Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dwie strony mantry

Nie da się osiągnąć niczego ponad to, co można.

Nie da się.

Nie da się osiągnąć.

Nie da się osiągnąć niczego.

Nie da się osiągnąć niczego ponad.

Nie da się osiągnąć niczego ponad to.

Nie da się. Osiągnąć niczego. Ponad to. Co można.

Nie da. Się osiągnąć. Niczego ponad. Co. Można.

*

Można osiągnąć więcej, ponad to, co da się.

Można osiągnąć.

Można osiągnąć więcej.

Można osiągnąć więcej, ponad.

Można osiągnąć więcej, ponad to.

Można osiągnąć. Więcej. Ponad to. Co da się.

Można osiągnąć. Więcej, ponad to. Co. Da się.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Zło można pokonać tylko dobrem

Nowy rok już nie za rogiem. Rozpoczęty i zaczyna się toczyć kolejnymi dniami. Plan z poprzedniego wykonałem ze specjalnymi dodatkami, którego nie dzieliłem ze światem, zajętym pandemicznymi problemami. Miałem inne, osobiście dotykające i trudne do przewidzenia. Spotkałem egoizm, brak zrozumienia, niespełnione oczekiwania, nawiedziły mnie duchy przeszłości, wykluczenie, odepchnięcie. Nie tylko. Znalazłem przyjaźń, pomoc udzieloną i którą się dzielę, siły w sobie, o których nie wiedziałem, albo zapomniałem, altruizm, wytrwałość, w końcu nadzieję, spokój, modlitwę, podaliśmy sobie ręce z Bogiem, który wysłał mi anioła. Jestem wciąż równie niedoskonały, niepochamowany, zachłanny, pełen złości i żalu. Ale mniej tego we mnie. Równoważę się. Nie mogę stać się doskonalszy, muszę zachować twardość, niezależność ocen.

Nie byłem w tym sam. Przyglądanie się nieszczęściu innych, zmieniło mnie na zawsze, na dobre. Nie chciałem tego. Przyglądania się, zmian. Przyglądania się, jak nieszczęście zmienia, aż nic nie zostaje ze wspomnień o szczęściu, poza przetrwaniem, które się nimi żywi. Nieszczęście jest jak choroba, pogłębiająca się, im dłużej trwa. Niszczy duszę, zamienia ciało w łachman, nałogami dającymi coraz mniej wytchnienia, zabójczymi, po dzień nadania skrótu nowemu imieniu. NN. Nieznany mężczyzna. Nieznana kobieta. Im już nie pomogę, mogę jeszcze innym.

Współczuję. Ale nie nieszczęsnym, są ofiarami błędów i stwardniałych serc, tych, którzy zamiast je okazać, uznali się za sędziów, wyrokujących i skazujących na karę wygnania i powolnej śmierci, w bezimiennej kloace, poza nawiasem, na dnie. Nieszczęśni odbyli wyroki, niektórzy dożywotnie. Wybaczyli sędziom, którzy nie poniosą kary. Lepszym, czującym się sprawiedliwymi. O to chodziło? Pozbyć się, udowodnić że za zło odpłaca się tylko złem, nie widząc go w sobie samym. Zło za zło. Wybaczcie sędziowie, jeszcze nie czuję dla was litości. Wybaczcie sami sobie, gdy zrozumiecie, że zło można pokonać tylko dobrem.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Pamięć. Trwała

Jak czuje się człowiek, który zawdzięcza życie poświeceniu innych? Czy pamięta o nim, każdego dnia? Czy święci matkę i ojca? Dawców życia, śmierci? Czy oddaje cześć przodkom, jest świadomy przekazanych przez nich genów, pozwalających mu przetrwać, rozwijać się, tworzyć, dociekać, i że jest jedynie wynikiem dostosowania? Czy czci Boga, Bogów, Przypadek, Los, którzy sprawili, które sprawiły, że jest i będzie. Do końca czasu, który go czeka. Od czasu tych, których już nie ma, a którzy żyją wciąż w nim, w porządku pokoleń, gatunków, form, komórek, związku molekuł, pustki? Od czegoś do braku czegokolwiek?

Człowiek, ten nowoczesny, nie odczuwa potrzeby takiej pamięci. Jest ona abstrakcją, z której się wyzwolił, tak mu się przynajmniej wydaje. Dysponując wiedzą, której zakres codziennie się podwaja, pozostaje obojętny na oczywiste fakty, oślepiony wiarą w swoją wyjątkowość. Staje się coraz bardziej indywidualny i egoistyczny. Przeciwstawia siebie ludzkości, którą traktuje jako zagrożenie, nie jedyną siłę, raz poruszoną, nie ustającą, która pozwoliła mu znaleźć się tu gdzie jest i istnieje. Dzieli ludzkość. Grupuje. Religie, kultury, rasy, narody, opinie, mniejszości, każdego rodzaju, z którymi się identyfikuje, mające go chronić lub się im przeciwstawia, uważając je za wrogie i niebezpieczne. Czyni wszystko byle się nie zanurzyć w człowieczeństwie. Uniwersalnie słabym, zależnym, błądzącym, niszczącym wszystko, co nie zostało dopasowane do przeżycia. Do kolejnego oddechu, kosztem innego. Nie rozumiejąc, że to nie ludzkość jest tego powodem, ale on sam z miliardami każdych, takich jak on. Nie rozróżniających kim są, od tego jakimi są.   

Pamięć nie jest abstrakcją. Jest zbiorem zdarzeń, które pozostają. Przeżywane, odtwarzane, interpretowane, układając się we wzory, nadające znaczenie kolejnym. Nie ma istnienia poza pamięcią. Uczeniem się, rozważaniem, postępem, cofaniem się, zbaczaniem i powracaniem. Jest pamięć poza istnieniem. Gdy zabraknie nas, ale pamięć pozostanie. Nie tej, której nie poznam, ale która odnajdzie mnie wśród pamięci poznawanych. Moją i naszą pamięcią. Trwałą.

Kategorie
Bez kategorycznie Rodzina

Wyciszyć potrzebę zemsty

Mam już tylko to, co zajmuje średniej wielkości walizka. Reszta poszła się jebać. Nie mam już czarnego, pogrzebowego garnituru, zawsze modnego, w którym pożegnałem zmarłą córkę, trzymając jej trumienkę, wyglądającą jak pudełko po butach, oklejoną tanią koronką, z pineskami w czterech kontach karteczki z jej imieniem i błędną datą urodzeniowej śmierci. Brytyjczycy byli równie bez serca, jak Ta, którą opuściłem. Przeszkadzało jej kilka worków z pamiątkami, wykradzionymi tajemnicami i wzorzystymi gaciami, zakładanymi na zimę, zalegającymi w podsypialnianym garażu. Był remont w domu, któremu nic nie brakowało. Była chęć pokazania, że posiadając, można z braku potrzeby, wynaleźć konieczność zmiany. Na żadną. I chuj. Nie wypiłem wystarczającej dawki i nie miałem kilofa, którym rozpierdoliłbym z chęcią kafelki, zawisły kibel, pralki i niepotrzebne sprzęty, upewniając się wcześniej, że żyjąca córka, nie zobaczy mnie w szale wyrównywania szali wagi, której języczek przechyla się na stronę sprawiedliwości. Moją. Nie mylę się. Za cenę tego, co nie było potrzebne i nie musiało być już nie upokarzające, bo nie jest, można by pomóc, skutecznie, takim co nie mają nic. Zapytałem dlaczego? Nie umawialiśmy się, taką otrzymałem odpowiedź. Taką samą, gdy zapytałem, dlaczego córka ma być pochowana w kartonie, zamiast drewnie. Mam za wysokie wymagania. Wobec siebie. Wobec innych za wysokie oczekiwania. Nie pytam i nie upewniam się, w pewności, że znając siebie, niczego podobnego bym nie uczynił. Na nic byłyby moje słowa. Przełknąłem w ciszy pigułkę goryczy, bardziej gorzką, niż mogłem się spodziewać. W nie poddawaniu się, nie ma miejsca na stratę. Widocznie nic z tego, co straciłem nie było warte zachowania. Zrobiło się miejsce na nowe, warte posiadania. Nie muszę przybierać oblicza karmy, stać się Biczem Bożym. Mogę mieć to w dupie. Spokojnie nie rozumieć i wyciszyć potrzebę zemsty, której serdecznie nie potrzebuję.

Nie spędziłem Wigilii samotnie. Dotrzymał mi towarzystwa inny samotny. Równie poplątany jak ja, Kubańczyk. Zamiast barszczy piliśmy rum, zamiast jarskości było mięsnie. Przewrotnie. Nie jadam na co dzień mięsa, jadłem go w dzień, gdy katolik go unika. Nie było wyboru. W jedynym jeszcze otwartym sklepie w Krakowie, nikt nie przewidział, że pojawimy się my, chcący czegoś, co powinniśmy już mieć w nadmiarze, przekraczającym poziom sytości. Nie wiedzieliśmy, że ktoś, z dalekiej Nigerii pozostał sam, w domu należącym do Hindusa, którego żona już go nie chce, ale stwarza pozory rodzinne. Nigeryjczyk miał najmniej z nas szczęścia. Jego żona nie stwarza niczego. Chce być utrzymywana, nie otrzymywać. Gdyby świat był sprawiedliwy, Wigilia była by nasza. Czterech mężczyzn, z czterech kontynentów, usiadło by do stołu, z dziećmi, które po wypróbowaniu tego, co tylko najlepsze, przygotowane przez ojców, poznały by, że nie ma ras i jesteśmy nie podobni, tacy sami. Świat jest sprawiedliwy. Tak jeszcze się stanie. Będzie taka Wigilia. Nasza. Wspólna.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.

Kategorie
Bez kategorycznie Uczucia

Dla Ciebie

Wiesz? Zupełnie nieznana mi. Miałaś rację. Nie należy udawać. Ale udawanie nie zawsze jest kłamliwe. W udawaniu jest dużo szczerości. Wystarczy zobaczyć je odwrócone, jak w lustrzanym odbiciu i ukarze się prawda, przynajmniej jej część, nie zamaskowana. Część najważniejsza. Ukrywana. Dla Ciebie. Jot. We mgle.

Myślę czasem o Tobie. Radości spotkania i szybkim zatarciu chęci. Naszych. Ty na swój sposób, ja moją metodą. Nie jestem pewien, czy nie tak to mało być. Jeżeli nie tak, nie wiem dlaczego nic się nie stało. Chociaż nic z niczego się nie bierze. Jest przyczyna, jest działanie i ich skutek. Nienadaremnie tak ułożony jest świat, którego zasad nie sposób rozwikłać. Tylko dać im się ponieść.

Przeczytałem raz jeszcze naszą wymianę zdań. Potem ją wyrzuciłem. Na zawsze. Nie chcę do niej wracać. Nie jest mi ona potrzebna, by pamięć o Tobie mogła odżyć, przeżyć. Nie musi żyć, nie musi przestać. Nie muszę i Ty nie musisz pamiętać. Zachwyciłem się Twoim uśmiechem. Kilkoma słowami, które pozwoliłem Ci wypowiedzieć, zanim zagłuszyłem dalszy ich ciąg. Intuicyjnie. Spotkaliśmy się za wcześnie, za późno. Oddałem w depozyt moje serce na jakiś czas. Gdybym spotkał Cię zanim, może oddał bym je Tobie. Nie mogę oddać czegoś, co nie należy chwilowo do mnie, nawet gdybym chciał. Nie o wierność komuś tu chodzi, ale własną, uczciwą, ten pierwszy raz. Gdybym spotkał Cię po, nawet byś o tym nie wiedziała. Pierwszy raz zmienia wszystko. Mnie i otaczający nas bezkres.

W noc, zanim, gdy ostatecznie pożegnałem się z Tobą, by to zrobić musiałem polec, leżąc jak śmieć, okazałem się nie tylko tym, za kogo mnie masz. Dałem więcej, niż dałem kiedykolwiek dotychczas. Dla tych, którzy nie napiszą, tego co ja piszę i Ty, bez pomocy upadku, który znam i szanuję. Kto nigdy nie upadł, nie pozna zdolności do powstania.

Napiszę do Ciebie jeszcze dwukrotnie. Upewniając się, że pożegnanie nie jest ostateczne. Jeżeli tak będzie, napiszę do siebie. Dla siebie, mając Cię w myślach i wolnym sercu.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Tak właśnie ma być

Czas na toksyczność i kolejne zdania, których mam w zanadrzu całe wory. Śmieci. Poniewczasie, może na czas, ostatecznie wybrany. Aby każde gówno wreszcie stało się gównem, nie kałem, nawet nawożącym. Smród nie tylko zapachem. Kwiaty zbiorem płatków zetlałych, wiszących na gwoździu, na ścianie nieznanej. Niewiszących, zgniłych, precz wyrzuconych. Kwestią interpretacji nieznane, nieznanie niezapomnianie. Zanim dokonam korekty, dla przyjemności tylko własnej i wywalę zdania na głowy znanych i nieznanych przechodniów, odpad niczego, z niczego, jak z okna średnich wieków, napiszę tak. Tylko jedno słowo, wypowiedziane mimo strachu, warte jest wszystkich słów powiedzianych, gdy jest pewnie. Tym słowem jest: wiem. Jeden gest, uczyniony, gdy nie ma ratunku, ma siłę większą niż upadek i nicość. Tym gestem jest krzyż. W górę w bok, w bok w górę. Gdy mrok staje się grobem, gdy jasność oślepia. Nawet, gdy nie ma ratunku, jest przypadek, chaos i porządkowanie tego, co nosi nazwę. Życie. Ten krzyż nie jest Pański, nie jest pański. Jest wysoko i od zawsze. Nie jest Bogiem, bóstwem. Zbiorowiskiem jest gwiazd. Odległych i na wyciagnięcie ręki. Wcale nie na zawsze, ale wiecznych. Wystarczy poczekać do zachodu słańca i unieść głowę. Zobaczyć. Wiem gdzie jest krzyż, który mnie prowadzi przez życie. Nie krzyż, który mam nieść. Wolnym trzeba być, a nie obarczonym. Unosić się, nie chylić.

Pozostaję wierny uczuciom. Odczuciom także. Potrafię wypalić miłość, jak tlące się drwa, strzelające iskrami. Im grubsze tym wolniej, pozostawiające wciąż tyle tylko popiołu, ile miłostki, w proch obrócone. Własne i czyjeś. Nie ma rozczarowań, tylko niespełnione oczekiwania, gdy nie był na nie właściwy moment, mój i nie mój. Nie ma co żałować win nie popełnionych, nie ma co opłakiwać win, których już się nie odkupi. Pokuta staje się zbędna, wstyd tylko wspomnieniem. Jestem tylko człowiekiem, szukającym i gubiącym się równocześnie. Pozostaję wierny nadziei, zmysłom, które mnie nie zawodzą. Wiem komu winny jestem wdzięczność, pomimo strat. Przepraszać mogę tylko siebie. Za niewytrwanie. Dziękować mogę tylko sobie, za zdolność do pamięci. Nie oczyszczonej z brudu, nie polerowanej, nie idealnej. Własnej.

Ta, Tamta, Ona. Za dużo Tych, Tamtych, Onych. Za mało Tej, Tamtej Onej. Za mało ich. Za mało mnie i za dużo. Miało być jak się stało, nie stało się nic, co nie miało się stać. Tylko tyle. Było, nie było. Będzie, nie będzie. Bezimienni. Bezimienny. I co? I gówno! Nic się nie zmienia. Tak właśnie ma być.

Kategorie
Bez kategorycznie Praca

Z boku. Dla Hłaski

Zapytał mnie ostatnio, robotnik z wyższym wykształceniem, co mam na myśli mówiąc, że patrzę, stoję z, na boku, a co gdy mówię wprost i na wprost? Czy chodzi o dystans, obiektywność, i o widzenie czegoś dokładniej. Odpowiedziałem, że jest takie opowiadanie, króciutkie. Szare obojętnością. Brat czeka na końcu drogi. Marek Hłasko. Dla jednych talent, innych wcale. Dla mnie jednak tak. Tam pojawia się bokiem, które najbardziej przemawia do mojej wyobraźni. Nie jest to dystans świadomy. Nie jest obiektywny. Jest bocznie i na poboczu. Nie znad, nie z zza. Bokiem, równolegle, w zasięgu oceny. Zobaczyć kogoś z boku, to jak ujrzeć go prawdziwym, nie gotowym do stawania na wprost. Na wprost widzi się tylko to, co ktoś chce pokazać. I też my nie widzimy nic z naszego boku, nie widzimy kogoś, kto obserwuje z boku nas. Do czasu.

Ludzie obserwowani z boku, szybko, za sprawą jakiegoś naturalnego instynktu, zwracają się do nas twarzą. Zmienia im się mimika, postawa, mowa ciała. Są świadomi, że z boku ktoś na nich patrzy, przygląda się. Nie u Hłaski. Tam człowiek obserwowany z boku nie ma tej świadomości. Mają ją obserwatorzy. Na wprost niewiele widzą, z boku widzą więcej, dostrzegają człowieka. Z jego przeszłością i tym, kim prawdopodobnie jest. Nie zniszczonym, ale silnym. Nie agresywnym, ale zagubionym.

Patrzenie z boku jest jedynym sposobem, który znam, by dowiedzieć się czegoś o kimś. Nie chodzi o wgapianie się, ocenną inwigilację. Obserwuję kogoś, z dala, kim jest nie wiem, nie wchodzę w interakcję, pozwalam działać i żyć. Jestem bokiem, niezauważalnym. Bokiem per se. Nie muszę interpretować, widzę człowieka jakim jest. Nie kim. Jakim nie dowiem się nigdy. Tylko patrzę.

Robotnik wcale się nie zdziwił. Usiadł na przerwie z telefonem w ręku. Poczytał Hłaskę. Dzięki powiedział, całkiem o nim zapomniałem. Mam lekturę do Świąt.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Czeski film

Nikt nic nie wie, nikt nas nie pilnuje. I ja, nie elektryk, nagle malarz. Nie artysta. Maluję podziemny parking, wielopoziomowy, w centrum starej Antwerpii. Kilkadziesiąt lat temu był tu port. Port stał się zbędny, parking nieodzowny, na pewno płatny, instalują bramki.

Mam dwóch Czechów do pomocy, jeden to pół Serb, czyli pół wróg, w dodatku nazywa się Polak. Nie mogę mu mieć tego za złe. Nie możemy się porozumieć. Słyszę znajomą melodię, podobnego języka, nie rozumiem słów. Serb nie zna serbsko-chorwackiego, z którym się kiedyś osłuchałem. Oni mogli by nawet mówić w suahili, ja w farsi. Było by ciekawiej. Tłumaczymy się telefonami. Belgowie patrzą na nas jak na zjebów, myślą, że pochodzimy z jednego kraju.

Gdzie są pędzle? Nie wiemy. Macie nowe rolki, te są zaschnięte? Stare są jeszcze dobre. To nasza drabina? Teraz nasza. Czyli nasza? Nie nasza, stała w kącie. Kto jest naszym kierownikiem? Nie ma, jesteśmy sami. To skąd wiecie, co mamy robić? Szef nam powiedział. Czyli kto? Janko. Ale on nie jest naszym szefem. To Mirosław. On wam kazał tak malować? Ano! Tak się nie szpachluje. A jak? O! Akryl wygładza się na mokro. Naprawdę? Naprawdę! Świetna metoda. Kabaret.

Odbierają mnie rano samochodem. Powinni być o 5.30. Najdłużej spóźnili się półtorej godziny. Potem jedziemy za ciężarówkami. Dlaczego tak wolno? Nie wiedzą? We środę było święto. Pojechaliśmy, wyjątkowo, do innej pracy. Dzielnica żydowska. Na ulicach patrole uzbrojonych żołnierzy. O dwunastej poszliśmy zwiedzać miasto, w roboczych ubraniach. Najpierw nie mieliśmy adresu, potem okazało się, że nie mamy czym malować. Przynajmniej kupiłem kubek w Starbucksie z nazwą miasta. Dam go Toksycznej. Zbiera takie. Podobno zaliczyli nam dniówkę.

Przed chwilą wysłałem im wiadomość. Jutro jeszcze pracujemy razem. Musicie po mnie przyjechać. Przyszła odpowiedź. Dobrze, że napisałem. Nie wiedzieli. Czeski film.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.