Kategorie
Praca Życie

Piątek

Nareszcie. Na Boga. Dziękuję. Przerwa w mękach. Dwudniowa. Już od dziesiątej czekamy na koniec tej męczarni. Właściwie czekamy od 6.30, kiedy zaczynamy pracę. Też niezupełnie, bo papierosy przed pracą, zakładanie kasków i żółtych kamizelek, mieszanie w skrzynkach z narzędziami, jakbyśmy tam szukali skarbów, wymiana powitań w kilku nowych językach (trochę mnie to wpierdala, bo jako jedyny Polak i wschodnioeuropejski robol, witam się też i z Czarnymi i Arabami, choć Jugoli unikam. Rumunów też, zostawiają za sobą butelki z sikami, dziwię się, że nie uzupełniają tego jakimś pudełkowym gównem, schowanym pod gruzem), podpisywanie list obecności, pogawędki z chuj wie kto oni, chyba menadżery (chwalą się tymi kaskami białymi i zawracają mi głowę gadaniem o dupianym niczym, bo jako jedyny, z paru setek chłopa, znam porządnie angielski i muszę się grzecznie uśmiechać, bo kogoś wyjebią), ustalanie co mamy robić, zajmuje nam ponad godzinę. Zacząć coś robić, nie mniej niż pół. Niech Pan chroni Belgów. Leniwych i powolnych. Dla nich też jest piątek.

Jutro bardziej podziurawię sobie twarz. Umówiłem się. Pojadę do Niemiec, przywiozę więcej zakolczykowanych dziur. Obserwowałem reakcje na poprzednie. Była, ale minęła. Znajomy Włoch, cały w mechanicznych tatuażach, tunelach, z krowim kołem pod nosem, zapytał, czy to kryzys wieku średniego? Średniego? Może. Kryzys już był. Niejeden. Ale spodobał mi się ten pomysł. Rozważę to potem. Dzisiaj się opiorę. W rękach, nie mamy tu pralki, jest pralnia. Zamykają o osiemnastej. Akurat kiedy podjeżdżam do miasteczka. Przynajmniej domyję ręce. Od wtorku łykam wędliny. Jak suplementy i witaminy. Nie mam czasu na gotowanie. W pracy brak mi sił. Kroję szynkę na malutkie kawałeczki. Wkładam je w pajdki chleba i popijam. Jakbym podawał psu lekarstwo, tylko na odwrót. Psu w szynce podaje się pastylki. Spałem dzisiaj godzinę. Napisałem kilka stron. Wydawca się dobija. Mam na to wyjebane, zarabiam, wydam to sam. Nawet pozmywałem naczynia i ogarnąłem dom. O piątej już prowadziłem samochód. Nowszy i lepszy. Kiedy mijałem tiry, trochę się rozpędziłem, na liczniku było 180 K i M, rzuciłem okiem, zwolniłem, to była by głupia śmierć. Miałem pasażera. Pochrapywał, myśli że jest bardziej zmęczony niż ja. Imiennik, współpracownik i bezczelny, ja takich lubię.

Po ostatniej chemii zmienił mi się kolor włosów, nawet nie wypadły, było ich mniej. Skłamałem. Skończyłem ją w styczniu, nie w poprzednim listopadzie. Rudzieję, siwizna znika. Przeżyję. Uciekłem dokładnie na czas. Jest piątek. Napije się. Napiję. Obok jest pub. Może należy mi się.

2 odpowiedzi na “Piątek”

Jakbyś wyszedł z siebie, stanął obok i zapisywał, co spostrzegłeś.
Niewesoło, ale ważne, że wcześniej uciekłeś „dokładnie na czas”.
Serdeczności zasyłam

Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s