Kategorie
Przyjemność

Od początku

To nie miał być blog, taki, jakim był. Nie miał być pamiętnikiem straconych dni i nadziei. Miał pomóc ludziom, podobnym do mnie. Toksycznym. Bo żyjemy w takich czasach, gdy każda inność, nawet niewielka, nie jest mile widziana. Można wiele, pod warunkiem, że jest się podobnym. Kulturą, rasą, religią, wyglądem, przekonaniami, doświadczeniem, czymkolwiek. Najlepiej, gdy jesteśmy uśrednieni i niczym specjalnym się nie wyróżniamy. ( Tutaj jest hej. Dla komentarza. To jest tekst ruchomy. OK?. Uwaga dla Niezwykłej.) Jest odmienność dozwolona, nie należy niestety do nas. Zwyczajnie toksycznych. Jest elitarna, dla ludzi którzy wybrali parcie. Na naszą naiwność, że wolno nam być po prostu sobą. Nieskrępowanie i zwyczajnie. Nam nie. Im tak. Kupujemy ten mit. Egalitarnie i bratersko, i siostrzanie. Niedyskryminująco.

Zmieni się język. Długość i częstotliwość publikowanych opowieści o życiu, które widzę, obserwuję i przeżywam. Jak każdy. Może tylko jestem wrażliwszy. Mam stres pourazowy (nawet bez niego jestem szalony). Który czasem nie pozwala mi żyć. Czasem pozwala na życie, pełne zrozumienia. Za kilka dni napiszę jak się nazywam. Kim jestem. Blog przestanie być anonimowy. Nie będzie taki sam. Setkom czytelników, tym dziesiątkom, najpierw śledzących, potem już nie i tym nowym, dziękuję za czytanie. Nic, co napisałem nie było kłamstwem. Gorzką prawdą. Trudną do przełknięcia. Wiem o tym. Może po raz kolejny opublikuję wpisy, które uznam za warte powrotu. Dodam wyjaśnienie. Doredaguję.

Dlaczego tak się stanie? Wczoraj moja toksyczność przeszła samą siebie. Kilka kieliszków wódki zabrało mi nadzieję. Bardzo kruchą. Bardzo chcianą. Bardzo niezwykle zwykłą. Wyczekiwaną, której nie umiałem pokazać, że toksyczni mogą być kochani. Moja kruchość ma imię. Radośnie słowiańskie. Słodkie jak jagoda. Toksyczność moja piękna, jest niczym więcej niż historią, z którą tacy jak się mierzą. Dzień po dniu. Tego nie powiedziałem. Zamiast tego pisałem. Źle. Wiem, że mój Mazur, Oberek, Polonez, Kujawiak, to przeczyta. Wie że piszę. Też i tutaj. I ja także wiem, że nadzieja pisze i pisać chce. Nie będę zdziwiony, jeśli robi to lepiej niż ja? I tak bym chciał! Przeczytam. Może kruchość kiedyś poczyta mnie? Może pomoże toksycznym? W oknach jasnych, w godzinach snu? Daj jej Boże ten talent. I mnie, coś od niej, bo miałem pomagać. Nie męczyć siebie i Was.

Kategorie
Przyjemność Psychika

Na to czekam

Trzeźwieje mi umysł. Nie od procentów, od szaleństw, które i tak wiem, że popełnię ponownie. Te same i nie takie same. Bo przecież nie mogę przestać szukać nieznajdywanego. Które miałem i będę miał tuż, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyły cztery dni, z wiatrem w uszach, pędzenie przed siebie, na granicy równowagi, z czasem na ruchomą kontemplację, po ciążącym mi skurwysyństwie, w obie strony, dociera, rodzi i przeciera się świadomość. Wielokrotnie i według tego samego scenariusza, przejebałem. Nic na to nie poradzę. Za dużo, zawsze chcę i zbyt niecierpliwie.

Z niechęcią przyznaję się, że uczuciowo zbliżam się do letniości. Zimny raczej nigdy się nie stanę. Kilka razy sparzony, wiele razy podkładający ogień, nie dla ogrzania, dla fanaberii, nawet takiej okrutnej, staję się ostrożny. Nie lubię odpowiedzialności za moje i kogoś urażenie. Muszę być taki, nie raniąc, a tymczasem wolałbym się palić, nie tlić, jak popiół na wrześniowym ściernisku.

Jesień to wpływa na mnie? Ależ ja ją lubię najbardziej z pór roku. W zimie mi za zimo, latem za letnio, wiosną chlapa. Gdyby nie szarpiące wrzody, z których nie sposób się wyleczyć, jesień mogłaby dla mnie trwać wiecznie. Kolorami, grzybem, swetrem, owocami, seksem bez ślizgania się w lepkim pocie, gdy obejmują się komórki ocierającej się skóry o skórę.

Dojechał do nas nowy. Niegłupi, miły, grzeczny, ułożony. Zazdroszczę mu. Potrafi szukać namiętności w sieci. Nie tej oglądanej, która przypomina film o pracy tłoków silnika, ale umawianej na Badoo. Zazdroszczę, bo jak tak nie umiem. Brak człowieka odbiera mi radość poznawania. Pierwszych oddechów usta, wprost ust, gdy wiem. Wpatrywał się w ekran, jak ja z przymusu, on chętnie. Już mieli równoczesny orgazm. Gdy ja się męczę, stygnący. Wciąż się z tego cieszę, że nie odpuszczam, przedtem łzawo, potem, proszę, nie, tylko z przyzwyczajenia.

Oczekuję wybawienia, jak najszybszego. Tego sobie Najwyższy życzę. Już odbyłem karę, odpuść, mi poczucie winy i uczucie, które już dawno powinno umrzeć. Czekam na to.

Kategorie
Przyjemność Życie

Skoki

I got that feeling
That bad feeling that you don’t know
I don’t even know her but I hope that she comforts you tonight

Nobody here that keeps you in the shade and ever owned you
Some sentimental tears or someone else’s girl that drips away

But I somehow slowly love you
And wanna keep you the same
Well, I somehow slowly know you
And wanna keep you away

To fragment piosenki, którą dziś zagrał mi You Tube. Wsiadłem drugi raz, na rolki po miesiącu przerwy, i tu takie coś. Winny? Nie. Melodia wyjątkowo rozpieprzająca serce. Nie da się pić i skakać nad schodami. Nie, gdy nie ma się 20 lat. Ha! Da się! Rozpędziłem się. Po jednym piwie. Przeskoczyłem nad trawą, trochę metrów było, dziesięć? Z deptaka nad rzeką, na ulicę, różnica poziomów, tak ze dwa. Bez wywrotki i podpórki i zawiał mi w uszach wiatr, chociaż słuchałem muzyki. Pojechałem pędząc dalej, aż do drzwi domu. Prawie w ciemnościach. Co za przyjemność. Skok jak by mi pod dupą usiadł koń. Zadem. Konia trzeba puścić do przodu, nie ciągnąc. Gdy się pociągnie cugle, koń na chwilę przystaje i albo się zwali, zazwyczaj w bok, kierowany, albo wyskoczy. Jak z procy. I tak mi się udało, na kręcących się kółkach. Ugięcie kolan. Nic pode mną. Usiadłem. To nigdy wcześniej mi się nie udało. Zadzwoniłem do Margo, Amazonki. Latałeś? Tak! Asfalt zamiast strzemion? Kurwa. Boże. Tak. Szczęściarz. Ustałeś? Popłynąłem! Jak gdyby tak miało być. Szczęśliwy? Tak, Gośka. Tak. Następnym razem połamiesz kości. Możliwe.

Dla nie wtajemniczonych. Przeskakując przeszkodę na rolkach, rozpędzamy się. Podskakujemy, nie przeskakujemy i lądujemy za przeszkodą. Koń przeskakuje jak człowiek. W dół skacząc, musimy się wychylić w przód. Możemy jednak inaczej. Jak skok w dal. Prosto. Lekko. Góra ciała do przodu, dół w tył. Tak skacze koń, zatrzymany przed przeszkodą. Tuż przed nią unosimy się nad koniem. Gdy skaczemy w dół, wychylamy się do tyłu, pomagając, potem w skoku pochylamy się nad koniem i pomagamy mu złapać równowagę. Jesteśmy zupełnie bez oparcia. Ja sobie pomagam. Zaciskam kolana. Próbuję trzymać nimi siodło. Jestem chujowym jeźdźcem. Zawsze za płytko siedzę i nie dość prosto. Koń ma cztery nogi. Chodzi naprzemiennie. Jakby dwóch ludzi. Lekko zawianych. Jeden za drugim. Podskakujących. Musimy wymusić na koniu tylne raz i przednie dwa. Wychył w tył. Koń leci, siadamy. Jak nie, to albo koń się przewróci, albo nas zrzuci. Kiedyś tak wyleciałem. Ał. Bolało.

W czwartek wyląduję w Warszawie. Moja córka skończy pięć lat. Do Krakowa nie wiem? Bla bla car, pociąg, wynajmę samochód? Stać mnie. Szybko się pozbierałem. Chyba pierwszy raz podziękowałem szczerze Bogu. Wreszcie znowu, zarabiam na dzieci i na kochanie, które staje się ideą. Ideą niedostatku. Córka chce sukienkę elegancką, co w jej wieku i jej języku oznacza księżniczkowy strój. Jest taki sklep. Kupię jej też rolki, może poskacze ze mną?

Dobrze robi mi ta Belgia. Na serce, głowę, zdrowie i kieszeń. Jeszce się w niej zakocham.