Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Anioł ma depresję

Mój Anioł ma depresję. Nie poprawia się. Trzeba czekać. Poprawi się. Uleczy. Tymczasem Anielskie usta szukają modlitwy. Znajdując nie ukojone, zaciskają je wargami, kończą nie na Amen, na głucho. Walczący Anioł. Z cieniem, odbiciem wieczności. W bezsenne noce. Zmęczone, nie zakończone. Uwięziony grawitacją grzechów.

Rozłóż skrzydła Aniele, upnij anielski warkocz, upleć jak w lepszych czasach. Podnieś porzuconą aureolę. Strzepnij kurz z sukni anielskiej. I wzlatuj. Do innych aniołów. Absolutów idealnych. Wyrwij się. Bądź Aniołem. Jesteś Aniołem. Będziesz. Zawsze.

Anioł nie słyszy. Nie odpowiada na pytania. Milczy tygodniami, z wyjątkiem zapewnienia, że jest. Poza tym nic, w międzyczasie. Podnosi się. Z kolan. Na kolanach. Wiem jak Ci źle. Będzie dobrze. Uwierz mi. Jesteś samym dobrem. Żyję nim.   

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Jeden taki wystarczy

Był ślub. Nieduży. Nie za mały. Było wesele, coś w jego rodzaju. Mój syn został mężem. Jego żona nosi moje nazwisko. Moje, bo przede mną, było mojej matki. Na krótko. Zapuszcza korzenie. Rozrasta się. Kiełkuje, w trzech kobietach, dziewczynce i trzech mężczyznach. Było by nas już ośmioro, w dwóch pokoleniach, brakuje jednej, której już nie ma. Matka nosi czwarte. Ojciec nosił piąte, które było długo i moim.

Stałem z boku, siedziałem z boku. Niedaleko, ale nie razem. Nieswojo. Nie obco. Nie winszowałem pierwszy, nie ostatni. Nie pozowałem do zdjęć. Nie miałem z tym wiele wspólnego. Byłem. Zgodziłem się przyjść. Zostałem zaproszony. Poproszony. Byłem gościem, wśród innych gości. Nie prowadziłem rozmów z rodziną, która nie jest już moją, z rodziną która musi nią pozostać, która się nią stała. Dotrzymywała mi towarzystwa reszta moich dzieci i poznani nieznajomi. Czekałem na wyjście. Trzeźwy, świeży, grzeczny, spokojny, za elegancki, za bardzo zauważalny. Unikałem toksycznych oczu, bo i one tam były, oczu zainteresowanych, ich też nie zabrakło. Nie umówiłem się z koleżanką panny młodej, czego mógłby spodziewać się młody pan. Nie wyswatałem się. Nie dostarczyłem tematu do kolejnych plotek.

Byłem sam. Myślałem jednak o kimś, kto osłodził by mi gorycz bycia tam, tylko dla proszącego syna. Nie taki miał być ten ślub i nie takie w nim moje miejsce. Nie powinno być. A jednak. Obiektu moich myśli nie ma, i nie ma sposobu, aby cofną czas, nieubłaganie stawiający mnie poza nawiasem przeszłości. Do przyszłości, z teraźniejszym staraniem, jak nigdy przedtem. Nie może być więcej takich ślubów. Nie mogę być na nich obecny, nie w swojej roli. To nikomu nie powinno się zdarzać. Jeden taki wystarczy.

Wychodząc chciałem krzyczeć. Wyszedłem szepcąc, trzymając malutką dłoń córki, nie lubię tych ludzi, nie lubię tych rodzin. Przypadkowych. Nie muszę udawać. Dzięki Bogu. Wypierdalać.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Z innym będzie lepiej

Miał być dzień zły, noc gorsza od dnia. Nie były. Były dobre. Obiecujące. Nie rozczarowały. Pochłonęły. Całego mnie. Nic wielkiego. Tylko ogrom, w którym rozpłynąłem się jak wiosenny lód. Zjednoczyłem się z ciepłem dobra.

Patrzyliśmy na siebie. Zachwyceni, zdezorientowani przypadkiem spotkania, spoza barier, nie przekraczanych, pozostałych pomiędzy nami. Do pokonania. Wyznaczonych dla przyszłej przyjaźni, zamiast miłostki.

Powiedzieliśmy sobie wiele. W innym czasie było by za dużo, było w sam raz. Nie zostaniemy kochankami. Zostaniemy bliscy. Wspierająco. Opowiedzieliśmy o zawodach, nieudanych związkach. Bo my, bo nie my. Określiliśmy granicę marzeń. Drobnych, ułożonych w stos sięgający nieba. Zapalimy go. Niech zagorze.

Gdzie te miłości? Gdzie ich cielesność? Są szczęśliwe? Mamy nadzieję. Życzymy im tego. Sobie, braku nieszczęścia. Lepsze idzie. Stoi tuż, przygląda się nam. Podejdzie gdy zechce. Nie poganiamy.

Gorsze już było. Gdy jest gorzej, nie może być lepiej. W gorzej pojawiają się prawdziwe oblicza. Potrzeby lepiej, coraz lepiej. Gorsze zniechęca, przemęcza, do samotności. Z innym będzie lepiej. Z tobą będzie gorzej. To dobrze. My nie chcemy was. W przeszkodzie rezygnacji. Ku lepiej, do gorzej. Nie naszym. Nowym.

Jesteśmy. Wyrzutem. Sumieniem. Prawdziwi. Nie pożegnani. Odcięci. Na dobre. Bawimy się dobrze. Swoim kosztem.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika Rodzina

Modlę się

Modlę się. Idąc. Jadąc. Leżąc. Modlę się budząc i zasypiając. Bezgłośnie. Bez znaku krzyża. Nie na kolanach. Modlę się pracując, wypoczywając, w letargu. Nie zmuszam do modlitwy. Do mojej wiary. Mojego Boga. Proszę. Dziękuję. Wyczekuję. Oddaję siebie. Polecam. Przepraszam.

Modlę się przeklinając. Kurwami. Modlę się dyskretnie. Nie po katolicku. Bezmyślnie. Zaczynam i nie mogę skończyć. Nie idealnie. Niedoskonale. Przerywam i zaczynam na nowo. Dotykam różańca, naprawiam go, zaciskając, modląc się. Słucham modlitw w znienawidzonym radiu.

Nie muszę modlić się w odosobnieniu. Nikt nie wie, że się modlę. Nie wyglądam na rozmodlonego. Na wierzącego. Nie wprowadzam w błąd. Nie wyprowadzam. Nie bawi mnie to. Nie martwi. Nie modlę się dla nikogo. Dla siebie. Modlę się, gdy komuś brak modlitwy. Zaproszony.

Modlę się z wyboru. Chcę. Nie zmuszony. Odczuwam siłę. Widzę. Zaskoczony. Niedowierzając. Nie rozumiejąc. Nie szukając wyjaśnienia. Fenomenu. Faktu, stanu, wagi. Medytuję modlitwą. Zanurzam się w niej. Oczyszczam. Poznaję modlitwę. Polecam.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Ogarnięty jestem. Toksycznie nudny

Jest dobrze? Jest lepiej? Jest właściwie? Przewidywalnie jest? Już? Ogarnąłem się. Bóg jeden wie, jak nie lubię tego, się ogarnij. Prawie jak, na klatę. Prostackie, niby nowoczesne. Karaczate. Pokraczne. Tak współcześnie. Z tatuażami bez znaczenia, pokazywanymi, na napuchniętych sterydami bi i tri, nawet quarto cepsami, napinającymi szwy przydrogiej marynareczki. Pod rękę, z bezrozumem cud gibkim, na motylej diecie, po liftingu wąskiej kreski warg. Nienaturalnie lśniących, od czoła po brodę. Od Tatr po Bałtyk. Od Bugu po Odrę. I dalej na Zachód. Marzenie. Weź się kurwa ogarnij. Popatrz na nas. My jesteśmy. My. Mięśnie i usta. Ruch i słowa. Wynik i parcie. Bierz przykład. Lepiej wyprzedzać niż być wyprzedzanym. Podziękuję. Na samą myśl czuję w wyobraźni, jak z zaciśniętych zwieraczy, mimo wysiłku, biegnąc najkrótszą drogą do przystani najbliższego sedesu, wybucham. Uf. W ostatniej chwili. Zdążyłem. Potem wstając mogę alegorycznie popatrzeć z wysoka, na ogarnianie się. Żałując, że nie dostrzegę wyraźniejszych kształtów, poprzez zasłonę papierowej celulozy z wybielonych, segregowanych pudełek po pizzy z dowozem, w pojemnikach z Ikei. Ukrytych w kuchennych szafkach na zamówienie, zaplanowanych, w mieszkaniach z balkonem, domach ukwieconych, z przystrzyżonym trawnikiem. Na kredyt. Za gotówkę. Za pracę w korporacji. Za niewolę wymuszonego śmiechu z niezabawnych żartów szefa. Niewolę wykorzystywania siebie i kto się pozwoli. Niewolę pokaż się, a zastaw się, a sprzedaj matkę, a i przyjaciela. Instagramatyczną tyranię, spływania z prądem, na fali. Jak moje brązy i pomarańcze w otchłań klozetu. W nic. W szambo. Zapomnienie. Pulvis es et in pulverem reverteris. Kark nie musi mieć karku. Niewiasta przy boku może być mężczyzną. Plastycznie dziewiczym. Niczego to nie zmieni. Czy to ktoś ogarnie?

Przeniosłem się. Z samochodu do kawalerki. Czwarty dzień mija. Tanio. Wygląda drożej. Budzi mnie słońce. Teraz ostre jak sztylet. Nie pijąc, płacę za godność, rozumianą jako nie pozostawanie bezdomnym wstydem. Nie tak dawno była by to równowartość dwudniowego wynagrodzenia, na ucieczce, w Belgijskim azylu. Nadal sprzątam czyjeś nieporządki. Simply fab. W skrócie, czyjś SYF. Nie narzekam. Średnią krajową przekraczam. Nie umiem się ustawić. Nieprawda, nie chcę. Brzydzi mnie to. Cwaństwo. Umiem ciężko pracować. Lubię, naprawdę. Kawalerka jest dużym pokojem z wygodami. Na suficie widać nieznacznie, gdzie stały wyburzone ściany. Taka moda. Próbuję urządzać. Jest czysto. Wylizałem. Oszczędzam wodę i prąd. Namydlam się i obmywam. Lodówka ledwie chłodzi. Gaszę światło. Nie zapalam. Niewiele mam. Większość tego co miałem, poszło na śmieci, zanim powróciłem z wygnania. Szkoda książek i płaszcza. Zemsta, złośliwość byłej? Partnerki? Przy niej to słowo nabiera nowego sensu. Ciała. Gaszę papierosy w popielniczce z pasztetowego aluminium. Gotuję w małym garnuszku z supermarketu. Na patelnie przyjdzie czas. Ale kupiłem roślinę w doniczce. Czerwona pokrzywa. Złotych 2,99. Gdy całkowicie oszaleję, będę z nią rozmawiał. Powiesiłem obrazy i lustro, jedyne pamiątki po ojcu. Z małego patrzy na mnie Jezus. Pamiętam go od zawsze. Sentymentalnie.

Nikogo już nie kocham. Poza dziećmi i babką, którą widuję tylko na zdjęciach. Suchą jak wiór. Miłości chrześcijańskiej się uczę. Powoli. Ciągle się w niej gubię. Jestem chłodny. Stałem się zbędny. Mam nie pomagać. Tylko sobie. I sobie podobnym. Zaplątanym. Nikt nie pomaga mnie. Próby kończą się fiaskiem, nie wystawiam się na pomoc, chyba że w modlitwie. Czekam na spotkanie z córką. Już ponad miesiąc. Może spotkamy się wszyscy. Na ślubie syna. Młodszy przyjedzie z dalekiej północy. Zamieszka u mnie. Jestem sam. Nie samotny. Trzymam się z daleka. Nie patrzę, nie rozmawiam, nie wdaję się. Nie zostawię, nie usłyszę zostaw mnie. Czasami tęsknię. W błyskawicach skurczy serca. Czego chcieć więcej? Ogarnięty jestem. Bardzo. Toksycznie nudny. Ja pierdolę!

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Cień. Cierń

Nazwałem dobrego kolegę, pierdolonym chujem. Nie powinienem. Miałem rację. Pomyślałem tak. Nie tylko o nim. Nie wstydzę się. Chociaż? Zły dobór słów i niezrozumienie problemu. Zarzucił mi rozrzutność. Ogólną. I on też, miał rację. Swoją własną. Obraził się, ja nie. Zdolność do obrazy rozwiała się z mgłą pewności, której nikt nie powinien nigdy trzymać się, niematerialnie zanikającej. W jej braku. Przejrzystym. Nie wytłumaczę. Nie da się tego zrobić. Są doświadczenia, których nie zastąpi się opowieścią. Najlepszą.

Jak wytłumaczyć, że kiedyś była zabawa. Kosztowna. Teraz jest odnajdywanie się. Nie tańsze. Nikt nie pytał skąd. Tyle siły i oporu? Teraz pojawiają się pytania? Nieporozumienia? Nie ma ich. Jest szczerość.

Drodzy jesteście moi. Serdecznie i w moich kieszeniach. Głęboko sięgacie. Ja wszystko, wy niewiele. Ja zebrane darmowe owoce, na placach, po siódmej wieczorem. Nie morza. Obite jabłka. Wy dla siebie, ja dla innych. Nie pocieszeni wy i dotąd nie mający nic przeciw, nie oburzeni, gdy płacę za siebie i za wasze. Urywkami duszy, skrawkami życia. Zawodem i zawodami. Nie jest tak? Korzystacie? Kupuję was, czy się sprzedajecie? Ja piję, wy się delektujecie. Idziecie do domów. Niekochanych żon i mężów. Synów i córek, o których nigdy nie opowiadacie naprawdę. Dzwonicie do kochanek i kochanków. Z teraz, przedtem i możliwych. Mógłbym je opisać, namalować, gdybym miał taką zdolność. Robicie to przy mnie, mnie się spowiadacie. Brzydzę się i wysłuchuję. Rozrywany. Ty też tak robiłeś. Nie. Nigdy. Mam zrozumieć? Nie! Jest subtelna różnica. Ja niczego nie planuję. Nie jestem wyrachowanie przygotowany. Nie szukam. Odwracam się. Odrzucam, nie dla siebie, innych, przypadków, nie możliwości. Nie zawsze się udaje. Wstydzę się. Wam to nie przyjdzie do głowy?

Nie poproszę was o pomoc. Nigdy więcej. Gdy prosiłem, nigdy jej nie otrzymałem. Mam radzić sobie sam. Radzę. Sobie. Są tacy, którym się nie radzi. Pomaga. Byłem taki. Będę? Źle proszę. Nie poproszę. Proście. Będzie wam dane. Mnie nie. Niedane.

Słowa składające się na zdania. Jak litery na ich równoważność znaczenia. Za dużo mówię? Odpowiadam. Na ciszę. Męczę się. Wy pewnie także. Ja powiem że tak, wy że to jest najwyraźniej moja wina. Szkoda. Moglibyśmy sobie tyle powiedzieć. Monolog na monolog. Wybór. Cień. Cierń. Mróz.

Kategorie
Bez kategorii Bez kategorycznie

Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo

Zachwyciłem się. Śmiałem, jak dawno się nie śmiałem. Rozumieliśmy się jak, powinno się rozumieć. Łzy ze śmiechu, cała ich twarz. Cała twarz uśmiechu. Do kaszlu, wywołanego brakiem oddechu. Zaraźliwego.

Zmieniłem się tak bardzo, czy zmiany następują zupełnie niezależnie? Dziewczyna z łydką grubszą niż moje udo. Z zapachem nieperfumowanego potu. Prawdopodobnie cukier. Nie zapytam. Nie umiem być bezpośrednio niegrzeczny. Wcale mi to nie przeszkadzało. Ten zapach. Było w zamian tak wiele. Ona wie. Ja wiem.

Czy tak mogą kochać kobiety? Mimo wszystko? Odkrywam w sobie kobiece cechy, głębsze niż te, o których wiedziałem? Jeżeli tak, to mogę okazać się wpół kobietą. Nie zakocham się, ale zachwyt noszę od tylu dni, że już wiem, że nie przeminie.

Wsłuchiwałem się w głos. Niewiele poznałem nowych ostatnio. Głos jest jak pismo. Kiedy słucham zamykam oczy, nie mogąc, oczy odwracam. Głos ma rytm, faluje, płynie. Jak zdania. Czytam i zamykam oczy. Czuję zdania pisane, pozostawione i te poprawiane. Wiatr i plucie w żagiel. Ten głos był dla mnie, nie cenzurowany. Otwarty. Ten był głosem. Własnym.

Dziewczyno z łydką grubszą niż moje udo, zostaniesz na dłużej? Zostań. Zrozumienia nie spotyka się za często. Takiego jak ty, rzadko i niezapowiedzianie.

Poza tym FUA?

Kategorie
Bez kategorycznie Pamięć

Ostrzegawcze wspomnienie

Nas, nikogo, nie dotyczy bycie. Miałem dzisiaj powtórkę sprzed roku. Nie mogłem dostać się do domu, w którym mieszkam, za który płacę. Jeden zestaw, niezwykle wyszukanych i precyzyjnych kluczy. Nie w moich rękach. Zimno na ulicach. Klamka, brama, zamknięte. Otwarte. Zimno jak przed otwarciem. Poznałem zasady. Brak kaloryfera, szukam dalej. Niczego nie mogę wynająć. Hotele zamknięte. Otwarte podobno, nikt nie odpowiada. Mam kasę. Mógłbym zapłacić. Mam jej cały plik, spięty gumką do włosów. Nic nie jest warta, gdy nie można się nią posłużyć. Zasnąłem w śmietniku. Ocieplonym. Cały nim śmierdzę. Ustawiony budzik na dwie godziny. Zdrętwiałem. Wynoś się stąd skurwysynu, łajzo, bo zadzwonię po straż miejską, czuję szarpanie za ramię. Wstaję. Zaskoczenie. Nie wyglądam jak oczekiwała wykrzywiona morda, czerwona z poczucia wyższości. Pogłaskałem jej psa, przestał szczekać. Wychodzę. Przepraszam słyszę, bardzo ciche, za plecami. Spluwam. Chodzę. Długo. Czuję się jak śmieć. Jestem nim. Nic się nie zmieniło, zdałem sobie sprawę. Zostałem podrzucony, za karę, że jestem, tym którzy pozwoli mi żyć. A miało mnie nie być. Jestem i nie. Jestem bytem, nie będącym. Przypadkowym. Gdziekolwiek bym nie był. Z dala. W oddali. Czekający na koniec, który nigdy nie nadchodzi. Aż nadejdzie. Nie różem, z rozpuszczonej krwi płynącej w tętniących żyłach. Trafem, wiekiem, przypadkiem. Bo chcę, muszę się przedostać przez ucho igielne, do gdzieś, bo może tam już nie będę szukał. Odnaleziony. Nie tylko byt określa świadomość. Jest jeszcze pamięć, której nie sposób się pozbyć. Trzymająca mnie w zamknięciu, wbrew mojej woli.  

Szedłem Plantami. Płakałem. Nie był to płacz taki sobie. Lało się. Zamarzały mi łzy na twarzy. Marznący wiatr wprost w oczy. Zrywałem spod nich zamarznięte rzeki łączących się, słonych kropli. Modliłem się za Aniołów, spadających z nieba, wprost w bród ziemi. Upadłych. Rozumiem ich. Skrzydła nam podcieli i nie możemy się wznieść tak wysoko, jak się wnieść chcemy. Mijamy się, rozpoznajemy bez słów. Nie muszę widzieć ich aureoli, żarzących się po zmroku. Wiem kim są. Bezgłośnie odmawiamy wyznanie wiary, prosząc o pomoc, o wybaczenie. Optymiści kosmicznego bezmiaru.

Rano znalazłem w kieszeni kluczyki do samochodu. Kurwa. Nie musiałem zasypiać na mrozie. Może musiałem. Zachować wspomnienie, ostrzegawcze. Uważaj, wszystko może się powtórzyć. Znowu zaczynasz być dumny. Tracisz pokorę. Uważaj.

Kategorie
Bez kategorycznie Mam to w dupie

Omega, omegom

Zażenowany? Zaskoczony? Rozmieszony? Ha. I ha. Dokładnie. Nie zaskoczony. Reszta niech pozostanie. Chodzi o najwyższe uczucie. Wyzbycie się siebie. Dla Ciebie. Wieloosobowo. Każdego.

Zakochiwanie się jest skomplikowane. Wymaga dużej dozy pokory. Przed rozczarowaniem. Zanim. W trakcie i prawdopodobnie po nim. By nie było, wiedziałem. Okazało się. Spodziewałem się. Nie było, czego nie miało by nie być.

Zakochiwanie jest proste i prostolinijne. Niczego nie wymaga. Kocha się i nie można się rozczarować. Wie się. Od początku do końca.

Żenada jednak, gdy miłości obiekt jest żenujący i nie wolno tego przyznać. Przyznać się innym, najbardziej sobie. Zaskoczenie? Przychodzi w sobie zdaniu sprawy. Z oczywistości tej sprawy. Rozśmieszenie. Tak. Nie śmiech kosztem kogoś. Roześmiać się. Śmiać się. Kogo ja w tobie mogłem widzieć, kogo ty mogłaś we mnie zobaczyć.

A kochanie? Jakie może być? To całkiem inna sprawa. Innych par kaloszy, których nikt nie spłoszy. Kochanie jest skomplikowane. Pokorne i nie. Wypierdalające. I może też łatwo: wypierdolić.

Nie kocham Cię jak myślisz. Mam Cię. Nigdy nie kochałem. Nic z tego nie zrozumiałaś. I pewnie tak się nie zdarzy. A że Ty nie kochałaś? Kochałaś i kochasz. Oddałaś. Nie oddałaś. Nie wróci. Nic nie z wróci. Oddania i nie przyjęcia. Ja nie przyjmę. Kochania.

Znosiłem Twój brak satysfakcji. Z samej siebie. Brak zadowolenia, z siebie samej. Teraz radź sobie z sobą. Ja sobie poradziłem z sobą, Tobą i Tobie podobnymi. Poradź sobie z podobnymi Tobie. Omega, omegom. Na koniec. Zakończenie.

Nigdy nie byłaś jak ta muzyka. Nie byłaś muzyką. Nie byłaś mną. Musisz się bardzo postarać, aby być czyjąś.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Rozmawiać lub milczeć

Nie lubię już niedomówień. Niedopowiedzeń. Zadawanie pytania, innego niż retoryczne, wymaga wysiłku. Namysłu. Wywołane komentarzem, wymaga wysiłku podwójnego. Odpowiedź nie jest zawsze konieczna. Są pytania, które się wymknęły myślom, inne nie powinny być zadane. Same się zadają. Te, których powodem jest poznanie, zrozumienie więcej, nieodpowiedziane stają się stratą. Dopytywanie o nie jest językowym obskakiwaniem: powiedz, no powiedz… Dookoła, podskok, podskok. Jak szczenię. Powiedz, no powiedz… Zrzygałbym się na siebie, gdybym tak robił. Gdy odczuwam taką potrzebę czuję, robi mi się w ustach gorzkawo. Jak próbując zmusić do rozmowy, ważnych rozmów, gdy ich brak oddala na dystans, poza którym tylko nic już pozostaje.

Nie zawsze byłem uczciwy w rozmowach. Musiałem się nauczyć szacunku. Niepozostawiania domysłów, pozostawiających nadzieje, niepewność, wprowadzających w błąd, wikłających, zarzucanych sieciami przypuszczeń. Musiałem się nauczyć szczerości. Nawet gdy szczerze kłamałem, chcąc się kogoś pozbyć i rozczarować. Nie odpowiadać, zagadywać. Nie pozwolić zadać pytań, na które musiałbym odpowiedzieć. Nie manipulować, nie dominować, nie zastawiać pułapek, nie bawić się kimś, nie wykorzystywać. Nie przywiązywać do siebie słowem.

Nauczyłem się rozmawiać. Wymieniać myślami. Mówić wprost, niecenzuralnie. Ośmieszać się i ośmielać. Nie wyśmiewać, nie onieśmielać. Pytać i odpowiadać. Jak samemu sobie, prawdziwie. Tylko tak chcę rozmawiać. Tylko to jest rozmową. Ze śmiechem szczerym z samego siebie, wspólnym z kogoś, gdy się roześmieje. Gniewem, gdy należy się gniew. Przykrością, gdy jest powód do goryczy. Uzupełniając się. Tylko tak już chcę. Rozmawiać lub milczeć.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Śmiej się

Zakazy, nakazy, przykazania, zasady, prawa, oczekiwania. Tabu, oceny i podporządkowania. W każdym miejscu i czasie. Świat nie wybierany, przygotowany na pierwszą myśl, której nie zapamiętasz. Zbiór. Musisz tylko go uznać. Pokochać jak własny. Zasiać na nowo i nauczyć kolejnych siewców pielęgnacji. Nauczyć, że nie wolno. Inaczej. Wolno tak tylko, jak przygotowano.

Miłość, przyjaźń, radość, pocałunek, przytulenie. Zaufanie, pewność i zrozumienie. W każdym z nas. Uczucia, kierujące w niepoznawane, którego nie da się rozpoznać zanim nie nadejdzie. Niezrozumiane. Zapomniane. Odnawiane i zawsze przeżywane. Tylko tak wolno ci się uczyć o nietrwałości. Bez niej zabłądzisz.     

Wiedza, wiara, współczucie, praca, pomaganie. Pierwszy oddech, z przyrzeczeniem ostatniego. Biciem serca, ale nie na zawsze. Przygotowani na nie wolno, nie teraz, nie tutaj, nie tak. Zniechęceni do tak. Tak, wolno. Tak, teraz. Tak, tutaj. Tak, z nim, z nią. Zmęczeni. Przedmiotowi i niezrozumiali. Poddani i podporządkowani. Bez prawa wyboru. Prawa.

Morderstwa, wypadki, gwałty, znęcania i molestowania. Bicie, krzywdy i opanowanie. Każdego, zawsze. Rozpacz i szloch. Strach. Brak nadziei. Złożony. Tak tylko nauczysz się rozpoznawać ciemność i światło. Cienie i szarość. Co ci wolno, a czego nie? Nie płacz. To nieprawda. Wolno. Śmiej się.

Kategorie
Bez kategorycznie Brak Chaos Śmierć

Na nic

Kluczy jest wiele. Otwierających i tych, które nie otworzą. Niczego. Całe pęki. Do zapomnianych drzwi, wymienionych zamków. Po schodach, windami w górę, do jasności i w dół, ponad, niżej, do ciemności, podziemi. Do miejsc  gdzie byliśmy i nie. Gdzie jesteśmy. Gdzie będziemy. Do drzwi, do których otwarcia, nie mamy klucza. Do próśb o ich otwarcie. Do chęci o zamknięciu ich na zawsze. Do nieznanych schodów, kluczy i stania przed, nigdy za drzwiami. Czekający. Odchodzący. Sami i nie sami. Z czekającymi za nimi, na nasze odejście, na pozostanie i czekanie. Nie bycie przed nimi. Drzwiami Do, drzwiami Z.

Gdy w miejscach niepoznanych staniesz, bez oczekiwań, nie myśląc o tym, co już poznałeś i czego poznać nie możesz, zapomnij. Siebie i poznane i niepoznane. Tylko bądź. Pomyśl, że jesteś. Gdy jesteś. Bo jesteś. Bo wiesz, że tak jest. Na zawsze.

Klucze, które przypominają o swoim istnieniu. Ciężkie i lekkie, upięte razem. Nieoznaczone, których nie rozpoznamy. Ciążące. Zebrane. Nie ten, może inny?

Nie mam już kluczy. Do niczego. Oddałem je. Do drzwi serdecznych. Przyjaznych. Miłych. Szczerych. Nienawistnych. Udawanych. Żadnych. Nie wyrzuciłem ich.

Nie o was tu chodzi, o mnie. Klucze? Otwierające i zamykające?  I tyle. Na tyle. Na nic. Zależy? Tak zależy. Biegnij. Świecie. Niezrozumiany.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dwie strony mantry

Nie da się osiągnąć niczego ponad to, co można.

Nie da się.

Nie da się osiągnąć.

Nie da się osiągnąć niczego.

Nie da się osiągnąć niczego ponad.

Nie da się osiągnąć niczego ponad to.

Nie da się. Osiągnąć niczego. Ponad to. Co można.

Nie da. Się osiągnąć. Niczego ponad. Co. Można.

*

Można osiągnąć więcej, ponad to, co da się.

Można osiągnąć.

Można osiągnąć więcej.

Można osiągnąć więcej, ponad.

Można osiągnąć więcej, ponad to.

Można osiągnąć. Więcej. Ponad to. Co da się.

Można osiągnąć. Więcej, ponad to. Co. Da się.

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Zło można pokonać tylko dobrem

Nowy rok już nie za rogiem. Rozpoczęty i zaczyna się toczyć kolejnymi dniami. Plan z poprzedniego wykonałem ze specjalnymi dodatkami, którego nie dzieliłem ze światem, zajętym pandemicznymi problemami. Miałem inne, osobiście dotykające i trudne do przewidzenia. Spotkałem egoizm, brak zrozumienia, niespełnione oczekiwania, nawiedziły mnie duchy przeszłości, wykluczenie, odepchnięcie. Nie tylko. Znalazłem przyjaźń, pomoc udzieloną i którą się dzielę, siły w sobie, o których nie wiedziałem, albo zapomniałem, altruizm, wytrwałość, w końcu nadzieję, spokój, modlitwę, podaliśmy sobie ręce z Bogiem, który wysłał mi anioła. Jestem wciąż równie niedoskonały, niepochamowany, zachłanny, pełen złości i żalu. Ale mniej tego we mnie. Równoważę się. Nie mogę stać się doskonalszy, muszę zachować twardość, niezależność ocen.

Nie byłem w tym sam. Przyglądanie się nieszczęściu innych, zmieniło mnie na zawsze, na dobre. Nie chciałem tego. Przyglądania się, zmian. Przyglądania się, jak nieszczęście zmienia, aż nic nie zostaje ze wspomnień o szczęściu, poza przetrwaniem, które się nimi żywi. Nieszczęście jest jak choroba, pogłębiająca się, im dłużej trwa. Niszczy duszę, zamienia ciało w łachman, nałogami dającymi coraz mniej wytchnienia, zabójczymi, po dzień nadania skrótu nowemu imieniu. NN. Nieznany mężczyzna. Nieznana kobieta. Im już nie pomogę, mogę jeszcze innym.

Współczuję. Ale nie nieszczęsnym, są ofiarami błędów i stwardniałych serc, tych, którzy zamiast je okazać, uznali się za sędziów, wyrokujących i skazujących na karę wygnania i powolnej śmierci, w bezimiennej kloace, poza nawiasem, na dnie. Nieszczęśni odbyli wyroki, niektórzy dożywotnie. Wybaczyli sędziom, którzy nie poniosą kary. Lepszym, czującym się sprawiedliwymi. O to chodziło? Pozbyć się, udowodnić że za zło odpłaca się tylko złem, nie widząc go w sobie samym. Zło za zło. Wybaczcie sędziowie, jeszcze nie czuję dla was litości. Wybaczcie sami sobie, gdy zrozumiecie, że zło można pokonać tylko dobrem.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Pamięć. Trwała

Jak czuje się człowiek, który zawdzięcza życie poświeceniu innych? Czy pamięta o nim, każdego dnia? Czy święci matkę i ojca? Dawców życia, śmierci? Czy oddaje cześć przodkom, jest świadomy przekazanych przez nich genów, pozwalających mu przetrwać, rozwijać się, tworzyć, dociekać, i że jest jedynie wynikiem dostosowania? Czy czci Boga, Bogów, Przypadek, Los, którzy sprawili, które sprawiły, że jest i będzie. Do końca czasu, który go czeka. Od czasu tych, których już nie ma, a którzy żyją wciąż w nim, w porządku pokoleń, gatunków, form, komórek, związku molekuł, pustki? Od czegoś do braku czegokolwiek?

Człowiek, ten nowoczesny, nie odczuwa potrzeby takiej pamięci. Jest ona abstrakcją, z której się wyzwolił, tak mu się przynajmniej wydaje. Dysponując wiedzą, której zakres codziennie się podwaja, pozostaje obojętny na oczywiste fakty, oślepiony wiarą w swoją wyjątkowość. Staje się coraz bardziej indywidualny i egoistyczny. Przeciwstawia siebie ludzkości, którą traktuje jako zagrożenie, nie jedyną siłę, raz poruszoną, nie ustającą, która pozwoliła mu znaleźć się tu gdzie jest i istnieje. Dzieli ludzkość. Grupuje. Religie, kultury, rasy, narody, opinie, mniejszości, każdego rodzaju, z którymi się identyfikuje, mające go chronić lub się im przeciwstawia, uważając je za wrogie i niebezpieczne. Czyni wszystko byle się nie zanurzyć w człowieczeństwie. Uniwersalnie słabym, zależnym, błądzącym, niszczącym wszystko, co nie zostało dopasowane do przeżycia. Do kolejnego oddechu, kosztem innego. Nie rozumiejąc, że to nie ludzkość jest tego powodem, ale on sam z miliardami każdych, takich jak on. Nie rozróżniających kim są, od tego jakimi są.   

Pamięć nie jest abstrakcją. Jest zbiorem zdarzeń, które pozostają. Przeżywane, odtwarzane, interpretowane, układając się we wzory, nadające znaczenie kolejnym. Nie ma istnienia poza pamięcią. Uczeniem się, rozważaniem, postępem, cofaniem się, zbaczaniem i powracaniem. Jest pamięć poza istnieniem. Gdy zabraknie nas, ale pamięć pozostanie. Nie tej, której nie poznam, ale która odnajdzie mnie wśród pamięci poznawanych. Moją i naszą pamięcią. Trwałą.

Kategorie
Bez kategorycznie Rodzina

Wyciszyć potrzebę zemsty

Mam już tylko to, co zajmuje średniej wielkości walizka. Reszta poszła się jebać. Nie mam już czarnego, pogrzebowego garnituru, zawsze modnego, w którym pożegnałem zmarłą córkę, trzymając jej trumienkę, wyglądającą jak pudełko po butach, oklejoną tanią koronką, z pineskami w czterech kontach karteczki z jej imieniem i błędną datą urodzeniowej śmierci. Brytyjczycy byli równie bez serca, jak Ta, którą opuściłem. Przeszkadzało jej kilka worków z pamiątkami, wykradzionymi tajemnicami i wzorzystymi gaciami, zakładanymi na zimę, zalegającymi w podsypialnianym garażu. Był remont w domu, któremu nic nie brakowało. Była chęć pokazania, że posiadając, można z braku potrzeby, wynaleźć konieczność zmiany. Na żadną. I chuj. Nie wypiłem wystarczającej dawki i nie miałem kilofa, którym rozpierdoliłbym z chęcią kafelki, zawisły kibel, pralki i niepotrzebne sprzęty, upewniając się wcześniej, że żyjąca córka, nie zobaczy mnie w szale wyrównywania szali wagi, której języczek przechyla się na stronę sprawiedliwości. Moją. Nie mylę się. Za cenę tego, co nie było potrzebne i nie musiało być już nie upokarzające, bo nie jest, można by pomóc, skutecznie, takim co nie mają nic. Zapytałem dlaczego? Nie umawialiśmy się, taką otrzymałem odpowiedź. Taką samą, gdy zapytałem, dlaczego córka ma być pochowana w kartonie, zamiast drewnie. Mam za wysokie wymagania. Wobec siebie. Wobec innych za wysokie oczekiwania. Nie pytam i nie upewniam się, w pewności, że znając siebie, niczego podobnego bym nie uczynił. Na nic byłyby moje słowa. Przełknąłem w ciszy pigułkę goryczy, bardziej gorzką, niż mogłem się spodziewać. W nie poddawaniu się, nie ma miejsca na stratę. Widocznie nic z tego, co straciłem nie było warte zachowania. Zrobiło się miejsce na nowe, warte posiadania. Nie muszę przybierać oblicza karmy, stać się Biczem Bożym. Mogę mieć to w dupie. Spokojnie nie rozumieć i wyciszyć potrzebę zemsty, której serdecznie nie potrzebuję.

Nie spędziłem Wigilii samotnie. Dotrzymał mi towarzystwa inny samotny. Równie poplątany jak ja, Kubańczyk. Zamiast barszczy piliśmy rum, zamiast jarskości było mięsnie. Przewrotnie. Nie jadam na co dzień mięsa, jadłem go w dzień, gdy katolik go unika. Nie było wyboru. W jedynym jeszcze otwartym sklepie w Krakowie, nikt nie przewidział, że pojawimy się my, chcący czegoś, co powinniśmy już mieć w nadmiarze, przekraczającym poziom sytości. Nie wiedzieliśmy, że ktoś, z dalekiej Nigerii pozostał sam, w domu należącym do Hindusa, którego żona już go nie chce, ale stwarza pozory rodzinne. Nigeryjczyk miał najmniej z nas szczęścia. Jego żona nie stwarza niczego. Chce być utrzymywana, nie otrzymywać. Gdyby świat był sprawiedliwy, Wigilia była by nasza. Czterech mężczyzn, z czterech kontynentów, usiadło by do stołu, z dziećmi, które po wypróbowaniu tego, co tylko najlepsze, przygotowane przez ojców, poznały by, że nie ma ras i jesteśmy nie podobni, tacy sami. Świat jest sprawiedliwy. Tak jeszcze się stanie. Będzie taka Wigilia. Nasza. Wspólna.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.

Kategorie
Bez kategorycznie Uczucia

Dla Ciebie

Wiesz? Zupełnie nieznana mi. Miałaś rację. Nie należy udawać. Ale udawanie nie zawsze jest kłamliwe. W udawaniu jest dużo szczerości. Wystarczy zobaczyć je odwrócone, jak w lustrzanym odbiciu i ukarze się prawda, przynajmniej jej część, nie zamaskowana. Część najważniejsza. Ukrywana. Dla Ciebie. Jot. We mgle.

Myślę czasem o Tobie. Radości spotkania i szybkim zatarciu chęci. Naszych. Ty na swój sposób, ja moją metodą. Nie jestem pewien, czy nie tak to mało być. Jeżeli nie tak, nie wiem dlaczego nic się nie stało. Chociaż nic z niczego się nie bierze. Jest przyczyna, jest działanie i ich skutek. Nienadaremnie tak ułożony jest świat, którego zasad nie sposób rozwikłać. Tylko dać im się ponieść.

Przeczytałem raz jeszcze naszą wymianę zdań. Potem ją wyrzuciłem. Na zawsze. Nie chcę do niej wracać. Nie jest mi ona potrzebna, by pamięć o Tobie mogła odżyć, przeżyć. Nie musi żyć, nie musi przestać. Nie muszę i Ty nie musisz pamiętać. Zachwyciłem się Twoim uśmiechem. Kilkoma słowami, które pozwoliłem Ci wypowiedzieć, zanim zagłuszyłem dalszy ich ciąg. Intuicyjnie. Spotkaliśmy się za wcześnie, za późno. Oddałem w depozyt moje serce na jakiś czas. Gdybym spotkał Cię zanim, może oddał bym je Tobie. Nie mogę oddać czegoś, co nie należy chwilowo do mnie, nawet gdybym chciał. Nie o wierność komuś tu chodzi, ale własną, uczciwą, ten pierwszy raz. Gdybym spotkał Cię po, nawet byś o tym nie wiedziała. Pierwszy raz zmienia wszystko. Mnie i otaczający nas bezkres.

W noc, zanim, gdy ostatecznie pożegnałem się z Tobą, by to zrobić musiałem polec, leżąc jak śmieć, okazałem się nie tylko tym, za kogo mnie masz. Dałem więcej, niż dałem kiedykolwiek dotychczas. Dla tych, którzy nie napiszą, tego co ja piszę i Ty, bez pomocy upadku, który znam i szanuję. Kto nigdy nie upadł, nie pozna zdolności do powstania.

Napiszę do Ciebie jeszcze dwukrotnie. Upewniając się, że pożegnanie nie jest ostateczne. Jeżeli tak będzie, napiszę do siebie. Dla siebie, mając Cię w myślach i wolnym sercu.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Tak właśnie ma być

Czas na toksyczność i kolejne zdania, których mam w zanadrzu całe wory. Śmieci. Poniewczasie, może na czas, ostatecznie wybrany. Aby każde gówno wreszcie stało się gównem, nie kałem, nawet nawożącym. Smród nie tylko zapachem. Kwiaty zbiorem płatków zetlałych, wiszących na gwoździu, na ścianie nieznanej. Niewiszących, zgniłych, precz wyrzuconych. Kwestią interpretacji nieznane, nieznanie niezapomnianie. Zanim dokonam korekty, dla przyjemności tylko własnej i wywalę zdania na głowy znanych i nieznanych przechodniów, odpad niczego, z niczego, jak z okna średnich wieków, napiszę tak. Tylko jedno słowo, wypowiedziane mimo strachu, warte jest wszystkich słów powiedzianych, gdy jest pewnie. Tym słowem jest: wiem. Jeden gest, uczyniony, gdy nie ma ratunku, ma siłę większą niż upadek i nicość. Tym gestem jest krzyż. W górę w bok, w bok w górę. Gdy mrok staje się grobem, gdy jasność oślepia. Nawet, gdy nie ma ratunku, jest przypadek, chaos i porządkowanie tego, co nosi nazwę. Życie. Ten krzyż nie jest Pański, nie jest pański. Jest wysoko i od zawsze. Nie jest Bogiem, bóstwem. Zbiorowiskiem jest gwiazd. Odległych i na wyciagnięcie ręki. Wcale nie na zawsze, ale wiecznych. Wystarczy poczekać do zachodu słańca i unieść głowę. Zobaczyć. Wiem gdzie jest krzyż, który mnie prowadzi przez życie. Nie krzyż, który mam nieść. Wolnym trzeba być, a nie obarczonym. Unosić się, nie chylić.

Pozostaję wierny uczuciom. Odczuciom także. Potrafię wypalić miłość, jak tlące się drwa, strzelające iskrami. Im grubsze tym wolniej, pozostawiające wciąż tyle tylko popiołu, ile miłostki, w proch obrócone. Własne i czyjeś. Nie ma rozczarowań, tylko niespełnione oczekiwania, gdy nie był na nie właściwy moment, mój i nie mój. Nie ma co żałować win nie popełnionych, nie ma co opłakiwać win, których już się nie odkupi. Pokuta staje się zbędna, wstyd tylko wspomnieniem. Jestem tylko człowiekiem, szukającym i gubiącym się równocześnie. Pozostaję wierny nadziei, zmysłom, które mnie nie zawodzą. Wiem komu winny jestem wdzięczność, pomimo strat. Przepraszać mogę tylko siebie. Za niewytrwanie. Dziękować mogę tylko sobie, za zdolność do pamięci. Nie oczyszczonej z brudu, nie polerowanej, nie idealnej. Własnej.

Ta, Tamta, Ona. Za dużo Tych, Tamtych, Onych. Za mało Tej, Tamtej Onej. Za mało ich. Za mało mnie i za dużo. Miało być jak się stało, nie stało się nic, co nie miało się stać. Tylko tyle. Było, nie było. Będzie, nie będzie. Bezimienni. Bezimienny. I co? I gówno! Nic się nie zmienia. Tak właśnie ma być.

Kategorie
Bez kategorycznie Praca

Z boku. Dla Hłaski

Zapytał mnie ostatnio, robotnik z wyższym wykształceniem, co mam na myśli mówiąc, że patrzę, stoję z, na boku, a co gdy mówię wprost i na wprost? Czy chodzi o dystans, obiektywność, i o widzenie czegoś dokładniej. Odpowiedziałem, że jest takie opowiadanie, króciutkie. Szare obojętnością. Brat czeka na końcu drogi. Marek Hłasko. Dla jednych talent, innych wcale. Dla mnie jednak tak. Tam pojawia się bokiem, które najbardziej przemawia do mojej wyobraźni. Nie jest to dystans świadomy. Nie jest obiektywny. Jest bocznie i na poboczu. Nie znad, nie z zza. Bokiem, równolegle, w zasięgu oceny. Zobaczyć kogoś z boku, to jak ujrzeć go prawdziwym, nie gotowym do stawania na wprost. Na wprost widzi się tylko to, co ktoś chce pokazać. I też my nie widzimy nic z naszego boku, nie widzimy kogoś, kto obserwuje z boku nas. Do czasu.

Ludzie obserwowani z boku, szybko, za sprawą jakiegoś naturalnego instynktu, zwracają się do nas twarzą. Zmienia im się mimika, postawa, mowa ciała. Są świadomi, że z boku ktoś na nich patrzy, przygląda się. Nie u Hłaski. Tam człowiek obserwowany z boku nie ma tej świadomości. Mają ją obserwatorzy. Na wprost niewiele widzą, z boku widzą więcej, dostrzegają człowieka. Z jego przeszłością i tym, kim prawdopodobnie jest. Nie zniszczonym, ale silnym. Nie agresywnym, ale zagubionym.

Patrzenie z boku jest jedynym sposobem, który znam, by dowiedzieć się czegoś o kimś. Nie chodzi o wgapianie się, ocenną inwigilację. Obserwuję kogoś, z dala, kim jest nie wiem, nie wchodzę w interakcję, pozwalam działać i żyć. Jestem bokiem, niezauważalnym. Bokiem per se. Nie muszę interpretować, widzę człowieka jakim jest. Nie kim. Jakim nie dowiem się nigdy. Tylko patrzę.

Robotnik wcale się nie zdziwił. Usiadł na przerwie z telefonem w ręku. Poczytał Hłaskę. Dzięki powiedział, całkiem o nim zapomniałem. Mam lekturę do Świąt.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Czeski film

Nikt nic nie wie, nikt nas nie pilnuje. I ja, nie elektryk, nagle malarz. Nie artysta. Maluję podziemny parking, wielopoziomowy, w centrum starej Antwerpii. Kilkadziesiąt lat temu był tu port. Port stał się zbędny, parking nieodzowny, na pewno płatny, instalują bramki.

Mam dwóch Czechów do pomocy, jeden to pół Serb, czyli pół wróg, w dodatku nazywa się Polak. Nie mogę mu mieć tego za złe. Nie możemy się porozumieć. Słyszę znajomą melodię, podobnego języka, nie rozumiem słów. Serb nie zna serbsko-chorwackiego, z którym się kiedyś osłuchałem. Oni mogli by nawet mówić w suahili, ja w farsi. Było by ciekawiej. Tłumaczymy się telefonami. Belgowie patrzą na nas jak na zjebów, myślą, że pochodzimy z jednego kraju.

Gdzie są pędzle? Nie wiemy. Macie nowe rolki, te są zaschnięte? Stare są jeszcze dobre. To nasza drabina? Teraz nasza. Czyli nasza? Nie nasza, stała w kącie. Kto jest naszym kierownikiem? Nie ma, jesteśmy sami. To skąd wiecie, co mamy robić? Szef nam powiedział. Czyli kto? Janko. Ale on nie jest naszym szefem. To Mirosław. On wam kazał tak malować? Ano! Tak się nie szpachluje. A jak? O! Akryl wygładza się na mokro. Naprawdę? Naprawdę! Świetna metoda. Kabaret.

Odbierają mnie rano samochodem. Powinni być o 5.30. Najdłużej spóźnili się półtorej godziny. Potem jedziemy za ciężarówkami. Dlaczego tak wolno? Nie wiedzą? We środę było święto. Pojechaliśmy, wyjątkowo, do innej pracy. Dzielnica żydowska. Na ulicach patrole uzbrojonych żołnierzy. O dwunastej poszliśmy zwiedzać miasto, w roboczych ubraniach. Najpierw nie mieliśmy adresu, potem okazało się, że nie mamy czym malować. Przynajmniej kupiłem kubek w Starbucksie z nazwą miasta. Dam go Toksycznej. Zbiera takie. Podobno zaliczyli nam dniówkę.

Przed chwilą wysłałem im wiadomość. Jutro jeszcze pracujemy razem. Musicie po mnie przyjechać. Przyszła odpowiedź. Dobrze, że napisałem. Nie wiedzieli. Czeski film.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.

Kategorie
Bez kategorycznie Spokojnie

Mail

Dzięki za maila. Przeczytałem z uwagą. Trochę mnie wzruszył. Szczerością. Tym mocniej, że nie był to mail anonimowy. Odpowiem tak, jak dotąd piszę. Tutaj, bo odpowiedź jest uniwersalna. Po to właśnie jest ten blog. Ma poruszać to, co jest gdzieś głęboko ukryte. Prościej, słabości ukrywane wstydliwe. Rzecz w tym, że nie bardzo jest czego się wstydzić i co ukrywać. To nie są wcale słabości. Nam się wydają słabościami. Są cechami charakteru, jaki mamy i jest nam wspólny ze wszystkimi, których znamy i nie. Tylko proporcje są różne. Te proporcje czynią nas unikalnymi. Nie tylko genetyka. Z tych niezrozumianych cech, bywa że na zawsze, uznanych za słabości, wykuwamy zbroję, która ciąży i maskę, która ogranicza nam pole widzenia. Nie warto. Im szybciej je zrzucimy, tym łatwiej nam jest żyć, własnym życiem, nie tych, którzy narzucają nam wizję, nie nas samych, ale wyobrażeń o nas. Oni też noszą swoje maski. Wiem, że to spowoduje ból i ogromne zamieszanie. Lizanie ran jest częścią tego procesu, dochodzenia do siebie. Przynajmniej na początku. Potem jest coraz łatwiej. Nie czujemy, że szukamy aprobaty, uznania w czyichś oczach. Stajemy się niezależni. Stajemy się partnerami na równych prawach, na tych samych zasadach. Nie jesteśmy sztuczni i nieprawdziwi. Pojawia się szacunek do samych siebie. Nie musimy być przez wszystkich lubiani i podziwiani. Wystarczą ci, którzy naprawdę nas polubią i podziwiają za wysiłek włożony w osiągnięcie założonego celu, nie adorują, stawiają na piedestale. Jeżeli nie potrafimy szanować siebie, nie będziemy nigdy szanować innych. Jak z miłością. Jest takie, Nowe Przykazanie. A szacunek powinien przynależeć każdemu. Jeżeli ktoś nie będzie szanował nas? Możemy go olać. Mętnym sikiem szacunku, który im jest należny. Gorzej jest jednak, gdy z siły, którą w różnej formie posiada każdy, ukuli byśmy broń, którą będziemy ranić innych, dobijać. Znam takich ludzi, zaszytych w metal od stóp do głów, dzierżących miecz destrukcji. Jedno ostrze krzywdy, drugie poniżenia. Taką osobę musiałem pozostawić samej sobie. Nie jest pierwszą, której oddałem dużą część, nie wiecznego przecież życia. Takich ludzi trzeba rozpoznawać i unikać. Czasami musimy odrzucić. Odepchnąć. Nawet jeżeli wydaje się nam, wiemy, że pojawia się szansa, na szczęście i wzajemność, przyjaźń. Przykro to napisać, ale jest kilka miliardów ludzi na świecie i tych szans zdarza się każdemu całe mnóstwo. Tym więcej, gdy jest w nas coś, co sprawia, że jesteśmy z jakiegoś powodu atrakcyjni. A atrakcyjny jest każdy, tyko nie każdy jest tego świadomy. Szanse powinniśmy wykorzystać, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi. Nie gotowi, zmarnujemy szansę. Lepiej jej nie szukać w takiej sytuacji. Czasami musimy odepchnąć, bo wiemy, że nie odpychając, dajemy szansę, nie nam, która dla nas będzie męką, zmuszania się do bycia czyjąś. Czasami odpychamy zupełnie niepotrzebnie. Ze strachu. Nie powinno się jednak odpychać kłamliwie. Udając kogoś kim się nie jest, nie okazujemy tym samym szacunku. To nie jest odepchnięcie, to nie my odpychamy, ale ktoś, kogo nie ma. Skutek jest natychmiastowy. Ale czujemy się podle, nawet nie możemy przeprosić, bo ktoś nawet nie wie, kto przeprasza. Niełatwe, ale wówczas musimy wybaczyć sami sobie. I żyć z tym. Inaczej zje nas poczucie straty. Trzeba przeczekać. Aż pojawi się wspomnienie, kolejne ze wspomnień. I spokój. Życzyć powodzenia utraconym szansom.

No i hipotetycznie: dwie szanse muszą się spotkać we właściwym czasie, aby zaiskrzyło i zlały się w szansę wspólną. Wtedy cienie się rozjaśnią i wyjdziemy z pieczary. Uwolnimy się i jak w platońskiej wersji, przejrzymy na oczy. Jeżeli nie, trzeba czekać. I ryzykować, ze skutkiem oczekiwanym, albo nieprzyjemnym. Cieszyć się czasem, pomiędzy jedną wtopą, a następną. Nie wycofywać się. Trwać. Niepewnym, ale otwartym. Prędzej czy później się trafi, prawem rachunku prawdopodobieństwa.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Antropocentryzm egocentryka, czyli wpierdoliłem się po raz kolejny

Człowiekiem jestem. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Mam prawo uznać to stwierdzenie, za moje własne. Eksperymentowałem więcej, niż zapragnęła dusza. Nie chowam się, za zasłoną anonimowości po to, aby coś ukryć, skrzywić, przeinaczyć. Przeciwnie. Nie. Przeciwnie to za mało. Dwa bieguny, to już bardziej. Tylko w taki sposób, to co mam do napisania, może być rozumiane poprzez treść, nie mnie, piszącego. Nie chowam się, jak inni, za miłymi słówkami, odgadując jakież to potrzeby, niemożliwe do spełnienia mają ludzie, postawieni na mojej drodze przez los, przypadek, przeznaczenie, po to, bym mimo tego je spełnił. Nie robię tego w życiu, nie zamierzam robić w tym miejscu. Nie podlizuję się, nie kokietuję. Nie wypierdalam esejów na dziesięć stron, na najważniejsze tematy. Nie cykam sobie fotek na Insta, w jakimś akurat atrakcyjnym miejscu, z jakimiś akurat teraz atrakcyjnymi i cwanym hasztagiem. Nie komentuję innych blogerów, aby podnieść liczbę kciuków w górę. Pierdolę czyjeś oczekiwania. Nie łagodzę tonu głosu, moduląc w głaskowatość. Nie ryczę chrapliwie, aby nadać mu żrącej ostrości. O kant dupy to rozbić. Jeżeli ktoś mnie nie rozumie, nie musi. Znikam i znika ktoś. Ktoś mnie nie lubi, no to co? Rozpłaczę się? Droga wolna, do łatwych, do polubienia. Rozczarowałem? Co takiego? Sobą, czy wyobrażeniu o mnie? Jak można się rozczarować kimś, kogo się zna. I w sto osiemdziesiąt stopni zwrot: jak można rozczarować się kimś, kogo się nie zna? Absurd! Ktoś chce mnie poznać, zrozumieć, polubić? Zapraszam. Nie? Nie pogniewam się. Chce czegoś, czego nie ma? Spierdalajcie. Mojry. Do lasów!

Od zawsze, i to literalnie zawsze, przeciskam się, przez tłum egocentryków. Szamocę się, wyszarpuję ostatkiem sił, jak w koszmarnym śnie, gdy coś mnie trzyma i nie pozwoli wyrwać. Ja to, ja tamto. Ja mam, ja chcę, ja muszę. Moje to, to moje prze moje. Moja praca, moje dzieci, moje zdrowie, moje zawody, moje marzenia, moje osiągnięcia. Ja, moje, moje, ja. I ja jestem egocentrykiem. I z tego tłumu egocentryków, każdy jeden i każda jedna egocentryczka, próbuje się wyrwać, mnie podobnie. Jeżeli są uważający inaczej, łżą. To jest prawda.

Rozmowa o rozmowach, o ostatnich tygodniach. To, że prawie nie śpię, musiałem chlać, aby nie oszaleć do dna, wykonuję pracę dla idioty, sprzedaję się, zarabiając dobrze, zachowuję się czasami jak buc, nie idealnie, nie oznacza, że przestałem myśleć. Nie przestałem. Jestem egocentrykiem i to sto, na sto. Nie podzielam jednak wiary, w centralną rolę miliardów egocentrycznych bogów, wokół których kręcą się miliardy ich tylko światów. Wierzę, że każdy ma osobistego boga. Wpierdoliłem się, po raz kolejny. Nawet ego on i ego ona, są w stanie zauważyć się nawzajem, w jakiejkolwiek konfiguracji, nie dyskryminuję. Zajrzeć sobie w oczy, rozpoznać podobieństwo. Instynkt? Niech będzie. Ego musi się rozmnażać. Nie dyskryminując, adoptować. Uczucia wyższe? Nawet egocentryk, nie chce pozostać sam. Lęk? Żaden egocentryk nie jest samowystarczalny. Intuicja? Nie jesteśmy od siebie, aż tak różni. I to też jest prawda. Włażąca w usta, uszy, …

Kategorie
Bez kategorycznie

Waga

Dzieje się. Ostatni dzień w tymczasowym domu. Za kilka godzin się przeprowadzamy. Niedaleko. Pakujemy się. Będzie mi brakowało tego miasteczka, gdzie przyjechałem sięgając dna, odbiłem się i wypływam na spokojniejsze wody. Znalazłem dla siebie i trojga innych pracę, płatną dla mnie prawie podwójnie, innym znacznie lepszą, dając nam niezależność. Oni czekali na to trzy lata, ja się uwinąłem w trzy miesiące. Mam dla nich niespodziankę, za miesiąc dostaną podwyżkę. Twardo negocjowałem, bez ich udziału. Ja już nie, bo nie znam się na tym, czym się zajmujemy. Ja mam angielski i zdolności adaptacji. Będę pośredniczył, aby kolejni pracownicy zarabiali godnie. I mnie coś z tego skapnie. I nauczę się w końcu zawodu, nie jest to takie trudne.

Nie mam się z kim podzielić tą wieścią. Mogę powiedzieć i mógłbym napisać. Zawsze jest jakieś, jakieś niedocenione. Nie dość jest. Dla mnie jest w sam raz. Co za rok ten 2020? Upadki i wloty. Spadki wagi i tężyzna. Akurat w sam czas. Miłości i miłostki. Przyjaźnie i znajomości. Nawał zmian. Psychologia i psychoterapia. Straty, żale i brak wymówek. Ciężkość wyrwania się z przynależności i coraz dłuższe kroki ku teraźniejszości. Daję sobie radę, trochę tylko przykro, że tak toksycznie ograniczam sobie przyszłość. Nic z tym nie zrobię. Lękam się skrzywdzić. Boję się, być otwartym. Trwam w dniu dzisiejszym i niczego nie oczekuję. Kręcę się w coraz szerszym kręgu.

Niewytresowany. Mnie nie da się wytresować. Miłostka się droczyła. Mogła być miłością. Wtedy już mi się ode chciało. Nie szukam tresury i wymykania się stereotypom. Wy lubicie takie jak ja? Znam was. Nie mam pojęcia. Bo krótkie kiedyś włosy, bo co? Miłość czyniła tak samo. Ja nie jestem Wy. Po co na kogoś czekać i potem go sprowadzać,  do poziomu każdości? Albo jestem wyjątkiem, albo identycznym. Zdecyduj się laska, chciałem przestać rozmawiać. Nie możesz wybrać mnie, w ten sposób. Wybierasz wszystkich. Mnie nie.  Ja nie chcę być wymienny. Chcę być mną. Niewymiennym. Ile Was takich miałem? Nie wiem po co? A ty miałaś być wyjątkiem. Tym bardziej, po co nie wiem.

Dobrze mi jest w tej niezależności. Tej, nie skąpiącej rozczarowań. Mnie się chce kochać i być w bliskości. To ma być blisko, nie bliżej.  Do przodu, nie w tył, który jest mi zakazany i odbierze mi siebie i jakichś nas. To ma być My. Nie Ja i Ty. I cokolwiek się stanie. Pociągnę ten wóz. Na moją skalę.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Westa mi kazała

Poniedziałek. Jeden pijany, drugi upalony, trzeci chory, czwarty zastraszony. Wszyscy w cztery dupy. Na swój wyjątkowy sposób, nieobecni. Błyszczy telewizor. Satelitarnie. Wymęczam dialogi, które poprawię, mam na to niezliczoną ilość dni. Nie wiem ile ich mam, więc stają się niepoliczalne, i dialogi i dni na ich poprawianie. Ryczy mi w słuchawkach, tanich, ale dynamicznych, Slipknot. Z reklamami w języku, którego nie poznałem jeszcze. Poznaję. Lekcje. On-line. Flamandzki. Muszę klikać i czekać, 5, 4, 3, 2, już. Powraca muzyka. Cały świat zdaje się być zdalnie sterowany. Nie wiem co to jest? Doczekałem się totalitaryzmu, stadnego, w ramach wyznaczonych przez chorobę, która zabija tylko osłabionych, silnych zamienia w poczucie winy. Nie rób nic, czego mógłbyś żałować, nawet twój wydech może odebrać komuś oddech. Nie było tego dotąd w historii, którą jak dostrzegam, znam bardzo pobieżnie. Niezupełnie. Znam ją całkiem dobrze. Nie w pełni. Nikt nie ma pełni wiedzy, w żadnej dziedzinie. Tyle wiem. A wiem, każde ograniczenie niszczy kultury i postęp. Bądź odpowiedzialny, to nic innego, niż nie wolno ci. Nie pozwolimy na wolno. My, jacyś, znani kiedyś, świat był niewielki, w kolebkach. Tacyś, w ogromie świata, nie od świtu do zmroku, ale od wschodu do zachodu, nakazujemy, wymagamy, karzemy, nieznani. Mamy prawo. Przez ciebie nam nadane. Nie przypominam sobie? Nie? To zapytaj tych z boku. Kogo? Cieni własnych siebie? I ty niedługo będziesz cieniem. Mamy metody. Mandaty, sądy, edukacyjne więzienia, ciała i duszy. Kontrolę, którą samemu sobie wybrałeś, wędzidła, których nie powstydzi się, zbrodnia i kara inkwizycji. Cienie same pozbawią cię cielistości. Są nauczone bycia cieniami, nie własnymi, są nami, czekającymi w każdej szarości i w blasku światła. To już Franz Kafka?

Zapominacie kurwa, że ja was znam. Ilu was tam jest, udawanych bogów? Nie bogami jesteście. Szarpaniną własnych ambicji i zazdrości. W mściwym wyścigu. Zabrać, osaczyć, pozbawić, zmusić. Bogowie nie kierują się logiką, są dawcami. Wyboru. Nawet mój niedoskonały Bóg. Cieni, które chcecie mu odebrać, jak mnie. Nie może być bogiem, cokolwiek, co nie uniosło się ponad podrzędność, nad siebie, by stać się kimś, nadrzędnym. Pierdolone po renesansowe, po antyczne, nowoczesne teraz. Tarcze hoplitów, zwarte. Z napisem nakazującymi podległość. Astynomia stojąca naprzeciw idiotów, wykonującymi rozkazy idiotes. Usiąść, zapłakać i odejść. A właśnie nie! Wstać, zapierdolić i wygonić? Westa mi kazała. Pisać to i śnić. Nie żartuję. Stała nade mną. Wysoka dama. A może jednak to była tylko moja wyobraźnia? A może to tylko uktyty, ze mnie, nas, żart?

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Przyjebać

Moja toksyczność. Nie rozumiem jej. Chyba już pisałem o moim przyjacielu, geju, Brytyjczyku, który zawsze mi powtarza, że jeżeli nie piję i nie mam mojego zjazdu stresowego, jestem najbardziej uroczym człowiekiem, którego zna. I pewnie jestem. Rzecz w tym, że piję ze względu na stres. I pewnie też pisałem, że nie tak dawno, miesiącami, piłem w pracy, nigdy w dni wolne. Dlatego orzeczono, że nie jestem alkoholikiem. Piję niebezpiecznie. Używam sobie medycznie, w dokładnych proporcjach, odmierzanych aptekarsko. Czasami aptekarz się pomyli i wychodzi z tego syf, który bywa, że nie da się go doprać, najgorszy, gdy ktoś mnie nie zna. Nie mogę brać leków, nawet tych cudownych. Znikam. Po alkoholu przynajmniej, po jakimś czasie powraca pamięć. Pojawia się wstyd i zażenowanie. Jak mogłem? Po tropach, nie pamiętam nic. Tabula rasa. Wygodna. I przecież nie piję zawsze. Nie muszę się powstrzymywać. Wolę herbatę. Z mlekiem. Na górze. 1 do 10. Może być bez cukru. Jednak nie w tym stanie, którego nie ogarniam, trzeźwym umysłem.

Wolne wolałem spędzić z córką, pięcioletnim aniołem. Nawet nie posyłać jej do przedszkola. Rzadko, w moim dotychczasowym zawodzie, takie wolne ma się w weekendy. Jeżeli mogłem je mieć, nie chciałem, tych wolałem nie spędzać z najtoksyczniejszą z kobiet, które znam. Strata dorastającego dziecka, umierającego latami, na neuroblastomę, zrobiła z niej czołg, rozjeżdżający. Mnie najbardziej. W przód. Powrót i znowu w przód. Przez dziewięć lat nie zatrzymałem maszyny. Nawet naszą córką. Piekło niezrozumienia. Pierwszy krąg, gdy ktoś myśli, że pomaga, a wbija w ziemię, codziennie. Słowa i zachowania raniące, dla kogoś z moją przypadłością, oznaczały wojnę, codzienną. Obrona, blokada, kordon. Spanie na kanapie, kilka ładnych lat. Brak bliskości, o której w końcu zapomniałem, że nawet istnieje, takie coś, jak razem. Sex? Nauczyłem się onanizmu z ohydztwem, byle szybciej. Trudno uwierzyć, matka mojego dziecka, przeszła terapię. Nie zrozumiałem na czym polegała. Efektu nie zauważyłem. Nawet moi psychologo-psychiatrzy, którzy szukają skutecznej dla mnie drogi, do czegoś, na co mam coraz mniej chęci i tracę zapał, też nie rozumieją. Pewnie jej terapia dodała, nieznane wcześniej zdolności, bardziej rozjeżdzające. Moja godzenie się ze stratą i zrozumienie, że może nic mi już nie jest. Mój syn, ten starszy, powiedział, że zmarnowałem te lata. Nie wiedziałem jak to odeprzeć: nie na siebie, na kogoś, kogo bardzo lubisz, kto rozrywał ojca na kawałki, z których musiał się zbierać. I to dziennie, powtarzalnie. W innym przypadku, ojciec byłby tylko aparatem do oddychania, jedzenia i srania. Bezmyślnie powtarzający rutyny i wyuczone zachowania, zwroty, rozmawiający na niby, utemperowany. Nie mieszkałeś z nami. Gdybyś to zrobił, wiedziałbyś, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami. Nie powiem mu. Niech byłość zachowa elementy prawdziwości. Niech to ja będę winny. Zawsze jestem i będę. Nie powiem mu, że gdy dobre wrażenie, jest niezadowolone, potrafi dać ojcu w pysk i wywrócić. Wie, że ojciec nie odda, nie odpowie chamstwem na chamstwo. Przekleństwa to nie to samo. Mężczyznę by sflekował. Bo ojciec w stresie, rozpierdoli nawet Goliata. Nie czuje strachu, nie czyje nic. I to, że ojciec pamięta z dzieciństwa, podobną matkę, pijaną często, bijącą, gdy nikt nie widział. Z szaleństwem w oczach. Szanowaną. I swojego ojca, który pewnej nocy leżał kopany, i chwycił leżący nóż. Ręka bijąca się na to nadziała, jak mięso nabija się na rożen. Było dużo krwi. Ręka krwawa i nie krwawiąca pochwyciły mnie, poniosły, z progu kuchni, nowoczesnej, nie zapyziałej, w ciemną noc. Pamiętam piżamkę, niebieską, z rudzianymi plamami, którą dziadkowie zdejmowali ze mnie i myli, bo to się wszystko przykleiło. Odkryłem wtedy prysznic. Do tamtego czasu były tylko kąpiele. I uwierzyli. Że ojciec po wyroku, nie za siebie, a matka święta jest i tyle. Demon. Współczuję, tym matkom. Jednak, gdy ja, o szóstej rano, obalony na ziemię, bo nie znalazłem czegoś tam, szczotki do włosów, chciałem uciszyć krzyk, położyłem dłoń na ramieniu, gdy było jasne, że dłużej tego nie zniosę, moje dziecko powiedziało: nie rób tatusiowi krzywdy, nie wolno się bić i kłócić. Wstałem. Mój anioł stał obok mnie. Malusieńki. Nic to nie dało. Kaci mają dar. Przetwarzania. Są zawsze ofiarami. Okoliczności i nakazów. A ja? Pozbywalny. Bo znajdzie się na mnie tyle, że to ja jestem nienormalny. Zwariowałem? Tak, niewiele większym będąc, niż moja córka, która nigdy nie powinna widzieć takich scen. Dlatego uciekłem. Dzieci nigdy nie powinny być wmieszane. Ta, o której pisałem, której być nie powinno, tylko mi o tym przypomniała. Tą poświeciłem na ołtarzu, świętego spokoju. Nawet jeżeli nie było łatwo. Innej Tej, J i M, nawet nie dałem szansy. Ciekawy jestem co by powiedziała, gdybym pozwolił jej dojść do słowa?

Każdy, kto nie zna mnie za dobrze, wyobraża sobie, że zamieszkuje we mnie zło. Nie ma go, jestem każdością, zła i dobra, tylko jest mnie, we mnie, za dużo. Ze strony jednej, krzyczę, trzymajcie się ode mnie z daleka. To nie jest prawda. Jestem zupełnie niewiarygodny. Nie, nie godny wiary. Zamieniam wątpiących, w pełnych siły i pewności. Ludzie lgną do mnie. Lubią i się spodziewają. Ja nie lubię ciszy. Czasem zapełniam ją bełkotem. A potrafię być dobrym słuchaczem. Tylko wtrącam. Niech pieśń płynie. Z drugiej? Przyciągam, nieprzerwanie, to jest to, z drugiej strony srebrnika.

Postanowiłem, przez rok pobędę sam. Do roku niewiele zostało. Jest mi coraz łatwiej samemu. Nie wybijam klinem klina, nie zdradzam, nawet myślą. Nie spodziewam się. Jestem egoistą, uczę się nim być. Znalazłem strategię, jak pozbywać się każdej Tej, która może mnie polubić, nawet pokochać. Jestem jak twierdza, najeżona kolcami. Mam arsenał broni, które odpychają. Najlepsze jakie mam, to sztuczność i udawanie. Bombarduję nimi jak podczas oblężenia. Nie umiem powiedzieć nie, ktoś musi powiedzieć to za mnie. Najskuteczniejsze na ludzi za dobrych, jak ja. Uczciwych i szczerych. Za dwa miesiące może opuszczę mury twierdzy, może wybuduję je wyższe? To się okaże. Pozostanę toksyczny. Przestanę. Ale wreszcie dbam o siebie. O mnie. Robię to tylko, co ja chcę. Nikt do niczego mnie nie zmusi. Nie pokusi. Odkupuję winy, stawiając kroki w przód, nie w bok. Nie szukam uznania, potwierdzenia. Pracuję jak zawsze, bez wytchnienia. Zarabiam znowu. Dużo. I będzie więcej. Na dzielnie się i pomoc. Anonimową. Nie sprzedaję się tanio, dokładnie wtedy, gdy cena innych spada. Brak snu sprawia, że mam więcej czasu niż kiedykolwiek. Zmęczenie dobrze mi robi. Na zrozumienie jak bardzo zboczyłem i rozczarowałem samego siebie. Uczę się pisać, na wiele różnych sposobów. Eksperymentować. Przekłuwać ciało, tatuować. Zmieniać kolor włosów, kilka razy w tygodniu. Śmiać się z tego w robocie. Gdy pytają Holendrzy, kiedy będę zielony. Łamię się. Zrobię im tę przyjemność. Zacząłem studia, w wieku na takie, aż niepoważnym. Nie czuję, że komuś zabieram miejsce. Kiedyś komuś oddałem. Mogę bezimiennie się zwierzać, za wielu, którym brak już sił. Po prostu. Przyjebać.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dla J. i M.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I oto jaką usłyszałem odpowiedź. Za młoda. Mężczyźni będą zazdrościć. Kobiety będą się śmiać. Gdybyś był krezusem. To może byś kupił spokój. Nie jesteś. Nie masz linii obrony. Zjedzą cię. Polak

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I taką usłyszałem odpowiedź. Nie ma wieku. Jeżeli cię lubi, chociaż spróbuj. To jest dla ciebie i jej. Pierdol to. Holender.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Po co pytasz? Od tylu lat wiesz. Czarni i biali. Bogaci i biedni. Europa ta, tamta. Anglik.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Nie było odpowiedzi. Źle ci doradzałem. Ty mnie kiedyś też. Z głębi serca. Decyzje są twoje. Przyjaciel. Też Polak.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Szanujesz każdego. Ja jestem Mormonką, lesbijką. Czytaliśmy Biblię razem i Księgi Mormona. Nawet nie zaśmiałeś się, że Duch przychodzi do mnie. Masz lepiej, ciebie nikt nie wyklucza, ja miałam już dwa chrzty. Proszę, nie rezygnuj. Maoryska. Nowozelandka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Tak powiedziała, przyjaciółka. Jeśli potrafisz jeszcze przytulić, jak przytulałeś mnie. Nawet bardziej? Tak można? Mamy syna. Niech wie, że tak się da. Finka.

Powiedziałbym o Tobie. Nie mogłem zapytać. Nie ma Cię. A jeżeli znałam cię dobrze? Bardzo dobrze. To leć. Włoszka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Samego siebie. Nic nie odpowiem. Szukałem zapytania. Nigdy go nie było. Odpowiedzi też. Linia. Zdawająca się ze zdania, zapytanego i dopowiedzianego. Nie mialem wątpliwośći. Zabrakło mi odwagi. Ja.

Taka proza. Jaki Dostojewski. Pojebany.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Pamiętajcie o tym

My. Toksyczni. Mamy wspólną cechę. Wydajemy się interesujący. Kiedy mówimy, rozmawiamy, zachowujemy się, poprawnie, nie poprawnie, zachwycamy, przerażamy. Piszemy. Robimy. Jesteśmy ciężcy, poza zniesieniem zainteresowania. Przestajemy. Być interesujący. Naprawdę? Szczerze? Jesteśmy nawet bardziej. Tylko kto może nas znieść? Ja bym nie mógł. Obiektywnie. Nikomu tego nie życzę. Znam to z autopsji, znam z rozmów. Cięższych, niż ciężkość samotnych dni, nawet z kimś, wspólnych. Z samym sobą. Nie ma znaczenia całkowicie nic. Toksyczność się ma. Toksycznością się jest. Niezwykle człowieczą. Najbardziej upadłą i najszczerszą. Wzlatającą i skazaną na upadek. Ikary nie dolecą za wysoko. Jesteśmy zbyt wrażliwi. Na ciepło. Od którego musimy uciekać. Od tego zależy nasz los. Mniej go. Żyjemy dłużej. Trzymamy się żywota, opuszkami. Wydrapiemy sobie palce. I tak się tułamy, aż nic się nie zdarzy. Chociaż mogło, i pewnie zdarzyło się nam, o wiele więcej, niż niejednemu z was. Ciągle jest nam za mało. Zniesławiamy. Poszukując wybaczenia.

Toksyczność. Uznajmy to raz na zawsze! To nie bycie bydlakiem, gnojem, koszmarem, byle kim. Toksyczność to stan! Niekoniecznie nasz. Może być narzucony. Odbierający kochającym czas i nadzieję. Że może będzie lepiej. No nie będzie. Trzymajcie się od nas z daleka. Optymizm jest zbędny. Nawet mój. Jestem niepoprawnym optymistą, dokąd nie zrobię znowu, tak samo i zrobię i już. No może. Nie znalazłem większego optymisty i jeśli przetrwa? Być może zdarzy się cud? Jak dotąd się nie zdarzył. Nie liczę na to. Piszę to zamiast, w imieniu, za pozwoleniem. Przyzwoleniem. Proszę. Niech im się zdarzy. Nie musi mnie.

Ja się łudzę, że gdzieś, jakoś, nie wiem, nie mam pojęcia. Jest jakaś dla nas szansa. Dla tych niewydarzonych marnot, tych stresów, depresji, lęków, nerwic i zaburzeń, musi być jakieś, nawet metafizyczne, jakoś coś. Przyjaźń, o miłość nie chcę prosić, za kogoś, o krztę, niewspółczucia, szacunku. Dzisiaj jest dzisiaj. Nikt nie wie, jakie jutro może być złe. Toksyczni to znają, znają gorsze. Pamiętajcie o tym. Nie toksyczni. Wielu z nas radzi sobie lepiej, niż pozbawieni ideałów. Jest jeszcze inna możliwość. To nie my jesteśmy toksyczni. Toksyczny jest świat? Wasz, nie nasz. Vermilion. Zapomniałem. Nienarodzona moja. Kalevator. Bedę tam. Gdzie zgubiłem serce i chęć. Islington innocents. Niech to…

Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność

Najdzie mnie

Poczułem cię dzisiaj. Nad wodą. Sól i morze. Ziemia pozwoliła mi stać. W miarę prosto. Przypominałem sobie perfumy. Ktoś musiał używać podobnych. Wiało, w moją stronę. Przypomniałem sobie, ciebie. Szelest traw, ciało, długość nóg. I podobieństwo. Dłoni, uszu. I zawód. Ten, którego nie zapomnę. I moje wyjście szybkie, z brzydkiego dziesięciopiętrowca. I stania w sklepie, za szybą, w kącie, gdy patrzyłem, jak wybiegłaś. Chciałem podejść. Nie wyszedłem. Czekałem. Bardzo długo. Nie mogłem na ciebie patrzeć. Julio. Nawet, gdy jeszcze przychodziłaś, nie wiedziałem, po co. Nie wiem do dziś. Ja silny? Ty słaba? A gdy mnie brakowało siły? Czym miałem ją zastąpić. Twoją słabością? Po tobie nic nie miało być takie samo. Było. W odmianach. Innych. Wiesz czego mi brakuje? Śmiechu. Po tobie tylko pamiętam śmiech. I współczucie, gdy też stałem, na schodach. Free Pub i całkowite upalenie z głupkiem. Mieliście głowy na barze. To była pierwsza po południu. Musieliście tak siedzieć, od poprzedniego dnia. Żaden z niego artysta, żadna z ciebie. Idealne małżeństwo, idealnie żadne. Dużo zdrad i zamętu. Dlatego nie odbierałem przez te lata telefonu. Ze mną nie mogłabyś zdradzić jego. Jak nie zdradziłaś z nim mnie. Ale wiesz? Splunąłem przy drzwiach. Na Sławkowskiej. Trzykrotnie. Jak rozrzucam wodę święconą. Za wczoraj. Dzisiaj. I niech będzie, co ma być. Za drzwiami kościołów. Po mszach, gdy zanurzę rękę. Dla dusz czyśćcowych.

Droga, nie z Kapulettich. Dobrze wiesz, że Julii było dużo, w moim łóżku, bramach, gdzie można i się chce. Było. Ten czas się skończył. Nie jest mi wstyd, nie musi. Byłem taki i nie. Robiłem dobrze, robiłem źle. Teraz wybieram dobrze i nie. Z niczyjego powodu. Ale pamiętam. Nauczyłem się kochać. Już nie ciebie. Kiedyś znów pokocham. Jak pierwszy raz. I niech to będzie najpierwszy. Najdzie mnie. Bardzo bym chciał.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Niech pot wypływa na czoła innych

Męczyli się ze mną znowu. Pięć dni. Nie poszedłem do roboty. Mieliśmy sesje komputerowe. Tylko tak mogliśmy je mieć. Po sześć godzin. Trzydzieści. Od poniedziałku do dzisiaj. Wystarczy. Wymęczyli mnie i ja zmęczyłem ich. Czytanie, które przychodzi mi łatwo, nie oznacza przyswojenia wiedzy. Nocą? Nie śpię. Nie dociera. Brak snu nie jest tym samym, co stan skupienia. Dzisiaj było o osobowości z pogranicza. Wczoraj o psychozach i o paranoi. We środę o przytępieniu uczuciowym, depresji. We wtorek były testy. Nie wiem o co w nich chodzi. Pan nas zaskakuje. Czym? Że pan się nie kwalifikuje. Do czego? Do niczego. Kurwa. Macie mnie leczyć! Uleczcie mnie! Robicie mi już to pół roku! W poniedziałek przejebałem ponad trzy tysiące stron. Po nic. Zadanych. Chyba nie wierzyli, że przeczytam. Pamiętałem, nie rozumiałem. Ale się nauczyłem, jak z marchewki, majeranku, śmietany, ziemniaków i soli, zrobić smak kokosowy. Działa. S’il vous plait. Voila. Bez głupich liter. Nie moich. Podobny. Jak w zupie fasolowej, którą gotowałem podczas sesji z geniuszami psychologi. No sorry, z szacunkiem. Nie da się ciągle czytać kilometrów bzdur. Miałem ucieczki, kulinarne. Mogę mieć każdą psychozę, każdy stres, każde gówniane coś i nic. O jakiejkolwiek nazwie. Poddaję się. Zamknijcie mnie. Albo powiedźcie, że nic mi nie jest. Poza marnoczasem. Takie nowiutkie słówko. Jak z wachlarza naukowego, wybranych kart z tali, rzuconych na bakaratowy stół. Nie dziewięć? A toż! Mój stół. Mojej psychiki.

Nic mi nie jest. Fakt pocieszający. Dziwny. Czyli muszę się pogodzić, że nie jestem moralnie stabilny. Niemoralny. To nie stres pourazowy? Mogę się pomodlić. Podejść do konfesjonału. Wybacz proszę Boże. Puk, puk. Idź w pokoju. Położysz się kiedyś na wieki. Tam za śmiercią, pewnie nic nie ma. Ale czekaj chłopie. A Newton? A Voltaire! Po co się starasz? Po co dręczysz? Siądź i popuszczaj pasa. Saksońskim sposobem. Olej wszystko. Olej panie bracie. Ojej. I jest już dobrze? Dobrze? Czemu nie? Skoro tak łatwo.

Nic co jest łatwe, nie jest warte zabiegów. Nawet utracone, popsute, zabronione. Warto się starać, choćby dla siebie. Własnego starania. Dobrego zdania o sobie. Resztek zdania. Nadziei, która nie umiera wcale ostatnia. Nie umiera wcale. Prowadzi jak Vela. Gamma Velorum. Pokolenia. Do Aten. Do przejrzystych wód. Do Sowy. Promachos, dziewiczej. Umrę lub zginę przynajmniej z tarczą. Jest wile miejsc. Poturczyniec poczuje się tak jak w domu. Przecież i Illion to turecka wieś. I też tam leży trojański koń. Mnie podobny. Zdradliwy. Jad. Nie szlachetny, mimo to bojowy. Zostawię ten elektryczny żart innym. Nie zostawię. Minerwa mnie zrozumie.

I nie ma co popłakiwać. Nie ma co wspominać. Wypchnę to, na bok, z boku, w bok. Skośnie. Emotywistycznie. Wypluję. Oddam potem i siłami, których mi nie brakuje, ale nie chcę się nimi dzielić. Niech pot wypływa na czoła innych. Zetrę. Niech siły uchodzą. Podeprę. Niech się spocą skurwysyny. Gdyby mnie znali z kiedyś, pociliby się na mrozie. Teraz? Mam to w dupie. Niech im będzie wygodnie. Nawet ze mną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Dosyć

Nie lubię moich wad. Najbardziej tych, które dotąd ułatwiały mi życie. Bezpośredniej gadki o niczym, bawienia się słuchaniem o ludzkim losie, stronniczości, że wiem lepiej. Łatwości kontaktu, patrzenia, jakbym patrzył, a tylko się przyglądam. Szacunku, którego nie mam, ani dla siebie, ani dla nikogo. Lekka przesada. Wykorzystywania, jakbym pił ze źródła czyjegoś czasu. Analizy, która tylko zabiera. Niewiele daje w zamian. Zmagam się z nimi. Tacy jak ja, nie przymierzając, powinni być drapieżnikami. I aż za dobrze wiem, że dokładnie są tacy. Prawie identyczni. Jednak nie ja.

W czym problem? Nie w stresach, na które wystawiam się, wiedząc, że mi nie wolno. Nie w tym, że mimo katolem będąc, nie wierzę w kościół, watykańskie opowieści, że bez posiadania, nie będzie się czym dzielić. Nie w niechęci, do lewicy i prawicy, która zawsze, mając okazję, chce kontrolować i zabija, dosłownie lub intelektualnie. Rząd dusz. Jak liberalizm, pozostawiający człowieka samemu sobie. Kartka. Śmieć. Zmięta kartka. Nie w pretensjach do buddyzmu, że pozbawia poczucia osobowości, islamu, że każe kłaniać się, nie odkłaniając, hinduizmu za klasy, ludzi i podludzi. Jakbyśmy inaczej się rodzili i umierali.

Problem nie jest problemem wcale. Muszę zgodzić się na podziały. Które rozumiem, drapieżnymi cechami. Wspólnymi, naturalnymi, wyuczonymi, w zgodzie uznanymi. Od tysięcy lat. Nie podoba mi się to, nie lubię. Moich i wspólnych wad. Ale nie muszę ich współwyznawać.

Co takiego się zdarzyło? Że przestaliśmy być ludzcy, a staliśmy się ludzkością? Dlaczego nie człowiek? Dlaczego intelekt? Wyrachowanie, spryt i albo ja, albo ty. Działanie razem, lecz tylko gdy mnie to coś da, ty musisz zadowolić się razem. W mroku, nacisku i poddaniu się. Podziałom. Bezmyślny zabójca, nasycony, pozostawia ścierwo, padlinożercom. Zabójca robi dobrze, najadł się, dał najeść się żercom padliny. I to tłumaczenie? Tak skonstruowany jest świat! Ciesz się. Z czego mam się kurwa cieszyć? Też tak mogę. To nie jest jakiś dar. Nie talent. To obłęd.

Straszne to jest. Lepiej mi ma mojej wyspie. Przeklętej. Gdzie moje demony tylko czasami ściągają maski. Mnie odbierając. Nie innym. Dosyć…

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

O mnie też trzeba się starać

Trzeźwieję. Przyznaję się. Za długo trwa ten stań upojenia. Gdy mam w dupie wszystko, czego nie powinienem mieć. Szans, Nadziei, Tej, Tamtej. Tutaj lub tam. Budzę się z uśpienia. Pobudzenia. Czasu zgubionego. Który to już raz? Parują promile. Wyciekają. Wypiłem znowu morze piwa. Lubię je. Pozwala mi na nie lubienie. Kochanie siebie. Na utratę pamięci. Utrat. Których nawet nie jest mi brak. Nie pamiętam. Może jest mi żal?

Nadzwyczajne mam szczęście do ludzi. Wybaczają mi tyle, że dziwię się. Usłyszałem: nie przepraszaj. Staraj się nie mieć do tego powodu. I. Kiedy jesteś z nami, nawet krótko trzeźwy, każdy jest zachwycony. Kiedy upadasz, podnosimy. Czekamy na ciebie. Nawet na krótko. Ale i tak dajesz z siebie więcej, niż ktokolwiek z nas. Serce masz ogromne i dobry jesteś. Nawet najgorszym przekleństwem nas nie obrazisz. Modlisz się nawet w zamroczeniu. Wybudzasz się. Nigdy za siebie. Słuchamy. Zawsze za nas. Nie wiedziałem. Nie zapamiętałem. Kapały mi łzy. Jak grochy.

Nie cofnę niemożliwego. Rozbiłem mój statek na dalekiej wyspie. Nieznanej. Na dalekim oceanie. Miałem tam znaleźć runo. Znalazłem ruinę. Nie zmierzyłem sił na zamiary. Nie znałem statku, wyspy, wód. Nie ma Argonautów. Utonęli. Spaliłem ciała. Zgodnie z życzeniem Zeusa. Mojego mitycznego ojca. Zostałem sam. Z mojej wyspy wypływam. Tratwą, ułożoną. Belka wstydu. Belka upokorzenia. Belka kary. Związane linami przeznaczenia.

Chciałbym inaczej. Lecieć prostym szlakiem. Gdzie nic nie stoi na drodze. Latać, biec, unosić się ponad. Omijać. Mieć i móc. Tak sobie wyobrażam. Lekki krok. Dowolny, w stronę. W słońce. Ku promieniom i ciepłu. Ogrzewającym. Mnie i Was. Solarnym. Zawsze lato. Zawsze owoce. I bogowie, dbający o dzieci, które stworzyli. Nas. Dał bym sobie rozłupać czerep. Za to. Choćby. O mnie też trzeba się starać. Oddanie to nie jest jedyny skarb. Mój.

Piękny jest język. Nie potrzeba łaciny. Polszczyzna. Ładna jest. Moja.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Nic więcej nie wystękam. Dla Agnechy

Nie wiem? Nikt nikomu nie musi pomagać. Pomoc jest rzeczą bardzo względną. Nieobiektywną i bardzo osobistą. Pomocnik i przyjmujący pomoc, (są takie słowa, jałmużna i jałmużnik) nawet nie muszą o sobie wiedzieć. Inaczej, gdy ktoś jest patronem. Wymienia pomoc za wymóć. Wpierdala mnie to, że chyba jestem ostatnią osobą, która rozumie podstawy europejskiej kultury? Nie siedząc w pantoflach, w jakimś zaklętym gabinecie. Profesora. I z jego śmierdzącymi skarpetkami. Ciągnę kilometrami jakieś idiotyczne kable. Homer. Boże. Petrarka. To wszystko jest tak oczywiste. Nawet głupkowate. Nikogo nie chcę obrażać. Załamuję się. Rytm. Odniesienie. To jest takie prościutkie. Naiwne. Żadne. Miałkie i byle jakie. A staram się. Słaby w tym jestem. Nie pamiętam Greki. Jestem robolem. Bo nim jestem.

To wariactwo bycia anonimowym, nie polega na byciu nie odpowiedzialnym. Przeciwnie sprawia, że podejmuję rękawicę przeznaczenia. Taką tylko na miarę mojego. Nie da się inaczej. Wbrew. Rękawicy. Wbrew oczywistości. Oczekiwań, których nie spełnię i których nie da się spełnić. Nie jestem na Boga, bogiem. Ludzki jestem i ułomny. Duszny i bez duszy. Zwierze i Istota. Rozumny i bez rozumu. Człowiek. Ktoś. Aniecha. Nie zawsze jest idealnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Przepraszam

Nachalność niewinności. Lub niewinność nachalności. Nic z tego. Ani, ani. Okazało się, że mogę być szantażystą emocjonalnym. Nie podpadam. Mam w dupie prawie wszystko. Poza dziećmi. Poza babką, moją matką, której nawet nienawidząc, zawsze przyjdę z pomocą. I na pewno matkom moich dzieci. W zasadzie, gdy miałbym to rozwinąć, to nie miałbym w dupie niczego i nikogo. Paradoks. Mam w dupie i nie. Jestem Milionem i cierpię za miliony. Śmieszne. Żenujące. Tak mam. Bardzo chciałbym zwariować. Dostać schizofrenii, jak dostaje się kataru. A tu nic. Narkotyki nic. Alkohol nic. Odporność genów? Coraz bardziej się przekonuję, że jestem wyjątkiem. Nie wyjątkowy. No i jestem egocentryczny. Kto na Boga nie jest? Oddałem tyle pieniędzy na tych, którzy nie umieją ich zarabiać, że brakuje mi ich codziennie. Nie jestem patronem. Nie oddaję w zamian. Daję. Może to karma, może wychowanie? Po to haruję. Po to żyję. Po to mnie boli. Ciało i boli dusza. Nie umiem przejść obojętnie. Płaczę nad, płaczę spod. Ale nie pozwolę sobie niczego odebrać. Walczę nieustannie. Obiektywność woli. Pamiętaj, mówił mi dziadek. Jesteśmy Sarmatami. Los nas oszczędził. Nie sprzedaliśmy się. Nie dobili nas. Umiemy przetrwać. Bez upokorzenia. Uczył mnie walki szablą w garażu. Nikt nie mógł wiedzieć. Zaplecznik, głowa, szeroko, na skos. Tańczyłem mając piętnaście lat, z ciężarem w obu rękach. Tylko nie zrób sobie dziecko krzywdy. Rok potem zmarł. Ze starości, obitej łańcuchami i łamaniem palców, młodości. Polak, Sarmata, Rzymianin. Przez lata nie podniosłem szabel schowanych pod ziemniaczaną skrzynią. Nie wiem jak przeżył Gestapo. Polski Niemiec. Bili go. Mnie też. Zawsze nas biją. Za nie. Nie poddamy się. Tacy jesteśmy. Szlachta. Bardzo prywatna. Nieważna. Leliwa. Nie złota. Niebieska i w paski. W poprzek. Ze słońcem i kawałkiem księżyca. Mamy swoje drogi. Prostotą się rozdzielające. Na mnie ustanie ten bezsens. Inne czasy idą. Nikt nas nie chce. I pewnie dobrze. Dam im pierścionki, sygnety i pieczęć. Mam ją zawsze przy sobie. Zawiniętą. Inaczej niż mój różaniec. Ma chyba trzysta lat. Wisi mi na szyi. Niech tak wisi. Mój krzyż. Nie nasz krzyż.