Kategorie
Psychika Spokojnie Życie

Budzę się

Śniłem chyba. Nie, na pewno. Głębokim snem. Budzę się, szeroko otwierając oczy. Przecierając je. Nie dowierzając, czy to, co widzę, jest, czy tylko tak mi się wydaje. Czy czuję to, co czuję, czy chcę by tak było, czy się przed tym bronię. Serce mi ściska, pętla zrozumienia, jak sznur szyję wisielca. Gardło jednak, zamiast ucisku, rozluźnia się, przekonując tym usta, układając je do śmiechu. Klnę cicho, nazywam rzeczy i ludzi imionami prawdziwymi, szewskimi. Kurwy nazwy, kurwy przecinki i kurwy zaimki, kurwy epitety, a po nich przekleństwa, o których nie wiedziałem, że mogę je znać i złożyć je w wiązankę, aksamitnie cuchnącą. Anty mantra, laudacja antonymia. Śmieję się i wyklinam szczerze. Nie rechotam szyderczo, nie prześmiewam, nie przeklinam, dobrze życzę. Z zastrzeżeniem, byle każde życzenie znajdowało się zawsze, daleko, nawet dalej, poza zasięgiem wszystkich moich zmysłów. Jeżeli się zbliży, niech się oddali, oddalę się ja.

Nie zwariowałem, oszalałem. Przejrzałem. Wprost i obok, w skoś i sponad i spod. Siebie i zdarzenia. Przeszłe, te starożytne już kwadransami i prawie nowe, żyjące w pamięci, wciąż namiętne, w ostrych kolorach. To nie ja jestem chory, nie ja taki mam los. Otoczyły mnie strupy, upudrowane słodkością, mszczące się krzywdy, każąca ambicja, głupota ukryta w rozsądku, kłamstwa, w które dałem się wciągnąć. Wśród nich wyjątki, których nie umiałem dostrzec. Wzgardzone niezasłużenie, nie słusznie zniechęcone. Odepchnięte. Zrozumiane późno, próżno zapamiętywane, na wieczność. Przestrzegająco. Rozgrzeszająco. Przez nie wpatruję się w jutro, zaczynam dni, wschodząc, od początku.

Kategorie
Śmierć Życie

Kim jesteś? Czy jesteś?

Do ciebie to piszę. Tak, do ciebie. Przenoszę się słowami w przestrzeni, unoszę się na nich pomiędzy miejscami. Obcość. Słowo zbite, utkane jak lniana koszula. Ostre i nieuprasowanie. Na każdą porę, doby i lat. Sięgające daleko. I następne, na którym powracam z wyprawy. Bliskość. Ciągnące się, żywicznie, lepkie i przeźroczyście bezkształtne. Ląduję na nim, woduję, o milimetry od dna. Przybyłem, usłyszałem, zawróciłem.

Kim jesteś?

Tak, o tobie piszę. Rozmazanymi śladami ciągu znaków, które pozostawiam dla ciebie, gdziekolwiek jesteś. Zdaniami, które możesz rozumieć, jak chcesz, lub nie. Ja tylko wprawiam je w ruch. Czarodziejsko nadając im brzmienie, jak nuty zamieniają dmuchnięcie warg w melodyczny, śpiew fletu. Nieodczytane, nie rodzą się. Czytane ożywają, zjawiskowo. Zapomniane, umierają.

Czy jesteś?

Kategorie
Psychika Życie

Nic nie jest łatwe

Miał być alkoholizm. Wysokofunkcjonujący. Takie to było łatwe. Przestać pić. Łagodnie, z głębokim, lekkim oddechem, omijać części sklepów, gdzie czekało uspokojenie. Liczyć dni. Trzeci, piąty, dwudziesty. Miesiąc. Brawo, oklaski. I następny. Nagradzać się codziennym drobiazgiem. Patrzeć jak znika obrzęk na twarzy. Dziwić się, skąd te zmarszczki. Tracić kilogramy, bo i tak bywa. Przybierać zdrowo na wadze. Badać wątrobę. Pochłaniać witaminy, potas. Nawadniać się. Rzucać palenie. Wypić kilka piw, na próbę, znowu czuć dumę. Nie robić głupot, z siebie głupca. Kontrolować się, pierwszy raz od lat. W końcu załamać się. Siedzieć jak zombie. Dzień po dniu. Zmuszać się do pracy, chociaż godzinę, do umycia się, do jabłka, do filmu, do modlitwy, do rozmowy.

Miała być osobowość z pogranicza. Przypadek typowy. Jak z alkoholem. Łatwo. Czekać na działanie leków. Jeszcze dzień, tydzień. Powoli rozpoznawać siebie. Rozumieć dlaczego było się, jakim się było. Wybaczać sobie. Wyrównywać rachunki. Przyzwyczajać się. Obmyślać strategię ruchu, w nowym, nieznanym świecie. Odkrywać, że się nie pamięta wysyłanych wiadomości, wykonanych telefonów. Wstydzić się. Godzić się. Znowu się załamywać, zwiększać dawki, brać pod uwagę szpital. Nie móc zasnąć. Nie widywać nikogo. Ożywać, brać prysznic, przebrać się, wyrzucić śmieci, sprzątać. Powracać.

Nie ma alkoholizmu, nie ma osobowości z pogranicza. Nic nie jest łatwe. Były testy. Analizy. Retrospekcja. Trudna diagnoza. Jest depresja maskowana. Błędy w wychowaniu. Nieufność. Unikanie, wypieranie. Uderzył grom, z opóźnieniem, kopytami apokalipsy. Miało być nowe, powróciło stare. Nigdy się nie poddaję, powiedziałem, tak mnie nauczono. To błąd. Padło krótkie zdanie. Otwierające. Nie pozostało mi nic innego jak zawyć, zaskowytać i zapłakać jak dziecko, którym nigdy być nie przestałem i zacząć życie bez walki. Dorosłe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Bezużytecznie

Łomot w drzwi. Zerwałem się na równe nogi. Cały spięty stoję i czekam. Cisza. Mijają sekundy, jak wieczność. Serce zaczyna walić. Dalej nic zupełnie. Wydawało mi się? Szelest, skrobot? Otwieram. Kurwa, otwieram. Pod drzwiami leży człowiek. Znam go. Z widzenia. Starszy pan, sąsiad, gdzieś z budynku, w którym mieszkam. Ma rower dla niepełnosprawnych, trójkołowy, jak dla dzieci, ale wielki, z kawałkiem drewna w koszyku, wystruganym w trójkąt. Leży we krwi. Sama krew. Jej zapach. Czuję jak uginają mi się kolana, rozglądam się po korytarzu, znad niego. Nie ma nikogo. Widzę tylko ślady krwawych odcisków dłoni na ścianach i posadzce. Nie szarpię. Spokojnie. Nie szalej. Delikatnie dotykam twarzy. Czy pan mnie słyszy? Jakiś ruch. Zwrot po telefon. Pogotowie. Jaki to numer? 212? Wybrałem i wracam. Wciskam zielony punt na ekranie. Opowiadam i zaczynam reanimację. Dmucham, uciskam, odpowiadam na pytania, do chwili, gdy ktoś mnie odciąga. Wyrywam się. On żyje! Przysiadłem. Położyłem się. Bezużytecznie.

Dwadzieścia minut, jak się okazało, trwało to wszystko. Człowiek przeżył. Wywrócił się na schodach. Przyczołgał się do mnie, bo tylko ja się do niego uśmiechałem i tylko ja pomogłem mu dojść do jedynej w pobliżu kawiarni i kawę z nim wypiłem, nawet za nią zapłaciłem. Rozmawiałem. Podałem mój numer mieszkania, zaprosiłem na obiad. Nie pamiętałem i nie pamiętam. Byłem w szpitalu. Pogłaskał mi rękę, którą mu podałem. Uleciała mi dusza, zabierając smutek. Nie zapytałem jak ma na imię. Zapytam jutro. Nie mogę, nie zapytać. Wiem tylko, że lubi Pink Floyd. A ja znam ścianę z płyty The Wall.

Kategorie
Bez kategorycznie

Poza, prozą

Nie ma mnie i jestem. Prawie. Inny i nie ten sam. Tożsamy. W zupełności. Na pewno. Z pewnością, celującą. W punkt, poza horyzontem. Jest tam. Wierzę. Sprzed i potem. Będąc, i nie będąc. Byjąc, jestąc. Kręcąc się i stojąc w tym samym miejscu. Nie orbitując, krążąc, skierowany w tę samą, z przymusu, stronę. W ojcze nasz. Słabnący jesienią dysk światła. Wiesz kochanie? Skarbie mój, bez imienny? W wezwaniach, które pamiętając, nie chcę wyznawać. Rozpływam się. Stapiam. Kochanie, zespalam. Pamiętam. Wspominam. O Tobie. Też. Każdego dnia. Wieloznaczna, znaczny. Dobrze Ci? I mnie lepiej.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Religia

Pobyć. Zwyczajnie

Zaufać i nie zamykać się. Otwierać się, nie omijać żadnych tematów. Nie chować się za nieprawdą. Okazywać, nie ukrywać uczuć. Pozwolić na bliskość, zaprzyjaźnić. Nie krytykować, być wyrozumiałym. Wybaczać. Nie szukać obojętności. Lękać się, umieć lęk przezwyciężyć. Znaleźć w smutku uśmiech. Pomagać. Nie zapominać, iść dalej. Polubić siebie. Oddać się. Zrozumieć. Pobyć. Zwyczajnie.

Zbiór życzeń, niezupełnie nie możliwych do spełnienia. Modlitwa, nie całkiem nie wysłuchiwana.

Kategorie
Bez kategorii Życie

Wybacz. Nie

Nie gniewaj się. Gniew nie pomoże. Przeszkadza. Nie mogę zaprosić cię do mojego życia. Nie mogę zaprosić cię do mojego domu, nie zaproszę cię na kawę. Nie tylko ciebie. Nie pójdziemy na miasto. Nie odbiorę twojego telefonu, nie podam ci numeru. Podawałem i dzwoniłem, nie do ciebie. Nie będziemy rozmawiać, nie będziemy się kochać. Nie umiem na trzeźwo. Poznawać się i zapamiętywać zapachu perfum. Nie będzie spacerów, teatru i filmów, kwiatów. Nie zamieszkamy razem. Nie będzie śmiechu, nie będzie kłótni. Nie będziemy czytać swoich książek, ale twoje są lepsze. Nie będziemy mieć nadziei. Nie będziemy się rozczarowywać. Czekać na siebie i zamartwiać. Nie będziemy się okłamywać. Nie będziemy się rozstawać. Nie będziemy zapominać. Nie będzie niczego, czego moglibyśmy się spodziewać. Nie zrobię niczego, co zrobiłem już zbyt wiele razy. Co i ty zrobiłaś. Mógłbym. Nie chcę. Wybacz, musiałem powiedzieć, myśląc to wszystko, czując twój zawód, pretensję, widząc łzę. Wiem, pasujemy do siebie, jak do innych. Może spotkamy się? Przypadkowo.

Kategorie
Polityka

I to jest nasza wina

Od tygodni obserwuję, co dzieje się po drugiej stronie świata. W Afganistanie. Nigdy tam nie byłem, znam jednak ludzi, którzy tam mieszkają, stamtąd pochodzą. Wielu za dobrze. Wiem do czego są zdolni, nie tylko w imię wiary. Znam ich z dobrej i najgorszej strony. W przyjaźni i desperacji.

Afgańczycy nie są jednolitym narodem. Są podzieleni etnicznie i językowo. Połączeni Islamem, kulturą, tradycją sięgającą tysiącleci. To ludzie twardzi i niezależni. Biedni i dumni. Bywa że nieokrzesani, często niewykształceni. Nie są to jednak głupcy, oślepieni żądzą mordu i zemsty. Chcą by pozostawiono ich w spokoju. Niezależnie od płci i pochodzenia. Ale nie bez pomocy. To nie jest trudno zrozumieć, co niewielu potrafi rozróżnić.

Afganistan staje się niepodległy. Dwadzieścia lat okupacji amerykańskiej nie zmieniło nic, jak dziesięć sowieckiej, dziesiątki brytyjskiej, setki tureckiej. Niepodległość nie oznacza wolności. Wojna którą przeżył ten kraj, to dopiero początek. Prawdziwa wojna, domowa, rozpocznie się teraz. Nie mniej krwawa niż w Syrii i Iraku. Będzie podsycana przez dostawy broni, pieniądze dla polityków, lokalnych watażków, w zamian za narkotyki, wpływy niedawnych sojuszników i wrogów. Podzielony Afganistan stanie się więzieniem, z milionami potencjalnych uchodźców, których nie będzie chciało przyjąć żadne państwo, płacących życiem, za próbę ucieczki. Mekką terrorystów, zaprogramowanych na nienawiść do wszystkiego co obce. Niech nikt nie ma wątpliwości. Tak będzie. Na bardzo długo. I to jest nasza wina. Wschodu i zachodu. Wstyd, którego będziemy gorzko żałować. Niczego się nie uczymy.

Kategorie
Chaos Psychika Życie

Miliony kolejnych pigułek

Dzieje się. Źle i dobrze. Złamany paluch i pęknięte trzy obok. Kolor biskupi. Efekt szybszy, niż skuteczność wychwyconej serotoniny. Depresja ponad wszystko. Zgniotę ją, wymiotę. Nowy hymn. Ostatnio złamałem tak palce ponad dziesięć lat temu, pod spadającymi beczkami piwa. Wcześniej, częściej, gdy chciało mi się jeszcze wykonywać wysokie kopnięcia, na macie. Tym razem otwarłem stalowe drzwi, piętro niżej od mieszkania, do którego chciałem dobiec. Nie chciałem zarzygać samochodu, schodów. Nie zarzygałem. Wola i przyłożona do ust dłoń. Leki tak działają. Zmienione. Dobierane. Tak wygląda walka z depresją. Bez wsparcia, które potrafię przyjąć. Albo oddział, albo konsekwencja. Dano mi wybór, wynikły z pozostawania w abstynencji. Bez niej chodziłbym po zamkniętych korytarzach, zamiast otwartych ulicach. Mogę. Przeraził mnie lekarz, z ręką na telefonie. Ambulans. Inny, przyjaciel, wypisał receptę. Wytrzymałem. Z długą listą niezamierzonych pomyłek. Wytrzymałem tak każdy, zapamiętany dzień. Zwichnięty. Przypadek kliniczny.

Nieprzerwane godziny terapii, tylko by zmuszonym pojąć, że bez pomocy, że lepiej już nie będzie. To nie stres. Nie tylko mój Anioł zapadł na melancholię. I ja się w niej zanurzyłem, o wdech, od utonięcia. Dalsze udawanie utraciło sens. Intelektualna manipulacja. Oszukiwanie, dla spokoju. Od zamkniętego zaułka, do ślepego. Tak. Przyznaję się. Jestem na wpół szalony, w połowie niedokończony. Przyznaję to szczerze. Zaszkodzono mnie, teraz ja szkodzę. Muszę przerwać krąg szkodliwy. Nie ja go zbudowałem, ja muszę go zburzyć.

Przedziwne odczucia. Uczucia. Uciekają gdzieś, coraz dalej, poza horyzont współwyczucia. Zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Z żalem, potwierdzam. Trzęsie się serce, ledwie zasypiają oczy. Huczą skronie. Zmuszane ręce wykonują proste prace, urywki myśli próbują wypełnić pustynniejącą głowę. Zgodnie ze spodziewanymi skutkami. Ubocznymi. Ulegając zanikowi, nie wiem co pozostanie po jego zakończeniu. Nie znam innego stanu, tylko ten sprzed niego. Chaotyczną strategię opóźnionego wycofania. Mistrzostwo maskowania. Unikania, zniechęcania. Samotności w rosnącym tłumie. Dotąd nietłumionej.

Prawda przeraża. Nie wyzwala. Nie wyznawalna publicznie. Wstydliwa. Bycie odmieńcem jest wystarczająco trudne. Wyrzutkiem, do zniesienia. Naznaczonym, niebezpiecznie. Piętnem niedostosowanego, nienormalnego, wariata. Czytałem, jest nas setki milionów. Mija doba, miliony kolejnych pigułek czeka, ze szklankami wody. Może zdążymy, zanim okażemy się za słabi. Na życie wśród ludzi. Dostosowanych. Silnych. Spełnionych.

Kategorie
Praca Przyjemność

Elegy For A Polish Boy

Zadanie drugie. Przyjemność ta sama. Szybki fiks.

***

Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą, 

haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią, 

malowali krajobrazy w żółte ściegi pożóg, 

wyszywali wisielcami drzew płynące morze.

Wyuczyli cię, syneczku, ziemi twej na pamięć, 

gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami.

Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, 

przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg.

I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, 

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut — zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?

Kamil Baczyński 20. III. 1944 r. 

***

They’ve taken you, my son, from your dreams and like a butterfly
they’ve embroidered you, my son. Your sad eyes bleed ore.
They painted landscapes, yellow-stitched, in horror and gore,
they adorned a hanged man like a tree, the sea’s waves to ply.

They taught you, my son, your land and its ways by heart
and by its footpaths you sob iron shards for tears.
They tuned you in darkness, fed you in loaves of terror.
You tread, groping through to dark, the road of fear.

And you ascended at night, my golden son, with a black gun
you perceived in the passing of a minute-bristling evil’s thirst.
Before you fell, you hailed the earth with your hand,
did it soften your fall, my sweet child, did the heart burst?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Barry Keane

***

They have pulled you apart, my son, from dreams trembling alike butterfly. Embroidered your sad eyes with russet blood.

They have painted yellow landscapes stitched by conflagrations. Sequined, flowing see with hang like trees.

You know your land by heart, well learned, once you cut paths with iron tears. As they have raised you in the darkness with a loaf of dread.

You blindfolded walked the most shameful of human ways. Went you out, sunny my, with a black weapon into the night.

You felt how evil bristled in the sound of the passing live. Before you fell, you blessed the earth with your hand. Was it a bullet, son, or was it a broken heart?

Krzysztof Kamil Baczyński – Elegia o… [chłopcu polskim] Tłumaczył Toksyczny

Kategorie
Praca Przyjemność

Raj utracony

Dla przyjemności, dla porównania, za zadanie.

***

Hail holy light, ofspring of Heav’n first-born,

Or of th’ Eternal Coeternal beam

May I express thee unblam’d? since God is light,

And never but in unapproachèd light

Dwelt from Eternitie, dwelt then in thee,

Bright effluence of bright essence increate.

Or hear’st thou rather pure Ethereal stream,

Whose Fountain who shall tell? before the Sun,

Before the Heavens thou wert, and at the voice

Of God, as with a Mantle didst invest

The rising world of waters dark and deep,

Won from the void and formless infinite.

John Milton, Paradise Lost. The Third Book

***

Bądź pozdrowione światło święte,

Pierwsze zrodzone niebios dziecię,

Albo współwiecznie niegasnący promieniu.

Mogę uklęknąć przed niewinnością?

Odkąd bóg jest jasnością,

I  jedynie w nieprzystępnym świetle

Zamieszkuje od zawsze, będący w tobie,

Oślepiająco jasną współtworząc istotę.

Czy słyszysz tego strumienia ciszę,

Płynącą z fontanny słów? Zanim pojaśniało słońce.

Byłeś przed stworzeniem nieba i boga głosem,

Okrywającego płaszcza połem,

Wschodzący świat wód ciemnych i głębokich,

Wylanych z niebytu, nieskończoności pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Toksyczny

***

Witaj, o światło święte, pierworodne
Dziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnie
Tak rzec się godzi, promieniu współwieczny
Wiecznemu Bogu. On, światło odwieczne,
Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyli
W tobie, przejasny wypływie przejasnej,
A niestworzonej istoty; lub może
Nazwać cię czystym prądem eterycznym,
Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?
Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkaz
Boga, jak płaszczem świat ten owinęłoś
Wyrastający z wód ciemnych, odjęty
Nieskończoności bezkształtnej i pustej.

John Milton, Raj utracony. Trzecia Księga. Tłumaczenie Władysław Bartkiewicz

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Obsesje

Obsesja, obsesja, obsesyjność. Zlepek nukleonów obsesyjności, budujących krążący świat obsesji. Własnych, nie moich, zderzających się, przyciągających. Jestem obsesyjny, jesteś obsesją. Nie zawsze wspólną, nie zawsze o odmiennym kierunku przymusu. Nie ma obsesji obojętnej. Zamiast niej jest pustka. Przestrzeń nie obsesyjna. Tam udają się zmęczone atomy, na pozbycie się jednych i znalezienie innych obsesji, zanim powrócą do znanego sobie miejsca, obsesyjnych oddziaływań.

Punkt widzenia, obserwacja. Nie pozbawiona sensu. Pędzące obsesje napędzają potrzebę, konieczną i nie do odepchnięcia. Muszę, chcę, zrobię, mieć, nie i tak, kocham, nienawidzę, nie chcę, nie muszę. Za wszystko, na wszystko, za każdego, zamiast ich. Na przekór, wbrew, samemu, razem, nieodwracalnie. Obsesja osiągalna nie jest obsesją, jest wyborem, wycieczką poszukiwawczą. Tli się ledwie. Obsesja osiągnięta, spala się jak spadające gwiazdy, małe siostry supernowych, wybuchających obsesji w zrozumieniu. Rozbłyskiem, rozpadającej się siły nieistniejącej nadziei, dotąd trwającej w stanie pewności, obsesyjnej.

Nie zupełnie. Moje, nasze obsesje, nie całkiem wypełniacie wszechświaty świadomości, osobowości obsesyjnych. Nie jesteście wszechpotężne. Nie możecie oddzielić się od przyczyny obsesji. Żyć samodzielnie. Bez nas, nie ma was, beze mnie, nie ma obsesji. Jesteście moje, w naszej mocy, naszego stworzenia. Z nami udajecie się w pustkę niespełnienia, gdzie porzucone czekacie na inne niespełnienie. A my znajdziemy inne, podtrzymujące konieczność dalszego istnienia. Obsesje.

Kategorie
Spokojnie Toksyczny

Zostaw to. Fuck!

Jezu, pomyślałem sobie. Jaki ja jestem bezgranicznie głupi, jaka jesteś bezgranicznie głupia, głupi też. Jezu. Tak pomyślałem. Ile razy dotąd tak pomyślałem, o ilu? Martwię się, że za wiele i o za wielu. Ile razy pomyślał ktoś tak o mnie? Wolę się nie zamartwiać. Za wiele głów byłoby do liczenia. I nie tylko głów. Cóż? Mea culpa.

Siedząc w nieswoim domu, wykonując nie moją pracę, czytałem nieswojo ostrzeżenie, doręczone mi po raz, nie pierwszy. Art. 190a §1 kodeksu karnego. Jestem stalkerem? Nie czytałem sam. Pokazałem i przetłumaczyłem. Ona ma rację. Powinieneś się wstydzić. Robisz to złośliwie, sprawia ci to satysfakcję? Nie pytaj, przestań się kontaktować, tylko dlatego, że możesz. Ten angielski z francuskim akcentem. Uśmiechnąłem się. Belgijka ma rację. Wstyd mi. Ona się nie ukrywa jakoś, wręcz przeciwnie. Moja próba wyjaśnienia. Nie przed tobą. Jesteś tak głupi, że nie rozumiesz, że się narzucasz? Zepsułeś co miałeś do zepsucia. Daj ludziom żyć. Nic nie zyskasz, psujesz jeszcze bardziej. Ktoś cię postrzega tylko przez upór, nie kim jesteś. Chcesz naprawiać, a niszczysz resztę czyjegoś szacunku i dobrych wspomnień. Opary miłości, tylko waszej i niezręcznej. Dla niej szczególnie, po to cię starszy, chce się ciebie w końcu pozbyć, nie rozumiesz? Ja bym ci łeb urwała! Jej też. Niszczyciele. Nie jesteście wyjątkowi, tylko żenujący. Ona się stara zakochać, ty nie kochać nikogo. Oboje niespełnieni. I jeszcze się podglądacie. Nieszczerzy. Łatwo było powiedzieć nie i dalej szukać. Chciałem wyjaśnić… Przekroczyłeś granicę wyjaśnień. Zrobiłeś jej to świadomie. I sobie. A dziecku? Jesteś durniem. Przestań. Przecież tak naprawdę życzysz jej dobrze. Życz jej, ona i tak o tym wie. Nie jesteś aż takim gnojem, jak o sobie myślisz. Ona wie. To wystarczy. Zostaw to i wszystko inne. Dla jej dobra. Kropka! Chodź. Idziemy na piwo. Musisz się napić, bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie na Kazimierz. Fuck! Gdziekolwiek. Pójdziemy gdziekolwiek. Nie martw się, zapomnisz w końcu.

Kategorie
Toksycznym Życie

Niczego nie stracisz

Gdy świnia powie ci, że jesteś jak ona, nie przejmuj się, gdy zgodzi się z tym cały, osrany po grzbiety chlew, czas najwyższy z niego wyjść. Świnie nie są winne temu. Świńskość i bród, to jedyne co znają. Jedną świnię możesz przekonać, że się myli, stada nigdy. W grupie raźniej, nawet w drodze do rzeźni. Parafrazując chińskie przysłowie. Wchodzisz między kruki, krakaj jak one. Nie wchodź, jeżeli chcesz mówić po orlemu. W końcu się zorientują, że nie jesteś jednym z nich. Pochwycą cię i rozdziobią, pozbywając się obcego. W kupie siła. Szukaj raczej orlego towarzystwa. Może cię przyjmą? Polecisz z nimi. Nie przyjmą? Niczego nie stracisz. Umrzesz przynajmniej wznosząc się, wysoko. Robiąc to samo ze znanym dobrze, polskim przysłowiem.

Żyć w zgodzie ze sobą było by cudowne. Bardziej nawet, gdyby zamiast ciężaru wiedzy o tym, czego nie wolno, jak się powinno, pojawiła się myśl lekka, że można. Przekonanie, rozwijające się w pewność, ona w codzienność. Wolność woli, nie wola wolności. Wolny wybór, całkowity, zamiast ograniczonego wyboru. Iść własną drogą, nie dozwoloną. Nie kierować się, nadawać sobie kierunek. Nie szkodząc, nie robiąc krzywdy, bez rozczarowania. Dzieląc się doświadczeniem, a nie tłumacząc się z niego. Z poczucia winy. Ukrywając uczucia poznania.

Niczego się nie nauczyłem. Jak inni. Chciałbym. Zazdroszczę zdolności. Jestem opornym uczniem. Nauczki nie sprawiają, że unikam. Nie potrzebuję. Nie ryzykuję. Nie wsadzam ręki do ognia. Wsadzam, w inny sposób. Parzy. Zawsze podobnie, zawsze trochę inaczej. Goję się, pozostaje nowy wzór blizny. Tej samej, już nie takiej samej.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Zmęczyłem się, tylko dla zmęczenia

Nie ma już o czym mówić. Zastanawiać się. Wspominać, żałować, przepraszać. Starać się, wyrywając kawałki duszy, ofiarując w zamian szczerej niezmienności. To musiało przyjść. Nie da się przeciągać. Nici, najszlachetniejszych chęci jedwabnych. Nie ma rozwiązania, gdy problem nie okazał się warty wysiłku, Ariadna odeszła na wygnanie pamięci. Tezeusz niczego nie znajdzie. Przestał szukać. Bogów nie obchodzi wynik, wyprawy po niepotrzebne runo. Rozeszli się, obojętni. Niezainteresowani. Pokojem.

Miłość jest z serca płynącym pragnieniem
Nieskończoności wielkiej przyjemności,
Oczy to pierwsi rodzice miłości,
Serce jej jednak daje pożywienie.


Bywa, że palą miłosne płomienie
Choć się nie widzi źródła namiętności,
Ale ta miłość, która ściska w złości,
W tym, co spostrzega oko, ma korzenie:


To bowiem oko sercu ukazuje
Wszystko, co widzi, rzeczy złe i dobre,
Tak jak je sama natura kształtuje,


Zaś serce, w którym pragnienie się budzi,
Jego przedmiotu tworzy sobie obraz:
I taka miłość panuje wśród ludzi.

IACOPO DA LENTINI (Tłumaczone przez znajomego)

Chwieję się. Niepogodzony. Nie zwyciężony. Nie ma powodu do walki. Cienie szarzeją. Ciemnieją w niebo, bezgwiezdnie czarne. Z niewidzialną tarczą księżyca. Zmęczyłem się, tylko dla zmęczenia. Nie pamiętam dobrze przyczyny. Teraz odpocznę, tylko do siebie dojdę. Zastanowię się. Co dalej? I czy dalej.

Kategorie
Pamięć Przyjemność

Nie dam się

Dwa dni w moim miejscu. Londyn. Wołający mnie w snach. Najpierw nie było czasu na pakowanie. Potem na sen, spotkania. Był czas. Tylko dla mnie. Nie zadzwoniłem do nikogo, nie prosiłem o nocowanie. Bilety? Dwa funty, bez dwóch pensów. Tam i z powrotem. Bez podatków. Czas zakupu? Mniej niż minutę. Rekord świata. Niedowierzanie i zryw. Mam dowód? Mam! Małe B&B za dwadzieścia, które miałem, od wyjazdu, zawsze w kieszeni, wymięte, sinoniebieskie. I czerwona pięćdziesiątka, składana w kwadrat. Z Elżbietą. Na piwo. W Highgate, obok domu. Nie obok, naprzeciwko. Dwa dni na bycie u siebie. Tyle się zmieniło. Tak długo mnie tutaj nie było. Wciąż ten sam zapach. Kolor nieba. Ekscytacja ponad wszystko. Mój Londyn. Moje miejsce. Moja córka, czekająca na mnie, na St Pancras and Islington. Mój most, z którego widać całe miasto. Klucz na dach w Cholmeley Lodge, z którego mogłem machać do Polski i Australii, jak w każdy Nowy Rok. Klucz i już stare Brandy, ze schowka na stacji Waterloo. Tate i Camden Town i wieczorny jazz. I chińczyk i hindus na Archway Road. Kebab przy stacji Metra. Nie poznaję siebie. Po dwóch dniach. W Krakowie. Rozpierdala mnie. Chuj wam. Nie dam się.

Kategorie
Brak Nic

List, którego nie da się dokończyć

Bardzo długo piszę to, co mam ci do napisania. Poprawiałem i przepisywałem to już tyle razy, tyle razy myślałem i przemyśliwałem to, co powinienem napisać, tak długo, że nie kończenie i nie wysłanie wydaje mi się tym samym. Pisaniem do siebie, nie do ciebie, bez końca. Nie potrafię rozmawiać, próbuję. Nawet ze sobą. Spokojnie, nie nerwowo, bez ciężkości w piersiach, drżenia i paniki. Nawet przyjaźń nie uwalnia mnie od niepokoju. On rośnie we mnie. Zabiera mnie, jak za mocny prąd rzeki, od którego nie jestem silniejszy. Wszystko płynie. Nie w stronę wysp, które bezustannie zmieniają położenie. Nieosiągalnych. Ja niestały i nic nie pozostaje w bezruchu. Nic się nie kończy i się nie rozpoczyna. Wpadając w ruch, poruszany ruchem, w akcję dramatu, będąc dramatyczny, widz i aktor. Bez wyboru akcji, roli, powodu gry, zakończenia, wniosku, nauki, wyciągania. Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu. Nie tego oczekiwałem. Nie tym miałem się stać. Nie śmieję się już z, nie pogardzam z, ułomnej potrzeby ziszczenia, tego co się nie wydarzy, bo i tego nie ma, nawet gdyby było. Nie ja to stworzyłem, nie ja nadałem zasady, których nigdy nie poznam. Poddając się, zyskuję nic zupełnie. Nic mnie nie cieszy, nie sprawia niczego przykrego. Świadomość i jej brak. Wola i przetrwanie. Umieranie i nie życie. Rodzenie się i powstawanie. Wiem, że niczego nie wiedząc i tak nie dokonuję wyboru, bo jest przypadkowe, dla mnie. Nic nie powinno być mi obce. To moje i nasze uniwersalnie. Jest czyjeś. Żadne moją obecnością i nieobecnością. Logiką i nie logiką. Nie wiedząc po co jestem, nie dowiem się dlaczego mnie nie będzie. Mogę przemodlić, przesiedzieć resztę mojego czasu w przemyślnych ułożeniach ciała, uczynić je sprawniejszym, myśleć i wymyślać. Wygrażać i strzelać wbrew naturze, stwórcy, materii. Używać ile mogę. Robić co chcę, jak i gdzie, i kiedy. Być prawy, moralny, na odwrót. Nagrodzony, ukarany. Chorować, zdrowieć, nie wydobrzeć. Kłamać, nie kłamać. Łamać i składać. Budować i burzyć. Czuć ból i przyjemność. Tylko przetrwać w letniości. Mogę wszystko, poza jednym. Zerwaniem owocu z drzewa wiedzy i jedząc go, pojąć. Wiesz już dlaczego? I dlaczego nie? Krew w moich żyłach nie jest moja. Moje życie nie jest moje. Zostały mi dane, bez zgody. Po to bym je mając, nigdy ich nie miał. Czy je przetnę? Nic pozostanie niczym. To nie jest pesymizm. To nie depresja. To Nic.  To Jest.          

Kategorie
Nic Życie

Le courage ce n’est pas d’avoir la …

Przyjechała belgijska królowa. Śpi w moim łóżku, podczas gdy ja próbuję, na kanapie ludzi, którym remontuję mieszkanie. Nie mam siły wracać do domu. Ochoty naprawiać augiaszowego niedbalstwa. Chcę tylko spotkać się z córką i pójść na plac zabaw, gdzie rosną mirabelki. Królowa ogląda Kraków, potem przychodzi i patrzy na mnie. Zakurzone i brudne, szarzejące ciało, zawziętego mnie, w szale, transie uporu. Lubię jak tak tańczysz. Co? Jak tańczysz, malując ściany, powtarza. Ma z głową gorzej niż ja, myślę. Kuku.* Przeszukała moją szafę. Przywiozła czyste ubrania i ręczniki. Wiem że śmierdzę. Wyjebałem te pierdolone kafelki, położyłem nowe. Wyrwałem brodzik, nadludzkim wysiłkiem, wyginając łom, robiąc pod siebie, wywracając się bez wagi, nieważki. Na Słowackiego, w mieszkaniu na poddaszu, Brazylijczyków, nad którymi się zlitowałem, wycierając się bez wstydu, z cieknącej, zielonkawej sraczki. Szesnaście godzin pracy w upale, gotujący się mózg i ona, podająca mi bez słowa torbę i pytająco patrząca na naprawiony kran, przy wannie. Wychodzi, jedzie do mnie, śpi, zwiedza. Wraca w następne dni z obiadem. Wie że nie chcę mięsa. I tak przynosi. Siedzimy w milczeniu, zjadamy, przy stole, nie jej, nie moim. Nie rozmawiamy prawie, odkąd postanowiła zostać na dłużej. Nie z mojego powodu. Zakochała się w Polsce. Wbijająca się w oczy, kobiecym ostrzem ideału, wypatrywaczy. Pijąca kawę w restauracji, na Placu Nowym, gdzie mój syn miał wesele. Kurwa mać, akurat tam. Wyprałam rzeczy twojego dziecka i posprzątałam, wyrzuciłam wszystko z lodówki, zapleśniałe kanapki także, mówi wstając, zamiast dziękuję i smacznego, pewnego razu, roześmiana. Napraw samochód, gaśnie. Nie możesz nie karmić chomika, który kupiłeś dziecku i nie podlewać kwiatów przez kilka dni. Bo ja tutaj jestem. Wykorzystujesz mnie, niby nic nie chcąc. Znajdź pieniądze i czas. Dla wszystkich. Nie pracujesz za darmo, nie żyjesz w odosobnieniu. Naucz się oszczędzać. Napisała na kartce, którą znalazłem, przyklejoną przy zamku, w obcych drzwiach. Oddałem. Nic nie musisz, dopisałem pod jej pretensjami. Nie zapraszałem Cię. Przyjechałaś swoim samochodem. Przeczytała, zmięła papier, wyrzuciła do worka z gruzem. Skręciła papierosa. Zapaliła, wsadziła mi do ust. Mój ojciec i siostra są tutaj. Pomogą mi się urządzić. Chcą cię zobaczyć. Wybrali miejsce, w którym nie spotkasz znajomych. Nawet Tej. Z Wiednia, złośliwy ton głosu. Nie będzie Anioła, do Warszawy za daleko. Bóg wam się nie pogniewa. Onej. Wrocław się nie przysiądzie. Afrodyta nie poda nam wina. Tamta, Toksyczna ma inne zajęcia. Nie będzie Jego, Innego, Onego. Pijącego. Zaimki źle się tłumaczą w Googlu, wtrąca, nie wiem w jakim celu? Czyta co piszę? Zmienię hasło w kompie. Z miejsc bliskich i dalekich. Z przeszłości. Tylko my. Z teraz. Nie będziesz udawał, że się nie znamy. Wiem że ci się to podoba. Nie czujesz tak zazdrości. Nie zniechęcisz mnie. Le courage ce n’ nest pas d’avoir la force de continuer, c’est de continuer quand vous n’avez pas la force. Ubierz się, wyszoruj paznokcie. Masz w kolczyku zaschnięty cement. Bądź z nami. Nie będzie w tym nic złego. Pojechałabym z tobą przez to miasto konno. Jest puste w ulewach. Boicie się tu chyba wody. Ty też. Brzmi, jakby miało jakieś ukryte znaczenie. Konno? Zdecydowanie chora. Ja konno. Może na ośle? Osiołku? Wyszorowałem. Pobyłem. Boga nie oburzyłem. Nie wiem czy lubię Margo. Boję się jej. Jest nierzeczywista. A będzie bardzo. Wynajęła mieszkanie, dwie minuty od mojego. Ja pierdolę. *Nie wiedziałem. Widziałem nagranie. Faktycznie tańczę pracując fizycznie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Anioł ma depresję

Mój Anioł ma depresję. Nie poprawia się. Trzeba czekać. Poprawi się. Uleczy. Tymczasem Anielskie usta szukają modlitwy. Znajdując nie ukojone, zaciskają je wargami, kończą nie na Amen, na głucho. Walczący Anioł. Z cieniem, odbiciem wieczności. W bezsenne noce. Zmęczone, nie zakończone. Uwięziony grawitacją grzechów.

Rozłóż skrzydła Aniele, upnij anielski warkocz, upleć jak w lepszych czasach. Podnieś porzuconą aureolę. Strzepnij kurz z sukni anielskiej. I wzlatuj. Do innych aniołów. Absolutów idealnych. Wyrwij się. Bądź Aniołem. Jesteś Aniołem. Będziesz. Zawsze.

Anioł nie słyszy. Nie odpowiada na pytania. Milczy tygodniami, z wyjątkiem zapewnienia, że jest. Poza tym nic, w międzyczasie. Podnosi się. Z kolan. Na kolanach. Wiem jak Ci źle. Będzie dobrze. Uwierz mi. Jesteś samym dobrem. Żyję nim.   

Kategorie
Brak Życie

Czekanie

Poprzepraszałem dzisiaj. Wielokrotnie. Z powodem i bez. Znowu mnie zjada mój druh jedyny. Nieodstępujący. Alter ego mój. Karmiący się mną. Łudziłem się, stając nieomal ascetą. Chudnąc tym razem zdrowo, nie chemicznie, nie ze zgryzoty. Że gdzieś się zapodział. Nałóg mój. Nie wolno mi sięgać po alkohol w samotności, nie wolno się poddawać. Szukać przebaczenia na siłę. Trzeźwieć przez kolejne dwa dni, zastanawiając się po co mi była ta próba. Muszę się pogodzić. Ze sobą. Zgodzić na siebie.

Przepraszanie jest konieczne. Przeproszenie jest niezbędne. Mam długą listę. Kogo muszę przeprosić. Nie zawsze się udaje. Wracam po kilku miesiącach. Do serc zatwardziałych. Nie mogę wejść na prostującą się ścieżkę. Widzę ją, czekającą na mnie, wciąż nieosiągalną. Zamiast wybaczenia otrzymuję porady. Wszyscy święci, radzący, nie widzący starań, wyzwań, porażek i zwycięstw. Mają rady. Doprowadzające mnie do wściekłości, niepokojącej, wszechmocnej, wybudzającej demony. Na za długo.

Przeciąga się oczekiwanie. Czekanie. Nadwrażliwe. Naiwne. Niepoważne. Niespokojne. Zazdrosne. Nie zrozumiane. Godotowe.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Jeden taki wystarczy

Był ślub. Nieduży. Nie za mały. Było wesele, coś w jego rodzaju. Mój syn został mężem. Jego żona nosi moje nazwisko. Moje, bo przede mną, było mojej matki. Na krótko. Zapuszcza korzenie. Rozrasta się. Kiełkuje, w trzech kobietach, dziewczynce i trzech mężczyznach. Było by nas już ośmioro, w dwóch pokoleniach, brakuje jednej, której już nie ma. Matka nosi czwarte. Ojciec nosił piąte, które było długo i moim.

Stałem z boku, siedziałem z boku. Niedaleko, ale nie razem. Nieswojo. Nie obco. Nie winszowałem pierwszy, nie ostatni. Nie pozowałem do zdjęć. Nie miałem z tym wiele wspólnego. Byłem. Zgodziłem się przyjść. Zostałem zaproszony. Poproszony. Byłem gościem, wśród innych gości. Nie prowadziłem rozmów z rodziną, która nie jest już moją, z rodziną która musi nią pozostać, która się nią stała. Dotrzymywała mi towarzystwa reszta moich dzieci i poznani nieznajomi. Czekałem na wyjście. Trzeźwy, świeży, grzeczny, spokojny, za elegancki, za bardzo zauważalny. Unikałem toksycznych oczu, bo i one tam były, oczu zainteresowanych, ich też nie zabrakło. Nie umówiłem się z koleżanką panny młodej, czego mógłby spodziewać się młody pan. Nie wyswatałem się. Nie dostarczyłem tematu do kolejnych plotek.

Byłem sam. Myślałem jednak o kimś, kto osłodził by mi gorycz bycia tam, tylko dla proszącego syna. Nie taki miał być ten ślub i nie takie w nim moje miejsce. Nie powinno być. A jednak. Obiektu moich myśli nie ma, i nie ma sposobu, aby cofną czas, nieubłaganie stawiający mnie poza nawiasem przeszłości. Do przyszłości, z teraźniejszym staraniem, jak nigdy przedtem. Nie może być więcej takich ślubów. Nie mogę być na nich obecny, nie w swojej roli. To nikomu nie powinno się zdarzać. Jeden taki wystarczy.

Wychodząc chciałem krzyczeć. Wyszedłem szepcąc, trzymając malutką dłoń córki, nie lubię tych ludzi, nie lubię tych rodzin. Przypadkowych. Nie muszę udawać. Dzięki Bogu. Wypierdalać.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Przyjmuję radę

Rozpoznaję koniec? Już koniec nadziei? Rozpoczyna się, zmiana, proces, przeistaczający? Z pewnością? Tak mi przykro. Zatyka mnie, dławi, zabiera wdech, tonę w żalu, jego gęstości. Wyciągnięte palce, wskazujące na Złego. Patrzcie. On, powód. Kłamca. Zdrajca. Najeżony ruch ramion. Poruszają się, gdy się przesunę. Próbuje się ukryć, jedni wołają podniesionym głosem, drudzy potakują, mechanicznie wykrzywiając szyje w dół, w górę, ptasim jakimś ruchem, obrzydliwym. Śliniący się na myśl o prawie rytualnym oskarżeniu i wyniku zemsty.  Musi się poddać. Poddaj się. Oddaj. Przyznaj. Zostaniesz ukarany. Obojętnością.

Nie przykro mi. Nie dławię się. Nie ma końca. Jest śmierć, umarle narodzonych. Po nadziei. Wypartych agonią z ciążących strachem macic. Umęczoną ugodą. Tyle wolności, ile pozwolenia na jej posiadanie. Nigdy dosyć. Z niepodważalną pewnością. Filozoficznie. Teologicznie. Nie zwyczajnie, intelektualnie, spłodzonych. Z prawem wydawania wyroków. Osądu. Poczucia winy.

Nie poddaję się. Kara była ze mną od zawsze. Gdy znajdę się w jej zasięgu, przypomina o sobie. Niezmiennie zmienny. Niezmieniony. Własny. Niewolony. Nie skruszony. Nie odwracam się. Nie odchodzę. Czekam na kamienie rzucane z różną celnością. Czekam aż wyczerpią się siły wiernych, wierzących w rację. Jedyną. Nie ja jestem kamieniowany, zasypują ideę, obcą. Niepodporządkowanie.

Uśrednienie. Przewidywalne. Podobieństwo. Poznane. Tożsame. Z nami, albo zdychaj, przeciwko nam. Radzimy. Zdycham. Przyjmuję radę. Indywidualnie. Niech was wszystkich… Udawanych liberałów. Pseudo humanistów. Wiernych katów.

Kategorie
Toksycznym Życie

One kogoś mają

Ona kogoś ma. Tamta też i tamta inna też, ma. No i? To dobrze. A ty nie masz! I co? Muszę mieć? Po co je wystraszyłeś? Miałbyś wybór. Przecież zawsze kogoś miałeś. Właśnie. Nie zawsze jest zawsze. Teraz jest teraz. Teraz chciałem się przekonać, czy byłoby warto. Nie było, jak zawsze.

Moje małe miasto rodzinne. Wszyscy się znają. Interesują. To ich interes, co robią inni. Innych interesuje interes ich. Powinien. Tak należy. Dociekliwie. Nie chcąc wiedzieć, wie się, wbrew braku zainteresowania. Wiem co robią, gdzie wyjechały, z kim się spotykają. Wiedza przekracza granice kraju, przyzwoitości. Bezużyteczna. Bezczelna. Wścibska.

Zainteresowanie. Nie wywołuje skutku. Wiedza wystarczy. Krytyczna, chamska, cyniczna. Nie rozumiejąca. Ile pozwolimy poznać? Nie zdołamy ukryć? Nieostrożnie? One kogoś mają? Niech mają. Nie jestem zazdrosny. Nawet ich nie znam przecież. Za długo to nie trwało. Niech mają na zdrowie. Niech są lepsze. Posiadające.

Kategorie
Przyjemność Życie

Dzieci

Płaczą moje dzieci. Przeze mnie. Ja nie mogę. Nie przeze mnie płaczą. Płaczą za mną, za czasem beze mnie. Za czasem ze mną. Płaczą przy mnie. Śmieją się moje dzieci. Ze mną, przy mnie, ze mnie. Nie mogę się z nimi nie roześmiewać. Przestać się śmiać. Do łez. Dzieci. Z nimi czuję się jak powinienem. Mam je razem. Wszystkie. Nie brakuje mi nikogo.

Nie wyjeżdżaj tatku. Ojcze zostań. Stay with my little sister dad. All will be fine again. Przestań się złościć. Nie na nas. Przy nas. Don’t judge people, like you not judging us. Jesteś jedynym kochającym człowiekiem, którego znam tato. Zaśpiewaj Zakręconą, no proszę. Albo Technosmutek. Zatańcz ze mną. Jesteś tylko mój.

Nie muszę przed nimi niczego ukrywać. Udawać, kręcić, dostosowywać. One nie robią tego przy mnie. Wyprowadzamy się z równowagi. Obejmujemy, szukając jej zachowania.

Naprawdę codziennie chodzisz do kościoła? Dalej tęsknisz? Dlatego jesteś sam? Tak. I nie.

Nie brakuje ci wcale alkoholu? Nie chcesz nic zapalić? Schudłeś tak przez pracę? Kyllä. Ja ei.

Masz znowu pieniążki? To twój nowy domek? Nie jesteś już szalony? Trochę tak. Nie pytaj.

Jedyne takie dzieci. Jedynie dla mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Przedmiot i podmiot

Dostałem. Chociaż miałem kupić. Odkupić. Wykupić. Rzecz. Przedmiot. Wcale nie bezwartościowy. Oddałem inny w zamian. Pamiątkowy. Mogę znajdować. Odszukuję. Nie wolno mi brać. To ja daję. Przekazuję i pomagam. Mnie się nie pomaga. A może? Już czas nauczyć się prosić? Mówić o pomocy, nie przetrwaniu. Nauczyć się słuchać, w ciszy. Bez przerw. Przerywania. Prosić bezgłośnie. Sobą. Nie potrzebą. Bezustannie wieloraką, spazmatycznie skurczem i rozkurczem niespełnioną. Zamiast niezbędności, zapewniającej trwanie, bezpiecznej. Szansy, możliwości czynienia więcej i na pewno, bez pewności zakończenia.  

Zachwycił mnie darczyńca. Odświeżył. Przypomniał. Rozumnie. Radząco. Aktorka innego dramatu, z innego, nie znanego teatru. Nie obcego. Równolegle tworzącego, sztukę, zamiast sztuczności. Hipnotyzująco. Zdolnością pasji, nie oczekiwań. Miałem świadczyć usłużnie, wyświadczono przysługę mnie. Wymianą podmiotową, przypieczętowaną przedmiotowo. Na pamięć. Zapamiętanie. Na drogę. Na moment spotkania, rozdzielającą się, kierunkiem każdego w swoją stronę. Dróg.

Patrzę na przedmiot. Użyteczny, ale niekonieczny w posiadaniu. Moim. Otrzymałem niekonieczność, wymieniłem na zbędność. Ze szczerymi wdzięcznościami. Gestami prawdy o posiadaniu, poza jego znaczenie. Proszę. Weź. Weź i ty. Symbolicznie. Teraz mam. I ty masz. Dziękuję.

Jest mi z tym dziękuję dobrze. Lekko dobrze. Bardzo.

Kategorie
Mam to w dupie Życie

Na dobre. Na złe

Znasz mnie? Zapytałem. Bardzo dobrze, odpowiedział. Chuja mnie znasz, pomyślałem. Naprawdę chuja mnie znasz. Nie wiesz kim jestem i jaki. Nawet nie mam pewności, czy ja sam to wiem o sobie. Ciągle się zaskakuję. Przeniosłem się do wewnątrz, udając zainteresowanie poza. Mógłbym mu powiedzieć, że jest ignorantem, zarozumiały, jest bucem. Nie znalazłem powodu. Męczył bym się jeszcze bardziej. Odkąd nie piję, awantury mnie męczą. Ja też go nie znam. Nie mam ochoty poznać. Nigdy nie miałem. Nie jesteśmy dla siebie interesujący. Nie muszę się wysilać. Czekałem na koniec straty czasu. Zabrał mi go. Ktoś.

Za bardzo się dotąd starałem. Już nie. Nie wiem kiedy to się stało. Stałem się wybiórczy. Wymijam. Nie unikam ludzi. Nie zniechęcam, nie przekonuję. Złoszczę się od czasu do czasu. Za kierownicą zawsze. Klnę, obserwując ze wściekłością esencję egoizmu, zalaną wrzątkiem ambicji. Mam nudności, gdy pomyślę o, lub widzę usiłowania bycia kimś więcej, ważniejszym. Niż ja, inni, wszyscy. Przechodzi mi. Wysiadam z samochodu, odwracam wzrok, zamykam telefon, wyłączam się. Zajmuję się swoimi sprawami.

Nie dałem się poznać. Do czasu, mam pewność, lękałem się. Po czasie, nie czuję potrzeby. Nie jest to niegrzeczność. Posiadam wciąż zdolność udawania. Leją się z moich ust monologi. Bucha ogień kontrowersji. Przybieram pozy waleczne, oburzone, pełne zrozumienia, współczucia. Nieobecnie. Nie mam nic do powiedzenia. Niewiele mnie obchodzą ludzie, których nie obchodzę ja. A tak jest. Wiem to. Na dobre. Na złe. Nie jestem w tym sam.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Z innym będzie lepiej

Miał być dzień zły, noc gorsza od dnia. Nie były. Były dobre. Obiecujące. Nie rozczarowały. Pochłonęły. Całego mnie. Nic wielkiego. Tylko ogrom, w którym rozpłynąłem się jak wiosenny lód. Zjednoczyłem się z ciepłem dobra.

Patrzyliśmy na siebie. Zachwyceni, zdezorientowani przypadkiem spotkania, spoza barier, nie przekraczanych, pozostałych pomiędzy nami. Do pokonania. Wyznaczonych dla przyszłej przyjaźni, zamiast miłostki.

Powiedzieliśmy sobie wiele. W innym czasie było by za dużo, było w sam raz. Nie zostaniemy kochankami. Zostaniemy bliscy. Wspierająco. Opowiedzieliśmy o zawodach, nieudanych związkach. Bo my, bo nie my. Określiliśmy granicę marzeń. Drobnych, ułożonych w stos sięgający nieba. Zapalimy go. Niech zagorze.

Gdzie te miłości? Gdzie ich cielesność? Są szczęśliwe? Mamy nadzieję. Życzymy im tego. Sobie, braku nieszczęścia. Lepsze idzie. Stoi tuż, przygląda się nam. Podejdzie gdy zechce. Nie poganiamy.

Gorsze już było. Gdy jest gorzej, nie może być lepiej. W gorzej pojawiają się prawdziwe oblicza. Potrzeby lepiej, coraz lepiej. Gorsze zniechęca, przemęcza, do samotności. Z innym będzie lepiej. Z tobą będzie gorzej. To dobrze. My nie chcemy was. W przeszkodzie rezygnacji. Ku lepiej, do gorzej. Nie naszym. Nowym.

Jesteśmy. Wyrzutem. Sumieniem. Prawdziwi. Nie pożegnani. Odcięci. Na dobre. Bawimy się dobrze. Swoim kosztem.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Rodzina

Modlę się

Modlę się. Idąc. Jadąc. Leżąc. Modlę się budząc i zasypiając. Bezgłośnie. Bez znaku krzyża. Nie na kolanach. Modlę się pracując, wypoczywając, w letargu. Nie zmuszam do modlitwy. Do mojej wiary. Mojego Boga. Proszę. Dziękuję. Wyczekuję. Oddaję siebie. Polecam. Przepraszam.

Modlę się przeklinając. Kurwami. Modlę się dyskretnie. Nie po katolicku. Bezmyślnie. Zaczynam i nie mogę skończyć. Nie idealnie. Niedoskonale. Przerywam i zaczynam na nowo. Dotykam różańca, naprawiam go, zaciskając, modląc się. Słucham modlitw w znienawidzonym radiu.

Nie muszę modlić się w odosobnieniu. Nikt nie wie, że się modlę. Nie wyglądam na rozmodlonego. Na wierzącego. Nie wprowadzam w błąd. Nie wyprowadzam. Nie bawi mnie to. Nie martwi. Nie modlę się dla nikogo. Dla siebie. Modlę się, gdy komuś brak modlitwy. Zaproszony.

Modlę się z wyboru. Chcę. Nie zmuszony. Odczuwam siłę. Widzę. Zaskoczony. Niedowierzając. Nie rozumiejąc. Nie szukając wyjaśnienia. Fenomenu. Faktu, stanu, wagi. Medytuję modlitwą. Zanurzam się w niej. Oczyszczam. Poznaję modlitwę. Polecam.

Kategorie
Życie

Nie mam o czym pisać

Mam pisać. Klepać wprawki i poprawki. Rozkładać zdania na dialogi, dopisywać didaskalia. Nie mogę. Nie mam pomysłów. Kręcę ten sam zestaw sylab. Mielę w głowie, jak stary chleb w ustach. Mdli mnie, od tych, się i których. Nie mam o czym pisać. I dla kogo. Nie jestem samowystarczalny. Nie chce mi się tłumaczyć, sprawdzać gramatyki. Pochwały mnie irytują. Krytyka bardziej. Zaczynam, siadam i siedzę. Wstaję, wracam i patrzę w ekran. Całe noce. Bezmyślnie. Bezpłodnie. Wymęczam coś. Wymazuję.

Zapominam po co się staram. Mam nie dać dupy. Konieczne. Ciągle mam szansę. Zależy mi. Udowodnię. Spóźniony i niezadowolony. Muszę odpocząć. Nie umiem. Nauczę się.

W pracy olśnienie. Nagrywam. Wracam do domu. Odsłuchuję. Nie rozumiem. Nie pamiętam o co chodziło. Rozszyfrowuje. Pół strony. Trzecia nad ranem. Mam coś jeszcze? Stacja jest zawsze otwarta? Kochany Orlen. Piwo? Nie. Jakoś zasnę. Nie będę jeździł jutro po pijaku. Zlituj się, mówię do siebie. Wysil się. Zapal. Papier lubi dym. Budzę się z bólem pod czaszką, nie rozebrany. Nie w butach tym razem, bez kurtki, przepocony, z niesmakiem w gardle. Nie. Dalej śnię. Bez talentu.           

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Ogarnięty jestem. Toksycznie nudny

Jest dobrze? Jest lepiej? Jest właściwie? Przewidywalnie jest? Już? Ogarnąłem się. Bóg jeden wie, jak nie lubię tego, się ogarnij. Prawie jak, na klatę. Prostackie, niby nowoczesne. Karaczate. Pokraczne. Tak współcześnie. Z tatuażami bez znaczenia, pokazywanymi, na napuchniętych sterydami bi i tri, nawet quarto cepsami, napinającymi szwy przydrogiej marynareczki. Pod rękę, z bezrozumem cud gibkim, na motylej diecie, po liftingu wąskiej kreski warg. Nienaturalnie lśniących, od czoła po brodę. Od Tatr po Bałtyk. Od Bugu po Odrę. I dalej na Zachód. Marzenie. Weź się kurwa ogarnij. Popatrz na nas. My jesteśmy. My. Mięśnie i usta. Ruch i słowa. Wynik i parcie. Bierz przykład. Lepiej wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Podziękuję. Na samą myśl czuję w wyobraźni, jak z zaciśniętych zwieraczy, mimo wysiłku, biegnąc najkrótszą drogą do przystani najbliższego sedesu, wybucham. Uf. W ostatniej chwili. Zdążyłem. Potem wstając mogę alegorycznie popatrzeć z wysoka, na ogarnianie się. Żałując, że nie dostrzegę wyraźniejszych kształtów, poprzez zasłonę papierowej celulozy z wybielonych, segregowanych pudełek po pizzy z dowozem, w pojemnikach z Ikei. Ukrytych w kuchennych szafkach na zamówienie, zaplanowanych, w mieszkaniach z balkonem, domach ukwieconych, z przystrzyżonym trawnikiem. Na kredyt. Za gotówkę. Za pracę w korporacji. Za niewolę wymuszonego śmiechu z niezabawnych żartów szefa. Niewolę wykorzystywania siebie i kto się pozwoli. Niewolę pokaż się, a zastaw się, a sprzedaj matkę, a i przyjaciela. Instagramatyczną tyranię, spływania z prądem, na fali. Jak moje brązy i pomarańcze w otchłań klozetu. W nic. W szambo. Zapomnienie. Pulvis es et in pulverem reverteris. Kark nie musi mieć karku. Niewiasta przy boku może być mężczyzną. Plastycznie dziewiczym. Niczego to nie zmieni. Czy to ktoś ogarnie?

Przeniosłem się. Z samochodu do kawalerki. Czwarty dzień mija. Tanio. Wygląda drożej. Budzi mnie słońce. Teraz ostre jak sztylet. Nie pijąc, płacę za godność, rozumianą jako nie pozostawanie bezdomnym wstydem. Nie tak dawno była by to równowartość dwudniowego wynagrodzenia, na ucieczce, w Belgijskim azylu. Nadal sprzątam czyjeś nieporządki. Simply fab. W skrócie, czyjś SYF. Nie narzekam. Średnią krajową przekraczam. Nie umiem się ustawić. Nieprawda, nie chcę. Brzydzi mnie to. Cwaństwo. Umiem ciężko pracować. Lubię, naprawdę. Kawalerka jest dużym pokojem z wygodami. Na suficie widać nieznacznie, gdzie stały wyburzone ściany. Taka moda. Próbuję urządzać. Jest czysto. Wylizałem. Oszczędzam wodę i prąd. Namydlam się i obmywam. Lodówka ledwie chłodzi. Gaszę światło. Nie zapalam. Niewiele mam. Większość tego co miałem, poszło na śmieci, zanim powróciłem z wygnania. Szkoda książek i płaszcza. Zemsta, złośliwość byłej? Partnerki? Przy niej to słowo nabiera nowego sensu. Ciała. Gaszę papierosy w popielniczce z pasztetowego aluminium. Gotuję w małym garnuszku z supermarketu. Na patelnie przyjdzie czas. Ale kupiłem roślinę w doniczce. Czerwona pokrzywa. Złotych 2,99. Gdy całkowicie oszaleję, będę z nią rozmawiał. Powiesiłem obrazy i lustro, jedyne pamiątki po ojcu. Z małego patrzy na mnie Jezus. Pamiętam go od zawsze. Sentymentalnie.

Nikogo już nie kocham. Poza dziećmi i babką, którą widuję tylko na zdjęciach. Suchą jak wiór. Miłości chrześcijańskiej się uczę. Powoli. Ciągle się w niej gubię. Jestem chłodny. Stałem się zbędny. Mam nie pomagać. Tylko sobie. I sobie podobnym. Zaplątanym. Nikt nie pomaga mnie. Próby kończą się fiaskiem, nie wystawiam się na pomoc, chyba że w modlitwie. Czekam na spotkanie z córką. Już ponad miesiąc. Może spotkamy się wszyscy. Na ślubie syna. Młodszy przyjedzie z dalekiej północy. Zamieszka u mnie. Jestem sam. Nie samotny. Trzymam się z daleka. Nie patrzę, nie rozmawiam, nie wdaję się. Nie zostawię, nie usłyszę zostaw mnie. Czasami tęsknię. W błyskawicach skurczy serca. Czego chcieć więcej? Ogarnięty jestem. Bardzo. Toksycznie nudny. Ja pierdolę!

Kategorie
Pamięć Psychika

Zamiana

Nie nakazuj mi zmieniać tego co zmieniłem.

Pozwól pozostać zmienionym. Jaki jestem.

Nie zmienię. Nie próbuj. Nie oczekuj.

To nie zmiana. Zamiana. Przywracana.

W zawodzie nie jestem ja, jesteś ty, tylko.

Nie moje oczekiwania. Rozczarowania.

***

Nic ci nie oddam. Niczego. Minęło.

Nie mam niczego do przywracania.

Było dobrze, źle nie tylko. Było.

Odetchnij. Rozejrzyj. Zaczekaj.

Przypomnij i zapomnij.

Sobie. Siebie. Mnie.

Obudź. Się. Wstań. Idź. Odejdź.

Kategorie
Mam to w dupie Przyjemność

Nie zapomniałem o niej

Widziałem ją. Dwa razy tego samego dnia. Musiała przyjechać. Nie podszedłem, ukryłem nieznacznie. Minąłem ją. Niewidzialny. Drugi raz się zapatrzyłem. Dyskretnie. Nie wydawało mi się. Była warta zniechęcenia. Za dobra dla mnie. Żywa, prawdziwa. Dobra. Normalna. Piękna. Jej oczy! Nie patrzące na mnie. Nogi chciały mnie do niej zaprowadzić. Nakazałem im zmianę kierunku. Nie podszedłem. Nie szukałem niezręcznego milczenia. Po powitaniu, bez tematu. Kontynuowanego milczenia. Nie wiedziałbym jak się wytłumaczyć. Nie zmienił bym tym obojętności, którą wytworzyłem, starannie.

Wróciłem piechotą. Wsłuchałem się w muzykę. Nawet w tę, której ona słucha. Pomarzyłem. Gdybym postąpił inaczej? Co by było? Było by jej ze mną dobrze? Była by szczęśliwa? O czym byśmy rozmawiali? Gdzie chodzili, z kim się spotykali, co pili, gdzie byśmy pojechali. Jakie zbieralibyśmy wspólne wspomnienia? Czy śmiała by się do mnie, równie serdecznie jak do przyjaciół, z moich żartów. Czy umielibyśmy by się kochać? Czy umieli pieścić, dawać przyjemność. Czy pokonalibyśmy przeszkody, rozwiesili mosty? Czy pozwoliła wierzyć? Czy to było to? To co mnie i ją ominęło? Nie? A gdyby to była pomyłka? Nie dowiem się.

Zasypiałem myśląc o niej. Przy niej. W niej. Dotykałem piersi, obejmowałem biodra, wplatałem ramię pod jej głowę, całowałem szyję, zachwycając się urodą. Mówiłem do niej. Czule ją czułem. Szukałem wspomnienia zapachu, który poznałem w wychyleniu. Z telefonem w ręku, patrząc na numer, którego nie wybrałem. Numeru, którego nie muszę już zachowywać, ale nie chcę się pozbyć. Imię z dopisanym, Jedyna najpierw i Tylko potem. Mógłbym ją zaprosić, mam już gdzie. Z nadzieją.

Nie zapomniałem o niej. Takich jak Ona się nie zapomina. O takich się pisze. Takie kobiety powinno się kochać. Myśleć o tym.

Kategorie
Psychika Śmierć

Gdy się zrozumie

Mieć dosyć. Wybierać kiedy można, chce się. Nie podlegając. W jednym ruchu. Kończąc. Pozostając. Nie wierzyć. Nie myśleć. Nie być. Oddalić się. Odpłynąć. Odlecieć. W przestać. Nie być. Być inaczej. Już. Nie czekając.

Nie mam odwagi sprawić bólu. Nie sobie. Ostatecznego, trwającego do końca, nie mojego. Jestem tchórzem. Próby to nieskuteczność. Myśl o bólu przeplatam z prostymi w myślach pytaniami. Jak, gdzie. Jak skutecznie? Samobójczo? Zasnę, wykrwawię, odbiorę oddech, połamię? Jak ukryć pozostałe po życiu ciało? Wysadzić się, zatopić, spalić? Kwas, ług, wysokie napięcie? Szybko. Skutecznie. Na dobre. Nikt mnie nie znajdzie. Nie mnie, to co po mnie zostanie. Zaginę, zgubię. Ocalę nadzieję, złe o sobie przekonanie. Osądy niskie. Pozory.

Jak się odważyć? Nie zawahać się. Alkohol, narkotyki, leki? Wszystko razem? Techniczne przygotowanie. Konstrukcja planu. Egzekucja. Sobą. Jest tylko jedna szansa. Inna się nie nadarzy. Nie chcę tragedii, chcę szczęśliwego zakończenia. Nie pierwszy jestem, nie ostatni. Nie pierwszy się przyznaję. Nie ostatni obmyślam. Nie ma w tym niczego niezrozumiałego. Gdy się zrozumie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Przepraszam siebie

Upadek i upadki. W pogoni, jak zwierzęta w rui. Nic nowego. Moje. Znowu wydałem i rozdałem co miałem. Nie zamieszkałem na ulicy, nie wynająłem śmierdzącego hostelowym potem piętrowego materaca. Zasypiam i budzę się w samochodzie, który zdążyłem kupić, zanim zamieniłem go na kilka tysięcy grejpfrutowych małpek, stówki wkładane w kieszenie potrzebujących, paczki dla tych, którzy nie mają nad sobą nawet dachu jaki mam ja. Nie wytrwałem, nie zorganizowałem się na czas. Miałem wyjechać. Po raz kolejny chciałem zakończyć ten przewidywalny ześlizg końca, końcem ostatecznym. Nie zakończyłem. Powiedziałem. Zostałem ukarany. Nie widuję już dziecka, dla którego pozostałem. Mam się ogarnąć. Ogarniam się. Nie piję. Ciężko pracuję. Sprzątam czyjeś domy. Przyglądam się roztropnym, którzy mają rodziny i domy. Mogą wstać i się umyć. Wstać i się wysrać, spuścić wodę. Nie parkować, niedaleko otwartego wychodka. Nie wiedzą jakie to nienormalnie normalne. Nie kąpać się na dworcu, udając podróżnego, albo zastosować technikę nawilżonych chusteczek. Ogolić się, nie używając kubka z gazowaną wodą i wstecznego lusterka. Uczesać czyste, nie odświeżone włosy. Zagotować wodę na herbatę. Rozprostować wygodnie nogi, zamiast podkurczać je, oparte o drzwi samochodu, z zawieszonymi marynarkami i kurtkami, tak aby nikt nie zauważył, że ktoś w nim, na tylnym siedzeniu, stara się odpocząć. Zastanawia się jak naładować komputer, aby nim naładować telefon? Ile dni można nosić skarpetki? Czy jeszcze kocham, czy już zapomniałem?

Oszczędzam, prawie każdy grosz. Muszę coś wynająć. Stać się znowu, zwyczajnie stać się. Udaję, że jest ze mną wszystko w porządku. A nie jest. Wrzody rozsadzają mi żołądek. Jestem na diecie. Mięsnej. Wegetarianin. Pszenny chleb i najtańszy pasztet. Przynajmniej to łatwo trawię. Marzy mi się ciepła zupa.

Modlę się. Nie dlatego, że trwoga do Boga prowadzi. Modlę się tak samo jak chwilę temu, gdy było zwyczajnie. Spowiadam się. Przyjmuję komunię. Proszę. Staram się i czekam. Mam małe potrzeby. Uczę się. Nie myśleć już o wielkości. O kolejnym niewielkim postępie. Bóg mi pomaga. Zawsze pomaga. Zaczynam to rozumieć.

Jestem w dobrym nastroju. Wiem, że to dopiero początek. Poprawy. Nie czuję złości. Nie gniewam się. Nie mam pretensji. Nie rozczulam się. Nad sobą. Staję się sobą. Uczciwie. Ufnie. Poddałem się, aby się nie poddać. Nie przepraszam innych. Przepraszam siebie.

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć sie kolwiek dzieje:

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Patrzaj teraz na lasy,

Jako prze zimne czasy

Wszystkę swą krasę drzewa utraciły,

A śniegi pola wysoko przykryły.

Po chwili wiosna przyjdzie,

Ten śnieg z nienagła zéjdzie

A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje,

W rozliczne barwy znowu sie odzieje.

Nic wiecznego na świecie:

Radość sie z troską plecie,

A kiedy jedna weźmie moc nawiętszą,

W ten czas masz ujźrzeć odmianę naprędszą.

Ale człowiek zhardzieje,

Gdy mu sie dobrze dzieje;

Więc też, kiedy go Fortuna omyli,

Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli.

Lecz na szczęście wszelakie

Serce ma być jednakie;

Bo z nas Fortuna w żywe oczy szydzi,

To da, to weźmie, jako sie jej widzi.

Ty nie miej za stracone,

Co może być wrócone:

Siła Bóg może wywrócić w godzinie;

A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie.

Jan Kochanowski, Pieśni, Księgi wtóre. Pieśń IX

Kategorie
Brak Pamięć Życie

Nie wpasujesz się

Spełniające się proroctwa tych, którzy źle nam życzą. Pewnych, że życzą dobrze. Uczą twardości charakteru. Janczarskiego. Słuchaj powtarzających się proroctw tak długo, aż staną się częścią twojej osobowości. Zadręczonej, niepodważalną pewnością, że jesteś wcieleniem braków, wybrakowanie szkodzącym tym, którzy ich nie posiadają. Cokolwiek byś nie zrobił, udowadniając, że nie, jednak nie, całkowicie nie, zupełnie nie, nie jest ważne. Wystarczy jedno potknięcie i wiesz, że mieli rację. Ich błędy nie szkodzą im, tylko tobie, są bezbłędni we własnych. Wysiłek poprawy, którego nigdy być nie powinno, bo nic poprawy nie wymagało, wali się jak ułożony dom karciany. Powalony świadomością upadku, kolejnego i potwierdzającego. Byłeś nikim, będziesz nikim, jesteś nikim. Niezmiennie, powtarzanie. Nie ułożysz nigdy niczego do końca, trwale i bezpiecznie. Nie będziesz nawet fundamentem. Nie zrozumiesz, że bycie w błędzie przynosi zysk, kosztem winy i niższości innych, którzy albo uznają tę zasadę, albo zostaną wypchnięci poza granicę układu, opartego na szczerym nie przyznaniu się do winy. Bez niego nie będą mogli zrzucić jej na ciebie. Nie będą posiadać tego, co odebrali tobie. Bycia równym w poszukiwaniu.   

Możesz być wykształcony, tryskać wiedzą, rozumem, inteligencją, witalnością, talentami, żartem i siłą. To nie ważne. Złamaną duszą, potrzaskanym sobą widzisz, że wokół siebie nie znajdziesz nic, poza wypaloną przestrzenią. Nie umiesz kochać, nie umiesz szczerze, nie wiesz jak być, kiedy i dlaczego. Tylko jesteś. Nie wiesz na jak długo, po co, w jakim celu. Nie przychodzisz, nie ma cię, nie odchodzisz. Jedyne co wiesz, że przyjdzie kres. Jak niezliczone końce, rozpoczętych i nie zakończonych. Listów, zdań, spowiedzi, rozmów, planów, chęci, nadziei, strachu. Pretensji, żali, kolejnych prób, rozwiązania, nawiązania, przepraszania, tłumaczenia, że na krótki moment byłeś, a nie było cię. Słuchałeś swojego głosu, który wiesz, że należy do ciebie. Obserwując swoje ciało, którym poruszasz. Odczuwasz ty, ale nie to ty jednak, to ktoś, kogo nie znasz. Wszystko twoje, a jednak nie. Czyjeś. Twojo, nie twoje. Czyjoś, nie czyje, nie mojo moje. Nie moje spełnienie, nie ja jestem jego przyczyną.

Rozpoczynasz wszystko od nowa. Po raz kolejny. Następny. Cieszysz się rozpoczynaniem, tylko to umiesz. Jesteś początkiem. Czasami udaje ci się przeciągnąć to rozpoczynanie, aż do początku budowania. Łudzisz się, że może tym razem nie zobaczysz powstających pajęczyn pęknięć. Odwrócisz wzrok, udasz że ich nie ma. Im dłużej udajesz, tym pęknięcia stają się szersze. Gdy się odwrócisz zobaczysz ruinę. Jeżeli się nie odwrócisz wiesz, że nie zobaczyłeś ruin, które pozostawisz. Zazwyczaj wiesz, że zanim zaczniesz zaczynanie, nie doczekasz się nawet i tego. Twój, nie twój głos powie, co musi być powiedziane, twoje ciało, nie twoje, rozwieje nadzieje. Potem skurczysz się, zwiniesz, schowasz. Na jakiś czas. Rozwiniesz się, powstaniesz. Staniesz pewnie, czekając na kolejną porażkę.

Krzywdzisz. Nie chcesz. Chcesz być taki jaki jesteś. Nie wolno ci. Możesz być tylko taki jak inni. Na gruzach budować kolejne gruzy, które nazwiesz osiągnięciem. Nie swoimi rękami. Tych, którzy położyli kamienie węgielne wierząc, że tworzą coś więcej niż tymczasowość, wiedzących, że to jedynie wiara, nadzieja, nie pewność. Jak spojrzenie w oczy, dotykające serca, gdy serce nie okaże się oczekiwanym, gdy zboczysz na ścieżkę innego rytmu jego bicia. Staniesz się kamieniem odrzuconym, którego nikt nie podniesie. Nie zostałeś obtłuczony na miarę, pozbawiony krawędzi właściwych samemu sobie i nie wpasujesz się w oczekiwaną trwałość nietrwałości. A tego nigdy nie chciałeś. Pozostaje ci własne bycie w niebycie. Masz chociaż to. Niczego innego nie poznałeś. Pozostajesz, jesteś, zanikasz.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Trędowaty

Trzymać się z daleka. Zapomnieć. Przestać podglądać. Obco i bez przyjemności. Wymuszając emocje. Zapomniane. Na siłę, przekornie, szkodząco. O co chodziło? Co było? Czego nie ma?

Podłe uczucie. Samopoczucie. Pielęgnuję chorobę. Samookaleczam. Dręczę. Nie pozwalam na spokój. Ratuję się, upijam. O czym zapomniałem? Kim byłem? Kim się nie stałem. Kim jestem, pozostałem?

Podlewam uschnięte drzewo w zimowe wieczory. Właśnie dlatego, że go nie wskrzeszę. Mój Łazarz pozostanie martwy. Taka jest kolej przemian. Będę go wspominał. Naturalnym biegiem historii.

Przekonuję się, że warto. Tak postępuję, trzymając się zasad. Wysypując z dłoni popiół czasu przeszłego. Zebrany ze stosu niepowracalnych dni. Wiernie. Wiedząc, że nie miałem racji, że się pomyliłem.

Trędowaty. Przenośnia brudu, którego należy unikać. Zarażający. Nieuleczalny. Epitafium. Ostrzeżenie. Taki się staję. Takim mam się czuć. Tego po mnie oczekiwano. Takim zobaczono.

Kategorie
Uczucia Życie

Wenus w kroplach

Nie interesujesz się? Źle. Interesujesz się? Bardzo źle. Gorzej. Utrzymujesz dystans? Błąd. Nie utrzymujesz? Błąd się potęguje. Jesteś sobą? Tracisz. Udajesz? Kim nie jesteś? Nic nie zyskujesz. Czujesz? Nie znajdujesz wzajemności. Nie czujesz? Odczuwa to, niekochany ktoś. Wbrew, jak i ty wbrew czujesz. Powiesz nie, winnym, się stajesz. Tak, zgodzisz się, nie zmusisz się, nie.

Nie udzielę ci pomocy. Nie chcę twojej. Zapomnij, ja zapominam. Życie po tobie jest Życiem. Życie bez ciebie jest Życiem. Żywotem. Moim, nie wspólnym. Z tobą. Ciebie nie ma. Nigdy nie było. Już nie ma. Mogło. Nie mogło. Zniknij. Znikam. Mało mnie, już tak mnie niewiele, nie przypominam siebie. Nic się nie stało, nic. Nie stanie nic się. Nic.

Uśmiecham się do wspomnień. Jak ja to dobrze znam. Ile razy wchodziłem do tej wody? Setki, tysiące? Zimnej, drżąc, nabierając gwałtem, ożywczego tchu. Gorącej, odskokiem, jak oparzony. Letniej, nieokreślonej, spokojnej, nie natchnionej. Nie zmienię tego co było, tak robiłem. Dlaczego woda jest teraz inna? Nie zbliżam się do niej. Nawet jeśli, mocząc w niej stopę, szybko ją cofam. Nie odczuwam. Przyglądam się jej. Jak płynie, faluje, nie porusza się. Lubię ją, nawet zielono nieprzejrzystą. Błękitną i szarą, po horyzont, niespokojną. Brudną, zanikającą, kałużami po deszczu. Wypatruję Wenus w kroplach, łzach, pocących się mgłą łąkach.

Wierzę wciąż. Kochanie. Wierzę w miłość. Nie tą wywspominaną. Nie tą z twarzami, kilku zapamiętanych, miłosnych. Miłość mimo, pomimo. Nie zamiast, nie z wyboru. Od zmroku do białych nocy. Nie poszukiwanej, prze opowiadanej. Stałej. Nie poddanej.

Kategorie
Psychika Życie

Lekcja. Beserk

Dostałem szału. Wewnętrznego. Berserk. Zacisnąłem zęby. Wydusiłem kilka najgrzeczniejszych zdań, które mogłem, przywracających kogoś do porządku, bez skargi. Bez krzyku i wyzwisk, cisnących się przez napięte mięśnie warg. Potrzebie złapania za gardło i zaduszenia. Każdy może mieć zły dzień. Ja ich mam za dużo. Każdy ma. Ten miał być dobry.

Byłem w sklepie, ostatniej Almie. Kto zna Kraków wie. Gdzie i co. Mogę mieć na myśli. Za drogim. Jedynym w okolicy, do którego nie muszę iść kilometrami, nie muszę jechać. Mogę dojść. Do spacerować.

Ja i córka. Zabrałem ją na Drogę. Krzyżową drogę. Dziecinnie ładną. Dziecinnie krótką i nie przerażającą. Potem zakupy. Tato to, tatusiu proszę. Tatku, tatku. Zobacz. Musimy to mieć. Czyli musi malutki człowieczek z pomysłem. Wie jak prosić, nie zmuszając. Uroczo. Ciepło. Pomysłowo.

Zanim była Droga, był samochód. Za wycieraczką liścik. Panie kierowco, proszę nie parkować przed czyimś domem. Ciśnienie wysoko wyskoczyło. Pewnie policzki, jak uszy, wypełniły się karminem. Miałem w ręku flagę? Robotniczą? Majową? Ulice, jak przypuszczam, nie należą do nikogo. Pod domem, gdzie teraz mieszkam, za który płacę, bo mój mi odebrano, zmianą testamentu, ulica pełna jest samochodów. Kielecki numer rejestracji? Odkupiłem. Wciąż nie zamieniłem na mój, miejscowy. Pół roku na zmiany. Stałem już raz w kolejce. Stanę ponownie. Idziemy dalej. To był mandat, zapytało dziecko? Idziesz do więzienia? Nie. Pulsuję. Wasze ulice, nasze kamienice. Teraz i ulice. Dysocjacyjnie, żydożerczo, z procentami Żyda w sobie. Nie konstrukcyjnie? No nic. Kto to jest debil? Pytanie. Debil? Powiedziałeś, że mandat napisał debil. Debila córeczko, poznajemy po tym, jak pisze. Co mówi, jak się zachowuje. To był kretyn. Kretyn? Potem zobaczyła, kim jest i debil i kretyn.

Kasjerka patrząca na mnie. Z obrzydzeniem. Bo mam na twarzy przekłute kawałki metalu. W większości ukryte pod niezbędną maskującą maseczką. Patrząca ze współczuciem na córkę. Rzucając we mnie prawie zakupami, nie tanimi. Proszę poczekać, nie nadążam za panią. Niech pakuje! Niech pakuje? Słucham panią? No pakuj, świrze, pod nosem dopowiedziane! Coś ty powiedziała? Córka przybliżyła się do mnie, wyczuwając zagrożenie. Powtórz jeszcze raz. Cisza. Co ty sobie wyobrażasz? Jesteśmy na ty? Zamiast pani, mam ci powiedzieć gruba krowo, bo masz nadwagę? Cisza. Mam skomentować poobgryzane paznokcie? Odrosty? Cisza. Nie podoba ci się praca? Zmień na inną. Chyba że nie dasz rady? Cisza. Brak ruchu. Zakupy już nie suną z prędkością rozpędzającego się samolotu. Czekają. Coś ci we mnie przeszkadza? Byłem niegrzeczny? Czujesz się lepsza ode mnie? Cisza. Wzrok wbity w ekran kasy. Dobra, chciałbym zapłacić i zapomnieć. Pani też powinna. Przepraszam powiedziałem, nie usłyszałem.

Ta pani to był debil? Kretyn, zapytało dziecko? Myślę, że jedno i drugie, tylko nie naprawdę. Ta pani nie szczególnie lubi samą siebie. Nie powinna. To była taka lekcja, dla niej i dla mnie. Musimy ciągle uczyć się żyć wspólnie, nawet gdy bardzo się różnimy. Zresztą, niczym się różnimy. Szanujmy się. Tak, ale zawsze… Córka dopowiedziała sobie resztę. Nie przerwałem jej. Potem przytuliliśmy się mocno. Tuliłem ją tak długo, aż wyschły mi zły. Przykrości, nie żalu.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Strach

Zabraliście mi poezję. Skurwysyny. Zabieraliście ją, wyrywając rytm, rym, zgłoski, pieśń wypowiadaną. W rodzinie, która zapomniała kim jest, była i będzie. W szkołach, gdzie zamiast uczyć się i uczyć wspólnie, obijałem każdą część ciała, o ciała, udowadniając, że będzie bolało mniej mnie, niż złości, których ojcowe rozbijali butelki na ich głowach, gwałcili i bili bardziej, nie aż tak precyzyjnie, aż niż, jak moja atletyczna, boska rodzicielka. Atena? Śmiertelnym synem jestem, ale i ja mogę być Zeusem. Ja też mogę wypatrzeć, ze skały Olimpu. Siedząc wśród ruin Sparty. Zgnieść ateńskim uchwytem. Złotą podkową.

Myślicie skurwysyny, teraz starcy, bez wyobraźni, bez honoru i bez wstydu, że nie wiedziałem? Widziałem jak zabieracie nam poezję. Z czerwoną gwiazdą na czołach, błyskawicami, skradzionymi symbolami skrzyżowanych belek? Te twarze. Puste. A wy nowi? Wiara w wolność, której smak odbieracie każdemu, kto myśli o wolności? Bo albo jak wy, albo niczego już nie może być więcej? Rasizm, kolor skóry, mniejszości? Wizy, paszporty, decyzje? Naród, którego dotąd nikt nie zdefiniował? Ja was nie wybrałem do reprezentowania. Nas. Mamy was zgnieść? Rozszarpać na części nierozpoznawalne. Krassusami możecie być zawsze, wlejemy wam w gardła tani wrzątek. Wodę, która ma wartość złocistą. Macie nie tylko nasze, zaciskające się, kleszczące metalem, nie spadające ostrza. Mocne liny, zaciskające się, nie po, zanim. Nie możecie spać? Nie dziwię się. Stoimy nad wami skurwysyny. Zawsze. Czekamy. Wiecie na co.

Rozkładam ręce. Rozkładam. W kąty odebranej poezji, kieruję wzrok. Rozkładamy ręce. Rozkładamy siebie. Baczyńskimi, powstańcami, zapomnianymi w nieznanym miejscu, za nasze, nie wasze. Nadzieje. W każdym kraju i czasie. W każdym kącie. Gdzie zabieracie poezję. Chcecie ją zabić. Jak nas. Wytrwale czekających. Nikomu nie znanych. Wam tak. Nie jest tak? Boicie się? Nie? Dodamy wam strach. Strach i poezję. Nie zdepczemy waszych kości. Będą zapomniane. A zanim? Zatańczymy nad nimi Nie poeci. Ci! Nie zapomniani.

Kategorie
Religia Życie

Nie nadążam za Tobą

Tyle razy mój Boże na Ciebie narzekałem. Że Cię nie ma. Nie ma, gdy potrzebuję. Wybacz, przepraszam. Byłeś wczoraj. Musiałeś być. Nie pozwoliłeś się skurwić. Być tylko występkiem. Chęcią wyzwolenia z przestrzegania tego, czym i kim dotąd nie byłem, nie musiałem być.

Błogosławię i polecam siebie i innych, równie upadłych i podłych. Upodlonych. Błogosławię. Ciebie.

Nic nie jest jakie było, mój Ty. Nie tylko wiszący na szyi, nie tylko ukryty w kieszeni. Nie koralikami, nie tylko. Nie w mojej jedynie. Nie tylko za karę, nie popełnioną, nie na krzyżu Mój, nie w pacierzu i słowami zwiastowania. Mój, który nie pozwoliłeś mi się skurwić.

Trudno jest się nie poddać. Ludzkim odruchom. Dłoni dotykającej dłoni. Przesuwającej się. Dłoniami w ciało. Nieznane, pełne. Musiałeś być, Gaszący, pożar zajęty od iskier w oczach, rozpalający, moich i nieznanej mi, której poznałbym tylko gorączkę, wywołaną i podsycaną moją.

Brakowało tylko sekund, krótkich. Do bycia, jakim dotąd byłem. Jakim się znałem. Brakowało potwierdzenia. Tak. Chcę. Muszę. Niewypowiadalnego zatopienia w nieznane, piękno, czekające na moje, tak. Nie mamy przecież nic do stracenia. Nie będziemy i nie musimy na nic czekać. Na pozwolenie. Musimy sobie pozwolić. Wyzwolić. Siebie. Zostać jednym, w jednej chwili, której wspólnie się doczekamy. Dotrzemy.

Tylko tak bym Cię zapytał Boże? Na koniec modlitwy. To na pokuszenie? Przecież to nie był sen? To była kobieta. Sam ją stworzyłeś. Z urodą przed którą klęknął bym, jak robię to przed Twoimi ołtarzami. Wiesz, że już jej nie poznam. Takim jak ona się nie odmawia. Tacy jak ja nie odmawiają. Jednak. Wybór, czy przypadek?

I raz jeszcze. Zapytam. Pamiętasz jak na mnie musiałeś patrzeć, gdy nie próbowałem nie kurwić się, jak robimy to wszyscy. Za nadzieję, za moment, za chleb, za srebrnik? Za dzień kolejny, w udawanym szczęściu? Dla kogoś? Dzieci. Rodziny. Spokoju. Zasad. I wiary? Końca i początku? Bez końca i początku? Bez. Niczego. Czym jest brak czegokolwiek? Zanim i potem?

Kim jesteś? Czym? Ktoś, czy Coś? Jesteś? Jednym z nas? Poszedłeś dalej. Nie nadążam za Tobą.

Kategorie
Spokojnie Życie

Czekam na cykliczność

Kończy się zima. Długa, przeciągnęła się na pięć pór roku. Sezon chłodu. Ocieplam się. Sprzątam, wymiatam, myję, układam. Czekam na Zmartwychwstanie. Boga i moje. On powstanie cieleśnie, we mnie odrodzi się duch. Nigdy nie brałem tego na poważnie. Nigdy dotąd nie żyłem jak teraz. Czysto. Prosto. Odwiedzam kościoły, modlę się. Spowiadam, klękam do komunii. Odnawiam postanowienia i decyduję się na nowe. Przyglądam się tylko półkom z ulubioną, płynną obietnicą zapomnienia, co trzeci raz zapalam papierosa, nie sięgam po zakazane. Kupiłem zeszycik. Mały, w kratkę. Uczę się algorytmu oszczędności. Namówił mnie, zesłany Anioł, który zawsze wie lepiej. Nie jest idealnie. Jest trudno, początki nigdy nie są łatwe.

Wymroził mnie chłód wydłużonej zimy. Postarzył. Poszarzył. Poniżył. Wdzięczny jej jestem, mimo braku współczucia. Zdziesiątkowała wielokrotnie szeregi przyjaciół, wskazała nowych, na których mogę polegać. Przestrzegła przed udawanymi. Zaciągnęła mnie na drugi koniec kontynentu, poszerzając horyzont widzenia. Przeobraziła w jałmużnika, zmusiła do myślenia, przypomnienia, przewidywania. Odebrała egoizm, oddała indywidualność.

Wiosna idzie. Powoli. Niezdecydowana. Czekam na nią. Zieloną. Przywracającą życie. Zapowiadającą złociste Lato i wielobarwne pejzaże Jesieni. Z nimi przywitam się, całując je w ręce, wyzwolony z lodowatego objęcia, w które przygarnęła mnie Zima. Czekam na cykliczność. Naturalną.

Kategorie
Znalezione w sieci

Jeden wiersz, którego nie zdążyłem wysłać na pewien konkurs jednego wiersza

Maciej Skomorowski

Przestałem odróżniać poezję, filozofię i copywriting. To jeden zespół spraw, którymi się zajmuję codziennie, które są moją działalnością, pracą, zawodem, najgłębszym zainteresowaniem, wartościami, a nawet – być może mogę tak powiedzieć – „powołaniem” lub „losem”. I w tym wirze wydarzeń spóźniłem się o kilka godzin z dostarczeniem wiersza na pewien konkurs poetycki. Więc przynajmniej zaprezentuję go na Stronie Tekstu. Pretensji publikacyjnych do tego wiersza nie mam teraz, ale być może jeszcze ich nabiorę.

View original post 186 słów więcej

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Cień. Cierń

Nazwałem dobrego kolegę, pierdolonym chujem. Nie powinienem. Miałem rację. Pomyślałem tak. Nie tylko o nim. Nie wstydzę się. Chociaż? Zły dobór słów i niezrozumienie problemu. Zarzucił mi rozrzutność. Ogólną. I on też, miał rację. Swoją własną. Obraził się, ja nie. Zdolność do obrazy rozwiała się z mgłą pewności, której nikt nie powinien nigdy trzymać się, niematerialnie zanikającej. W jej braku. Przejrzystym. Nie wytłumaczę. Nie da się tego zrobić. Są doświadczenia, których nie zastąpi się opowieścią. Najlepszą.

Jak wytłumaczyć, że kiedyś była zabawa. Kosztowna. Teraz jest odnajdywanie się. Nie tańsze. Nikt nie pytał skąd. Tyle siły i oporu? Teraz pojawiają się pytania? Nieporozumienia? Nie ma ich. Jest szczerość.

Drodzy jesteście moi. Serdecznie i w moich kieszeniach. Głęboko sięgacie. Ja wszystko, wy niewiele. Ja zebrane darmowe owoce, na placach, po siódmej wieczorem. Nie morza. Obite jabłka. Wy dla siebie, ja dla innych. Nie pocieszeni wy i dotąd nie mający nic przeciw, nie oburzeni, gdy płacę za siebie i za wasze. Urywkami duszy, skrawkami życia. Zawodem i zawodami. Nie jest tak? Korzystacie? Kupuję was, czy się sprzedajecie? Ja piję, wy się delektujecie. Idziecie do domów. Niekochanych żon i mężów. Synów i córek, o których nigdy nie opowiadacie naprawdę. Dzwonicie do kochanek i kochanków. Z teraz, przedtem i możliwych. Mógłbym je opisać, namalować, gdybym miał taką zdolność. Robicie to przy mnie, mnie się spowiadacie. Brzydzę się i wysłuchuję. Rozrywany. Ty też tak robiłeś. Nie. Nigdy. Mam zrozumieć? Nie! Jest subtelna różnica. Ja niczego nie planuję. Nie jestem wyrachowanie przygotowany. Nie szukam. Odwracam się. Odrzucam, nie dla siebie, innych, przypadków, nie możliwości. Nie zawsze się udaje. Wstydzę się. Wam to nie przyjdzie do głowy?

Nie poproszę was o pomoc. Nigdy więcej. Gdy prosiłem, nigdy jej nie otrzymałem. Mam radzić sobie sam. Radzę. Sobie. Są tacy, którym się nie radzi. Pomaga. Byłem taki. Będę? Źle proszę. Nie poproszę. Proście. Będzie wam dane. Mnie nie. Niedane.

Słowa składające się na zdania. Jak litery na ich równoważność znaczenia. Za dużo mówię? Odpowiadam. Na ciszę. Męczę się. Wy pewnie także. Ja powiem że tak, wy że to jest najwyraźniej moja wina. Szkoda. Moglibyśmy sobie tyle powiedzieć. Monolog na monolog. Wybór. Cień. Cierń. Mróz.

Kategorie
Bez kategorii Mam to w dupie

Być i to wszystko

Znalazłem pracę. Nową. Dziwną. Stałem się ludzkim liczydłem, pokieruję liczydłami. Jesteśmy Abakusami, uzbrojonymi w skanery, świecące czerwonymi krzyżami, z małą kropką pośrodku, kierowaną na kody, których poprzeczne kreski, różnej grubości, wygrywają melodie, o różnym stopniu znośności dla ucha. Wystarczy przycisnąć żółty, jedyny taki przycisk, jak język spustu i celnie skierować jaskrawą czerwień. Wpisać cyfrę, oznaczającą liczbę liczonych przedmiotów i już. Enter. Enter. Pomyłka? Escape. Domyślę się jak wybrnąć. Lista, kursor. Góra, dół. Enter znowu i The End. Do kolejnych kresek, mających wartość, liczoną wartością, określoną.  

Pieśni Skanerów nie są moimi. Odcinam się od nich, słuchając moich, wybranych elegii, o przemijaniu w latach radosnych, w słuchawkach, mocno wciśniętych. Piątych już w tym miesiącu. Psują się. W ten sposób mam czas. Tylko mój. Dla siebie. Płynie muzyka, słowa nabierają znaczenia, zarabiam, myślę, nie jestem bezużyteczny. Płacę, przelewam, zasługuję na szacunek.

Co jakiś czas pojawia się chęć ucieczki. Co ja też tutaj robię? O! Zabezpieczyłem się. Jestem o kilkaset kilometrów od poduszki, do której mogę się przytulić. Nie mogę wyjść. Opuścić pracy, która pozwala mi pisać bzdurki jak te, pisane teraz i więcej ich jeszcze, które układają się w twory, moje utwory. Nie aż takie złe, nie za dobre. Takie na jakie mnie dzisiaj stać.

Zaczynam doceniać. Nie lubić. Nie kochać i nie przyjaźnić się. Nie przyglądać się, poznawać nowych twarzy, widzieć ich. Nie słuchać głosów dotąd nieznanych. Nie słuchać i rozmawiać. Być i to wszystko. Nie być wszystkim. I to. Elegio? Jesteś we mnie, czy jesteś gdzieś, w nieznanym tam, moim Czarnolesie?

Kategorie
Bez kategorii Bez kategorycznie

Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo

Zachwyciłem się. Śmiałem, jak dawno się nie śmiałem. Rozumieliśmy się jak, powinno się rozumieć. Łzy ze śmiechu, cała ich twarz. Cała twarz uśmiechu. Do kaszlu, wywołanego brakiem oddechu. Zaraźliwego.

Zmieniłem się tak bardzo, czy zmiany następują zupełnie niezależnie? Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo. Z zapachem nieperfumowanego potu. Prawdopodobnie cukier. Nie zapytam. Nie umiem być bezpośrednio niegrzeczny. Wcale mi to nie przeszkadzało. Ten zapach. Było w zamian tak wiele. Ona wie. Ja wiem.

Czy tak mogą kochać kobiety? Mimo wszystko? Odkrywam w sobie kobiece cechy, głębsze niż te, o których wiedziałem? Jeżeli tak, to mogę okazać się wpół kobietą. Nie zakocham się, ale zachwyt noszę od tylu dni, że już wiem, że nie przeminie.

Wsłuchiwałem się w głos. Niewiele poznałem nowych ostatnio. Głos jest jak pismo. Kiedy słucham zamykam oczy, nie mogąc, oczy odwracam. Głos ma rytm, faluje, płynie. Jak zdania. Czytam i zamykam oczy. Czuję zdania pisane, pozostawione i te poprawiane. Wiatr i plucie w żagiel. Ten głos był dla mnie, nie cenzurowany. Otwarty. Ten był głosem. Własnym.

Dziewczyno z łydką grubszą niż moje udo, zostaniesz na dłużej? Zostań. Zrozumienia nie spotyka się za często. Takiego jak ty, rzadko i niezapowiedzianie.

Poza tym FUA?

Kategorie
Bez kategorii

Serce

Serce.

Szukam. Szukam Cię. Odnajdując nie wiem? Jesteś?

Daję się Tobie. Wydaję się. Ty gdzieś w gwieździe.

Już strzelali przeciw Tobie, nie ja jeszcze.

Ty oddałeś się za mnie, za moje dni lepsze.

Boże.

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć

Ostrzegawcze wspomnienie

Nas, nikogo, nie dotyczy bycie. Miałem dzisiaj powtórkę sprzed roku. Nie mogłem dostać się do domu, w którym mieszkam, za który płacę. Jeden zestaw, niezwykle wyszukanych i precyzyjnych kluczy. Nie w moich rękach. Zimno na ulicach. Klamka, brama, zamknięte. Otwarte. Zimno jak przed otwarciem. Poznałem zasady. Brak kaloryfera, szukam dalej. Niczego nie mogę wynająć. Hotele zamknięte. Otwarte podobno, nikt nie odpowiada. Mam kasę. Mógłbym zapłacić. Mam jej cały plik, spięty gumką do włosów. Nic nie jest warta, gdy nie można się nią posłużyć. Zasnąłem w śmietniku. Ocieplonym. Cały nim śmierdzę. Ustawiony budzik na dwie godziny. Zdrętwiałem. Wynoś się stąd skurwysynu, łajzo, bo zadzwonię po straż miejską, czuję szarpanie za ramię. Wstaję. Zaskoczenie. Nie wyglądam jak oczekiwała wykrzywiona morda, czerwona z poczucia wyższości. Pogłaskałem jej psa, przestał szczekać. Wychodzę. Przepraszam słyszę, bardzo ciche, za plecami. Spluwam. Chodzę. Długo. Czuję się jak śmieć. Jestem nim. Nic się nie zmieniło, zdałem sobie sprawę. Zostałem podrzucony, za karę, że jestem, tym którzy pozwoli mi żyć. A miało mnie nie być. Jestem i nie. Jestem bytem, nie będącym. Przypadkowym. Gdziekolwiek bym nie był. Z dala. W oddali. Czekający na koniec, który nigdy nie nadchodzi. Aż nadejdzie. Nie różem, z rozpuszczonej krwi płynącej w tętniących żyłach. Trafem, wiekiem, przypadkiem. Bo chcę, muszę się przedostać przez ucho igielne, do gdzieś, bo może tam już nie będę szukał. Odnaleziony. Nie tylko byt określa świadomość. Jest jeszcze pamięć, której nie sposób się pozbyć. Trzymająca mnie w zamknięciu, wbrew mojej woli.  

Szedłem Plantami. Płakałem. Nie był to płacz taki sobie. Lało się. Zamarzały mi łzy na twarzy. Marznący wiatr wprost w oczy. Zrywałem spod nich zamarznięte rzeki łączących się, słonych kropli. Modliłem się za Aniołów, spadających z nieba, wprost w bród ziemi. Upadłych. Rozumiem ich. Skrzydła nam podcieli i nie możemy się wznieść tak wysoko, jak się wnieść chcemy. Mijamy się, rozpoznajemy bez słów. Nie muszę widzieć ich aureoli, żarzących się po zmroku. Wiem kim są. Bezgłośnie odmawiamy wyznanie wiary, prosząc o pomoc, o wybaczenie. Optymiści kosmicznego bezmiaru.

Rano znalazłem w kieszeni kluczyki do samochodu. Kurwa. Nie musiałem zasypiać na mrozie. Może musiałem. Zachować wspomnienie, ostrzegawcze. Uważaj, wszystko może się powtórzyć. Znowu zaczynasz być dumny. Tracisz pokorę. Uważaj.

Kategorie
Śmierć

Umarli, bo żyjemy, przewrotnie

Umarł ktoś. Wczoraj. Dziewczyna w dalekim kraju. Indiach. Nie moja, nieznana mnie. Prawie nikomu nieznana. Ulica. Wypadek. Śpiączka. Potylica i czoło. Połamane, nieposkładalnie. Śmiertelne. Znana tym, którym powinna. Będzie już znana z opowieści tylko, nie za życia. Nie będzie żoną, matką, lekarzem, babką, pra. Nie doczeka. Więcej niczego, w kierunkach, kolorach, wysokościach i stopniach. Odeszła do Ciszy, gdzie pozostanie, albo narodzi się na nowo. Nie ona. Inny ktoś. Wierzyła w to. Była dobrem, może poczęła się już dzisiaj, odrodzona.

Modliłem się za nią. Nie tylko ja. Modliliśmy się w wielu językach, różnych modlitwach, religijnie w religiach. Ta noc. Ciężka jak dzień. Zapamiętam tę noc, jak pamiętam dzień. Rodzice dziewczyny modlili się równie mocno, jak ja i jej matka za nasze córki. W tym krótkim odcinku czasu, modliliśmy się wspólnie. Razem. Nie mogło się udać.

O czwartej rano wybuchło. Racz jej dać Panie, wieczne odpoczywanie. Potem sen i piętnaście minut i rozerwało mnie. Nic. Jak wtedy. Nie ma jej i mojej nie ma. Odmawianie zdrowasiek, szybko. Może zdążę? Jeszcze szybciej. Zdania jak litery i jeszcze i jeszcze. A potem czarna nicość. Obudziłem się i słuchałem. Zwinąłem się w kłębek. Umarła. Słyszysz? Tak. Powiedziałem, że się modliłeś do rana. Nie bo przestałem. Nie mam takiej mocy, odpowiedziałem. I ty nie masz, bo widziałem, że modliłeś się równie mocno. Nie o nas chodziło, o nią. A pamiętamy tylko o sobie.

22 lata. Talent. Medycyna. Samo dobro. Przypadek. Karma i Jezus. Bóg i jej Bogowie. My. Wszyscy. Umarli, bo żyjemy, przewrotnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Omega, omegom

Zażenowany? Zaskoczony? Rozmieszony? Ha. I ha. Dokładnie. Nie zaskoczony. Reszta niech pozostanie. Chodzi o najwyższe uczucie. Wyzbycie się siebie. Dla Ciebie. Wieloosobowo. Każdego.

Zakochiwanie się jest skomplikowane. Wymaga dużej dozy pokory. Przed rozczarowaniem. Zanim. W trakcie i prawdopodobnie po nim. By nie było, wiedziałem. Okazało się. Spodziewałem się. Nie było, czego nie miało by nie być.

Zakochiwanie jest proste i prostolinijne. Niczego nie wymaga. Kocha się i nie można się rozczarować. Wie się. Od początku do końca.

Żenada jednak, gdy miłości obiekt jest żenujący i nie wolno tego przyznać. Przyznać się innym, najbardziej sobie. Zaskoczenie? Przychodzi w sobie zdaniu sprawy. Z oczywistości tej sprawy. Rozśmieszenie. Tak. Nie śmiech kosztem kogoś. Roześmiać się. Śmiać się. Kogo ja w tobie mogłem widzieć, kogo ty mogłaś we mnie zobaczyć.

A kochanie? Jakie może być? To całkiem inna sprawa. Innych par kaloszy, których nikt nie spłoszy. Kochanie jest skomplikowane. Pokorne i nie. Wypierdalające. I może też łatwo: wypierdolić.

Nie kocham Cię jak myślisz. Mam Cię. Nigdy nie kochałem. Nic z tego nie zrozumiałaś. I pewnie tak się nie zdarzy. A że Ty nie kochałaś? Kochałaś i kochasz. Oddałaś. Nie oddałaś. Nie wróci. Nic nie z wróci. Oddania i nie przyjęcia. Ja nie przyjmę. Kochania.

Znosiłem Twój brak satysfakcji. Z samej siebie. Brak zadowolenia, z siebie samej. Teraz radź sobie z sobą. Ja sobie poradziłem z sobą, Tobą i Tobie podobnymi. Poradź sobie z podobnymi Tobie. Omega, omegom. Na koniec. Zakończenie.

Nigdy nie byłaś jak ta muzyka. Nie byłaś muzyką. Nie byłaś mną. Musisz się bardzo postarać, aby być czyjąś.