Kategorie
Bez kategorycznie Rodzina

Wyciszyć potrzebę zemsty

Mam już tylko to, co zajmuje średniej wielkości walizka. Reszta poszła się jebać. Nie mam już czarnego, pogrzebowego garnituru, zawsze modnego, w którym pożegnałem zmarłą córkę, trzymając jej trumienkę, wyglądającą jak pudełko po butach, oklejoną tanią koronką, z pineskami w czterech kontach karteczki z jej imieniem i błędną datą urodzeniowej śmierci. Brytyjczycy byli równie bez serca, jak Ta, którą opuściłem. Przeszkadzało jej kilka worków z pamiątkami, wykradzionymi tajemnicami i wzorzystymi gaciami, zakładanymi na zimę, zalegającymi w podsypialnianym garażu. Był remont w domu, któremu nic nie brakowało. Była chęć pokazania, że posiadając, można z braku potrzeby, wynaleźć konieczność zmiany. Na żadną. I chuj. Nie wypiłem wystarczającej dawki i nie miałem kilofa, którym rozpierdoliłbym z chęcią kafelki, zawisły kibel, pralki i niepotrzebne sprzęty, upewniając się wcześniej, że żyjąca córka, nie zobaczy mnie w szale wyrównywania szali wagi, której języczek przechyla się na stronę sprawiedliwości. Moją. Nie mylę się. Za cenę tego, co nie było potrzebne i nie musiało być już nie upokarzające, bo nie jest, można by pomóc, skutecznie, takim co nie mają nic. Zapytałem dlaczego? Nie umawialiśmy się, taką otrzymałem odpowiedź. Taką samą, gdy zapytałem, dlaczego córka ma być pochowana w kartonie, zamiast drewnie. Mam za wysokie wymagania. Wobec siebie. Wobec innych za wysokie oczekiwania. Nie pytam i nie upewniam się, w pewności, że znając siebie, niczego podobnego bym nie uczynił. Na nic byłyby moje słowa. Przełknąłem w ciszy pigułkę goryczy, bardziej gorzką, niż mogłem się spodziewać. W nie poddawaniu się, nie ma miejsca na stratę. Widocznie nic z tego, co straciłem nie było warte zachowania. Zrobiło się miejsce na nowe, warte posiadania. Nie muszę przybierać oblicza karmy, stać się Biczem Bożym. Mogę mieć to w dupie. Spokojnie nie rozumieć i wyciszyć potrzebę zemsty, której serdecznie nie potrzebuję.

Nie spędziłem Wigilii samotnie. Dotrzymał mi towarzystwa inny samotny. Równie poplątany jak ja, Kubańczyk. Zamiast barszczy piliśmy rum, zamiast jarskości było mięsnie. Przewrotnie. Nie jadam na co dzień mięsa, jadłem go w dzień, gdy katolik go unika. Nie było wyboru. W jedynym jeszcze otwartym sklepie w Krakowie, nikt nie przewidział, że pojawimy się my, chcący czegoś, co powinniśmy już mieć w nadmiarze, przekraczającym poziom sytości. Nie wiedzieliśmy, że ktoś, z dalekiej Nigerii pozostał sam, w domu należącym do Hindusa, którego żona już go nie chce, ale stwarza pozory rodzinne. Nigeryjczyk miał najmniej z nas szczęścia. Jego żona nie stwarza niczego. Chce być utrzymywana, nie otrzymywać. Gdyby świat był sprawiedliwy, Wigilia była by nasza. Czterech mężczyzn, z czterech kontynentów, usiadło by do stołu, z dziećmi, które po wypróbowaniu tego, co tylko najlepsze, przygotowane przez ojców, poznały by, że nie ma ras i jesteśmy nie podobni, tacy sami. Świat jest sprawiedliwy. Tak jeszcze się stanie. Będzie taka Wigilia. Nasza. Wspólna.

Kategorie
Rodzina Uczucia Życie

Córka

Malutka. Skarbie. Proszę, nie miej żalu. Taty nie ma tylko na chwilę. Taty nie będzie, już takim jak dotąd był. Jest inny. Gdyby nie ty, gdyby nie dla ciebie, pozostał by w szarości samego siebie. Dla ciebie się zmienia, innym się staje. Dzień w dzień.

Kiedyś kochana, gdy wyrosną ci piersi, zaokrąglą się biodra, przyspieszy czas, gdy zauroczy cię świat, będziesz wiedziała. Poznasz dlaczego. Kto jest jakim i kto kim. Będziemy się bawić słowami, myślą nieznaną, ideą poznaną, jak lalką, toczącą się piłką i snem. Oby.

Zasypiam często myśląc o tobie. Prawie każdego dnia. Dla ciebie się modlę, choć żałuję, że brak mi wiary. Nie wykrzesam ognia z płaczącego nieba. Nie zamienię chmur w błękit i niczego w byt. Będziesz się męczyła, jak ja. Kaskadą nocy i dni, przeplatanych. Dziecko. Jesteśmy podobni i jest mi cię żal. Miałaś być zwykła. Nie jesteś.

Oni tego nie zrozumieją. Dla nas były perły i złota blask. A pozostanie nic. Ja tego nie zmienię. Nie odmienię na coś niczego i większą nawet nadzieję i pustkowia w mit. Byliśmy więksi, jesteśmy ot. Pomarli. Musiało tak być. Nie dziwię się nawet. Krew za krew. Ale nie na sprzedaż. Chyba że chcesz. Nie dzisiejsza. Kiedyś. Rozgrzeszam za wczas.

Przejmuję się za często. Nikt od nas nie wymaga udręki. Nie ma już powstań i wojen. Jest obojętne coś. Już z nas się śmieją. I kowal i chłop. A jesteśmy. Do nas już nic nie należy. Wszystko jest ich. Niech będzie i tak. Roztropnie wżeń się najdroższa, lub potęguj swój spryt. W mamonę i chamski blichtr. Będzie ci lepiej. Mnie mniej. Wtedy mnie już nie będzie.

Upadając z marzeń, jak Ikar w locie, tuż przed ziemią, gdy czułem lęk i strach, dodałem sobie ból. Ja, mój skowronku, nie umiem inaczej. Nie oddam. Nie chcę i już. Sprawiedliwi nie siedzą po prawicy. Zepchnięto mnie mała, poza skraj. W dół.

Mylą się. Nas nie da się zepchnąć. My będziemy być. Bez nas nie będzie nas, nie będzie ich.

Kategorie
Rodzina Toksyczny

Wina

Nic w przyrodzie nie ginie. Zbrodnia i przewina wymaga kary, nawet ta stara i wybaczona, nie ukarana na czas. Wisi jak musze truchło, na zakurzonej pajęczynie, aż przeciąg pobudzi ją do życia. Wtedy spada znienacka, oplatuje twarz, wpada za kołnierz, wywołując obrzydzenie. Dawno zapomniana martwota, dotyka żyjącego ciała, dręczy dreszczem. Wspomnieniem winy, ożywa, jakby nie umarła, ale zawsze tam wiernie czekała. Fajne, nie? Poetyckie. Można by tak się rozpisać, rozpędzić i pierdolić bez końca. Dla wielu było by to nawet p r z e p i ę k n e. Nie o to jednak chodzi, aby zawsze było w końcu pięknie, bo tak naprawdę nie jest. Tylko się oszukujemy, że jeżeli znajdziemy dystans i słowa, którymi złagodzimy ból i świadomość bycia zwykłym egoistą, to się nam uda ukoić, to nasze poczucie winy. Nic z tego. Nic tego nie zmienia. Kolejne role, partnerzy, prace i zajęcia, dobre uczynki. Terapie, na które musimy się udać, tylko po to by sobie udowodnić, że zawsze byliśmy po dobrej stronie barykady życia, a te odrobiny zła, zebrane, zamieniające się w lawinę, to nie my, to wypadkowa zdarzeń, na które nie mieliśmy przecież wpływu. Możemy się spowiadać, znosić porażki, doszukując się w nich pokuty, medytować, szukając spokoju i zadośćuczynienia własnej nikczemności. Możemy pić, unosząc się na fali samozadowolenia i chwilowego stanu osiągnięcia pewności, że my dobrzy, że my mądrzy, że to my jesteśmy oświeceni. Możemy zapalić coś, zażyć coś, nawet zażywać latami. Możemy się samookaleczać, biczować i zadawać sobie kary. I nic. Prędzej czy później i tak nas dopadną wątpliwości, że szukamy sposobu wytłumaczenia się, zamiast przyznania się do błędu. Poczujemy się dokładnie jak powinniśmy. Zwykłymi gnojami.

Spotkałem się z moją byłą żoną. Pierwszą, której jak kolejnej obiecałem, że będzie pięknie, że przetrwamy wszystkie przeciwności, że nic nam nie da rady. Kiedy ją tak przekonywałem, święcie w to wierzyłem, byłem dzieckiem, miałem 18 lat i począłem mojego pierwszego syna. Z przekonywań pozostało jedynie uwikłanie, dojrzałej już kobiety, nie dziewczyny już, w moją rodzinę, gdzie wszyscy są niewinni, bywają tylko czasami egocentryczni i trudni. To nie jest prawda, moja rodzina nie jest trudna, jest wampiryczna, z każdego wysysa siły, swoich i obcych, aby i z nich uczynić naszych, poszerzając krąg potencjalnych ofiar. Nie rozwija się, nie pozwala się rozwijać i zabiera i czas i życie. Za każdą pomoc każe słono płacić. Poczuciem winy, nieoczywistym i podstępnym przymusem przywiązania, wyrafinowanie delikatnym mitem niby rozsądku, z którego nigdy nic nie wynika, poza niewolą. Moja była żona została oszukana, przeze mnie, nadal jest wykorzystywana przez moich bliskich. Patrzyłem jak odjeżdża samochodem, przerywając gwałtownie naszą rozmowę, wściekła że się z tym nie zgadzam, że nie wolno jej więcej tracić nawet godziny. Rozwiedliśmy się dawno temu, a moja rodzina nadal trzyma ją w szachu poczuciem odpowiedzialności. Chciałem za nią biec i krzyczeć, zostaw to, to nie jest i nigdy nie było twoim obowiązkiem, aby się odwdzięczać, to my powinniśmy zrobić coś dla ciebie! Zniknęła za rogiem.

Nie wiem jak mogę jej zadośćuczynić. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to ją niszczy i powinna zająć się wreszcie sobą, że już wystarczy, ma prawo pozwolić na życie, dla siebie i tylko tym co jest dla niej ważne. Ale to jest jak narkotyk, uzależnienie, które tak nas zmieniło przez lata, że bez niego świat i przeszłość traci sens.

Proszę cię, zostaw nas, ich. Ja się z tego wyrwałem ledwie i wiem jakie to trudne. Odebrałem sobie dotyk każdego, kto mógł mnie kochać równie mocno jak ja mogłem ciebie, z wzajemnością, byle by nie wikłać, nie uzależniać, nie ranić. Masz jeszcze całe życie przed sobą. Leć. Ja też lecę, uczę się latać. Da się, tylko powiedz wreszcie dosyć.

Kategorie
Rodzina Uczucia

Po prostu matka

Dzień przed moimi ostatnimi urodzinami zadzwoniła do mnie matka. Nie rozmawiamy ze sobą od lat, poza krótkimi okresami, kończącymi się kłótnią. Odebrałem połączenie, bo był to numer babciny. Usłyszałem głos matki, zdziwiłem się, że jest w Polsce, mieszka na innym kontynencie. Nie był to telefon urodzinowy. Dotarła do mnie wściekłość, sapanie i przekaz. Trzymaj się z dala od mojej rodziny. Tylko tyle. Nie wiem o jakiej rodzinie mówiła. Chyba nie o matkach moich dzieci, które nie nie lubią jej prawie równie mocno jak ja? Nie o moich dzieciach, z którymi rozmawia tak rzadko, że nie wiedzą nawet kto mówi, z pretensjami, że się o niej nie pamięta. Nie o ciotkach i wujkach, z którymi widuję się od święta. Mogła mówić tylko o swojej matce, z pewnością nie o kolejnym, tym razem wyjątkowo narzucającym się mężu. Nikt bliższy już nie pozostał. Stałem wtedy na przystanku, czekałem na tramwaj. Zacząłem się pocić, musiałem słabo wyglądać, jakiś starszy pan zapytał czy dobrze się czuję. Nic mi nie jest, zaraz mi przejdzie. Ale nie przechodziło, narastał we mnie gniew, ogarniał mnie z taką siłą, że ledwie mogłem oddychać. Minęło kilka godzin zanim się uspokoiłem. Myślałem, że się uodporniłem, okazało się, że wciąż nie.

Kim jest moja matka? Nie wiem. Wyjechała z Polski trzydzieści lat temu. Pomagać, czego nigdy nie zrobiła. Kiedy miałem pięć lat zamieszkałem z dziadkami, widywałem matkę czasami raz w tygodniu, czyli częściej niż ojca, z nim spotykałem się co miesiąc. Dziadkowie stali się moimi rodzicami. Kochali mnie miłością zupełnie bezgraniczną, chociaż nie zawsze byłem uosobieniem anioła. Nie jestem nim do dzisiaj. Raz tylko mieszkałem z matką, niecały rok, nie wspominam go dobrze. Kim ja jestem dla matki? Także nie wiem. Ona twierdzi, że mnie zna. Nie jest to możliwe, skoro tak niewiele spędziliśmy ze sobą czasu. Jesteśmy sobie prawie obcy.

Nie patrzę już na matkę z perspektywy dziecka. Nie boję się jej. Pamiętam jednak prawie cotygodniowe lania, albo szarpania, gdy czekała aż zostaniemy sami, musiałem być nagi. Jako nastolatek, dostawałem już tylko w twarz, do dnia, gdy połamała sobie palce na mojej ręce, którą się zasłoniłem. A wszystko to działo się w domu, któremu patologii nikt by nie zarzucił. Nikomu o tym nie mówiłem. Nie mogłem. Teraz muszę, jako ostrzeżenie. Może ktoś, czytając co piszę, odważy się przerwać milczenie.

Moja matka jest nieszczęśliwym człowiekiem. Manipulantką, która tak się pogubiła, że zapomina, że można ją przejrzeć, że nie otaczają jej głupcy. Gdy dorosłem zacząłem rozmawiać z jej przyjaciółmi, których odrzuciła, bo byli wobec niej szczerzy, ojcem, z którym zerwała kontakt, podobno jedynym mężczyźnie którego kochała. Wyłaniający się obraz przytłaczał, tym mocniej, że wydawała się zupełnie inna. Wieczna pogoń za miłością, uznaniem, ciągłe kłamstwa, zdrady, chorobliwa ambicja i zazdrość, o młodszą siostrę, o mnie, o facetów z którymi się spotykała, jawnie lub w tajemnicy. Dowiedziałem się o rodzeństwie, którego nie miałem, ale ono jednak krąży w moich żyłach. Przypadkowo odnalazłem pisma rozwodowe, które zawierały nie fakty, ale rzucane kalumnie. Kiedy urodziły się moje dzieci, mój stosunek do matki stał się jeszcze chłodniejszy. Nigdy nie mógłbym ich bić, poniżać, ani wywoływać poczucia winy. Wreszcie niedawno, zdecydowałem się na psychoterapię. Szybką, nie dałbym się dręczyć miesiącami. Późno, gdybym zrobił to wcześniej, zaoszczędziłbym sobie i bliskim mi ludziom wielu przykrości i rozczarowań. Dzisiaj nawet nie oczekuję od matki przeprosin, nie potrzebuję od niej niczego i choć nie jest to przyjemne, tak jest najlepiej. Jeżeli kiedyś z nią jeszcze porozmawiam, zapytam tylko o coś błahego, co nic nie znaczy. Mam wciąż matkę, ale jakbym nigdy jej nie miał. To już nie ważne. Mam to w dupie.

Kategorie
Rodzina Życie

Aktor

Nie umiałem nim zostać i do dzisiaj trochę tego żałuję. Mając dziewiętnaście lat zdałem egzamin do szkoły teatralnej. Prawie, bo nie pojawiłem się na jego trzeciej części, pisemnej. Chcąc być absolutnie szczery, to musiałem o to poprosić. Etapy praktyczne przeszedłem nadspodziewanie dobrze. Pierwszy wręcz mnie uskrzydlił. Opijałem już studia ze znajomymi w aktorskim akademiku, dla których było oczywiste, że spotkamy się jesienią w szkole. Przed drugim pojawiły się wątpliwości. Miałem już żonę, którą poślubiłem zresztą przed maturą, ku zgrozie nauczycieli. Była w ciąży, jeszcze bardziej zagubiona niż ja, chciałem jej pomóc. Znałem zaborczość mojej rodziny i brak akceptacji jej, dla nas jako małżeństwa. Wiedziałem, że przez następne cztery lata będę rzadkim gościem w domu, potem nie będzie inaczej, a chciałem być ojcem mojego dziecka na co dzień. Bez przekonania stanąłem przed tłumną komisją. Pokazałem zęby, sprawdzali zgryz, pazur talentu już mniej. Jednak znalazłem się w liczbie czternastu, czy szesnastu, dla których było miejsce na wydziale.

Popełniłem błąd, szybko do tego doszedłem. Rok później chciałem to naprawić. Niestety, tym razem usłyszałem, że miałem miejsce rok wcześniej, w tym nie zrobiłem postępów i pa. Pojechałem jeszcze do Warszawy, tam Krakusów nie lubią, efekt był do przewidzenia i zdałem egzamin do szkoły prywatnej, ale to nie było PWST, tylko namiastka (akurat okazała się niezła, znowu się pomyliłem). Musiałem się zmierzyć z zawodem, który sprawiłem zaprzyjaźnionej aktorce, która mnie przygotowywała do egzaminu. Jej pytanie, coś ty zrobił, jak to się nie dostałeś, słyszę jak wyrzut sumienia. Jednak zadowolenie kilku osób było mało przyjemne, w tym ojca, który z jakimś sadyzmem powtarzał, że i tak się nie nadawałem, czas zająć się czymś innym, bo i tak już przejebałem życie. Musiało minąć ładnych kilka lat abym zdał sobie sprawę z własnego talentu. Poparty pracą, której smak już znałem, mógł ze mnie zrobić artystę. Pewnie byłbym unikalny. Jeżeli przeczyta to aktor i poczuje się urażony, to nie mogę przeprosić. Większość aktorów to ukryci debile. Słuchanie wywodów niektórych z nich wywołuje u mnie niesmak. Może nie wiedzą, że poza zdolnością do odczuwania i wczucia się w rolę (także, gdy zabiera się głos publicznie, na tak zwane ważne tematy), trzeba by ją zrozumieć, warsztat to za mało.

Kocham teatr. Mieszkając przez długi czas w Londynie wydałem majątek na bilety. Oglądałem na scenach aktorów ogromnych w swoim zawodzie. Jeżeli gdziekolwiek, to tam przeżywałem katharsis. Wbijali w fotel. Podobnie jak scenografia, muzyka, nawet zapach. Angielskie teatry nie pachną kurzem i perfumami starszych pań, jak nasze (mam skojarzenia z zapachem kościołów), ale jak drogie limuzyny, do których wsiadasz i wiesz, że to będzie jazda, nie wleczenie się po ulicach. Bywam zażenowany, prawie nigdy się nie wstydzę, ale serce mocno mi biło, gdy mogłem z tymi potęgami rozmawiać. Życie ciągle stawia mi na drodze artystów. Moja druga żona była tancerką, jedna z byłych dziewczyn jest świetną dziennikarką i dzięki niej poznałem ludzi, o których mógłbym tylko poczytać w jej gazetach. Gdybym napisał kogo, pewnie nikt by nie uwierzył. Zakochuję się w artystkach, przypadkowo dosiadam się do artystów, nawet w samolotach. Dobrze się rozumiemy, może dlatego, że sam jestem niedoszłym, ale jakoś jestem. Nie mam już do siebie pretensji, że kiedyś rozminąłem się z powołaniem. Czasem, może, coś sentymentalnie mnie chwyci i przez chwilę wyobrażam sobie, co by było, jak by to jednak było.

Kategorie
Rodzina Życie

Poezja nie gryzie

Miały być matury. Nie ma, bo jest wirus. Wczoraj syn znajomych, maturzysta, zapytał mnie czy czytałem Dziady Mickiewicza i czy też uważam że są beznadziejne? Zamarłem. Nic mi nie opadło, ale przez długą chwilę milczałem. W końcu odpowiedziałem że tak i III część czytałem pewnie ze dwadzieścia razy, II niewiele mniej. Uważam je za jedno z najważniejszych dzieł literatury europejskiej. Popatrzył na mnie jakbym był w kaftanie. Jego ojciec, mój dobry kolega, szybko podpowiedział, że to pewnie dlatego, że w liceum bawiłem się w aktorstwo i mimo pozorów zawsze byłem romantyczny. Wtedy ja popatrzyłem na niego, jak jego syn na mnie i milczeliśmy tak we troje, stojąc na Rynku, sto metrów (dosłownie) od Adasia. W końcu zamaskowani zaczęliśmy rozmowę o niczym. O pandemii, o wyborach, o pierdołach. Normalnie pogadamy jak nam otworzą Klub Kulturalny, nie przy dzieciach, w każdym razie swoich. Wtedy go zapytam o ten mój romantyzm, bo lekko mnie tym wkurwił.

Chłopakowi, może raczej młodemu mężczyźnie, bo przerósł już swojego ojca i mnie o głowę, wyhodował też prawdziwą brodę, której mu odrobinę zazdroszczę, jednak Dziady nie dawały spokoju. Mieliśmy się już pożegnać, gdy wypalił: nie rozumiem ile razy można czytać jedną książkę i to do tego nudną poezję? Nie mogłem mu przecież robić wykładu, nie jestem polonistą, więc popytałem: przeczytałeś te Dziady? Nie! Dlaczego? Tylko fragmenty były obowiązkowe. OK. Byłeś kiedyś zakochany? Tak. Miałeś złamane serce? Tak. Chciałeś kiedyś czegoś tak bardzo, że to było ważniejsze od ciebie? Tak, ale popatrzył najpierw na kumpla. Ciekawe czego on tak chciał? Nienawidziłeś kogoś? Tak. Masz przyjaciół? Tak. Biłeś się kiedyś? Tak. Zrobiłeś komuś coś naprawdę przykrego? Tak. Przeprosiłeś? Tak. Dostałeś kiedyś w skórę od rodziców? Tak, chrząknięcie i ucieczka wzrokiem. Ale jak by im się coś stało, to byś im pomógł? Tak. Pogodziłeś się z kimś? Tak. Myślisz, że się zmieniłeś przez ostatnie parę lat? Tak. Taka metamorfoza? Tak. Wierzysz w coś? Tak. Oglądałeś horrory? Tak. Bywasz ponury? Tak. Bawi cię czarny humor? Tak. Słuchasz muzyki (głupie pytanie, słuchamy tej samej ku zgrozie ojca, który jest skrzypkiem, sam jestem temu winny, kupowałem mu płyty)? No pewnie. Piosenki mają rymy? Tak. Słuchasz niektórych kawałków przez kilka dni w kółko? Tak. No to masz Dziady, znajdziesz w nich to wszystko, ale będzie opisane lepiej niż sam to wyrazisz. Jak się wczytasz to poczujesz. Jak nie, to albo masz większy talent, albo to zostaw. Nie zmuszaj się. Szkoła i tak się zaraz kończy. Nie wszystko musi ci się podobać, tak jak innym nie musi się podobać to co tobie, warto wiedzieć dlaczego. Byli tacy co palili książki, poezję też, zakończyłem. Kolega do mnie mrugnął, chłopak zaczął się zastanawiać i się rozeszliśmy. Popatrzyłem jeszcze za nimi. Znam ich prawie całe życie, są jak rodzina. Jakoś mi się dziwnie na sercu zrobiło. Może młody jednak kiedyś przeczyta? A jak nie, to nie.

Kategorie
Rodzina Życie

Starość

Przyglądam się jej. Ma ponad 90 lat. Jest moją babcią. Zastępowała mi, obecną na peryferiach dzieciństwa matkę, zapracowaną, zajętą własnymi sprawami. Odkąd pamiętam była siwa, całkiem albo odrostami. Marszczyła się coraz bardziej z dekady na dekadę. Zmniejszała się, aż stała się skórą i gnatem, lżejszym wydaniem siebie, tej gdy biegaliśmy po Rabczańskich ścieżkach zdrowia, godzinami graliśmy w karty, prowadziliśmy rozmowy o sprawach najważniejszych z ważnych. Dzisiaj jest biało-żółta, krucha, dotąd zawsze mocna, przykuła się do łóżka, oczekuje opieki. Nie jest już doświadczoną lisicą z zaczepnym błyskiem w oku. Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny, wiek ją zabiera dzień po dniu. Poznałem jej tajemnice, nawet te bezwstydne, opowiedziane z naiwnością młodej dziewczyny, wiem kogo pragnęła, kogo nie lubi, przed kim udaje. I ona zna mnie najlepiej, nigdy przed nią niczego nie ukrywałem. Zazdrościmy sobie nawzajem. Ona mojej nieodpowiedzialności i przygód, ja jej zdolności przewidywania, perspektywy i zaskórniaków. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Kochamy się, jak tylko może dwoje ludzi. Jedynie ona mogła mi powiedzieć, kiedy jej wyznałem, że pokochałem, znalazłem i straciłem przyjaciela, takiego jak ona, że to czas najwyższy, nauczę się wreszcie pokory i zdam się na kogoś, bo bez niej zawsze będę samotny i mam nie dbać o to, co pomyślą ludzie i mieć nadzieję, bo przecież nie jestem taki zły, jak mnie malują. Tylko ja jej mogłem odpowiedzieć, że nie jest lepsza, zawsze uciekała przed ryzykiem w bezpieczeństwo oczekiwań i gdyby nie ja, wierzyła by, że inaczej nie można. Z trudem przyjmuję, że pewnego dnia odejdzie. Jej brak zabli. Wolałbym jednak, by nie czekała na to, leżąc na wznak z poduszkami pod głową, nigdy nie ułożonymi jak należy, wpatrując się w galerię świętych obrazków i krzyży, których tak naprawdę nie znosi, a które przynoszą jej dziesiątkami ciotki i sąsiedzi, ale z energią, właściwą jej postaci. Żałuję, że nie mogę spędzać z nią tyle czasu ile bym chciał, mój optymizm stał się dla niej niebezpieczny, upór stawiania jej na nogi, po upadkach i wypadkach jest ponad jej siły.

Zżyłem się ze starością, nie ma w niej niczego, czego bym nie poznał. Można ją oswoić, ale nie jest to dziki koń stepowy, przyzwyczajony do wolności, którego można złamać. Jest ostrożna i polubowna, wciąż ma jednak charakter. Spłoszy się, gdy do czegoś się ją zmusi. Jest pamiętliwa, łatwo się obraża. Ma tę pamięć bardzo wybiórczą. Ograniczoną do rzeczy ważnych, tylko da niej. Wszystko zależy od jej sprawności i to w każdym wymiarze. Jej dni mogą być długie i nudne, nawet wypełnione bólem zużytego ciała, mogą być też krótkie, gdy odwiedza ją młodość i poza ekscytacją wprawia w senność, męczy swoim nadmiarem.

Znam ją, ale wolałbym, by nigdy nie nadeszła. Nie wiem czy jest ktoś, kto jest na nią przygotowany. Ja nie będę na pewno. Chociaż już ją prawie widzę, machającą do mnie z ławek w parkach, rękami mojej malutkiej córki, która mnie zapytała kilka razy; Tatku, czy ty jesteś stary? Dziecko. Jeszcze nie.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.