Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s