Kategorie
Brak Życie

Czekanie

Poprzepraszałem dzisiaj. Wielokrotnie. Z powodem i bez. Znowu mnie zjada mój druh jedyny. Nieodstępujący. Alter ego mój. Karmiący się mną. Łudziłem się, stając nieomal ascetą. Chudnąc tym razem zdrowo, nie chemicznie, nie ze zgryzoty. Że gdzieś się zapodział. Nałóg mój. Nie wolno mi sięgać po alkohol w samotności, nie wolno się poddawać. Szukać przebaczenia na siłę. Trzeźwieć przez kolejne dwa dni, zastanawiając się po co mi była ta próba. Muszę się pogodzić. Ze sobą. Zgodzić na siebie.

Przepraszanie jest konieczne. Przeproszenie jest niezbędne. Mam długą listę. Kogo muszę przeprosić. Nie zawsze się udaje. Wracam po kilku miesiącach. Do serc zatwardziałych. Nie mogę wejść na prostującą się ścieżkę. Widzę ją, czekającą na mnie, wciąż nieosiągalną. Zamiast wybaczenia otrzymuję porady. Wszyscy święci, radzący, nie widzący starań, wyzwań, porażek i zwycięstw. Mają rady. Doprowadzające mnie do wściekłości, niepokojącej, wszechmocnej, wybudzającej demony. Na za długo.

Przeciąga się oczekiwanie. Czekanie. Nadwrażliwe. Naiwne. Niepoważne. Niespokojne. Zazdrosne. Nie zrozumiane. Godotowe.

Kategorie
Brak Pamięć Życie

Nie wpasujesz się

Spełniające się proroctwa tych, którzy źle nam życzą. Pewnych, że życzą dobrze. Uczą twardości charakteru. Janczarskiego. Słuchaj powtarzających się proroctw tak długo, aż staną się częścią twojej osobowości. Zadręczonej, niepodważalną pewnością, że jesteś wcieleniem braków, wybrakowanie szkodzącym tym, którzy ich nie posiadają. Cokolwiek byś nie zrobił, udowadniając, że nie, jednak nie, całkowicie nie, zupełnie nie, nie jest ważne. Wystarczy jedno potknięcie i wiesz, że mieli rację. Ich błędy nie szkodzą im, tylko tobie, są bezbłędni we własnych. Wysiłek poprawy, którego nigdy być nie powinno, bo nic poprawy nie wymagało, wali się jak ułożony dom karciany. Powalony świadomością upadku, kolejnego i potwierdzającego. Byłeś nikim, będziesz nikim, jesteś nikim. Niezmiennie, powtarzanie. Nie ułożysz nigdy niczego do końca, trwale i bezpiecznie. Nie będziesz nawet fundamentem. Nie zrozumiesz, że bycie w błędzie przynosi zysk, kosztem winy i niższości innych, którzy albo uznają tę zasadę, albo zostaną wypchnięci poza granicę układu, opartego na szczerym nie przyznaniu się do winy. Bez niego nie będą mogli zrzucić jej na ciebie. Nie będą posiadać tego, co odebrali tobie. Bycia równym w poszukiwaniu.   

Możesz być wykształcony, tryskać wiedzą, rozumem, inteligencją, witalnością, talentami, żartem i siłą. To nie ważne. Złamaną duszą, potrzaskanym sobą widzisz, że wokół siebie nie znajdziesz nic, poza wypaloną przestrzenią. Nie umiesz kochać, nie umiesz szczerze, nie wiesz jak być, kiedy i dlaczego. Tylko jesteś. Nie wiesz na jak długo, po co, w jakim celu. Nie przychodzisz, nie ma cię, nie odchodzisz. Jedyne co wiesz, że przyjdzie kres. Jak niezliczone końce, rozpoczętych i nie zakończonych. Listów, zdań, spowiedzi, rozmów, planów, chęci, nadziei, strachu. Pretensji, żali, kolejnych prób, rozwiązania, nawiązania, przepraszania, tłumaczenia, że na krótki moment byłeś, a nie było cię. Słuchałeś swojego głosu, który wiesz, że należy do ciebie. Obserwując swoje ciało, którym poruszasz. Odczuwasz ty, ale nie to ty jednak, to ktoś, kogo nie znasz. Wszystko twoje, a jednak nie. Czyjeś. Twojo, nie twoje. Czyjoś, nie czyje, nie mojo moje. Nie moje spełnienie, nie ja jestem jego przyczyną.

Rozpoczynasz wszystko od nowa. Po raz kolejny. Następny. Cieszysz się rozpoczynaniem, tylko to umiesz. Jesteś początkiem. Czasami udaje ci się przeciągnąć to rozpoczynanie, aż do początku budowania. Łudzisz się, że może tym razem nie zobaczysz powstających pajęczyn pęknięć. Odwrócisz wzrok, udasz że ich nie ma. Im dłużej udajesz, tym pęknięcia stają się szersze. Gdy się odwrócisz zobaczysz ruinę. Jeżeli się nie odwrócisz wiesz, że nie zobaczyłeś ruin, które pozostawisz. Zazwyczaj wiesz, że zanim zaczniesz zaczynanie, nie doczekasz się nawet i tego. Twój, nie twój głos powie, co musi być powiedziane, twoje ciało, nie twoje, rozwieje nadzieje. Potem skurczysz się, zwiniesz, schowasz. Na jakiś czas. Rozwiniesz się, powstaniesz. Staniesz pewnie, czekając na kolejną porażkę.

Krzywdzisz. Nie chcesz. Chcesz być taki jaki jesteś. Nie wolno ci. Możesz być tylko taki jak inni. Na gruzach budować kolejne gruzy, które nazwiesz osiągnięciem. Nie swoimi rękami. Tych, którzy położyli kamienie węgielne wierząc, że tworzą coś więcej niż tymczasowość, wiedzących, że to jedynie wiara, nadzieja, nie pewność. Jak spojrzenie w oczy, dotykające serca, gdy serce nie okaże się oczekiwanym, gdy zboczysz na ścieżkę innego rytmu jego bicia. Staniesz się kamieniem odrzuconym, którego nikt nie podniesie. Nie zostałeś obtłuczony na miarę, pozbawiony krawędzi właściwych samemu sobie i nie wpasujesz się w oczekiwaną trwałość nietrwałości. A tego nigdy nie chciałeś. Pozostaje ci własne bycie w niebycie. Masz chociaż to. Niczego innego nie poznałeś. Pozostajesz, jesteś, zanikasz.

Kategorie
Bez kategorycznie Brak Chaos Śmierć

Na nic

Kluczy jest wiele. Otwierających i tych, które nie otworzą. Niczego. Całe pęki. Do zapomnianych drzwi, wymienionych zamków. Po schodach, windami w górę, do jasności i w dół, ponad, niżej, do ciemności, podziemi. Do miejsc  gdzie byliśmy i nie. Gdzie jesteśmy. Gdzie będziemy. Do drzwi, do których otwarcia, nie mamy klucza. Do próśb o ich otwarcie. Do chęci o zamknięciu ich na zawsze. Do nieznanych schodów, kluczy i stania przed, nigdy za drzwiami. Czekający. Odchodzący. Sami i nie sami. Z czekającymi za nimi, na nasze odejście, na pozostanie i czekanie. Nie bycie przed nimi. Drzwiami Do, drzwiami Z.

Gdy w miejscach niepoznanych staniesz, bez oczekiwań, nie myśląc o tym, co już poznałeś i czego poznać nie możesz, zapomnij. Siebie i poznane i niepoznane. Tylko bądź. Pomyśl, że jesteś. Gdy jesteś. Bo jesteś. Bo wiesz, że tak jest. Na zawsze.

Klucze, które przypominają o swoim istnieniu. Ciężkie i lekkie, upięte razem. Nieoznaczone, których nie rozpoznamy. Ciążące. Zebrane. Nie ten, może inny?

Nie mam już kluczy. Do niczego. Oddałem je. Do drzwi serdecznych. Przyjaznych. Miłych. Szczerych. Nienawistnych. Udawanych. Żadnych. Nie wyrzuciłem ich.

Nie o was tu chodzi, o mnie. Klucze? Otwierające i zamykające?  I tyle. Na tyle. Na nic. Zależy? Tak zależy. Biegnij. Świecie. Niezrozumiany.

Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Brak Chaos Praca

Anake

Ciągle pada. Kilka dni. Leją się krople rzęsiste, na tymczasową ojczyznę. Padały na moją. Nawet kupiłem automatyczny parasol. Otwiera czaszę, jak karabin ogień. Równie niezawodnie na Błoniach, jak nad Mozą, moją tymczasową Wisłą. Jak mój SWD, samopowtarzalnie. Który wyrzuciłem, tuż przed, gdy południowi bracia. Słowianie. Zaczęli wybijać mi zęby. Łamać żebra i dusić wodą, wieszać głową w dół. Taki był brat. Lekarz. Wymiennie Jagieloński, dozował mi impulsy. Wrak. Nie mogę cię zabić, powiedział czystą polszczyzną, nawet gdybym chciał. I nie obetnę ci jaj. Obok stał bezimienny Amerykanin. Płakał. Wymiotował. Lało mi się gówno, stumykiem, po plecach. Bardzo bili. Na beton. Wisząc miałem, w pamięci film, gdy nabijali Bochuna na pal. Nie mogłem się skulić, jak kundel, którym nigdy nie będę i nie byłem. Źle tak się modlić. Mam nadzieję że Ich już nie ma, wśród nas. W kącie było ciało. Widziałem. Mogło być dziecko. Dziesięć lat? Nie dam rady przeboleć. Męczyli Go bardziej niż mnie. I jak mogę chodzić ulicami, bezpieczych miast? Mogę i ryczę. Gdy jestem sam.

Poznaję prawdy. Przedwczoraj o alkoholu w życiu Afrodyty, która usiadła przy mnie. Boska. Zakochała się. Bachus jej był wybrankiem. Kąpała się w pianie, głębokiej, kolorem błyszczącej się czerwieni. Jeżeli się zakocha ponownie, podniosę ją, przeniosę i nie ocenię. Boginie nie muszą być idealne. Ważne, że są. Ta może być ostatecznym wyzwaniem. I ja. Moim wyborem była Humulus z jej szyszkami, wilczyca, karmiąca, ubierająca, zapewniająca prawie komfort, nad ogniskiem, Westy, Penaty i Geniusza. Jest żółcią. Kasztanem, Jantarem. Innym kolorem błyszczącym, skrzącym.

Wczoraj poznałem inną historię, ledwie podsłuchaną. Dobroć, ponad moje zrozumienie. To nie jest mężczyzna, to jest Mąż. Dzisiaj wysłuchałem. Ona nie wie, że wiem, że wiedziałem. Czyta z ust. Temida. Niewidząca, słysząca. Anake. Widząca i niesłysząca. Wiedząca.

Kategorie
Brak Toksyczny Toksycznym

Spadaj

Przeszło mi. Przepraszam kochana. Nie mogę dłużej Cię kochać. Pozostaniesz Tą. Są inne, Te. Nie bardziej Takie. Innością podobne, innością Inne.

Nie mogę, bo nie jesteś ani moją, ni swoją. Zmieniasz się w kogoś, kogo nie znam i nie chcę poznać. I nie poznał bym, nawet przypadkowo. Poznałem, gdy byłaś na chwilę, tylko dla mnie. Tamta. Nie mam już twoich zdjęć w telefonie. Nie mam innych w zamian. Jest mi z tym dobrze. Przyjdzie czas na inne, Zdjęcia. Już nie Twoje. Odrobinę jest mi za Ciebie wstyd. To Twój wybór. Nie mogę oceniać. I ja nie jestem bez Wstydu.

Wiem, że nie powinienem, mogłem. Powiedzieć, co powiedziałem, napisać co napisałem, wysłać. Stało się. Ledwie się zbieram. Kotku malutki. Po miłości. Tej. Ta. Ty. Po popsuciu. Po lawinie. Niepotrzebnych liter. Walących się, od a, do zet. Jak dom z kart.

Bez ciebie nie było by mnie. Z teraz. Tamten przepadł. Szukam go. Niby jest, a nie ma. Wcale mi siebie nie brakuje, sprzed. Raczej czekam na w przód. Kiedyś doczekam się Ciebie, z przedtem, gdy obróci się koło czasu. Wtedy Cię przytulę. Bezsilnie. Nie mogę Cię kochać. Bo Ty nie kochasz siebie. Tylko udajesz. Że jesteś i będziesz. Spadaj. Spadaj malutka. W swoją otchłań i daleki kres.