Kategorie
Toksyczny Życie

Doceńcie

Gdybyście. Zostawili mi miejsce, dla mnie, nigdy nie odczuł bym gniewu. Stałbym, lub siedział, leżał, latał, na Boga, byłbym niewidoczny. Macie te kłótnie, bardzo Polskie, bo kiedyś Szlachcic, to nie Wół. W dzisiejszym świecie, tyracie gorzej, w pokorze. Nie jecie z Panem kaszy, jedną łyżką, z jednej miski. Jecie chętnie ziemniaki, z obcego talerza. Nie wołem jesteście, zbieraniną Kóz i Móz.

Ja w tej Belgii dorobię się grosza. Nawet trafię na szczyt, jeśli dopomóż mi Bóg. Bóg daje dużo. Ten najwięcej. A daje każdy, bóg. Wystarczy poprosić. Nie wywyższać. Bo mnie się należy. Niestety nie. Nie ma synów marnotrawnych. Są synowie i grzech. A to, nic więcej niż błąd. Przyznaj się, nie zgrzeszyłeś? Tak, to było. I wybacz, to wybawienie, prostych słów. Nie wbrew, ale na wprost. Ścieżek równanych, od wschodu, do każdego dnia końca. I córek, dokładnie tak samo.

Widzicie. To najbardziej mnie męczy, że sprzedajność i niewolnictwo, to ten sam dzisiaj chuj. A to nieprawda. Sprzedajność to praca, niewolnik to rzecz. Szacunek, tak. Pokora tak. Poniżenie, nie. Co to jest za czas, gdy Dziwka jest bardziej szlachetna, bo może chce, niż Właściciel, muszego móc i chcieć? Wybaczcie. Bawię się językiem. Nie mogę tylko o kochaniu. To przepadło. Już nie muszę krzyczeć. Gołębie gardłują tak samo. Będę z nimi, w ciszy trwać.

Przestępstwem nie jest jego uznanie. To wybór. Nie przyłapanie i kara. To całkowicie, robię, nie. Prawem nie jest kierunek, jest nim wola. Za dobrem, a jak nie, to za złem. W szarości jest łatwo. W bieli trudniej. W czerni, wszystko jest wybaczone, aż czerń powie dość. Taka to czarna. Śmierć.

Ja niczym nie jestem więcej, niż łajnem. Wypachnię się, nawiozę sobą pola. Posadzicie na nich bratki, pszenicę i lasy. Nikt za mną nie jęknie. Nawet ja. Bo takimi jesteśmy. Pożywką. Zdarzają się wyjątki. Na ich przykładzie będą czytania i łzy, gdy trafi ich moment ostatni. Dla reszty. Świt i zmierzch. Kierat i marzenia. Udało się im, kto wie? Uda się mnie.

Okropny tu gorąc. Leje mi się z dupy, jaj. Wyślizgnął mi się kutas, gdy podniosłem sedes. Dalej siedzę w robotniczym ubraniu, nad nim okrakiem. Wpadłem w dziurę. Ktoś przesunął coś, poleciałem jak wór. Noga spuchnięta. Szkoda, że to nie dla Ciebie. Zadzwoniłbym. Poskarżył się.

Gdy już się spotkamy, przypadkiem, nie powiem Ci, że wrzeszczałem do wzniesień karpackich, że nienawidzę Cię. Będę jak spodziewają się ludzie, w ich sile i uproszczeniu kieliszków i miejsc. Kulturalny będę, jak zazwyczaj. Było, nie było. Taki los. Zmęczę się. Twój mąż i nie moje dzieci, z Tobą. Pogratuluję. Nie powiem, że wiem wszystko. Umownie, ucieszę się.

Mam to w dupie.

Wyzwalam się. Nie tak, od razu. Zmieniam styl. Doceńcie. Znów idę pić. E. Nie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s