Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Polityka Religia

Bez przekleństw

Może kogoś urażę tym, co napiszę. Jeżeli tak, nie przeproszę. Taki jest cel tego bloga. Przekleństwa jednak nie padną. Nie mieszam się do polityki, chociaż jestem politologiem bez dyplomu. Wybrałem wolność, nie tytuł magistra. Dojrzałem w Londynie, spędziłem tam najlepsze lata mojego życia. Pracowałem, mieszkałem, sypiałem, z ludźmi różnych ras, narodowości, religii, orientacji seksualnych i politycznych. Nie zawsze, ale prawie zawsze miasto, które uważam za swoje, żyło w tolerancji. Nie zdarzyło mi się czuć gorzej, bo jestem katolikiem albo Polakiem. Nikomu nie przyszło by do głowy, traktować mnie z podejrzliwością, bo mam PTSD, powiedzieć, że zwariowałem. Dać do zrozumienia, że moja córka, z zapłodnienia in vitro, może być w jakikolwiek słabsza, intelektualnie lub fizycznie. Nie musiałem niczego ukrywać, udawać. Nie wpatrywano by się w moją twarz, bo mam na niej kolczyki, nie obsłużyć z tego powodu w barze. Nikt mi nie tłumaczył, że muszę oszukiwać, rozliczając co wieczór pieniądze w kasie restauracji, którą kierowałem. Wręcz odwrotnie. Nikt by mnie przekonał, że nie mogę się spotykać z dużo młodszą ode mnie kobietą, bo nie wypada, bo potępi nas otoczenie. Raczej pytano by, czy jesteśmy szczęśliwi. Życzono by nam miłości, nigdy się nie kończącej.

Dziesięć lat w Polsce wyssało ze mnie Londyn. Zapomniałem prawie kim jestem. Przypominam sobie, ociężale. Kilka ostatnich miesięcy z covidowym cyrkiem, decyzje, które wreszcie podjąłem, niełatwo odejść od ukochanego dziecka, ostracyzm rodziny, która nie akceptuje, że nie jest idealna, wyrządza szkody, nie mnie tylko, wydziedzicza. Bezdomność, powracające epizody stresu pourazowego, który w Anglii miałem tylko raz i to nie w takim natężeniu, doprowadziły mnie pod ścianę. Nie umiem się poddać. Nie stanę się taki, jakim oczekiwano, że muszę być i już. Nie jestem pewny, czy moja ojczyzna wyszła całkiem z mroków średniowiecza i czy nie jest coś na rzeczy z wyśmiewaną zaściankowością? Zacząłem się nią zarażać. Czas się na dobre wyleczyć z naiwności.

Od kilku dni obserwuję protesty, spontanicznie wynikłe z próby narzucania innym swojej woli, wiary i światopoglądu. Dokładnie tego z czym spotykałem się osobiście. Wstyd mi, że to moją wiarę chce się narzucić, ustanawiając prawa, które z pewnością są z nią zgodne, ale narzucając zabiera się wolność tym, którzy mają czelność mieć inny światopogląd. Chrześcijaństwo nie na tym polega. To jest pokojowa religia. Używanie jej jako instrument polityczny, jest nie do pogodzenia z przyczyną jej powstania. Minęły czasy krzyżowców. Tylko czy zaczęły się Jezusa? Nie jestem zachwycony atakami na kościoły, ale przecież to tylko budynki. Jestem przeciwny aborcji, ale to dotyczy sumienia tego, kto się na to decyduje. Sam nie mogłem jej zapobiec. Ktoś usunął moje dziecko, nie z powodów, wad wrodzonych, ekonomicznych. Kariera. Uznałem prawo kobiety. Wspierałem, nie decyzję, ale prawo. Czekałem przed i po w szpitalu. Źle się z tym czuję, do dzisiaj. Zrobiła to buddystka. Tak jej się przynajmniej wydaje, która szczerze walczy o prawa człowieka.

Zaczynam sobie zdawać sprawę, że prędzej czy później, będę musiał stanąć po jakiejś stronie. Nie stanę po stronie opresji. Bezmyśnej z gumowymi pałkami. Jestem gotowy na wykluczenie z Kościoła, ja mój mam w sercu. Tego nie da się odebrać. Zdejmę z szyi różaniec, schowam do kieszeni. Tylko, że takich jak ja palono na stosach. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt już ich nie rozpali na nowo.

Kategorie
Praca Psychika Religia Życie

Gambia

Stoję nad rzeką Gambią. Stałem nad Driną, Miliacką, nad Wjosą. Czy ja zawsze muszę pomagać muzułmanom? Ja, katolicki fundamentalista. Grzeszący i spowiadający się i robiący zawsze, to samo. Nie umiem nawracać. MAM TO W DUPIE. Tylko grzecznie tłumaczę. Nie ogniem i mieczem. Śmiechem. Łzami współczucia. To zawsze są jaja. Oni swoje, ja kompletnie nic.

Co z tymi rzekami? Wpatruję się w nie od zawsze. Mojego zawsze. Do kresu tak się będę wpatrywał. Mojego kresu. Pantha rhei. Πάντα ῥε. Nie mogłem zapamiętać cyrylicy, a greckiego alfabetu nauczyłem się kiedyś w jeden dzień. Byłem achajskim niewolnikiem w Rzymie, w którym nigdy się nie gubię? Wcześni chrześcijanie dopuszczali reikarnację. A potrafię w Krakowie. Moim, już nie moim, mieście. Jak w Londynie. Moim mieście. Na zawsze, pochowałem tam pierwszą córkę. Olgę. Islington and Saint Pantcras. W Kwaterze Niewiniątek. Czeka na mnie. Doczeka się. Kupiłem obok grób. Będziemy tam odpoczywać. Wygnany i wiecznie niedopieszczona. Mogę godzinami patrzeć na płynącą wodę. Nawet z kranu, pod strumień wkładając stopy. Bo Wodnik? Prawie Ryba. Ona znała tylko płodową. Nie poznała oddechu. Jej nie było dane. Choć modlitwą wtedy wydymałem Matkę Boską. W każdą dziurkę. Prawie się zesrałem z tego błagania o życie.

Ta Gambia to jest niezwykła. Grzeczna i trochę przypomina mi Polskę. Tamtą. Nie tą, za którą ciężko mi oddać nawet naskórek. Za ludzi nie oddam nic. Polskę, gdy byłem Polakiem. Nie kimś, kim nawet nigdy nie byłem. Białym. To nagrałem na telefonie. Reszta to bełkot. Lekki wstyd.

Charlie dał mi kawałek tutejszego chleba. Podpłomyk, najbliżej do smaku, który znam. Nie będzie Safari. Powiedziałem nie. Śpię w samochodzie. Oddam za hotel na jego szkołę. Jest kurwa naprawdę gorącą. Samochód max klimatyzacja. Ja się pocę, jak kurwiszcze w konfesjonale. Bandżul. Parę godzin i powrót. Musiałem przejechać kawał drogi. Zobaczyć katedrę, gdzie JP II zechciał się pojawić. Nie katedra, ledwie kościół. Polak? Aż im się pokazały idealne zęby. Jezu. To nie chyba tak miło być? Pamiętam Singapur i wilgoć. Tutaj jest upał suchy, od kilku, podobno, dni, wali z serca Afryki. Miało znad oceanu. To mały, naprawdę mały kraj. Ale zioło mają dobre. Na pewno nie zabraniał tego ich Allach. Nie zabrania mój Bóg. Palimy. Pytają czy przekłuwanie twarzy boli? Mnie boli serce. Z miłości. Miałem tu nie być sam. Boli. Tylko na czas kłucia. Potem zanika. Mam internet w telefonie. Słuchamy, co tylko chcemy. Przyszły kobiety. Nie. Wasz kolor? Znam. Posmakowałem. Chcesz? Ile masz lat? 15. Oj. Jestem duchowo zamężny.

Gdzie mnie znowu wyniosło? Tylko powiedziałem, że znam kogoś, kto tutaj mieszkał. Nieprawda, bo znam z opowieści, znam tylko kogoś, kto tu był. I może jeszcze będzie. I Belgia wysłała mnie na przeszpiegi. Też nieprawda, to był wybieg. Przyleciałem zobaczyć, czy interes kwitnie. Dla szkół, które będą jak oxfordy afrykańskich pustyń. Nie belgijskie firmy, przyjaźniejsze niż chińskie. Niemniej jednak, tylko dla profitu. Nie to czego ja chcę i chcą radni starszych. I mają rację. Tylko nie zdają sobie sprawy biedacy, że wszystko się zmieni. To już nie będą ich następne pokolenia. Chcą wiedzy. Madrości i przyszłości. Ja się martwię. To nie jest rozwinięta kultura. Japonia i inny shit. Rozjebią ich i rozrolują. Potem będą szukać tożsamości. W Islamie tego nie znajdą. Na emigracji nawet się nie poznają.

Ja w tym? Odpokutuję nawet drobne przewinienia. Katolicko i muzłumańsko. Z różańcami ich i moim. Nade wszystko, wali mnie jak. Kogo to kurwa naprawdę obchodzi? Jak ważne. Ważniejsze dla kogo. Dla tych dzieci tutaj? O tak!

Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Kategorie
Religia Toksyczny Uczucia

Nie Abraham

Znowu sam, na placu boju. Z imiennikiem. Mężczyźni jak lalki. Cudowni. Nie czułem tego od lat. Dobrzy. Nic z niedzieli. Panie Kochanku. Walenie wódy od rana. Tęsknią. Ja z nimi. Oni cieplutko, ja mroźnie. Upiekę im chleby, zakwas się już robi. Za dwa tygodnie. Pojedzą. Potrafię piec.

Powiedziałem im o Tobie. Popłakali się. Najczulej. Wiał gorący wiatr. Czułem od okna. Ja w sobie, wiejący. Tym zimnym żarem. Tylko męskie towarzystwo, dobrze mi robi. Zupełny brak krytyki. Rób co chcesz, rób jak chcesz. Tylko ty jesteś odpowiedzialny. Stojąc o dziewiątej rano, w kręgu nad stołem, z kieliszkiem w ręku, chciałem im wpaść w ramiona, dziękować. Za szczerość. Czemuś to wszystko zrobił? Zapytał kolega, o piastowskim imieniu. Bo się przestraszyłem. Bo mnie dotknęła, jak nigdy nikt. I była, jakiej bałem się spotkać. Prosta. Nie krzywa. Nie idealna, ale w twarz. Za krótko to było, abym mógł ją poznać. Poznaję zza wykopanego szańca. Którego miejsce sam wskazałem. I wykonałem go jej poczuciem, tak jak chciałem. Siłą bezradności.

Mój niezaprzeczalny Bóg. Pokłóciłem się o Niego. Że Bóg to nie jest człowiek, nie jest ojcem, tylko Ojcem jest. Jebie mnie studiowanie filozofii. Mrowiska wizji i urojeń, ustawionych na banalnych rozstajach, rozwleczonych w czas i treść. Tych powtórzeń, wędzideł i steku poszukiwawczych, pretensjonalnych, często bzdur. Logicznie Boga nie ma. Logika to nie jedyne wyzwanie. Pokażcie mi człowieka, który nie modlił się choć raz. To nie ja mam się z Boga śmiać, tylko ci, którym z Bogiem niezręcznie. Bóg to idea, nie jej treść. Można to łatwo zrozumieć. Ja kaznodzieją nie jestem. Wierzysz to wierz i nie przeszkadzaj nikomu. I dobrze mi z tym. To nie są żarty. Goreję, jak krzak. Kurwa. Ja zakochany. Pierdolę. Niezmiennie. Ze mnie nic, dla Tej wszystko. Anim to sobie ja wymyślił. Nie On nawet. Nad Nim też jest inny On lub Ona. Nie Abraham i jego nóż. Dzieci nie oddam. Nie są tylko moje. O naszych Luba, też napisał bym to samo. Nie oddam. A oddałem. Dla Ciebie. Idei. I egoistycznej wiary. W Nas. W Ciebie. I siebie.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Krzyż

Wkurwia mnie to pisanie. Wolałbym mówić. A nie mam do kogo. Mowa wymaga przestanku. Na zebranie słów. Ze sobą mogę prowadzić potyczki, pisząc poprawiam, a w nich są one, nie ja. Zazdroszczę wam czasu. Te tyrady na cale, na strony, na metry. Lata nade mną mucha. Musi byś duża, słyszę jej skrzydła.

Wracając. Wóda, coś popić. Zapalić, coś. Co to obchodzi? Pisanie, wyrwane z ostatnich ruchów na klawiaturze, palców zniszczonych, jak jasny chuj. Przespałem i przepisałem całą sobotę. Wiersze, książki, sen i ból. Zobaczyłem ją znowu. Elektronicznie. Chcę pić, zapić się. Nie pić, w trzeźwości być. W odwrocie będąc. Ona będzie mną. Już jest. Ma więcej odwagi, nie takiej jak moja.

Trzymam w ręce różaniec. Zginął z niego bóg. Wypadł, gdy srałem. Noszę go na szyi, postronkowym zwyczajem. Spadł mi Jezus pomiędzy kolanami, w gówniany, porcelanowy dół. Nie zawalił się dach. Nie zawył kamieniem, lawiną świat. Chce mi się pieprzyć. Przerznąć kogoś, na pół. Współ. Jęcząco. Jest niedaleko Margo, czekająca. Do niej nie pójdę. Ona chce miłości, ja już ją mam. Zbyt jest piękna. Chcę się wyżyć, jak zawsze, jak dotąd. Zapomnieć. Wstać i iść. Nie chcę uczuć.

Nieprawda. W zwoju dni i nocy, gdy pamiątkami eksploduje mi mózg, wymuszam w sobie, ją. Jej nie będzie, a mnie już nie ma. Został tylko wieszak, komórek i odradzających się, cielesnych mar. Jak mogłem tak się zakochać? Lęk, upór, wstyd? Aż tak? Tak. Dokładnie. Nie umrę młodo. Losem nieznanym, będę starym. U nas tak już jest. Żyjemy za długo. Tylko ja skracam ten czas.

Dziesięć lat się wzdragałem. Od Calalis do Słubic i dalej na północ i wschód. A nagle, w przysiadającym się amoku, poznałem Raj. Nieznany. Ciebie. Której nawet dobrze nie pocałowałem. W krzyż.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Sardanapal

Chyba się poddaję. Na chwilę. Mam już trochę dosyć. Od miesiąca dojeżdżam do pracy, po 120 kilometrów, od trzech dni sam, do miasta, którego nawet nie widziałem. Rzęchem, którego biegi kończą się na czwórce. Jadę tak dziewięćdziesiątką. Pomiędzy Tirami. 3500 obrotów silnika. Diesel pije po 10 litrów paliwa na setkę. Nie działają migacze. Przyłapałem się, że się zapętliłem, na wierzę w Boga ojca naszego, jedząc jabłko, niedojedzone kanapki ze śniadania i paląc papierosa. Słyszałem to, wierzę w Boga, jak jazgot jakiś mechaniczny, piłujący mi głowę. Nie wiem kiedy zacząłem się tak modlić? Coś musiało się stać i nawet na to nie zwróciłem uwagi.

Jestem zły. Na wszystko i wszystkich i na siebie. Znowu wstawiłem zdjęcie miłości, o której mam zapomnieć, na telefon. Musiałem zrobić to w nocy. Nie pamiętam. Śpię po trzy godziny na dobę. Wciskam guzik z boku, potrzebuję nawigacji i znowu, kurwa mać. Ona. Jak się maluje. Wczoraj jej nie było. Był Sardanapal. Przed południem dzwoni do mnie jakiś ktoś, nie przedstawia się. Pyta o nią? Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem jej od stycznia! Zaczynam pokrzykiwać. Przecież nikt jej nazwiska, nawet imienia, ze mną nie kojarzy. Co to jest? Inwigilacja, kurwa? Pełno jej w internetach, ale nie ze mną! Stary słyszę, to ja. Nie poznajesz? Jaki ja? Stoję jak kompletny matoł, na drabinie, w tych brudnych łachach, niebieskim kasku, ze śrubokrętem w garści i próbuję złapać myśli. Nie wiem… Przecież prosiłeś mnie o przysługę, wszystko zorganizowałem. Chcą jej się przyjrzeć. No tak. Wiem kto. Nie, za późno. Poradzi sobie beze mnie. Ale co się stało? No spierdoliłem. Narobiło się. Chcesz, to poczytaj bloga. Tylko nie mów nikomu, że to ja. Skończyłeś książkę? Nie, ale piszę nocami. Wyjechałem. Udaję elektryka. Pojebało cię? Już dawno. Na razie, kończę o siedemnastej. Oddzwania jak zasiadam w rzęchu, punkt kurwa, siedemnasta. Przeczytał. No to odpierdoliłeś bombę. Ty się zakochałeś! Normalnie. Jak facet! Nie dzieciak, albo zjeb. Musisz jej o tym powiedzieć. Musisz się z nią spotkać. Nie da rady. To ja jej powiem. Ani się waż. Przysięgaj. Przysiągł. Jutro wstanę o czwartej. Niech to zdjęcie zostanie. Jest mi to obojetne. Jestem już tym zmęczony.

Kategorie
Polityka Religia Życie

Moje Sarajewo

1995 rok. Okropny. Prawie zima. Pojechałem z Czerwonym Krzyżem do Sarajewa. To był już drugi raz. W Bośni co kilka kilometrów kontrole, samozwańczych armii, umundurowanych band. Długi konwój stawał się coraz krótszy. Serbowie zabierali co chcieli, po trochę, celując do mnie z radzieckich karabinów. Mieli w oczach pijaną odwagę, śmierdzieli brudem i niestrawionym bimbrem, pociąganym z butelek, wystających im z kieszeni płaszczy. Wysocy i przystojni, chwiejący się. Upierdoleni mordercy. W pobliżu jeździły niebieskie pojazdy, opancerzone, z legionistami, z Francji. Ktoś się uśmiechnął, ktoś kiwnął głową. Nie wiedziałem kogo bardziej się bać.

Na ostatniej rogatce zabrali mi paszport. Zamienili na papier z pieczątką. Nigdy go nie odzyskałem. Stałem się zakładnikiem oblężonego miasta. Wróciłem gdy kończyła się wojna. Prawie wariat. Pobity i siny, bez zębów, ale cały, w bagażniku samochodu niedoszłej żony, z immunitetem dyplomatycznym i górą forsy, przez Mediolan i Rzym, do Polski, na Podgórze, nie na tarczy, ale z nią. Przez trzy miesiące zaliczyłem Reutera, Timesa, szpitale, obóz i front. Nauczyli mnie tam, czego nie chciałem. Strzelać i chlać, w zapomnieniu się rżnąć. Z trupem, kolejnego już dnia.

Napatrzyłem się na zło. Tam nie było niewinnych. Nie było co jeść, było co pić, ale nie wodę. Ludzie jakby w transie. Żyć, przeżyć, doczekać. Nie obchodziło to już nikogo. W wieczornym dzienniku jakiś news. Sarajewo zmęczyło Europę. Snajperzy polujący na starców przy studniach, traktory ciągnące przyczepy pełne uchodźców, gwałty, nawet na rozkaz, zabawa w strzelanie ze wzgórz, do autokarów pełnych kobiet i dzieci, ranni, zabici, zmarli, bo leków był zupełny już brak.

Nigdy tam nie pojadę. Stałem raz przy granicy ze Słowenią, w Austrii. W krainie, skąd wieki temu przybyli moi pra i pra, pradziadowie. Styria, mój pra dom. Stałem z cherlawym ex premierem, ex komisarzem ONZ, palacz był, jak ja. Wsiadasz? Nie. Nie mogę. Ten język. Nie pytaj. Wszystko opowiedziałem. Po co mi to?

I tak moje życie toczy się dalej. Modlę się jak katolik, muzułmanin i Pop.

Kategorie
Religia Życie

Zły katolik

Ja, katolik. Coraz mniej to dla mnie znaczy. Jestem chrześcijaninem, znaczy dla mnie więcej. Urodziłem się katolikiem, aby to potwierdzić zostałem ochrzczony, otrzymałem pierwszą komunię, byłem bierzmowany. Jedynie nie miałem katolickiego ślubu, nie chciałem go zawierać, nie byłem pewien uczuć, i swoich, i czyichś, jak się okazywało słusznie. Może przed śmiercią ktoś mnie namaści, na drogę do drewnianej skrzyni, dwa metry pod ziemią, w nieznane, ciemność, w proch. Długi czas przekonywałem się, że jestem członkiem Kościoła. Powszechnego, etycznego, niezmiennie trwającego przy dogmatach dobra, wywiedzionych z pism, natchnionych przez Boga, zapamiętanych słów, wypowiedzianych przez Niego, zapisanych także dla mnie. Spowiadałem się, często nie otrzymywałem rozgrzeszenia. Miałem tego samego spowiednika, starego księdza Jezuitę, spotykaliśmy się na kawie w sali seminarium, zamiast w konfesjonale. Byłem bezradny wobec jego oczekiwań, wiedział o tym. Rozumiałem go, przyznać mu racji zazwyczaj nie mogłem. Miałem swoje. Mam je nadal.

W wieku lat piętnastu odkryłem antyczną filozofię. Pamiętam do dzisiaj lekcję historii, gdy nauczyciel, jedyny który wywarł na mnie wpływ, opowiadał o greckich mitach i religii starożytnych. Słuchałem go z zainteresowaniem, którego nie podzielali moi nowi koledzy i koleżanki. Po powrocie do domu, po raz pierwszy w życiu sięgnąłem po encyklopedię, aby się czegoś dowiedzieć, nie odrobić kolejne zadanie. Nie było wtedy jeszcze internetu. Następnego dnia poszedłem do szkolnej biblioteki. Pożyczyłem kilka książek, przeczytałem, oddałem. Byłem zafascynowany. Znalazłem bibliotekę przy ulicy Rajskiej. Jej czytelnia stała się miejscem, gdzie chodziłem na bardzo częste wagary, może za częste.

Nie zabrało mi zbyt wiele czasu, aby zorientować się, że moja wiara jest mieszanką jej poprzedniczek. Że nie zawiera w sobie niczego, czego nie było wcześniej. Im bliżej czasów współczesnych, wręcz ogranicza. Dobra nowina była może dobra, ale nie nowa. Byłem rozczarowanym młodym katolikiem. Dopiero podróżując zrozumiałem, że moje rozczarowanie było przedwczesne. Bez chrześcijaństwa z przemyconymi (jestem przekonany, że celowo i w pełni świadomie) ideami starożytności, nie potrafiłbym zrozumieć innych narodów. Po upadku Rzymu bylibyśmy tylko Słowianami, Gotami, Frankami, Madziarami, Wandalami, czy Bałtami. Chrześcijaństwo uczyniło z nas Europejczyków. Z Rzymem papieży, jesteśmy nimi do teraz.

Ze wszystkich szkół filozoficznych jedna stała mi się szczególnie bliska. Stoicyzm. Zawierał w sobie wszystko co znałem, ale szedł daleko dalej. Nie był krępujący. Mógł się stać naszym odpowiednikiem buddyzmu. Bez medytacji może, ale z przestrzenią dla głębokiego namysłu. Mógł się stać nawet pomostem łączącym nas z kulturami wschodu. Gdyby nie Stoicyzm, byłbym dzisiaj ateistą. Dzięki niemu mogę wybaczyć Kościołowi czasy jego wojen religijnych, teraz już bezkrwawych, bo nadal trwających. Bez niego nie było by Reformacji, prawdopodobnie Islamu. Nie spodziewam się idealnych duchownych, są równie niedoskonali jak wszyscy. Współczuję jego ofiarom i czekam na zadośćuczynienie. Chodzę do kościoła, uczestniczę w mszy na swój sposób. Uspokaja mnie i pozwala na oddech. Wiem, że dla wielu nie jestem przykładnym katolikiem, bo nie jestem. Pogodziłem się z tym i mimo że mam to w gdzieś, nie tłumaczę już dlaczego.