Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Przyjemność Psychika

Na to czekam

Trzeźwieje mi umysł. Nie od procentów, od szaleństw, które i tak wiem, że popełnię ponownie. Te same i nie takie same. Bo przecież nie mogę przestać szukać nieznajdywanego. Które miałem i będę miał tuż, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyły cztery dni, z wiatrem w uszach, pędzenie przed siebie, na granicy równowagi, z czasem na ruchomą kontemplację, po ciążącym mi skurwysyństwie, w obie strony, dociera, rodzi i przeciera się świadomość. Wielokrotnie i według tego samego scenariusza, przejebałem. Nic na to nie poradzę. Za dużo, zawsze chcę i zbyt niecierpliwie.

Z niechęcią przyznaję się, że uczuciowo zbliżam się do letniości. Zimny raczej nigdy się nie stanę. Kilka razy sparzony, wiele razy podkładający ogień, nie dla ogrzania, dla fanaberii, nawet takiej okrutnej, staję się ostrożny. Nie lubię odpowiedzialności za moje i kogoś urażenie. Muszę być taki, nie raniąc, a tymczasem wolałbym się palić, nie tlić, jak popiół na wrześniowym ściernisku.

Jesień to wpływa na mnie? Ależ ja ją lubię najbardziej z pór roku. W zimie mi za zimo, latem za letnio, wiosną chlapa. Gdyby nie szarpiące wrzody, z których nie sposób się wyleczyć, jesień mogłaby dla mnie trwać wiecznie. Kolorami, grzybem, swetrem, owocami, seksem bez ślizgania się w lepkim pocie, gdy obejmują się komórki ocierającej się skóry o skórę.

Dojechał do nas nowy. Niegłupi, miły, grzeczny, ułożony. Zazdroszczę mu. Potrafi szukać namiętności w sieci. Nie tej oglądanej, która przypomina film o pracy tłoków silnika, ale umawianej na Badoo. Zazdroszczę, bo jak tak nie umiem. Brak człowieka odbiera mi radość poznawania. Pierwszych oddechów usta, wprost ust, gdy wiem. Wpatrywał się w ekran, jak ja z przymusu, on chętnie. Już mieli równoczesny orgazm. Gdy ja się męczę, stygnący. Wciąż się z tego cieszę, że nie odpuszczam, przedtem łzawo, potem, proszę, nie, tylko z przyzwyczajenia.

Oczekuję wybawienia, jak najszybszego. Tego sobie Najwyższy życzę. Już odbyłem karę, odpuść, mi poczucie winy i uczucie, które już dawno powinno umrzeć. Czekam na to.

Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Praca Psychika Religia Życie

Gambia

Stoję nad rzeką Gambią. Stałem nad Driną, Miliacką, nad Wjosą. Czy ja zawsze muszę pomagać muzułmanom? Ja, katolicki fundamentalista. Grzeszący i spowiadający się i robiący zawsze, to samo. Nie umiem nawracać. MAM TO W DUPIE. Tylko grzecznie tłumaczę. Nie ogniem i mieczem. Śmiechem. Łzami współczucia. To zawsze są jaja. Oni swoje, ja kompletnie nic.

Co z tymi rzekami? Wpatruję się w nie od zawsze. Mojego zawsze. Do kresu tak się będę wpatrywał. Mojego kresu. Pantha rhei. Πάντα ῥε. Nie mogłem zapamiętać cyrylicy, a greckiego alfabetu nauczyłem się kiedyś w jeden dzień. Byłem achajskim niewolnikiem w Rzymie, w którym nigdy się nie gubię? Wcześni chrześcijanie dopuszczali reikarnację. A potrafię w Krakowie. Moim, już nie moim, mieście. Jak w Londynie. Moim mieście. Na zawsze, pochowałem tam pierwszą córkę. Olgę. Islington and Saint Pantcras. W Kwaterze Niewiniątek. Czeka na mnie. Doczeka się. Kupiłem obok grób. Będziemy tam odpoczywać. Wygnany i wiecznie niedopieszczona. Mogę godzinami patrzeć na płynącą wodę. Nawet z kranu, pod strumień wkładając stopy. Bo Wodnik? Prawie Ryba. Ona znała tylko płodową. Nie poznała oddechu. Jej nie było dane. Choć modlitwą wtedy wydymałem Matkę Boską. W każdą dziurkę. Prawie się zesrałem z tego błagania o życie.

Ta Gambia to jest niezwykła. Grzeczna i trochę przypomina mi Polskę. Tamtą. Nie tą, za którą ciężko mi oddać nawet naskórek. Za ludzi nie oddam nic. Polskę, gdy byłem Polakiem. Nie kimś, kim nawet nigdy nie byłem. Białym. To nagrałem na telefonie. Reszta to bełkot. Lekki wstyd.

Charlie dał mi kawałek tutejszego chleba. Podpłomyk, najbliżej do smaku, który znam. Nie będzie Safari. Powiedziałem nie. Śpię w samochodzie. Oddam za hotel na jego szkołę. Jest kurwa naprawdę gorącą. Samochód max klimatyzacja. Ja się pocę, jak kurwiszcze w konfesjonale. Bandżul. Parę godzin i powrót. Musiałem przejechać kawał drogi. Zobaczyć katedrę, gdzie JP II zechciał się pojawić. Nie katedra, ledwie kościół. Polak? Aż im się pokazały idealne zęby. Jezu. To nie chyba tak miło być? Pamiętam Singapur i wilgoć. Tutaj jest upał suchy, od kilku, podobno, dni, wali z serca Afryki. Miało znad oceanu. To mały, naprawdę mały kraj. Ale zioło mają dobre. Na pewno nie zabraniał tego ich Allach. Nie zabrania mój Bóg. Palimy. Pytają czy przekłuwanie twarzy boli? Mnie boli serce. Z miłości. Miałem tu nie być sam. Boli. Tylko na czas kłucia. Potem zanika. Mam internet w telefonie. Słuchamy, co tylko chcemy. Przyszły kobiety. Nie. Wasz kolor? Znam. Posmakowałem. Chcesz? Ile masz lat? 15. Oj. Jestem duchowo zamężny.

Gdzie mnie znowu wyniosło? Tylko powiedziałem, że znam kogoś, kto tutaj mieszkał. Nieprawda, bo znam z opowieści, znam tylko kogoś, kto tu był. I może jeszcze będzie. I Belgia wysłała mnie na przeszpiegi. Też nieprawda, to był wybieg. Przyleciałem zobaczyć, czy interes kwitnie. Dla szkół, które będą jak oxfordy afrykańskich pustyń. Nie belgijskie firmy, przyjaźniejsze niż chińskie. Niemniej jednak, tylko dla profitu. Nie to czego ja chcę i chcą radni starszych. I mają rację. Tylko nie zdają sobie sprawy biedacy, że wszystko się zmieni. To już nie będą ich następne pokolenia. Chcą wiedzy. Madrości i przyszłości. Ja się martwię. To nie jest rozwinięta kultura. Japonia i inny shit. Rozjebią ich i rozrolują. Potem będą szukać tożsamości. W Islamie tego nie znajdą. Na emigracji nawet się nie poznają.

Ja w tym? Odpokutuję nawet drobne przewinienia. Katolicko i muzłumańsko. Z różańcami ich i moim. Nade wszystko, wali mnie jak. Kogo to kurwa naprawdę obchodzi? Jak ważne. Ważniejsze dla kogo. Dla tych dzieci tutaj? O tak!

Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Kategorie
Praca Psychika Życie

Wdowa

Znowu nie śpię. Śnię w na wpół czuwaniu. O trzeciej w nocy dotarło do mnie, że przestaję kochać człowieka, zaczynam pamięć. Najdroższa mi wdowa, wyznała mi, gdy zapytałem o jej męża i najbliższego mojemu sercu trupa, czy wciąż go kocha. Odpowiedziała, że tak. Już tylko pamięta, uczucie, nie jego jako powód i obiekt. To daje jej siłę. Znosić długowieczność. Ale pamięta też inne miłości. Które wyblakły i którym nawet zapalała świeczki na grobach.

Dziecko. Ja też byłam młoda. Nie chciałam i nie byłam niewinna. Miała ten uśmiech. Nie niewinny. Nie ośmieliłem się dopytywać, ile ich było. Rozmowa toczyła się dalej. A ty? W liczbach, czy uczuciach? W uczuciach marnie, w liczbach plennie. Pamiętasz przynajmniej imiona? Niektóre. Bardziej głosy, ciała, zapach, zdania. I najdziwniejsza rzecz. Nie były przedmiotowe. Były kobietami. Świętymi kobietami. Czasami świętymi kurwami, za które płaciłem walutą nocy i dni, nie złotych, funtów czy dolarów. Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nigdy go nie zdradziłaś. Nie klnij. Nigdy? A skąd to wiesz? Zapytała mnie starożytna wdowa. No tak, macie więcej partnerów niż się przyznajecie. Kiwnęła głową. Ale ty radzisz sobie zupełnie dobrze. Tylko uważaj, nie przegap którejś, którą będzie trudno statystycznie zapomnieć. Moja wdowa była księgową. Babka. Nie dowiem się pewnie nigdy, czy krzyczała: mocniej, nie przestawaj… Wiedziała co mówi. I tak toczyły się nasze rozmowy, gdy po złamaniu biodra, gotowałem dla niej rozgotowanie, bezzębne makarony. Gdy gra w karty bywała mniej męcząca niż seriale, od rana do wieczora. Młody Papież. Kilkakrotnie. Tylko z przerwą na drzemkę i obiad. Wracając. Idąc za ręce. Ja tyłem, wdowa patrząc w moje oczy. Ledwie, że ledwie. Już tak nie chodzi. Odkąd mnie nie ma, prawie wcale nie wstaje.

Powyższe pisałem wczoraj. Dzisiaj jest znowu. Wpół czuwanie. Piszę więcej. Nie tego bloga. Ten jest jedynie chwilką. Którą naprawdę bardzo lubię. Nie mogę zupełnie nie spać. Nie jestem Bonaparte. I chyba dobrze. Tak, tak, tak. Dobrze. Dobranoc, czeka mnie praca i mam nadzieję, wielu też. O wdowich wspomnieniach dowiecie się sami, chyba, że je już znacie.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Z wariatem

Jestem wariatem. Od zawsze. Lądując w szpitalu, dla obłąkanych, na jedną noc, bo miałem już dość, chcąc spokojnie podciąć sobie żyły, w ostatniej kąpieli, nie oprzytomniałem. Stałem się zawzięty. Ozdrowiałem. Z naiwności lat. Potem to już była zgroza? Sielanka! Ja to wszystko wiedzialem. Inni też. Tylko się nie przyznają. Na każdego przyjdzie taki dzień. Prawdy. Bójcie się!

Nie muszę być nikim, kogo ktoś sobie wybrał. Kimś, kim za nic stać się nie chciałem. Jednak w poddaniu sekund, tak i nie, mogłem się stać i dla wielu się stałem. Przecinki. Interpunkcja. Rytm i sylaby. Tak mnie to już do dna wpierdaląco, źle wkurwia, ten brak praktyki w doborze słów. Moich też. Nie muszę się sobą dzielić. I nikt nic z siebie nie musi mi dać! Nawet przebaczę brak elementu wiedzy. Braku zdania nie. No nie! Intonacja ojczystych liter. Nie tylko chamowaty, na ostatni takt, synkopy przycinanie.

I co? Mam na gębie pełno srebra. Patrzą na mnie. Wystaje mi kilka szpilek. Zawsze je miałem. Nie od niedawna. Teraz jestem. Całym sobą i będę coraz bardziej, po każdym dniu. Nie podoba się? Nie patrzcie. Ja na was tak. Na mnie z wczoraj. Jestem ciekawy. Obserwujący i rzadko pozwalam sobie na krytykę. Kogokolwiek. Na tą prawdziwą. Która odbiera szacunek i chęć na kolejną noc, z której nie chce się obudzić. Wariat. Udający normalnego. Jedyny, który za każdą przewinę pluje sobie, w siebie odbicie.

Toksyczność to nie jest przenoszona choroba, jakimkolwiek zmysłem, ciałem, kałem, spermą, krwią, katarem. To jest niedostosowanie. Niezgoda. Nie i ciągłe nie. Aż do Pa.

Nienawidzę szmat. Tych bezdusznych, kompleksami ogarniających cały znany mi świat. Niszczących siebie, co akurat mam w dupie, ale innych. Zabierających nadzieję, ważniejszą niż tlen. Tego robactwa, które tak obrosło w chitynę, że nie pomoże na nich żelazny but. Wieczna trwałość niczegości. Tak jad, jak trucizna. A dla nich to my jesteśmy bez znaczenia. Im nie do pary z wariatem.

Czy to tylko mnie się wydaje, że to już czas, podpalić to wszystko i na popiele wysiać, co pozostanie, ostatnie ziarno i pył i nawet zupełnie, całkowicie, nic?

Kategorie
Psychika

Na całe płuca

I co Ci napiszę? No jestem znów w moim nowym, nie moim domu. Zachwyca mnie Belgia, bardziej niż bym chciał. Miałem spacer poranny, mimo picia nocnego. Wybijał mi kościół godziny, jak mariacki, by mi grał. Moza, jak Tamiza i Wisła. Nabrałem oddechu, całe płuca. Aż po brzuch. Uciekinier.

Dobrze mi. Daleko od miasta, które jest moim i w którym, nie muszę poszukiwać i nie muszę się ukrywać. Nie mieszkać, w wynajętym na kilka dni, hotelowym pokoju. Po to by tam jechać i pobyć sam. By się upić z garsteczką przyjaciół i pisać i czekać. Na nic. Na Tą, która mniej niż kilometr mieszkała i którą mógłbym zobaczyć, gdybym poczekał. Nie mógłbym. Przyrzekłem. I tak już musiało być.

Mam tych ludzi tutaj, których lubię. Dobrych. Ja zmieniam ich, oni zmieniają mnie. Dobrych jak wypieczony chleb. Z masłem. Tak dobrych, że aż mi się robi za niedobrze. Słodcy są, miodem polskim. Tak mi zwyczajnym, swojsko moim, przetrwalnym, pełnym nadziei i złocistym. A nawet nie lubię miodu.

Zasiedli rano do książek. Po śniadaniu. Siedzą i czytają. Bokiem swym, w boki, obok jeden, drugiego. Widok to najurokliwszy. Polski robotnik, w kraju obcym, czytający jak mnich. Inteligent. Cisza zupełna. Ja piszę. Nie przeszkadzamy sobie wcale. Czy ja do raju trafiłem? Nie wydaje mi się to? Czad!

Mamy nieustawialną antenę NC+. Chcemy zobaczyć mecz. Niech ustawiają, ja wymyję garnki. Gotuje się rosół. Powoli. Pachnie. Wonnie. Dzwoniła Margo. Mam dla niej prezent, jak dla Tej. Dla Margo bursztyny, dla Tej były róże, zaklęte w ołowiu. Obawiam się, że oba zostaną u mnie. Po Kresowy kres. Dam ciotce. Pochawli gust. Tej nie mogłem dać, a by jednak chciała. Margo nie mogę. Jeszce więcej by się spodziewała, za dużo. Jakoś się muszę z tego wywinąć. I jeszcze myślę o tej pani. Z Bunkra, przepiękna. Uśmiech, grzeczność i prawdopodobny, gorący fuck. Może bym o tych zapomniał? Ta, nie Ta, z Bunkra pani ma ramiona jak Wenus i myślę, że może jest lepsza niż te? Niż wszystkie? Nie wiem. Staram się nie być nieobojętny. Nie zimny, jak lód? Jak nic? Wzywa mnie wieża na mszę. Protestancko. Wyzywająco. Nie pójdę.

Dalej zakochany. Jak pierwszego? Nie. Drugiego dnia. Im więcej czasu bez siebie spędzamy, tym będzie więcej do opowiadania. Bo pewnie kiedyś tak będzie. I zamknę to, tutaj pisanie. I będę cię, Ty wiesz… I nigdy Ci o nim nie powiem, że pisałem o Tobie. Moja. Miennes. Ma.