Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Pamiętajcie o tym

My. Toksyczni. Mamy wspólną cechę. Wydajemy się interesujący. Kiedy mówimy, rozmawiamy, zachowujemy się, poprawnie, nie poprawnie, zachwycamy, przerażamy. Piszemy. Robimy. Jesteśmy ciężcy, poza zniesieniem zainteresowania. Przestajemy. Być interesujący. Naprawdę? Szczerze? Jesteśmy nawet bardziej. Tylko kto może nas znieść? Ja bym nie mógł. Obiektywnie. Nikomu tego nie życzę. Znam to z autopsji, znam z rozmów. Cięższych, niż ciężkość samotnych dni, nawet z kimś, wspólnych. Z samym sobą. Nie ma znaczenia całkowicie nic. Toksyczność się ma. Toksycznością się jest. Niezwykle człowieczą. Najbardziej upadłą i najszczerszą. Wzlatającą i skazaną na upadek. Ikary nie dolecą za wysoko. Jesteśmy zbyt wrażliwi. Na ciepło. Od którego musimy uciekać. Od tego zależy nasz los. Mniej go. Żyjemy dłużej. Trzymamy się żywota, opuszkami. Wydrapiemy sobie palce. I tak się tułamy, aż nic się nie zdarzy. Chociaż mogło, i pewnie zdarzyło się nam, o wiele więcej, niż niejednemu z was. Ciągle jest nam za mało. Zniesławiamy. Poszukując wybaczenia.

Toksyczność. Uznajmy to raz na zawsze! To nie bycie bydlakiem, gnojem, koszmarem, byle kim. Toksyczność to stan! Niekoniecznie nasz. Może być narzucony. Odbierający kochającym czas i nadzieję. Że może będzie lepiej. No nie będzie. Trzymajcie się od nas z daleka. Optymizm jest zbędny. Nawet mój. Jestem niepoprawnym optymistą, dokąd nie zrobię znowu, tak samo i zrobię i już. No może. Nie znalazłem większego optymisty i jeśli przetrwa? Być może zdarzy się cud? Jak dotąd się nie zdarzył. Nie liczę na to. Piszę to zamiast, w imieniu, za pozwoleniem. Przyzwoleniem. Proszę. Niech im się zdarzy. Nie musi mnie.

Ja się łudzę, że gdzieś, jakoś, nie wiem, nie mam pojęcia. Jest jakaś dla nas szansa. Dla tych niewydarzonych marnot, tych stresów, depresji, lęków, nerwic i zaburzeń, musi być jakieś, nawet metafizyczne, jakoś coś. Przyjaźń, o miłość nie chcę prosić, za kogoś, o krztę, niewspółczucia, szacunku. Dzisiaj jest dzisiaj. Nikt nie wie, jakie jutro może być złe. Toksyczni to znają, znają gorsze. Pamiętajcie o tym. Nie toksyczni. Wielu z nas radzi sobie lepiej, niż pozbawieni ideałów. Jest jeszcze inna możliwość. To nie my jesteśmy toksyczni. Toksyczny jest świat? Wasz, nie nasz. Vermilion. Zapomniałem. Nienarodzona moja. Kalevator. Bedę tam. Gdzie zgubiłem serce i chęć. Islington innocents. Niech to…

Kategorie
Brak Chaos Praca

Anake

Ciągle pada. Kilka dni. Leją się krople rzęsiste, na tymczasową ojczyznę. Padały na moją. Nawet kupiłem automatyczny parasol. Otwiera czaszę, jak karabin ogień. Równie niezawodnie na Błoniach, jak nad Mozą, moją tymczasową Wisłą. Jak mój SWD, samopowtarzalnie. Który wyrzuciłem, tuż przed, gdy południowi bracia. Słowianie. Zaczęli wybijać mi zęby. Łamać żebra i dusić wodą, wieszać głową w dół. Taki był brat. Lekarz. Wymiennie Jagieloński, dozował mi impulsy. Wrak. Nie mogę cię zabić, powiedział czystą polszczyzną, nawet gdybym chciał. I nie obetnę ci jaj. Obok stał bezimienny Amerykanin. Płakał. Wymiotował. Lało mi się gówno, stumykiem, po plecach. Bardzo bili. Na beton. Wisząc miałem, w pamięci film, gdy nabijali Bochuna na pal. Nie mogłem się skulić, jak kundel, którym nigdy nie będę i nie byłem. Źle tak się modlić. Mam nadzieję że Ich już nie ma, wśród nas. W kącie było ciało. Widziałem. Mogło być dziecko. Dziesięć lat? Nie dam rady przeboleć. Męczyli Go bardziej niż mnie. I jak mogę chodzić ulicami, bezpieczych miast? Mogę i ryczę. Gdy jestem sam.

Poznaję prawdy. Przedwczoraj o alkoholu w życiu Afrodyty, która usiadła przy mnie. Boska. Zakochała się. Bachus jej był wybrankiem. Kąpała się w pianie, głębokiej, kolorem błyszczącej się czerwieni. Jeżeli się zakocha ponownie, podniosę ją, przeniosę i nie ocenię. Boginie nie muszą być idealne. Ważne, że są. Ta może być ostatecznym wyzwaniem. I ja. Moim wyborem była Humulus z jej szyszkami, wilczyca, karmiąca, ubierająca, zapewniająca prawie komfort, nad ogniskiem, Westy, Penaty i Geniusza. Jest żółcią. Kasztanem, Jantarem. Innym kolorem błyszczącym, skrzącym.

Wczoraj poznałem inną historię, ledwie podsłuchaną. Dobroć, ponad moje zrozumienie. To nie jest mężczyzna, to jest Mąż. Dzisiaj wysłuchałem. Ona nie wie, że wiem, że wiedziałem. Czyta z ust. Temida. Niewidząca, słysząca. Anake. Widząca i niesłysząca. Wiedząca.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.