Miał mnie rozpieszczać świat. Nie zawsze, ale bardziej niż innych. W każdym razie mógł. Wczoraj był cudowny dzień. Nie poszedłem znowu do pracy. Nie mogłem. Pani z ZUSu załatwiła mi mityczny glejt. Leży na PUEce. Przesłałem dalej. Nie zgadzają się daty. Niech to. O tysiąc euro w tył. Trudno. W poniedziałek zacznę odrabiać tę stratę i nie tylko to.

Dostałem maila że Guardian wydrukuje mój artykuł. Poprawiałem go wiele razy. Będzie o PTSD. Rano budząc się czułem, że może wreszcie się odkochuję, byłoby dobrze, wyjazd robi swoje. Oddycham łatwiej. Nie zastygam. Jem. Zmieniłem zdjęcie na telefonie. Nie mogę na nią tak patrzeć. Teraz pojawia się coś, co malował Toulouse-Lautrec.

Poszedłem do sklepu, właściwie pojechałem. Rolkowałem ostrożnie, po rowerowej ścieżce. Bez muzyki. Wciąż boli mnie złamany nadgarstek i plecy. Zachciało mi się skoków, spadłem nad Wisłą z wysoka, na wznak. Wystraszyłem nocnego marka. Nie dojechałem. Po drodze stanąłem obok łąki. Tam źrebię i klacz. Podziwiam. Zapatrzyłem się. Podeszła dziewczyna. Zgrabna i prosta jak kij, z cyckami jak lubię, rozpychającymi lekko koszulę, w bryczesach i butach za milion złotych. Uśmiecha się, jak wszyscy tutaj. Uroczo. Ma ciemne oczy, okrągłą twarz. O kurwa ładna, myślę sobie. Coś mówi. Flamandzki. Nic nie rozumiem. Niemiecki, Francuski? Nic. Łamiemy angielski.

Jeździsz konno?

– Kiedyś tak, teraz nie.

– Widziałam cię kilka razy na rolkach. Nad rzeką. Jeżdżę tam na rowerze. Nie słyszysz dzwonka. To trudne?

– Nie. Po kilku dniach dasz sobie radzę.

– Jesteś z Polski?

– Tak. Skąd wiesz? Wmurowało mnie.

– To małe miasto. Nie byłam pewna, tylko ty się kłaniasz na ulicy, twoi koledzy nie. Zostawiłeś komputer w pubie. Nie wiesz jak płacić komórką i poszedłeś po pieniądze. Nie powinieneś niczego zostawiać na stole.

– To rzeczywiście małe miasto…

– Moja siostra tam obsługuje. Podobno jesteś uprzejmy. Byłam w Polsce na zawodach. Chcesz spróbować? Na oklep? To moje konie. Właściwie ojca.

– Bez siodła? Nie mam butów.

Nie mam za dużo czasu, ale poczekaj.

Przyniosła mi czyjeś adidasy. Założyłem je i podeszliśmy do koni. Poklepałem klacz, pozwoliłem się obwąchać. Źrebak też grzecznie pozwala się dotykać. Nie dam rady wsiąść. Za wysoko. Zrobiła z dłoni podpórkę, odbiłem się i hop. Siedzę. Rany boskie siedzę. Trzymam w ręce wodze. Lekko przyciskam łydkami i jadę. Powolutku. Ona idzie obok.

– Wyprostuj się!

– Ok. Staram się.

– No wyprostuj się. Biodra do tyłu. Nie bój się.

– Nie boję się. Ale prostuję garba.

– Lepiej. Dużo lepiej. Skręć w prawo. Nie ciągnij konia. Z wyczuciem. Dobrze. Teraz w lewo. Dobrze. Stój. Nie ciągnij. Delikatnie. Ruszaj. Nie ściskaj. Nie spadniesz. Dobrze…

Po pół godziny czuję jak kolana, tyłek, uda, szyja, cały staję się zmęczony. A ona dalej: wyprostuj się, nie zwisaj koniu nad głową, nie przechylaj się do tyłu. Nie przyspieszaj. Stopy na zewnątrz.

– Jak się nazywasz? Pytam i się przedstawiam w końcu.

– (…). Odpowiada.

Serce mi zamiera. Wykonuję dziwny ruch. Koń staje. Znowu? Jak ta? Ona? Zsiadam, raczej się zwalam. Oddaję wodze.

Co się stało? Dobrze sobie radzisz.

– To przez twoje imię. O nic nie pytaj.

– Na drugie mam Margaret. Zmarszczyła czoło.

– Wolę Margo.

– Jak chcesz. Muszę lecieć. Jeżeli chcesz, przyjdź w przyszłym tygodniu. Posprzątasz ze mną w stajni i możesz jeździć za darmo. Mamy jeszcze sześć innych koni. Kupię rolki. Ty mnie też czegoś nauczysz.

– Oczywiście, ale wieczorem. Po pracy.

– Świetnie. Jak się umyjesz. Byłeś ostatnio na stacji. W roboczym ubraniu.

– Dużo o mnie wiesz. Zaśmiałem się.

– Już ci mówiłam. Tu się wszyscy znają. Zapisz sobie mój numer. Powinieneś się ostrzyc. Do zobaczenia. Pogłaskała mnie. Zaskoczony, nie zdążyłem się odsunąć.

– Czym się zajmujesz? Zapytałem na odchodnym. Na pewno się czerwieniąc.

– Jestem scenografem, a właściewie aktorką. Chyba zasłabłem na moment. Znowu ona.

Wróciłem do domu. Inny. Oczyszczony. Na pewno zadzwonię. Ale będę ostrożny. Bardzo ostrożny.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Odliczam

Brak mi słów. Nie chcę rozmawiać. Przed moim tymczasowym domem stoi były przyjaciel. Nie wiem jak mnie znalazł. Musiał przyjechać z Polski. Nie odbieram telefonu, patrzę na niego, zza okna. Coś krzyczy. Do uszu wsadziłem słuchawki. Portishead. Głośno grają.

Siedzę w nie swojej kuchni, na nie swoim krześle, przy nie swoim stole. Włączyłem laptop. Zapaliłem papierosa. Otwarłem piwo. Nie poszedłem do pracy, bo ktoś z ZUSu jest chory i mają mnie w dupie, trzydziesty już dzień. Robię przelewy. Komórka, księgowy, zaległe karty, pożyczka. Jeden będzie dla bezdomnych. Na food not bombs. Telefon wciąż dzwoni. Nie chcę rozmawiać. Nie mam jeszcze o czym. Zostaw mnie. Jestem nierozmawialnie nieruchomy.

Źle spałem. Śnił mi się dziki sex, wojna i porodowa śmierć. Pewnie dlatego, że o tym pisałem. Jestem zły. Rano wypadła mi plomba, znowu ten sam ząb. I łapię się na tym, że jest jak fetysz, zawsze się psuje, gdy mój dentysta jest daleko, skądś, stąd. Dzisiaj się wykąpałem, pierwszy raz od stycznia. Wanna to raj.

Hardzieje mi serce. To już pół roku odkąd zasnąłem na mrozie. Nie mogłem wstać, tak zimne miałem stopy. Łydki bolały jak skurcz. Pięć miesięcy odkąd nie mam rodziny. Trzy, gdy nauczyłem się spać na podłodze i wyschłem jak wiór. Miesiąc prawie w obcym kraju. Dziesięć lat odkąd nie żyję jak pan.

W głowie się zalecam:

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy,

Przytwierdzony jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbą…

I jak gdyby na lirze, w czas słoty…

Turkoty…

Zwiastuję:

Nie jesteś bliżej niż my boga,

Jesteśmy wszyscy dalecy od niego,

Ale cudowne i błogosławione,

Są twe ręce przez niego…

Ale ty jesteś drzewem…

I płynę, jak nad Tamizą:

Shell I compare thee to summer’s day?

Thou art more lovely and more temperate?

Routh winds…

And every fair…

Pewnie znowu jutro rzucę się na kontakty. Wstawię ich cały rząd. Będę tłumaczem, udawał, że znam się na robocie. Wysłucham kilku bzdur. Zapytam jak się masz, co za dzień ponarzekam. Co za pogoda. Londyn, Antwerpia i Łódź.

Nie dzwoń przyjacielu. Nie czas na rozmowy. Jedź. No jedź. Kurwa, idź już.

Kategorie
Polityka Religia Życie

Moje Sarajewo

1995 rok. Okropny. Prawie zima. Pojechałem z Czerwonym Krzyżem do Sarajewa. To był już drugi raz. W Bośni co kilka kilometrów kontrole, samozwańczych armii, umundurowanych band. Długi konwój stawał się coraz krótszy. Serbowie zabierali co chcieli, po trochę, celując do mnie z radzieckich karabinów. Mieli w oczach pijaną odwagę, śmierdzieli brudem i niestrawionym bimbrem, pociąganym z butelek, wystających im z kieszeni płaszczy. Wysocy i przystojni, chwiejący się. Upierdoleni mordercy. W pobliżu jeździły niebieskie pojazdy, opancerzone, z legionistami, z Francji. Ktoś się uśmiechnął, ktoś kiwnął głową. Nie wiedziałem kogo bardziej się bać.

Na ostatniej rogatce zabrali mi paszport. Zamienili na papier z pieczątką. Nigdy go nie odzyskałem. Stałem się zakładnikiem oblężonego miasta. Wróciłem gdy kończyła się wojna. Prawie wariat. Pobity i siny, bez zębów, ale cały, w bagażniku samochodu niedoszłej żony, z immunitetem dyplomatycznym i górą forsy, przez Mediolan i Rzym, do Polski, na Podgórze, nie na tarczy, ale z nią. Przez trzy miesiące zaliczyłem Reutera, Timesa, szpitale, obóz i front. Nauczyli mnie tam, czego nie chciałem. Strzelać i chlać, w zapomnieniu się rżnąć. Z trupem, kolejnego już dnia.

Napatrzyłem się na zło. Tam nie było niewinnych. Nie było co jeść, było co pić, ale nie wodę. Ludzie jakby w transie. Żyć, przeżyć, doczekać. Nie obchodziło to już nikogo. W wieczornym dzienniku jakiś news. Sarajewo zmęczyło Europę. Snajperzy polujący na starców przy studniach, traktory ciągnące przyczepy pełne uchodźców, gwałty, nawet na rozkaz, zabawa w strzelanie ze wzgórz, do autokarów pełnych kobiet i dzieci, ranni, zabici, zmarli, bo leków był zupełny już brak.

Nigdy tam nie pojadę. Stałem raz przy granicy ze Słowenią, w Austrii. W krainie, skąd wieki temu przybyli moi pra i pra, pradziadowie. Styria, mój pra dom. Stałem z cherlawym ex premierem, ex komisarzem ONZ, palacz był, jak ja. Wsiadasz? Nie. Nie mogę. Ten język. Nie pytaj. Wszystko opowiedziałem. Po co mi to?

I tak moje życie toczy się dalej. Modlę się jak katolik, muzułmanin i Pop.

Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie tresuj

Powtarzałem to całymi latami. Nie dociera. Ze wszystkich znanych mi narodowości, tylko polskie kobiety, niezależnie od wieku, postanowiły zostać treserkami. Muszą się przypierdalać, nie mogą się powstrzymać, nie umieją inaczej. Z nieznanych powodów ich matki i babki przekazały im, chyba w genach, konieczność nieustannego upominania swoich partnerów; czemu to robisz, dlaczego tak, nie rób tego, idź tam, gdzie leziesz, wróć tu natychmiast, no chodźże, nie pij, nie obżeraj się, jesteś do niczego, z tobą tak zawsze… I tak w kółko, całymi dniami. Przy tym traktują swoich mężczyzn jak dzieci, większą wersję swoich synów, jeżeli dane było im ich urodzić.

Polka nie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które czyha po każdym przypierunku. Pół biedy, gdy dzieje się to zaciszu domowym, które w Polsce oznacza szkołę cierpliwości. Prawdziwa akcja zaczyna się w miejscu publicznym, gdzie można będzie wykazać się w pełni, współzawodniczyć z innymi profesjonalistkami. Samochód. Napierdalająca baba, młoda, dojrzała, stara. Wkurwiony, milczący facet. Sklep, ulica. Podniesiony kobiecy głos. Czerwony, nie rumiany, wściekły facet. Autobus, tramwaj, pociąg. Władczy, upominający głos. Każdy facet już wie. Współczująco myśli: ma chłop przejebane. Jak dobrze, że jadę sam, moja by się też, zaraz pochwaliła swoim talentem i na wszelki wypadek patrzy bezmyślnie przed siebie, jakby jego połowica miała by się nagle, magicznie pojawić na sąsiednim siedzeniu.

Dzień po dniu z mężczyzn uchodzi uczucie. Nie taką Ankę, Agusię, Nelkę poznałem. Nie w takiej się zakochałem. Dlaczego ona się zmieniła? Przecież tyram jak wół, sprzątam, gotuję, zmywam, prasuję. Oddaję pieniądze, o wszystko pytam. Nie jestem idealny. Ona też. Z wiekiem staje się gruba, brzydnie frustracją. Seks staje się męką, nawet gdy jest lekarstwem na złości.

Polka zapomina, że są inne kobiety. Też być może mają wrodzonego wkurwa. Ale na swoich, nie obcych samców. Chętnie przygarną i wytresują nową ofiarę, jeżeli są wolne. Jeśli nie, przytulą mocniej, na chwilkę, na chwilę, dla przyjemności.

Dodając nieco otuchy, polscy mężczyźni potrafią także być wiecznie wkurwieni. Niekoniecznie z powodu złożonego charakteru swoich wybranek. Mają tak po prostu. Nic nie jest wystarczająco dobre. Jest nieciekawe, nudne i bez przyszłości. Narzekacze. Można odnieść wrażenie, że jest to wyraz narodowej dumy, w szowinistycznym wydaniu macho. Dla nas wszystko jest do dupy.

Oba przypadki są zaraźliwe. Wystarczy dłużej pobyć w naszym nadwiślańskim raju, aby prędzej czy później, w zależności od płci, odkryć w sobie zaczątki tych chorób. Zapadają na nie nawet obcokrajowcy. Najwięksi optymiści, prędzej czy później też z nami dostają pierdolca.

Może to się kiedyś zmieni? Było by cudownie. Uśmiechnięte panie i panowie. Umiarkowany optymizm. Chce się żyć! Co? Nie wolno pomarzyć?

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Uczucia Życie

Szukam

Szukam Ciebie,

wśród twarzy, które chciałbym zapomnieć

i najbardziej mi bliskich.

Ustach, których smaku nie mogę rozpoznać,

a które smakują jak wiosna.

Słowach zbyt krótko słyszanych.

W nie poznanych myślach,

szukam Ciebie.

Nie szukam Ciebie,

wśród ciał, które chciałbym zapomnieć

i najlepiej mi znanych.

Pamięci, której nie wolno odwiedzać,

w dawnej świeżości wspomnień.

Zapachu zmieszanym z innymi.

W niewyrażonych gestach,

nie szukam Ciebie.

Nie wolno Cię szukać,

w splotach miejsc, które muszę zapomnieć,

twoich, naszych, ich, gdzie nie dotarłem.

Nadziei, której zapas musiałem wyczerpać,

stopami kreślonych kształtach.

Objęciach pociechy i dni i dat.

W kwiatach danych i nie zebranych,

nie wolno Cię szukać.

Jeśli Cię spotkam,

wśród ludzi znanych i nieznanych,

nawet nie poznam, nie poznasz Ty.

Mnie zatrze nowe starym.

Jeśli Cię spotkam. Nie.

Wiersz co dekadę. Dla przyjaciela, którego straciłem na zawsze.