Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s