Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

2 odpowiedzi na “Ucieczka”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s