Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.