Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność

Najdzie mnie

Poczułem cię dzisiaj. Nad wodą. Sól i morze. Ziemia pozwoliła mi stać. W miarę prosto. Przypominałem sobie perfumy. Ktoś musiał używać podobnych. Wiało, w moją stronę. Przypomniałem sobie, ciebie. Szelest traw, ciało, długość nóg. I podobieństwo. Dłoni, uszu. I zawód. Ten, którego nie zapomnę. I moje wyjście szybkie, z brzydkiego dziesięciopiętrowca. I stania w sklepie, za szybą, w kącie, gdy patrzyłem, jak wybiegłaś. Chciałem podejść. Nie wyszedłem. Czekałem. Bardzo długo. Nie mogłem na ciebie patrzeć. Julio. Nawet, gdy jeszcze przychodziłaś, nie wiedziałem, po co. Nie wiem do dziś. Ja silny? Ty słaba? A gdy mnie brakowało siły? Czym miałem ją zastąpić. Twoją słabością? Po tobie nic nie miało być takie samo. Było. W odmianach. Innych. Wiesz czego mi brakuje? Śmiechu. Po tobie tylko pamiętam śmiech. I współczucie, gdy też stałem, na schodach. Free Pub i całkowite upalenie z głupkiem. Mieliście głowy na barze. To była pierwsza po południu. Musieliście tak siedzieć, od poprzedniego dnia. Żaden z niego artysta, żadna z ciebie. Idealne małżeństwo, idealnie żadne. Dużo zdrad i zamętu. Dlatego nie odbierałem przez te lata telefonu. Ze mną nie mogłabyś zdradzić jego. Jak nie zdradziłaś z nim mnie. Ale wiesz? Splunąłem przy drzwiach. Na Sławkowskiej. Trzykrotnie. Jak rozrzucam wodę święconą. Za wczoraj. Dzisiaj. I niech będzie, co ma być. Za drzwiami kościołów. Po mszach, gdy zanurzę rękę. Dla dusz czyśćcowych.

Droga, nie z Kapulettich. Dobrze wiesz, że Julii było dużo, w moim łóżku, bramach, gdzie można i się chce. Było. Ten czas się skończył. Nie jest mi wstyd, nie musi. Byłem taki i nie. Robiłem dobrze, robiłem źle. Teraz wybieram dobrze i nie. Z niczyjego powodu. Ale pamiętam. Nauczyłem się kochać. Już nie ciebie. Kiedyś znów pokocham. Jak pierwszy raz. I niech to będzie najpierwszy. Najdzie mnie. Bardzo bym chciał.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Niech pot wypływa na czoła innych

Męczyli się ze mną znowu. Pięć dni. Nie poszedłem do roboty. Mieliśmy sesje komputerowe. Tylko tak mogliśmy je mieć. Po sześć godzin. Trzydzieści. Od poniedziałku do dzisiaj. Wystarczy. Wymęczyli mnie i ja zmęczyłem ich. Czytanie, które przychodzi mi łatwo, nie oznacza przyswojenia wiedzy. Nocą? Nie śpię. Nie dociera. Brak snu nie jest tym samym, co stan skupienia. Dzisiaj było o osobowości z pogranicza. Wczoraj o psychozach i o paranoi. We środę o przytępieniu uczuciowym, depresji. We wtorek były testy. Nie wiem o co w nich chodzi. Pan nas zaskakuje. Czym? Że pan się nie kwalifikuje. Do czego? Do niczego. Kurwa. Macie mnie leczyć! Uleczcie mnie! Robicie mi już to pół roku! W poniedziałek przejebałem ponad trzy tysiące stron. Po nic. Zadanych. Chyba nie wierzyli, że przeczytam. Pamiętałem, nie rozumiałem. Ale się nauczyłem, jak z marchewki, majeranku, śmietany, ziemniaków i soli, zrobić smak kokosowy. Działa. S’il vous plait. Voila. Bez głupich liter. Nie moich. Podobny. Jak w zupie fasolowej, którą gotowałem podczas sesji z geniuszami psychologi. No sorry, z szacunkiem. Nie da się ciągle czytać kilometrów bzdur. Miałem ucieczki, kulinarne. Mogę mieć każdą psychozę, każdy stres, każde gówniane coś i nic. O jakiejkolwiek nazwie. Poddaję się. Zamknijcie mnie. Albo powiedźcie, że nic mi nie jest. Poza marnoczasem. Takie nowiutkie słówko. Jak z wachlarza naukowego, wybranych kart z tali, rzuconych na bakaratowy stół. Nie dziewięć? A toż! Mój stół. Mojej psychiki.

Nic mi nie jest. Fakt pocieszający. Dziwny. Czyli muszę się pogodzić, że nie jestem moralnie stabilny. Niemoralny. To nie stres pourazowy? Mogę się pomodlić. Podejść do konfesjonału. Wybacz proszę Boże. Puk, puk. Idź w pokoju. Położysz się kiedyś na wieki. Tam za śmiercią, pewnie nic nie ma. Ale czekaj chłopie. A Newton? A Voltaire! Po co się starasz? Po co dręczysz? Siądź i popuszczaj pasa. Saksońskim sposobem. Olej wszystko. Olej panie bracie. Ojej. I jest już dobrze? Dobrze? Czemu nie? Skoro tak łatwo.

Nic co jest łatwe, nie jest warte zabiegów. Nawet utracone, popsute, zabronione. Warto się starać, choćby dla siebie. Własnego starania. Dobrego zdania o sobie. Resztek zdania. Nadziei, która nie umiera wcale ostatnia. Nie umiera wcale. Prowadzi jak Vela. Gamma Velorum. Pokolenia. Do Aten. Do przejrzystych wód. Do Sowy. Promachos, dziewiczej. Umrę lub zginę przynajmniej z tarczą. Jest wile miejsc. Poturczyniec poczuje się tak jak w domu. Przecież i Illion to turecka wieś. I też tam leży trojański koń. Mnie podobny. Zdradliwy. Jad. Nie szlachetny, mimo to bojowy. Zostawię ten elektryczny żart innym. Nie zostawię. Minerwa mnie zrozumie.

I nie ma co popłakiwać. Nie ma co wspominać. Wypchnę to, na bok, z boku, w bok. Skośnie. Emotywistycznie. Wypluję. Oddam potem i siłami, których mi nie brakuje, ale nie chcę się nimi dzielić. Niech pot wypływa na czoła innych. Zetrę. Niech siły uchodzą. Podeprę. Niech się spocą skurwysyny. Gdyby mnie znali z kiedyś, pociliby się na mrozie. Teraz? Mam to w dupie. Niech im będzie wygodnie. Nawet ze mną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Dosyć

Nie lubię moich wad. Najbardziej tych, które dotąd ułatwiały mi życie. Bezpośredniej gadki o niczym, bawienia się słuchaniem o ludzkim losie, stronniczości, że wiem lepiej. Łatwości kontaktu, patrzenia, jakbym patrzył, a tylko się przyglądam. Szacunku, którego nie mam, ani dla siebie, ani dla nikogo. Lekka przesada. Wykorzystywania, jakbym pił ze źródła czyjegoś czasu. Analizy, która tylko zabiera. Niewiele daje w zamian. Zmagam się z nimi. Tacy jak ja, nie przymierzając, powinni być drapieżnikami. I aż za dobrze wiem, że dokładnie są tacy. Prawie identyczni. Jednak nie ja.

W czym problem? Nie w stresach, na które wystawiam się, wiedząc, że mi nie wolno. Nie w tym, że mimo katolem będąc, nie wierzę w kościół, watykańskie opowieści, że bez posiadania, nie będzie się czym dzielić. Nie w niechęci, do lewicy i prawicy, która zawsze, mając okazję, chce kontrolować i zabija, dosłownie lub intelektualnie. Rząd dusz. Jak liberalizm, pozostawiający człowieka samemu sobie. Kartka. Śmieć. Zmięta kartka. Nie w pretensjach do buddyzmu, że pozbawia poczucia osobowości, islamu, że każe kłaniać się, nie odkłaniając, hinduizmu za klasy, ludzi i podludzi. Jakbyśmy inaczej się rodzili i umierali.

Problem nie jest problemem wcale. Muszę zgodzić się na podziały. Które rozumiem, drapieżnymi cechami. Wspólnymi, naturalnymi, wyuczonymi, w zgodzie uznanymi. Od tysięcy lat. Nie podoba mi się to, nie lubię. Moich i wspólnych wad. Ale nie muszę ich współwyznawać.

Co takiego się zdarzyło? Że przestaliśmy być ludzcy, a staliśmy się ludzkością? Dlaczego nie człowiek? Dlaczego intelekt? Wyrachowanie, spryt i albo ja, albo ty. Działanie razem, lecz tylko gdy mnie to coś da, ty musisz zadowolić się razem. W mroku, nacisku i poddaniu się. Podziałom. Bezmyślny zabójca, nasycony, pozostawia ścierwo, padlinożercom. Zabójca robi dobrze, najadł się, dał najeść się żercom padliny. I to tłumaczenie? Tak skonstruowany jest świat! Ciesz się. Z czego mam się kurwa cieszyć? Też tak mogę. To nie jest jakiś dar. Nie talent. To obłęd.

Straszne to jest. Lepiej mi ma mojej wyspie. Przeklętej. Gdzie moje demony tylko czasami ściągają maski. Mnie odbierając. Nie innym. Dosyć…

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

O mnie też trzeba się starać

Trzeźwieję. Przyznaję się. Za długo trwa ten stań upojenia. Gdy mam w dupie wszystko, czego nie powinienem mieć. Szans, Nadziei, Tej, Tamtej. Tutaj lub tam. Budzę się z uśpienia. Pobudzenia. Czasu zgubionego. Który to już raz? Parują promile. Wyciekają. Wypiłem znowu morze piwa. Lubię je. Pozwala mi na nie lubienie. Kochanie siebie. Na utratę pamięci. Utrat. Których nawet nie jest mi brak. Nie pamiętam. Może jest mi żal?

Nadzwyczajne mam szczęście do ludzi. Wybaczają mi tyle, że dziwię się. Usłyszałem: nie przepraszaj. Staraj się nie mieć do tego powodu. I. Kiedy jesteś z nami, nawet krótko trzeźwy, każdy jest zachwycony. Kiedy upadasz, podnosimy. Czekamy na ciebie. Nawet na krótko. Ale i tak dajesz z siebie więcej, niż ktokolwiek z nas. Serce masz ogromne i dobry jesteś. Nawet najgorszym przekleństwem nas nie obrazisz. Modlisz się nawet w zamroczeniu. Wybudzasz się. Nigdy za siebie. Słuchamy. Zawsze za nas. Nie wiedziałem. Nie zapamiętałem. Kapały mi łzy. Jak grochy.

Nie cofnę niemożliwego. Rozbiłem mój statek na dalekiej wyspie. Nieznanej. Na dalekim oceanie. Miałem tam znaleźć runo. Znalazłem ruinę. Nie zmierzyłem sił na zamiary. Nie znałem statku, wyspy, wód. Nie ma Argonautów. Utonęli. Spaliłem ciała. Zgodnie z życzeniem Zeusa. Mojego mitycznego ojca. Zostałem sam. Z mojej wyspy wypływam. Tratwą, ułożoną. Belka wstydu. Belka upokorzenia. Belka kary. Związane linami przeznaczenia.

Chciałbym inaczej. Lecieć prostym szlakiem. Gdzie nic nie stoi na drodze. Latać, biec, unosić się ponad. Omijać. Mieć i móc. Tak sobie wyobrażam. Lekki krok. Dowolny, w stronę. W słońce. Ku promieniom i ciepłu. Ogrzewającym. Mnie i Was. Solarnym. Zawsze lato. Zawsze owoce. I bogowie, dbający o dzieci, które stworzyli. Nas. Dał bym sobie rozłupać czerep. Za to. Choćby. O mnie też trzeba się starać. Oddanie to nie jest jedyny skarb. Mój.

Piękny jest język. Nie potrzeba łaciny. Polszczyzna. Ładna jest. Moja.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Nic więcej nie wystękam. Dla Agnechy

Nie wiem? Nikt nikomu nie musi pomagać. Pomoc jest rzeczą bardzo względną. Nieobiektywną i bardzo osobistą. Pomocnik i przyjmujący pomoc, (są takie słowa, jałmużna i jałmużnik) nawet nie muszą o sobie wiedzieć. Inaczej, gdy ktoś jest patronem. Wymienia pomoc za wymóć. Wpierdala mnie to, że chyba jestem ostatnią osobą, która rozumie podstawy europejskiej kultury? Nie siedząc w pantoflach, w jakimś zaklętym gabinecie. Profesora. I z jego śmierdzącymi skarpetkami. Ciągnę kilometrami jakieś idiotyczne kable. Homer. Boże. Petrarka. To wszystko jest tak oczywiste. Nawet głupkowate. Nikogo nie chcę obrażać. Załamuję się. Rytm. Odniesienie. To jest takie prościutkie. Naiwne. Żadne. Miałkie i byle jakie. A staram się. Słaby w tym jestem. Nie pamiętam Greki. Jestem robolem. Bo nim jestem.

To wariactwo bycia anonimowym, nie polega na byciu nie odpowiedzialnym. Przeciwnie sprawia, że podejmuję rękawicę przeznaczenia. Taką tylko na miarę mojego. Nie da się inaczej. Wbrew. Rękawicy. Wbrew oczywistości. Oczekiwań, których nie spełnię i których nie da się spełnić. Nie jestem na Boga, bogiem. Ludzki jestem i ułomny. Duszny i bez duszy. Zwierze i Istota. Rozumny i bez rozumu. Człowiek. Ktoś. Aniecha. Nie zawsze jest idealnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Przepraszam

Nachalność niewinności. Lub niewinność nachalności. Nic z tego. Ani, ani. Okazało się, że mogę być szantażystą emocjonalnym. Nie podpadam. Mam w dupie prawie wszystko. Poza dziećmi. Poza babką, moją matką, której nawet nienawidząc, zawsze przyjdę z pomocą. I na pewno matkom moich dzieci. W zasadzie, gdy miałbym to rozwinąć, to nie miałbym w dupie niczego i nikogo. Paradoks. Mam w dupie i nie. Jestem Milionem i cierpię za miliony. Śmieszne. Żenujące. Tak mam. Bardzo chciałbym zwariować. Dostać schizofrenii, jak dostaje się kataru. A tu nic. Narkotyki nic. Alkohol nic. Odporność genów? Coraz bardziej się przekonuję, że jestem wyjątkiem. Nie wyjątkowy. No i jestem egocentryczny. Kto na Boga nie jest? Oddałem tyle pieniędzy na tych, którzy nie umieją ich zarabiać, że brakuje mi ich codziennie. Nie jestem patronem. Nie oddaję w zamian. Daję. Może to karma, może wychowanie? Po to haruję. Po to żyję. Po to mnie boli. Ciało i boli dusza. Nie umiem przejść obojętnie. Płaczę nad, płaczę spod. Ale nie pozwolę sobie niczego odebrać. Walczę nieustannie. Obiektywność woli. Pamiętaj, mówił mi dziadek. Jesteśmy Sarmatami. Los nas oszczędził. Nie sprzedaliśmy się. Nie dobili nas. Umiemy przetrwać. Bez upokorzenia. Uczył mnie walki szablą w garażu. Nikt nie mógł wiedzieć. Zaplecznik, głowa, szeroko, na skos. Tańczyłem mając piętnaście lat, z ciężarem w obu rękach. Tylko nie zrób sobie dziecko krzywdy. Rok potem zmarł. Ze starości, obitej łańcuchami i łamaniem palców, młodości. Polak, Sarmata, Rzymianin. Przez lata nie podniosłem szabel schowanych pod ziemniaczaną skrzynią. Nie wiem jak przeżył Gestapo. Polski Niemiec. Bili go. Mnie też. Zawsze nas biją. Za nie. Nie poddamy się. Tacy jesteśmy. Szlachta. Bardzo prywatna. Nieważna. Leliwa. Nie złota. Niebieska i w paski. W poprzek. Ze słońcem i kawałkiem księżyca. Mamy swoje drogi. Prostotą się rozdzielające. Na mnie ustanie ten bezsens. Inne czasy idą. Nikt nas nie chce. I pewnie dobrze. Dam im pierścionki, sygnety i pieczęć. Mam ją zawsze przy sobie. Zawiniętą. Inaczej niż mój różaniec. Ma chyba trzysta lat. Wisi mi na szyi. Niech tak wisi. Mój krzyż. Nie nasz krzyż.