Kategorie
Chaos Polityka Życie

Wystarczy. Wstęp

Każdy kto przeżył wojnę wie, że jest ona największą tragedią ludzkości. Spotkaniem ze złem, nieobliczalnym, w najbrudniejszej formie, które nikogo nie pozostawia bez winy. Zmienia na zawsze, wydobywa najniższe instynkty, najbardziej prymitywne, najmniej ludzkie. Zmienia osobowości, łamie charaktery, odbiera wiarę. Przetrwanie za wszelką cenę staje się jedyną wartością. Inne, osłabiające wolę przeżycia zanikają, przestają być ważne, stają się równie zabójcze jak wróg, który uległ takiej samej przemianie, degradacji. Albo my, albo oni, wojna nie pozostawia wyboru.

Wojny się kończą. Pozostają ofiary. Sieroty, inwalidzi, psychicznie złamani. Niedostosowani do życia bez wojny, która toczy się dla nich i w nich nadal. W nienawiści do sprawców ich nieszczęść, do siebie samych, zdolnych do czynów, których nie mogą wybaczyć ani sobie, ani tym, którzy stali się sprawcami ich popełnienia. Zło nie znika. Trwa nadal. Drąży, nie pozwala zapomnieć. Czeka. Na zemstę, która ma zadośćuczynić krzywdy. Oddać sprawiedliwość. Upewnić się, że to nie my ponosimy winę.

Budowanie życia na nowo, po doświadczeniach wojny, nigdy się nie kończy. Nawet po odejściu pokolenia, które przeżyło ją osobiście. Pamięć o niej tworzy bariery pomiędzy byłymi wrogami. Wygasły konflikt przenosi się do świata sztuki i nauki. Podsycany pytaniami, obrazami, bardziej lub mniej prawdziwymi. Historia okazuje się nie opisem rozwoju i ewolucji, ale niszczenia i rewolucji. Fałszywym.

Wojna, którą obserwowałem i stałem się uczestnikiem nie była przypadkowa. Miała powód. Nierozwiązany dylemat. Narodowości, religii, stron, po których należało się opowiedzieć, tożsamości. Wyboru. Ta wojna toczyła się setki lat. Nawet dłużej. W umysłach. Na tyle długo, że jej oczywistość i wybuch nie był zaskoczeniem. To co się podczas niej działo, jej rozmach i skutki, już tak. Jako obcy, znalazłem się w miejscu, które nie było moim. Nie wybierałem strony. Ona wybrała mnie. Wbrew każdej z możliwości. Poza jedną. Humanizmem i ofiarą, złożoną na każdym z ołtarzy, każdego wyboru. Wojna, której można było uniknąć. Która nie powinna się nigdy rozpocząć. Wywołana przez polityków, ich ambicje, brak wyobraźni, pożądanie władzy i posiadania. Nikt kto powinien, nie poniósł kary. Śmierć poniosło dwieście tysięcy ludzi, w większości bezbronnych, zamordowanych w czystkach etnicznych, nowoczesnej formy eksterminacji. Im poświęcam tę książkę.

Kategorie
Polityka Psychika Życie

Covid to prowokacja

Zostałem sprowokowany przez znajomą, nieznajomą Niewidkę, która lubi komentować moje wpisy. Niech się stanie, moje światło. Napiszę, co sądzę o pandemii. Innym językiem niż zazwyczaj, zdarza mi się wciąż napisać coś, co jest czytane, nie tylko tutaj. Zmieńmy nieco więc styl. Ale zanim zacznę, zaklnę: kurwa, robią z nas idiotów. Warto sprawdzić, kim jest idiota. Poniższe przemyślenia nie zostały wcześniej opublikowane, nie są w żaden sposób miarodajne i stanowią jedynie moją własną opinię.

Nie ma pandemii, jest wirus. Nie pierwszy, który doświadczył ludzkość i z całą pewnością nie ostatni. Za słowem pandemia, groźnie brzmiącym, nie kryje się nic, co powinno wywoływać panikę, jest określeniem epidemii o większych rozmiarach. Słowo jest pochodzenia starogreckiego. Lubimy się poocierać o starożytność. Im szlachcic głupszy, tym więcej łaciny używa. Nadaje to wyższą rangę zdarzeniom, nawet zupełnie prozaicznym. Postraszyć się nią i podelektować świadomością brania udziału w czymś wyjątkowym, doprowadza do ekstazy umysły miliardów ludzi na całym świecie. Im większa wyobraźnia, tym bardziej nieprawdopodobne są jej wytwory. Pandemia to spiski, ciemne siły nacisku, manipulacje, polityka, kara za grzechy. Tylko wybierać i jest temat na niekończące się rozmowy. Ale nie przy piwie w knajpie, kawie w kawiarni, kotlecie w restauracji, nawet sojowym. W domu, pracy, w drodze do nich, na ulicy, w Internecie. W środowisku kontrolowanym. Liczbą biorących w niej udział i treścią wymienianych opinii, które nie umykają uwadze algorytmom Googla,  Facebooka i całej reszty podglądaczy.  

Nie będę zanudzał statystykami. Wystarczy poszukać. To nie jest blog edukacyjny. Dostęp do informacji jest wciąż nieomal nieograniczony (można wejść w Dark Web, jeżeli ktoś się nie boi). Wszechobecna przeżywana, tak zwana pandemia, nie ma nic wspólnego ze słowem które oznacza. Odsetek przypadków śmiertelnych w stosunku do zachorowań jest niski. Skandalicznie niski, chciało by się powiedzieć. Covid to nie grypa Hiszpanka, która zabiła więcej ludzi w latach 1919/20, niż ich poległo na wszystkich frontach pierwszej wojny światowej. A krew się na niej lała strumieniami. To nie dżuma, cholera, czy ospa. Dwie pierwsze choroby pozbawiły niektóre kraje, gdzie się pojawiły, nawet połowy mieszkańców. I to kilkakrotnie. Ostatnia wybiła dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, umożliwiając jej podbice w tempie ekspresowym. Efekty pandemii były także różne. Potomkowie przeżyłych w nich Brytyjczyków, dziedzicząc po zmarłych, stworzyli społeczeństwo demokratyczne i utworzyli imperium nad którym nie zachodziło słońce, podczas gdy potomkowie konkwistadorów stali się żebrakami, zapominając, że wysoka podaż złota, doprowadzi do obniżenia jego wartości i trzeba siać zboże, nie tylko je kupować. Mogli się tego spodziewać, mieli Hiszpańskich Scholastyków, ekonomistów na miarę, nawet dni dzisiejszych. A ospa, odra, gruźlica? Co z chorobami wenerycznymi? Z nimi, zamiast maseczek, pojawiły się skuteczne prezerwatywy, początkowo robione nawet z jelit. Co z rakiem, którego uleczalność w niektórych przypadkach równa jest zeru?

Jest pandemia? Raczej nie. Gdyby miała nią być, umarło by co najmniej miliard ludzi w ekstazie, nie półtora miliona. W najgorszym przypadku mielibyśmy już do czynienia z wymieraniem ludzkości i zaburzeniem struktur społecznych. Tak się nie dzieje, a przecież człowiek nigdy mnie był tak mobilny, jak obecnie, przenoszenie powinno nas wybić już do nogi.

O co chodzi z tą pandemią? O pieniądze i władzę? Nie zawsze o nie chodzi. Żyjemy w niecodziennych czasach. Przynajmniej my, w państwach bogatszych, o rozwiniętych gospodarkach. Jesteśmy pierwszymi pokoleniami ludzi rzeczywiście wolnych i sytych. Mamy prawa o których, naszym niedalekim przodkom, nawet się nie mogło śnić. Stajemy się zakładnikami wolności. Własnej i czyjejś. Nie w rozumieniu od, do, ale uniwersalnej. Wolności do wyboru, prawa do życia w sposób wybrany. Taki stan doprowadza do anarchii. Podważania autorytetów przez nowe pokolenia, które są bardziej wykształcone i świadome niż antyczni filozofowie, na których opiera się nie tylko kultura europejska, ale także Islamu, który prezentowany jest, jako jej wrogi. Wraz z reinterpretacją ich myśli, i ich następców, pojawia się zagrożenie walki wszystkich ze wszystkimi, nie ewolucji i pokojowej współpracy. Wprost niczego innego, niż życia w świętym spokoju. Ceną są ograniczenia, systemy prawne, podatkowe, moralne, etyczne, które z jednej strony pozwalają nam żyć dłużej, zdrowiej i bezpieczniej, dzięki opiece medycznej, policji i wojsku, edukować się, w zorganizowanym szkolnictwie, z drugiej groźba, że nie tylko jednostki, ale ich grupy wypowiedzą temu posłuszeństwo.

Pandemia jest idealnym pretekstem aby ograniczyć wolność i wypróbować jak daleko można się posunąć, aby nie doszło do otwartego buntu. Mamy być współodpowiedzialni za życie i śmierć nie tylko bliskich, ale własnego narodu i zbioru narodów, na przykład w sztucznym tworze politycznym jakim jest Unia Europejska. Z pomocą przychodzi propaganda i psychologia społeczna. Każdy, kto jest przeciwny nazwaniu stosunkowo niegroźnej choroby pandemią, staje się wrogiem wspólnoty ludzi odpowiedzialnych. Kto nie podda się, nie konstytucyjnym wytycznym, bo aby mogły się one stać ustawowymi aktami prawnymi, musiał by zostać wprowadzony stan wyjątkowy, jest karany mandatami i sądem, który zamienia się w proces pokazowy. Kto czytał Franza Kafkę, wie co mam na myśli. Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma także i inny wymiar. Przenosi odpowiedzialność za upadek i zadłużenie przedsiębiorstw na ich właścicieli. Państwa zamiast odszkodowań zaoferują pożyczki, dodatkowo obciążając podatników, wywiązujących się ze swoich zobowiązań, wciągając w uzależnienie finansowe, którego nie będzie można łatwo się pozbyć. W naukach społecznych jest określenie działań, które doskonale wpisuje się w obowiązujące zasady życia w warunkach pandemicznych. Jest to samo spełniająca się przepowiednia. Perfekcyjnie wykorzystali je naziści, którzy ostrzegali Żydów, że ich postępowanie spowoduje reperkusje, z którymi muszą się liczyć. Powtarzając to ostrzeżenie, wywołali taki skutek, że pogromy i Holokaust nie były potępiane, ale rozumiane jako zasadna kara. Zapytajmy od jak dawna pojawiają się ostrzeżenia o potencjalnej pandemii i jej skutkach, a konkluzja nasunie się sama. Zapytajmy o koniec nazizmu i czekajmy na koniec pandemii. Byle by nie ofiar.

Pojawia się jednak światełko w tunelu. Przekornie. Rządy i gigantyczne korporacje nie radzą sobie z wprowadzoną paniką. Przerosła ich. Niedostateczne przygotowanie służb medycznych, traktowanie chorób współistniejących jako przyczyny zgonów na koronawirusa, bankructwa firm świadczących usługi niewirtualne, rozrost ponad miarę firm działających w sieci i ich dostęp do informacji o klientach, rozpowszechnianie fałszywych danych, straty ekonomiczne, wymuszą zmiany, których skutków nie sposób przewidzieć. Jedna jest jednak pewna. Pojawią się pytania, których odpowiedzialni za próbę wprowadzenia pandemicznego świata, nie będą mogli ignorować. Zamiast ograniczenia wolności, wolność ta się powiększy. Pytania będą tak liczne, że nawet monopolistyczny Facebook runie jak tysiąc letnia Rzesza, nie zamknie wszystkich kont, kneblując usta ich użytkownikom. Covid to prowokacja. Covid to dyktatura.

Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Polityka Religia

Bez przekleństw

Może kogoś urażę tym, co napiszę. Jeżeli tak, nie przeproszę. Taki jest cel tego bloga. Przekleństwa jednak nie padną. Nie mieszam się do polityki, chociaż jestem politologiem bez dyplomu. Wybrałem wolność, nie tytuł magistra. Dojrzałem w Londynie, spędziłem tam najlepsze lata mojego życia. Pracowałem, mieszkałem, sypiałem, z ludźmi różnych ras, narodowości, religii, orientacji seksualnych i politycznych. Nie zawsze, ale prawie zawsze miasto, które uważam za swoje, żyło w tolerancji. Nie zdarzyło mi się czuć gorzej, bo jestem katolikiem albo Polakiem. Nikomu nie przyszło by do głowy, traktować mnie z podejrzliwością, bo mam PTSD, powiedzieć, że zwariowałem. Dać do zrozumienia, że moja córka, z zapłodnienia in vitro, może być w jakikolwiek słabsza, intelektualnie lub fizycznie. Nie musiałem niczego ukrywać, udawać. Nie wpatrywano by się w moją twarz, bo mam na niej kolczyki, nie obsłużyć z tego powodu w barze. Nikt mi nie tłumaczył, że muszę oszukiwać, rozliczając co wieczór pieniądze w kasie restauracji, którą kierowałem. Wręcz odwrotnie. Nikt by mnie przekonał, że nie mogę się spotykać z dużo młodszą ode mnie kobietą, bo nie wypada, bo potępi nas otoczenie. Raczej pytano by, czy jesteśmy szczęśliwi. Życzono by nam miłości, nigdy się nie kończącej.

Dziesięć lat w Polsce wyssało ze mnie Londyn. Zapomniałem prawie kim jestem. Przypominam sobie, ociężale. Kilka ostatnich miesięcy z covidowym cyrkiem, decyzje, które wreszcie podjąłem, niełatwo odejść od ukochanego dziecka, ostracyzm rodziny, która nie akceptuje, że nie jest idealna, wyrządza szkody, nie mnie tylko, wydziedzicza. Bezdomność, powracające epizody stresu pourazowego, który w Anglii miałem tylko raz i to nie w takim natężeniu, doprowadziły mnie pod ścianę. Nie umiem się poddać. Nie stanę się taki, jakim oczekiwano, że muszę być i już. Nie jestem pewny, czy moja ojczyzna wyszła całkiem z mroków średniowiecza i czy nie jest coś na rzeczy z wyśmiewaną zaściankowością? Zacząłem się nią zarażać. Czas się na dobre wyleczyć z naiwności.

Od kilku dni obserwuję protesty, spontanicznie wynikłe z próby narzucania innym swojej woli, wiary i światopoglądu. Dokładnie tego z czym spotykałem się osobiście. Wstyd mi, że to moją wiarę chce się narzucić, ustanawiając prawa, które z pewnością są z nią zgodne, ale narzucając zabiera się wolność tym, którzy mają czelność mieć inny światopogląd. Chrześcijaństwo nie na tym polega. To jest pokojowa religia. Używanie jej jako instrument polityczny, jest nie do pogodzenia z przyczyną jej powstania. Minęły czasy krzyżowców. Tylko czy zaczęły się Jezusa? Nie jestem zachwycony atakami na kościoły, ale przecież to tylko budynki. Jestem przeciwny aborcji, ale to dotyczy sumienia tego, kto się na to decyduje. Sam nie mogłem jej zapobiec. Ktoś usunął moje dziecko, nie z powodów, wad wrodzonych, ekonomicznych. Kariera. Uznałem prawo kobiety. Wspierałem, nie decyzję, ale prawo. Czekałem przed i po w szpitalu. Źle się z tym czuję, do dzisiaj. Zrobiła to buddystka. Tak jej się przynajmniej wydaje, która szczerze walczy o prawa człowieka.

Zaczynam sobie zdawać sprawę, że prędzej czy później, będę musiał stanąć po jakiejś stronie. Nie stanę po stronie opresji. Bezmyśnej z gumowymi pałkami. Jestem gotowy na wykluczenie z Kościoła, ja mój mam w sercu. Tego nie da się odebrać. Zdejmę z szyi różaniec, schowam do kieszeni. Tylko, że takich jak ja palono na stosach. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt już ich nie rozpali na nowo.

Kategorie
Polityka Religia Życie

Moje Sarajewo

1995 rok. Okropny. Prawie zima. Pojechałem z Czerwonym Krzyżem do Sarajewa. To był już drugi raz. W Bośni co kilka kilometrów kontrole, samozwańczych armii, umundurowanych band. Długi konwój stawał się coraz krótszy. Serbowie zabierali co chcieli, po trochę, celując do mnie z radzieckich karabinów. Mieli w oczach pijaną odwagę, śmierdzieli brudem i niestrawionym bimbrem, pociąganym z butelek, wystających im z kieszeni płaszczy. Wysocy i przystojni, chwiejący się. Upierdoleni mordercy. W pobliżu jeździły niebieskie pojazdy, opancerzone, z legionistami, z Francji. Ktoś się uśmiechnął, ktoś kiwnął głową. Nie wiedziałem kogo bardziej się bać.

Na ostatniej rogatce zabrali mi paszport. Zamienili na papier z pieczątką. Nigdy go nie odzyskałem. Stałem się zakładnikiem oblężonego miasta. Wróciłem gdy kończyła się wojna. Prawie wariat. Pobity i siny, bez zębów, ale cały, w bagażniku samochodu niedoszłej żony, z immunitetem dyplomatycznym i górą forsy, przez Mediolan i Rzym, do Polski, na Podgórze, nie na tarczy, ale z nią. Przez trzy miesiące zaliczyłem Reutera, Timesa, szpitale, obóz i front. Nauczyli mnie tam, czego nie chciałem. Strzelać i chlać, w zapomnieniu się rżnąć. Z trupem, kolejnego już dnia.

Napatrzyłem się na zło. Tam nie było niewinnych. Nie było co jeść, było co pić, ale nie wodę. Ludzie jakby w transie. Żyć, przeżyć, doczekać. Nie obchodziło to już nikogo. W wieczornym dzienniku jakiś news. Sarajewo zmęczyło Europę. Snajperzy polujący na starców przy studniach, traktory ciągnące przyczepy pełne uchodźców, gwałty, nawet na rozkaz, zabawa w strzelanie ze wzgórz, do autokarów pełnych kobiet i dzieci, ranni, zabici, zmarli, bo leków był zupełny już brak.

Nigdy tam nie pojadę. Stałem raz przy granicy ze Słowenią, w Austrii. W krainie, skąd wieki temu przybyli moi pra i pra, pradziadowie. Styria, mój pra dom. Stałem z cherlawym ex premierem, ex komisarzem ONZ, palacz był, jak ja. Wsiadasz? Nie. Nie mogę. Ten język. Nie pytaj. Wszystko opowiedziałem. Po co mi to?

I tak moje życie toczy się dalej. Modlę się jak katolik, muzułmanin i Pop.