Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Z wariatem

Jestem wariatem. Od zawsze. Lądując w szpitalu, dla obłąkanych, na jedną noc, bo miałem już dość, chcąc spokojnie podciąć sobie żyły, w ostatniej kąpieli, nie oprzytomniałem. Stałem się zawzięty. Ozdrowiałem. Z naiwności lat. Potem to już była zgroza? Sielanka! Ja to wszystko wiedzialem. Inni też. Tylko się nie przyznają. Na każdego przyjdzie taki dzień. Prawdy. Bójcie się!

Nie muszę być nikim, kogo ktoś sobie wybrał. Kimś, kim za nic stać się nie chciałem. Jednak w poddaniu sekund, tak i nie, mogłem się stać i dla wielu się stałem. Przecinki. Interpunkcja. Rytm i sylaby. Tak mnie to już do dna wpierdaląco, źle wkurwia, ten brak praktyki w doborze słów. Moich też. Nie muszę się sobą dzielić. I nikt nic z siebie nie musi mi dać! Nawet przebaczę brak elementu wiedzy. Braku zdania nie. No nie! Intonacja ojczystych liter. Nie tylko chamowaty, na ostatni takt, synkopy przycinanie.

I co? Mam na gębie pełno srebra. Patrzą na mnie. Wystaje mi kilka szpilek. Zawsze je miałem. Nie od niedawna. Teraz jestem. Całym sobą i będę coraz bardziej, po każdym dniu. Nie podoba się? Nie patrzcie. Ja na was tak. Na mnie z wczoraj. Jestem ciekawy. Obserwujący i rzadko pozwalam sobie na krytykę. Kogokolwiek. Na tą prawdziwą. Która odbiera szacunek i chęć na kolejną noc, z której nie chce się obudzić. Wariat. Udający normalnego. Jedyny, który za każdą przewinę pluje sobie, w siebie odbicie.

Toksyczność to nie jest przenoszona choroba, jakimkolwiek zmysłem, ciałem, kałem, spermą, krwią, katarem. To jest niedostosowanie. Niezgoda. Nie i ciągłe nie. Aż do Pa.

Nienawidzę szmat. Tych bezdusznych, kompleksami ogarniających cały znany mi świat. Niszczących siebie, co akurat mam w dupie, ale innych. Zabierających nadzieję, ważniejszą niż tlen. Tego robactwa, które tak obrosło w chitynę, że nie pomoże na nich żelazny but. Wieczna trwałość niczegości. Tak jad, jak trucizna. A dla nich to my jesteśmy bez znaczenia. Im nie do pary z wariatem.

Czy to tylko mnie się wydaje, że to już czas, podpalić to wszystko i na popiele wysiać, co pozostanie, ostatnie ziarno i pył i nawet zupełnie, całkowicie, nic?

Kategorie
Psychika

Na całe płuca

I co Ci napiszę? No jestem znów w moim nowym, nie moim domu. Zachwyca mnie Belgia, bardziej niż bym chciał. Miałem spacer poranny, mimo picia nocnego. Wybijał mi kościół godziny, jak mariacki, by mi grał. Moza, jak Tamiza i Wisła. Nabrałem oddechu, całe płuca. Aż po brzuch. Uciekinier.

Dobrze mi. Daleko od miasta, które jest moim i w którym, nie muszę poszukiwać i nie muszę się ukrywać. Nie mieszkać, w wynajętym na kilka dni, hotelowym pokoju. Po to by tam jechać i pobyć sam. By się upić z garsteczką przyjaciół i pisać i czekać. Na nic. Na Tą, która mniej niż kilometr mieszkała i którą mógłbym zobaczyć, gdybym poczekał. Nie mógłbym. Przyrzekłem. I tak już musiało być.

Mam tych ludzi tutaj, których lubię. Dobrych. Ja zmieniam ich, oni zmieniają mnie. Dobrych jak wypieczony chleb. Z masłem. Tak dobrych, że aż mi się robi za niedobrze. Słodcy są, miodem polskim. Tak mi zwyczajnym, swojsko moim, przetrwalnym, pełnym nadziei i złocistym. A nawet nie lubię miodu.

Zasiedli rano do książek. Po śniadaniu. Siedzą i czytają. Bokiem swym, w boki, obok jeden, drugiego. Widok to najurokliwszy. Polski robotnik, w kraju obcym, czytający jak mnich. Inteligent. Cisza zupełna. Ja piszę. Nie przeszkadzamy sobie wcale. Czy ja do raju trafiłem? Nie wydaje mi się to? Czad!

Mamy nieustawialną antenę NC+. Chcemy zobaczyć mecz. Niech ustawiają, ja wymyję garnki. Gotuje się rosół. Powoli. Pachnie. Wonnie. Dzwoniła Margo. Mam dla niej prezent, jak dla Tej. Dla Margo bursztyny, dla Tej były róże, zaklęte w ołowiu. Obawiam się, że oba zostaną u mnie. Po Kresowy kres. Dam ciotce. Pochawli gust. Tej nie mogłem dać, a by jednak chciała. Margo nie mogę. Jeszce więcej by się spodziewała, za dużo. Jakoś się muszę z tego wywinąć. I jeszcze myślę o tej pani. Z Bunkra, przepiękna. Uśmiech, grzeczność i prawdopodobny, gorący fuck. Może bym o tych zapomniał? Ta, nie Ta, z Bunkra pani ma ramiona jak Wenus i myślę, że może jest lepsza niż te? Niż wszystkie? Nie wiem. Staram się nie być nieobojętny. Nie zimny, jak lód? Jak nic? Wzywa mnie wieża na mszę. Protestancko. Wyzywająco. Nie pójdę.

Dalej zakochany. Jak pierwszego? Nie. Drugiego dnia. Im więcej czasu bez siebie spędzamy, tym będzie więcej do opowiadania. Bo pewnie kiedyś tak będzie. I zamknę to, tutaj pisanie. I będę cię, Ty wiesz… I nigdy Ci o nim nie powiem, że pisałem o Tobie. Moja. Miennes. Ma.

Kategorie
Psychika Życie

Nawet

Oddał bym za Ciebie wszystko. Nieprawda. Nie oddałbym. Chciałbym więcej. By się dzielić. To tylko wbity nam w głowę zwrot. Tak pomyślałem, rozparty nad Wisłą poranną, gdy nie szedł obok, prawie nikt. Ktoś wskazał mi dom, w którym mieszkasz i okna. Omijam, jak przyrzekłem. Będę omijał każdy, kolejny. Przyrzekłem.

Zmęczyłem się tym kochaniem. Zamęczam innych. Oni znów zamęczają mnie, swoimi kochaniami. Chyba musi tak być. Dziwni jesteśmy. Mamy ciała, które ktoś nam dał. Mamy duszę, w której postać, coraz mniej wierzymy. Duszę, nie myśl. Tylko ja wciąż wierzę? Tylko ja się modlę? Jedynie ja, mówię zamiatającej zakonnicy, przed Kapucynami, na Loretańskiej: niech będzie pochwalony. I na wieki wieków, Amen? Ja? Grzesznik? Najgorszy. Który będzie nadal grzeszył? I modlił?

Palę w hotelu, gdzie palić nie wolno. Bo piszę. W hotelu, mojego miasta, gdzie na mnie nie czekał nikt. Prawie. Bo w dniu, gdy zabrałem Cię sobie, zabrałem sobie także Ich. Nie ma Was. Na siebie czekam. Kochana.

Nie jestem już erotyczny. Przepraszam. Nie chce mi się, już. Z przyzwyczajenia patrzę na Pornhuba i EMPFlixa. Nie bierze mnie. Coś tam odczuwam. Chyba żal. On nie jest seksualny. Niczym mnie nie zaskoczą. Robiłem to. Cycki, chuje, przyduszają się. Nie wiem po co? Nigdy nie wiedziałem. Jestem nadal uroczy. Mieszam chamstwo z grzecznością. Jak moją krew. Błękit i czerwień. Patrzyłem w oczy kobiecie, która mnie chce, którą znasz. Mogła by być idealna. Nie będzie. Nie dla Ciebie, Goryczo się poświęcam. Nie chcę, wolałbym Ciebie. Nie dla urody, której troszkę Ci brak, a jednak ją masz. Dla siłowania, którego nigdy Ci nie zabraknie.

Komplementują mnie. Tym, o czym wiem. Że jestem inny. Żałują, chcieli by więcej ze mnie. O tym także wiem. Nie każdy inny i nie każdy talent jest cokołem, moja Ty. To nie marnotrawstwo. Jestem nikim. Nie jest mi z tym dobrze. Zrobiłem co mogłem. Nie cofnę się. Nawet dla Ciebie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Się pożegnać

Przyjdzie nam się pożegnać. Może na dzień. Kto wie, na zawsze. Pisanie się takie, kończy. Ni to poezja, nie proza, z pewnością to nie był list. Do Ciebie. Powoli już zamykam karty tej bajki. Nie, że chcę. Zmusiłaś mnie, nic nie rozumiejąc. Ostrzegłem Cię. Mój stres. Nierozwiązywalnie pourazowy. Dopadł mnie. W najbardziej nieodpowiednim czasie. W tamtą ciemność przyszedłem. Po złym filmie. Powiedziałem, zapłakałem. Wypiłem. Chciałem. Musiałem. Niewybaczalnie. Prawdziwie.

Pisałem o Ciotce. Jest bardziej toksyczna, niż kiedykolwiek będę. Rozerwała by Cię na strępy, twoich i moich usiłowań, bycia jak ona i to na pokaz, aj. Tylko ja z nią się spotykam. Jak mnie rodzina ją wyklęła, bo naszych słów nie chce nikt. Tylko, że ona jest Panią Ruską, a ja nikt. Przeżyła Syberię i Wołyń. Czeka na męża, a wie, że zaginął pod Monte Cassino. Dzielą nas pokolenia, a jakby nawet nie pół. Kiedyś powiedziała mojej, kiedyś najbliższej, że woli zjeść ze stołu kurz, niż usiąść z nią do niego, a trzymała ją do chrztu. Tylko ona tak mówi, jak ja. Dobrze, choć źle. Nie zjem i ja, nie pogodzę się. Nie. Ciotkowy wózek drewniany i jej laska, z głową żyda, jako gałka. Skandale, sensowny rasizm i wyższość, romanse i dystans. W każdym geście Dama. Ale uwolniona, rozsypujący się, cudowny potwór.

Powrócę. Nie powrócę. Nie jesteś piękna, ale za młoda. To nigdy nie był powód. Masz czar i ja go mam. Jesteś zwyczajna. Jak ja i każdy, po drodze spotkany liść. Nie zrobiłem ja tobie nic, nawet słowami, gdyś się prosiła, koło ciał, ciało i natrętność. Nie moja byłaś. Swoja. Tak i ja. I tak ma być.

Od poniedziałku mam gimnastyczną prawie pracę, ciągnąłem kabel grubszy niż moje przedramię. Przez kilka pięter. Okazało się, że żadni z nas robotnicy. Politolog, geodeta, ekonomista, prawnik, zoolog i były mnich, wyświęcony, uciekinier jak ja, ale z klasztoru. Tylko ja chcę taki pozostać. Tylko mnie to nie przeszkadza. Im tak. Wiem, że zaczynam ponownie. I zrobię, to co chcę.

Śniło mi się, że zginąłem. Przygniótł mnie wielki ciężar. Chciałem uciekać. Była jakaś światłość. Usłyszałem. To tak jest i zerwałem się na równe nogi. Nie powolnie, wyrywając się, mozolnie, z koszmaru. Lekko, jakbym przeżył, błyszczący.

Za tydzień urlop. Nie spotkam córki. Wakacje. Nie spotkam Onej. Będę unikał ulic i miejsc. Będzie dentysta, fryzjer, zbadam żołądek, kilku pozostałych spotkam, czas na nic, poprawię ten blog. Te literówki i niezgrabność mnie osłabia. Stanę pod domem rodzinnym, wzruszę się i ramionami, spacerem powolnym dojdę do siebie. Tam otworzę garaż, z do siebie został on. Zabiorę kilka książek. Wejdę na kopiec. Porozglądam się, jak daleko mogę, zobaczę Tatry. Pożyczę samochód, zbiorę grzybów kosze, za Kasiną. Krzyknę: wypierdalaj mi z serca i nie chcę Cię znać. Kochałem. Raz. Ciebie. I lubię, nienawidzę i cieszę się. Odkocham się? Jezu, w Miłosierdziu! Daj mi to!

Kategorie
Psychika Życie

Mojemu rodzeństwu

Powinienem mieć dwoje rodzeństwa. Urodzonych przede mną. Nie mam ich, matka zadecydowała inaczej, kiedyś były to łatwe decyzje, ale czuję jak krążą w moim ciele, macierzyście. Odkąd pamiętam, mam dziwne sny. Śni mi się mały chłopiec i dziewczynka. Czasami są już dorośli, nawet podstarzali. Jest więc jest nas troje, jednacy i oddzieleni. Gdyby nie moja babcia, nie było by i mnie. Może było by dobrze. To nie ode mnie zależało, nie od nas. Gdyby nie ja, nie pozostał by po nich ślad. Będąc dzieckiem widywałem ich na jawie. Bawili się ze mną. Nigdy nie byłem jedynakiem. Ukrywałem ich obecność.

Przychodzą do mnie, kiedy ich potrzebuję. Rozmawiam z nimi. Rozmawia z nimi, mój wewnętrzny ja. Nie zawsze są pobłażliwi. Raczej rozsądni i poukładani. Przestrzegają mnie. Nawet proszą i błagają. Chcieli, bym inaczej ułożył moje życie. Nigdy nie nadałem im imion. To Ona i On.

Są dni kiedy pozwalam im na wiele. Ona, nie ja, chodzi po sklepach z ciuchami. Zażenowany biorę z wieszaków damskie ubrania, jest wyższa ode mnie jak On, rozmiary są na mnie za duże. Tak jednak chce. Czerwony jak rak, zakładam je w przymierzalni. Ma dobry gust, chociaż muszę naciągać sukienki i bluzki, by wpasowały się w mój kształt. Nie mam biustu. To Ona doradzała moim dziewczynom i żonom. Dla niej chciałem zostać krawcem i nauczyłem się szyć.

On jest architektem. Dla niego godzinami chodzę po miastach, patrząc wysoko, aż po dachy i sklepienia, schodzę do piwnic, oglądam fundamenty i mierzę grubość murów. Zachwycił się Rzymem, pojechałem tam raz, specjalnie dla niego. Pozwalam prowadzić mu samochód. Jest dobrym kierowcą, lepszym niż ja. Jest bardzo podobny do naszego ojca. Ma błękitne oczy, owalną twarz. Piękny mężczyzna. Ojciec byłby dumny. Z niej też. Przypomina naszą matkę, z najlepszych czasów. Kochają moje dzieciaki, równie mocno jak ja. Patrzą na nie, przez moje oczy. Dotykają je moimi dłońmi.

Nie mówię o nich prawie nigdy. Wiem, że trudno zrozumieć taki przypadek. Nie mam rozdzielonej jaźni, nie przejmują nade mną kontroli. Nie zastępują mnie. Łóżku, spowiedzi, rozmowie. Nie podglądają, nie śledzą. Nie są natrętni i nie pojawiają się na zawołanie. Nie mogą żyć moim życiem, ja nie mogę być nimi. Nie są wymysłem. Są częścią. Dobrze, że są.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Margo

Miło było i niezręcznie. Amazonka Margo, Małgorzata, drugiego imienia, jak ją nazywam, nawet się o to nie złości, ale ujmuje, bo to pieszczące podobno zdrobnienie, zaprosiła mnie do deSingel. Tam gra i scenografuje. Przyjechała po mnie do pracy. Nie miałem ubrania na zmianę, wymyłem tylko twarz i ręce, przeczesałem dłońmi włosy. Wyszedłem prosto z budowy. Popatrzyła na mnie zwątpiona. Cóż, umówiliśmy się dopiero na jutro. To nie moja niespodzianka. Który to twój samochód? Ten. Pożyczony. Wywróciła oczami. Moim nie pojedziesz. Chyba coś zaklęła pod nosem, przeszła na drugą stronę ulicy, kupiła kilka gazet. Rozłożyła na siedzeniu, wsiadła i czeka. Wsiadłem i ja. Grzmotnąłem drzwiami, inaczej się nie zamykają i siedzę. Dokąd? Podała mi adres. To może na Krupniczą? Jaką? To w Krakowie, nie znam Antwerpii. Dobra poprowadzę. Wysiedliśmy. Przełożyła gazety, też walnęła drzwiami. Czemu nie działa stacyjka? Jest popsuta. Pokręć kilka razy. Rusza. Uważaj, nie ma piątego biegu. Zatrzymała się. Nie, ty prowadź, pokażę ci drogę. Powtórzyliśmy rytuał. Gazety, jebnięcie, kluczyk, zgrzyt.

W drodze milczymy. Tylko w lewo, prawo, na wprost. Pod teatrem Margo pyta, czy zrobiłem to specjalnie? Co? To jak wyglądam. Nie. Nie szata zdobi człowieka. Trudno to przetłumaczyć. Nie wysilam się. Odwieźć cię? Pojebana myślę, odwiozę. Wolę wypocząć. Od rana napierdalają mnie wrzody. Belgijskie leki nie działają, czekam na prawdziwe z Polski. Łaskę mi robisz? Zaraz odjadę. Ale spokój. Nie rób gówna. Nie bądź gnojem.

Teatr świetny. Zamknięty tymczasowo. Wirus. Mogę go zwiedzić, uważając, aby o nic się nie otrzeć. Ma talent. Scenografia ugina kolana. Będziesz grać? Tak. Wchodzi na scenę. Bajka. Nie znam francuskiego, ale czuję uśmiech na twarzy. Śpiewa. Jest dobra. Jest wspaniała. Wygugluję ją.

Zostaniesz u mnie? Mam trochę ubrań brata. Brata? Nie, byłego. Będą pasowały. Mogłam skłamać. Skłamałaś, miały być brata. Czuję jak mi knebel ze stóp, sztormem leci do gardła. Duszę się. Skręcam papierosa. Zaciągam się głęboko. Nie bądź świrem. Przeszło. Jestem spokojny. Odwracam się. Podchodzi do mnie. Jezu. Chce pocałować. Odsuwam się gwałtownie. Nie chce cię pierdolić, mówię po polsku. Odejdź, ja kogoś kocham. Jest jej przykro, łamie się jej uśmiech i ramiona.

Wracamy. Znowu milcząco. Nienawidzę ciszy. Cisza to rak. To miało być na jedną noc? Nie. Lubię Cię. Tym gorzej. Często tak robisz? Nigdy. Jeszcze gorzej. Nie znasz mnie. Po co ci to? Bo jesteś inny. Chcę cię. Wiem. Nie jesteś pierwsza, która to mówi. To żadna atrakcja. To tylko niewiadoma. Wydaje ci się. Wysiada. Spotkamy się jeszcze? Nie wiem. Na rolkach? Kupiłam K2. Tak K2. Pa. To pa. Nie sądzę. Nie spotkamy się tak już.

Kategorie
Psychika Życie

Żarcie

Nie marnuję żarcia. Odkąd, na przełomie marca i kwietnia, nie jadłem przez długie tygodnie, nigdy nie wyrzucę jedzenia. Nawet zjem mięso. Przed chwilą, mój imiennik pozbył się gara zupy fasolowej. Wielkiego brązowego, stalowego gara. Pomidory, przecier, kilogram kiełbasy, drugi wieprzowiny, paczka fasoli, przyprawy i warzywa. Byłem z nim w sklepie, widziałem co kupował. Byłem w kuchni, widziałem co gotuje. Poszło do kibla, nawet nie zaczęło śmierdzieć, znudził się. Zapytałem, czy nie chciał by tego zawekować. Nie, a po co? Za to codziennie, bez wahania, pozwala sobie na kanapki z drogiego sklepu, za kilka ładnych euro i napoje, które dziennie sięgają kwoty dwudziestu. Za dużo nam płacą? Do tego zgrzewki piwa i wódka, ewentualnie burbon, dwie butelki w weekend. Wczoraj pożyczyłem od niego samochód. Pojechałem kupić tytoń w okazyjnej cenie. Samson, dwa za jednego. Szukałem reklamówki, poprosił o olej, przy okazji. Znalazłem, wśród stosów puszek po Coli i Red Bulu. W środku gniły niezjedzone banany i jabłka. Nie żałuję mu. Niech zawsze będzie syty.

Nie mieć gdzie spać, to jedno. Człowiek czuje się jak szmata. Nie mieć co jeść, to drugie. Traci się godność. Być odrzuconym, to trzecie. Nie wiadomo gdzie się przynależy. Widzieć dno, to czwarte. Przetrwam lub upadnę, za wszelką cenę. Cztery kręgi upodlenia. Poznałem je. Nie zapominam.

Jest lipiec, była połowa czerwca. Jadę na zakupy. Był kwiecień. Odwiedzałem znajomych, gotowali obiad. Byłem głodny, ale odmówiłem posiłku. Odczuwany wstyd był wewnętrznie na poziomie wyboru, być sobą, czy być głodującym. Pożegnałem się grzecznie. Położyłem się w klatce obok. Bolały mnie flaki i dusza. Zerwałem się o piątej. Zanim ktoś mnie zobaczy. Poszedłem pod dom rodzinny, do którego zabroniono mi wchodzić. Minąłem dom, gdzie mieszkała moja miłość, na który nawet nie spojrzałem, wiedziałem że tam był, nie mogłem nawet zapukać. Kraków nie jest taki mały. Trzy złote na bilet? Mogło by być i pięćdziesiąt. Patrzyłem w okna. Bez żalu. Kiwałem się w przód i tył. Jak opuszczone dziecko. Dopóty nie zaszło słońce. Tę noc spędziłem w parku, tym w którym uczyłem się chodzić. Opowiedziałem o tym. Coś ty nawywijał? Nic. Powiedziałem co o nich myślę.

Przełamałem się, poszedłem prosić o pożyczki. Udało się. Uberowałem. Spałem zaparty nagami w obcej, zaparowanej Fabii. Woziłem jedzenie dla bezdomnych i biednych. Znowu zarabiałem. Mogłem córce kupić lody. Potem przyszedł wirus. Znowu się zjebało. Zjebało na dobre. Stres zrobił swoje. Ważyłem niewiele ponad 50 kilo, wzrost średni. Wyszczurzyła mi się twarz. Obwisła mi dupa. Podobno moje ciało stawało się miękkie. Teraz jest twarde jak żylasty stek. Dupa mi się wypełnia. Jedyna część mojego ciała, którą lubię. Moja mała dupka.

Zostałem na nowo przedsiębiorcą. Nie mogłem być nieubezpieczony. O wsparcie poprosiłem Państwo, ostatniego dnia. Nie wiem, czy powinienem. Czekam, Wciąż zalegam, ale spłacam.

Nauczyłem się jeść. Tylko tyle ile potrzebuję. Nauczyłem się dzielić. Tylko tym co mam. Nie kupię już naręczy róż, za ostatnie pieniądze, bo zachciało mi się kochać. Oddam je na pomoc. Nauczyłem się brać. Tylko tyle ile mi się należy. Nie marnuję nic. Niczego nie wymagam. Niczego się nie spodziewam. Niech tak pozostanie.

Kategorie
Psychika Życie

Nie ma przypadków

Zawsze pod prąd. Jak samospełniające się proroctwo. Nie ma przypadków. Miał mnie rozpieszczać świat. Nie zawsze, ale bardziej niż innych. W każdym razie mógł. Wczoraj był cudowny dzień. Nie poszedłem znowu do pracy. Nie mogłem. Pani z ZUSu załatwiła mi mityczny glejt. Leży na PUEce. Przesłałem dalej. Nie zgadzają się daty. Niech to. O tysiąc euro w tył. Trudno. W poniedziałek zacznę odrabiać tę stratę i nie tylko to.

Dostałem maila że Guardian wydrukuje mój artykuł. Poprawiałem go wiele razy. Będzie o PTSD. Rano budząc się czułem, że może wreszcie się odkochuję, byłoby dobrze, wyjazd robi swoje. Oddycham łatwiej. Nie zastygam. Jem. Zmieniłem zdjęcie na telefonie. Nie mogę na nią tak patrzeć. Teraz pojawia się coś, co malował Toulouse-Lautrec.

Poszedłem do sklepu, właściwie pojechałem. Rolkowałem ostrożnie, po rowerowej ścieżce. Bez muzyki. Wciąż boli mnie złamany nadgarstek i plecy. Zachciało mi się skoków, spadłem nad Wisłą z wysoka, na wznak. Wystraszyłem nocnego marka. Nie dojechałem. Po drodze stanąłem obok łąki. Tam źrebię i klacz. Podziwiam. Zapatrzyłem się. Podeszła dziewczyna. Zgrabna i prosta jak kij, z cyckami jak lubię, rozpychającymi lekko koszulę, w bryczesach i butach za milion złotych. Uśmiecha się, jak wszyscy tutaj. Uroczo. Ma ciemne oczy, okrągłą twarz. O kurwa ładna, myślę sobie. Coś mówi. Flamandzki. Nic nie rozumiem. Niemiecki, Francuski? Nic. Łamiemy angielski.

Jeździsz konno?

– Kiedyś tak, teraz nie.

– Widziałam cię kilka razy na rolkach. Nad rzeką. Jeżdżę tam na rowerze. Nie słyszysz dzwonka. To trudne?

– Nie. Po kilku dniach dasz sobie radzę.

– Jesteś z Polski?

– Tak. Skąd wiesz? Wmurowało mnie.

– To małe miasto. Nie byłam pewna, tylko ty się kłaniasz na ulicy, twoi koledzy nie. Zostawiłeś komputer w pubie. Nie wiesz jak płacić komórką i poszedłeś po pieniądze. Nie powinieneś niczego zostawiać na stole.

– To rzeczywiście małe miasto…

– Moja siostra tam obsługuje. Podobno jesteś uprzejmy. Byłam w Polsce na zawodach. Chcesz spróbować? Na oklep? To moje konie. Właściwie ojca.

– Bez siodła? Nie mam butów.

Nie mam za dużo czasu, ale poczekaj.

Przyniosła mi czyjeś adidasy. Założyłem je i podeszliśmy do koni. Poklepałem klacz, pozwoliłem się obwąchać. Źrebak też grzecznie pozwala się dotykać. Nie dam rady wsiąść. Za wysoko. Zrobiła z dłoni podpórkę, odbiłem się i hop. Siedzę. Rany boskie siedzę. Trzymam w ręce wodze. Lekko przyciskam łydkami i jadę. Powolutku. Ona idzie obok.

– Wyprostuj się!

– Ok. Staram się.

– No wyprostuj się. Biodra do tyłu. Nie bój się.

– Nie boję się. Ale prostuję garba.

– Lepiej. Dużo lepiej. Skręć w prawo. Nie ciągnij konia. Z wyczuciem. Dobrze. Teraz w lewo. Dobrze. Stój. Nie ciągnij. Delikatnie. Ruszaj. Nie ściskaj. Nie spadniesz. Dobrze…

Po pół godziny czuję jak kolana, tyłek, uda, szyja, cały staję się zmęczony. A ona dalej: wyprostuj się, nie zwisaj koniu nad głową, nie przechylaj się do tyłu. Nie przyspieszaj. Stopy na zewnątrz.

– Jak się nazywasz? Pytam i się przedstawiam w końcu.

– (…). Odpowiada.

Serce mi zamiera. Wykonuję dziwny ruch. Koń staje. Znowu? Jak ta? Ona? Zsiadam, raczej się zwalam. Oddaję wodze.

Co się stało? Dobrze sobie radzisz.

– To przez twoje imię. O nic nie pytaj.

– Na drugie mam Margaret. Zmarszczyła czoło.

– Wolę Margo.

– Jak chcesz. Muszę lecieć. Jeżeli chcesz, przyjdź w przyszłym tygodniu. Posprzątasz ze mną w stajni i możesz jeździć za darmo. Mamy jeszcze sześć innych koni. Kupię rolki. Ty mnie też czegoś nauczysz.

– Oczywiście, ale wieczorem. Po pracy.

– Świetnie. Jak się umyjesz. Byłeś ostatnio na stacji. W roboczym ubraniu.

– Dużo o mnie wiesz. Zaśmiałem się.

– Już ci mówiłam. Tu się wszyscy znają. Zapisz sobie mój numer. Powinieneś się ostrzyc. Do zobaczenia. Pogłaskała mnie. Zaskoczony, nie zdążyłem się odsunąć.

– Czym się zajmujesz? Zapytałem na odchodnym. Na pewno się czerwieniąc.

– Jestem scenografem, a właściewie aktorką. Chyba zasłabłem na moment. Znowu ona.

Wróciłem do domu. Inny. Oczyszczony. Na pewno zadzwonię. Ale będę ostrożny. Bardzo ostrożny.