Kategorie
Bez kategorii Życie

Niebo zakochanych

Wczoraj były Walentynki. Nie przesadzam z ich ważnością. Mam je w dupie. Ale jakoś tak było, niemrawo, jakbym wcale ich tam nie miał. Nikomu nic nie podarowałem, nie przesłałem, nie życzyłem. Nikogo nie przytuliłem, nikt nie przytulił mnie. Nie było kwiatów, wina, kolacji, okazji do wyjścia, spacerów, kąpieli ze świecami, dotyków, pocałunków, potarganych włosów, uniesień prowadzących do orgazmów, poprzez coraz mniej skromny seks. Nic się wielkiego nie stało. Zastanawiałem się, czy ja kiedyś będę w stanie kogoś kochać i z kimś się kochać, tak jak chcę, jak ktoś? Czy ja tylko kiedyś jeszcze kogoś przygodnie przelecę, z konfesjonałem w tle? Czy będą jeszcze ważne dni i daty, które przebiegną w zaangażowaniu, nie ze wzruszeniem ramion? Zatrzasnąłem wszystkie drzwi, aby nie musieć ich otwierać, jak więc mam otworzyć następne?

Była niedziela. Poszedłem na mszę do brzydkiego kościoła. Niewiele jest brzydkich w Krakowie. Brawa dla architekta, musiał mieć misję. Udało mu się! Chyba przez sprzeczność, nigdy nie widziałem tylu pięknych ludzi naraz, w jednym miejscu. Kościół był wypełniony, usiadłem za ołtarzem, taki projekt, na wprost tłumu wiernych. O ja nie pierdolę Boże, pomyślałem. Nie wierzę. Pod maseczką opadła mi szczęka. W pierwszym rzędzie zakonnice. Od staruszki, po dziewczyny w nowicjacie. Idealne, twarze w proporcjach artystycznych. Mogłem zobaczyć, zsuwały maseczki do komunii. Dalej pary i samotni mężczyźni i kobiety. W każdym wieku. Ładni, ładne, piękni, spokojni, rozmodleni, uważni, wyjątkowi.

Wychodząc przypatrzyłem się im jeszcze raz. Bałem się, że wszystko mi się wydawało, że to gra światła, półmrok, zmęczenie. Nie wydawało mi się. Znalazłem się na chwilę w niebie. Niebie zakochanych i kochających. Oby takimi pozostali. Nie tylko w taki dzień.

Kategorie
Bez kategorii nieznane Życie

Jaskinia niedomówień

Cieszę się, że zdołałem uciec. Nauczyć się, choć w stopniu niezaawansowanym, dokonywać własnych wyborów. Daleko mi jeszcze do biegłości. Pierwsze egzaminy zdałem. Niektóre ledwie, inne celująco. Muszę się jeszcze podciągnąć. Za dwa miesiące minie rok stażu, samotnika z wyboru. Choć kusiło i nadal kusi, przerwać to zadane sobie zadanie. Nie jest łatwo. Unikać, przewidywać konsekwencje, nie wyciągać ręki, odpychać, gdy za daleko i za szybko się gdzieś zaszło, albo zbyt głęboko spojrzało w oczy. Toksycznie lub grzecznie. Lizać rany, zadane na własne życzenie, pogodzić się, że nie jest się niepokonanym Tytanem, równie bezsilnym jak każdy. Ognia nie przyniosę. Mogę tylko powiew, cieplejszej nadziei. Częściej jest mi lepiej niż źle.

Dokładnie rok temu, o tej godzinie, siedziałem w ławce kościoła, nie poszedłem tam się modlić. Poszedłem siedzieć. Po chemii wlanej do żył. Ledwie doszedłem, przez plac Sikorskego, do Kapucynów. Odpoczywałem, przede mną było dwanaście godzin pracy, za rogiem i litr alkoholu, podzielonego na dziesięć małych buteleczek, trzy paczki gum miętowych, kupowanych w kilku pobliskich sklepach, żeby rozłożył się, nie wstydliwy fakt, mojej terapii stresu. Milczałem o kolejnym zagrożeniu. Nie chciałem litości i wsparcia ze strony kogoś, kto nigdy nie wiedział jak mnie wesprzeć. A miało być inaczej. Udało się, nic się nie stało. Goję się szybko, zdrowieję jeszcze szybciej. Teraz uczę się dbać o siebie.

Gdyby nie Ta, o której pisałem, nic by się nie zaczęło. Tej nie ma, ale trudno mi było niedawno słuchać, że nie była dla innych taką, jak dla mnie. Nie ośmielam się nigdy źle mówić o czyichś Przeszłych. Może Ta pokazała tylko mnie, jaka jest naprawdę? Nie chciałem i nie mogłem jej bronić. Odepchnąłem ją, dla racji, które nie miały znaczenia, godziny później. Gdyby nie Ta, nie wpadłbym w psychiczną dziurę, z której musiałem się wygrzebać. Z pomocą innych, którzy dynamicznie odprowadzili mnie daleko od jej brzegu, przy którym stałem przez pół życia. Wciąż dochodzą z niej nawoływania, jednak nie wracam. Mam tylko nawyk powrotu. Ta wiedziała, że muszę zmierzyć się ze sobą. Inną także odepchnąłem, dla racji, które nigdy nie miały znaczenia. Obie mnie nie poznały. Nikt dotąd. Ledwie cień mnie, rzucany na ściany jaskini niedomówień.

Czekam, na to, co zdarzy się w przyszłości. Nie oczekuję, tylko czekam. Aż z cienia wyjdę, za światłem.

Kategorie
Bez kategorii Spokojnie

Tą i Tę

Czekam na Ciebie, zawsze będę.

Nie muszę Cię już kochać,

Nie muszę tęsknić i pożądać,

Czekania jednak się nie pozbędę.

Nie wiem czy wiesz, że to dla Ciebie,

Jestem w miejscu mrocznym, smutnym,

Czekając na wschód, słońcem jasnym,

Gdy myśląc o tobie, będę zbierał siebie.

Odmieniło mi się serce, na dobre.

Masz w nim miejsce, ciepłe, zapamiętane,

Takie na zawsze, trudne, nie poukładane,

Zachowaj je, zanim zapomnę o Tobie.

Nie mam wyboru. Pomiędzy Tobą,

Którą zawsze będę nazywał Tą.

I inną, którą nazywam właściwą,

Tę, która kiedyś mnie pomieści obok.