Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

2 odpowiedzi na “Ona. Ta.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s