Kategorie
Psychika Toksyczny

Stres pourazowy

Nie napisałbym o tym, gdyby nie seria artykułów, które ostatnio przeczytałem. Dowiedziałem się, że kwarantanna, przymus spędzania czasu z bliskimi, nawet samotnie, w domu, z dostępem do telewizji, internetu, żywności, w wygodzie, na pewno doprowadzi do stresu pourazowego u bardzo dużego procenta ludzi. Czytając początek pierwszego artykułu myślałem, że będzie chodziło o przypadki, gdy w rodzinie, za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy, załamań, umiera ktoś albo gwałtownie rozwija się u niego uzależnienie, choroba psychiczna, dotykające innych jej członków. Nie. Powodem ma być izolacja. Poszukałem następnych. To samo.

Czy piszący to dziennikarze zdają sobie sprawę, czym jest zespół stresu pourazowego? Nie wiedzą! Ja wiem, bo od ponad dwudziestu lat muszę z tym żyć. Ciekawych odsyłam do definicji, nie będę także wywodził przyczyny u mnie, zachowam ją dla siebie.

Stres pourazowy to bardzo nieprzyjemne kurewstwo. Niby nie dzieje się nic (przynajmniej w moim przypadku, a bywa różnie), nawet przez długi czas, do momentu, gdy wpada się w otchłań i to dosłownie. Przeżywa się tragiczne wydarzenia na nowo, prawie jakby stały się chwilę wcześniej. Emocje które temu towarzyszą są trudne do zniesienia. Wspomnienia nie pozwalają normalnie żyć, spać, uspokoić się, zrelaksować. Nie ważne, czy o nich mówimy, czy trzymamy je w sobie. Pojawia się rodzaj pustki, braku uczuć, poza złością i niewiarygodne wręcz zmęczenie stresem, poza który niewiele dociera. Ja radziłem sobie do jakiegoś momentu za pomocą popijania. Leki które mi kiedyś przepisano, zmieniały mnie w intelektualną roślinę. Nie tylko nie mogłem się skupić, ale oddalałem się od otaczającego świata, całkowicie się zamykając. Alkohol działał lepiej, ale decyzje, które podejmowałem były nieracjonalne i doprowadzały do dramatycznych efektów. Nie chciałem się tak czuć, przerwałem leczenie i jakoś przeszło. Byłem twardy. Zakładałem, że sobie poradziłem.

Drugi epizod zaczął się niby znienacka. Tak przynajmniej myślałem. Powinienem zauważyć, że zacząłem opowiadać o moim problemie, mimo że długo o tym nie wspominałem. Zupełnie spokojnie i obiektywnie. Czułem tylko jakiś niepokój, robiłem rzeczy których unikam, byle poprawić sobie nastrój. Zaczęło się od snów. Po pierwszym zacząłem już pić, na wszelki wypadek. Pogarszało się z każdym dniem. Wytrzymałem prawie trzy miesiące, dokąd miałem choć kilka godzin spokoju. Starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, nie wpływać negatywnie na innych. Ale różnie z tym było. Potem przyszło załamanie, dosłownie w kilka minut. Siedziałem w knajpie, ale równocześnie znalazłem się w czarnej dziurze, jakby okopie, wypełnionym czymś lepkim, z którego nie mogłem się wydostać. Tym razem nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie dość, że byłem pijany, to patrzyłem na kogoś z kim rozmawiałem, nie wiedząc dokładnie kim jest ta osoba, czy to na pewno ona i co tam robię? Wybiegłem na ulicę, ale nie byłem pewny gdzie jestem. Zalała mnie fala wspomnień, całkowicie pomieszanych. Pamiętam łzy, nie mogłem się poruszyć, próbowałem przez telefon prosić o ratunek, ale mówiłem coś nieskładnie. Wróciłem do domu, nie wiem jak? Następne dni były koszmarem. Przypuszczam, że nikt z mojego otoczenia do dzisiaj nie rozumie co się stało wtedy, ani co działo się ze mną przez poprzednie miesiące. Straciłem przy tym ludzi na których mi zależało.

Powiedziałem o wszystkim przyjaciółce sprzed lat, która również ma PTSD. Zorganizowała mi psychologa i psychiatrę, którzy zabrali się za mnie nieomal natychmiast, którym jestem za to dozgonnie wdzięczny, dokonali cudu. Nie zrobili tego wprawdzie bezinteresownie, ale wiedziałem o tym od początku, zostałem człowiekiem doświadczalnym. Przeszedłem ekspresową terapię, długo godzinną i wyczerpującą. Nauczyłem się panować nad sobą. Przestałem się wstydzić, że potrzebowałem pomocy. A tych dziennikarzy, to bym…

6 odpowiedzi na “Stres pourazowy”

Dziennikarze mają tak ubrać temat w chwytliwy tytuł, by przyciągnął. Treść też często nie zgłębiona ledwo dotyka problemu.. często jak widać zakłamuje temat, „kreuje” nowe

..a wiesz, że znając problem z własnej skóry, byłbyś dla nich najlepszym terapeutą i być może najlepszą ostatnią „deską ratunku”?
Ile razy zdarza się tak, że Ci, którzy najskuteczniej pomagają ludziom wyjść z uzależnienia sami przeszli to na własnej skórze? Jak napiszesz o tym książkę, pierwsza kupię egzemplarz, a jeśli trzeba będzie, pomogę Ci ją wydać 🙂

Polubienie

Może nawet piszę? Nie będe taki. Nie znoszę odrodzonych dusz, bardziej dusznych, niż rodzone. Nie nadaje się. Pogardzał bym sobą. Ze wszyskim musimy sobie radzić sami. Nie za pomocą odrodzeńców, zazwyczaj lekko debilnych, lekko nawiedzonych i barzo ograniczonych. Przepraszam. To moja ocena.

Polubione przez 1 osoba

Nie masz za co przepraszać, dziękuję Ci za szczerość. To najcenniejsze co mi dajesz. Pozwalasz pozbyć się złudzeń i może choć trochę „lepiej” zrozumieć. Ty bardziej znasz temat.
Może właśnie ten nowy cel odrodzeńców i ich nowy „sens” sprawia, że muszą mieć w sobie te choć lekkie nawiedzenie i widzenie wszystkiego przez własną perspektywę (ograniczenie)? Może to ich dodatkowo trzyma w wierze wybrania „dobrej”, ale cholernie trudnej drogi? (tu działa moja empatia i wyobraźnia).
Wybacz, mam skłonność do szukania „usprawiedliwień”..

Polubienie

Przełamane? Mnie czy kogoś? Ja zawsze mówię co mi jest, do osób, które są dla mnie ważne. Nie zadają sobie trudu sprawdzenia. Bo nic nie wskazuje, że po kilku latach, miesiacach, tydodniach i tak, dniach coś może się stać,, że znowu mi odpierdoli. Może na bardzo któtko, może na długo. Uroczy facet, niebrzydki, oczytany, a potem takie coś. Plaga. Ja ostrzegałem. Dlatego lepiej mnie samemu, ze sobą. To ja się zoczarowywuję. Nie ktoś, nawet ważny ktoś. Jetem bardzo wytrzymały, na moje problemy. Czasami pęka bo ktoś inny, czasami pęka bo ja. Tak jest.

Polubione przez 1 osoba

Wpis był o stresie pourazowym. Ja napisałam z rozpędu uzależnienie, a to dwie różne sprawy, może powiązane ściśle ze sobą, ale jednak.
Ty znasz siebie najbardziej. To duże poświęcenie z Twojej strony, że chronisz innych przed sobą. Podobno prawdziwa miłość wszystko zniesie.. 😦 brzmi jak oklepany frazes 😦 ale ja wierzę, że tak jest i tak może być. Ludziom starej daty łątwiej przychodzi/ło poświęcenie.. teraz.. jest jakoś inaczej. Ludzie szybciej się poddają, gdy przychodzą problemy, nie walczą o siebie, zmieniają, idą na wygodę.. Takie są moje smutne obserwacje. Ale mimo to wierzę.. bo jak inaczej mogę? Jaki byłby sens mojego związku i tego co wspólnie buduję z mężem? Porypane dzieciństwo i złe doświadczenia zawsze się rzucają cieniem na przyszłość. Ja też mam swoje cienie, które też czasem wychodzą. Jakoś trzeba sobie radzić i budować tak, by było dobrze..

Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s