Kategorie
Bez kategorycznie Śmierć

Obiecałem

Wytarcie nosa, ust. Kraciastą chusteczką. Brązowo-białą. Odłożenie wszystkiego. Na zawsze. Dobre. Na pewność. Wieczną. Wiadomą. Szpitalnie odpychającą. Nie będzie mu to już potrzebne. Mój dziadek. Mój ojciec zastępczy. Niedoskonały. Pełzający i skrzydlaty. Płaczący. Ocierający nasze łzy. Układający pasjansy. Bridża. Karty, kolory, atuty. Uczący mnie grać, wygrywać, strategicznie, w szachy. Pocieszający, gdy robiono mi krzywdę. Przytulający, w chwili przerażenia. Z tlenem, lotnym, z papierosem, którego nie mógł już palić. Patrzący na mnie, zza szklących się oczu. Koniec. Żal. Pomarańczowy telefon, z tarczą i krzyk. Żony która nigdy go nie kochała, córki, która nie kochała nikogo. I drugiej, z miłością, której nie poznałem. Okłamywana, że ją, jej odebrałem. Moje zapatrzenie. Nie schowamy się. Nigdy więcej niczego mi nie opowiesz. Umieramy wspólnie. Urodzą się inni. Z nas. Przeskoczymy pokolenia. Obiecuję. Nic dla nas. Dla nich wszystko. Wywiązałem się. Mają się dobrze. Przetrwamy.

Kategorie
Śmierć Życie

Kim jesteś? Czy jesteś?

Do ciebie to piszę. Tak, do ciebie. Przenoszę się słowami w przestrzeni, unoszę się na nich pomiędzy miejscami. Obcość. Słowo zbite, utkane jak lniana koszula. Ostre i nieuprasowanie. Na każdą porę, doby i lat. Sięgające daleko. I następne, na którym powracam z wyprawy. Bliskość. Ciągnące się, żywicznie, lepkie i przeźroczyście bezkształtne. Ląduję na nim, woduję, o milimetry od dna. Przybyłem, usłyszałem, zawróciłem.

Kim jesteś?

Tak, o tobie piszę. Rozmazanymi śladami ciągu znaków, które pozostawiam dla ciebie, gdziekolwiek jesteś. Zdaniami, które możesz rozumieć, jak chcesz, lub nie. Ja tylko wprawiam je w ruch. Czarodziejsko nadając im brzmienie, jak nuty zamieniają dmuchnięcie warg w melodyczny, śpiew fletu. Nieodczytane, nie rodzą się. Czytane ożywają, zjawiskowo. Zapomniane, umierają.

Czy jesteś?

Kategorie
Bez kategorycznie Toksyczny Śmierć Życie

Ojciec ma to w dupie

Wyrywanie chwastów z grobu ojca. Dawno tutaj nikogo nie było. Nawet na Wielkanoc. Trochę przekrzywił się krzyż. Mam nasiona. Starca popielatego, na mrozy. Żeniszka i Nachyłka, dla kolorów. Wzrastają szybciej niż trawa. Zasieję. Będzie zadbanie.

Jaki pan chce kolor znicza? Jakikolwiek. Zielony. Ojciec ma to w dupie. Czy cokolwiek z niej zostało. I tak mnie zmusił do przyjazdu, spadającą codziennie ikoną, którą zabrałem z jego domu, gdy zmarł i skrętem w niewłaściwą ulicę.  

Przebaczam Ci. Dawno to zrobiłem. Zrobię Ci ten grobowiec. Konstrukcyjny. Odlany z betonu. Ta plastikowa wanna wygląda gorzej niż zgnite płotki. Wstyd. Nudzisz się? Potrzebujesz czegoś, czy chcesz mi pomóc? Wieczne odpoczywanie. Modlitwa. Na kolanach. Papieros w alejce do wyjścia. Jak mogłem wcześniej gubić się na tym cmentarzu? Batowice. Najbrzydszy w Krakowie. Mam do niego dwa kilometry.

Na mój grób też nikt nie będzie przychodził. Nie wiem czy powinienem się martwić. Może pochowają mnie obok. Będzie nam raźniej. Zlejemy się ścierwiście, lejąco. Przemieszamy się w prochu, obracając. Przytulimy trupio, kręgami pleców. Pamiętasz? Ja nawet jak pachniałeś. Dwóch niespełnionych. Gdzie te Twoje laski? Nie przynoszą kwiatów za stękające wysiłki. Zapomniały? O mnie też. Mocno się postaraliśmy.

Kategorie
Psychika Śmierć

Gdy się zrozumie

Mieć dosyć. Wybierać kiedy można, chce się. Nie podlegając. W jednym ruchu. Kończąc. Pozostając. Nie wierzyć. Nie myśleć. Nie być. Oddalić się. Odpłynąć. Odlecieć. W przestać. Nie być. Być inaczej. Już. Nie czekając.

Nie mam odwagi sprawić bólu. Nie sobie. Ostatecznego, trwającego do końca, nie mojego. Jestem tchórzem. Próby to nieskuteczność. Myśl o bólu przeplatam z prostymi w myślach pytaniami. Jak, gdzie. Jak skutecznie? Samobójczo? Zasnę, wykrwawię, odbiorę oddech, połamię? Jak ukryć pozostałe po życiu ciało? Wysadzić się, zatopić, spalić? Kwas, ług, wysokie napięcie? Szybko. Skutecznie. Na dobre. Nikt mnie nie znajdzie. Nie mnie, to co po mnie zostanie. Zaginę, zgubię. Ocalę nadzieję, złe o sobie przekonanie. Osądy niskie. Pozory.

Jak się odważyć? Nie zawahać się. Alkohol, narkotyki, leki? Wszystko razem? Techniczne przygotowanie. Konstrukcja planu. Egzekucja. Sobą. Jest tylko jedna szansa. Inna się nie nadarzy. Nie chcę tragedii, chcę szczęśliwego zakończenia. Nie pierwszy jestem, nie ostatni. Nie pierwszy się przyznaję. Nie ostatni obmyślam. Nie ma w tym niczego niezrozumiałego. Gdy się zrozumie.

Kategorie
Śmierć

Umarli, bo żyjemy, przewrotnie

Umarł ktoś. Wczoraj. Dziewczyna w dalekim kraju. Indiach. Nie moja, nieznana mnie. Prawie nikomu nieznana. Ulica. Wypadek. Śpiączka. Potylica i czoło. Połamane, nieposkładalnie. Śmiertelne. Znana tym, którym powinna. Będzie już znana z opowieści tylko, nie za życia. Nie będzie żoną, matką, lekarzem, babką, pra. Nie doczeka. Więcej niczego, w kierunkach, kolorach, wysokościach i stopniach. Odeszła do Ciszy, gdzie pozostanie, albo narodzi się na nowo. Nie ona. Inny ktoś. Wierzyła w to. Była dobrem, może poczęła się już dzisiaj, odrodzona.

Modliłem się za nią. Nie tylko ja. Modliliśmy się w wielu językach, różnych modlitwach, religijnie w religiach. Ta noc. Ciężka jak dzień. Zapamiętam tę noc, jak pamiętam dzień. Rodzice dziewczyny modlili się równie mocno, jak ja i jej matka za nasze córki. W tym krótkim odcinku czasu, modliliśmy się wspólnie. Razem. Nie mogło się udać.

O czwartej rano wybuchło. Racz jej dać Panie, wieczne odpoczywanie. Potem sen i piętnaście minut i rozerwało mnie. Nic. Jak wtedy. Nie ma jej i mojej nie ma. Odmawianie zdrowasiek, szybko. Może zdążę? Jeszcze szybciej. Zdania jak litery i jeszcze i jeszcze. A potem czarna nicość. Obudziłem się i słuchałem. Zwinąłem się w kłębek. Umarła. Słyszysz? Tak. Powiedziałem, że się modliłeś do rana. Nie bo przestałem. Nie mam takiej mocy, odpowiedziałem. I ty nie masz, bo widziałem, że modliłeś się równie mocno. Nie o nas chodziło, o nią. A pamiętamy tylko o sobie.

22 lata. Talent. Medycyna. Samo dobro. Przypadek. Karma i Jezus. Bóg i jej Bogowie. My. Wszyscy. Umarli, bo żyjemy, przewrotnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Brak Chaos Śmierć

Na nic

Kluczy jest wiele. Otwierających i tych, które nie otworzą. Niczego. Całe pęki. Do zapomnianych drzwi, wymienionych zamków. Po schodach, windami w górę, do jasności i w dół, ponad, niżej, do ciemności, podziemi. Do miejsc  gdzie byliśmy i nie. Gdzie jesteśmy. Gdzie będziemy. Do drzwi, do których otwarcia, nie mamy klucza. Do próśb o ich otwarcie. Do chęci o zamknięciu ich na zawsze. Do nieznanych schodów, kluczy i stania przed, nigdy za drzwiami. Czekający. Odchodzący. Sami i nie sami. Z czekającymi za nimi, na nasze odejście, na pozostanie i czekanie. Nie bycie przed nimi. Drzwiami Do, drzwiami Z.

Gdy w miejscach niepoznanych staniesz, bez oczekiwań, nie myśląc o tym, co już poznałeś i czego poznać nie możesz, zapomnij. Siebie i poznane i niepoznane. Tylko bądź. Pomyśl, że jesteś. Gdy jesteś. Bo jesteś. Bo wiesz, że tak jest. Na zawsze.

Klucze, które przypominają o swoim istnieniu. Ciężkie i lekkie, upięte razem. Nieoznaczone, których nie rozpoznamy. Ciążące. Zebrane. Nie ten, może inny?

Nie mam już kluczy. Do niczego. Oddałem je. Do drzwi serdecznych. Przyjaznych. Miłych. Szczerych. Nienawistnych. Udawanych. Żadnych. Nie wyrzuciłem ich.

Nie o was tu chodzi, o mnie. Klucze? Otwierające i zamykające?  I tyle. Na tyle. Na nic. Zależy? Tak zależy. Biegnij. Świecie. Niezrozumiany.

Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Śmierć Życie

Anna Frank

http://chomikuj.pl/lauramalczewska/Ksic485c5bcki/F/Frank+Anne/Anne+Frank-+Dziennik,6935247950.zip(archive)

Przeczytałem. Pamiętnik. Napisany przez dziecko. Tylko to po nim pozostało. Nigdy nie dorosłe. Nie mogłem wcześniej. Miałem opory. I słusznie. Nie czytałem nigdy takiej książki. Poniżającej gatunek ludzki. Odbierającej mu niewinność. Resztki. Sypiam mało, po niej nie zmrużyłem oka.

Odkąd historia stała się moim chlebem, bez którego trudno mi przeżyć nawet jeden dzień, próbuję zrozumieć co mogło wstąpić w naszych, nie znowu dalekich przodków. Co wstępuje w moje pokolenia, pokrętnie dochodzace do prawa, posiadania podobnych racji. Wczoraj narodowcy, tylko z nazwy, podpalili mieszkanie, kogoś, kto wywiesił, na swoim balkonie, flagę wolności przekonań. Na Marszu Niepodległości. To już NSDAP, czy jeszce Falanga? Dziwnie się to pisze, był czas, gdy brałem faszyzm za wzór. Nie nazizm.

Rozumiem nacjonalizm, patriotyzm, wiosny, lata, ludów. Nie pojmuję wyższości, ras panów, bestialstwa, przemocy, uznanych i hołubionych przez Państwa, jakby to były zalety, cnoty. Arendt, Heidegger, Bullock i inni, których nie interesowało dlaczego, ale jak? Wszystko względne. Zbuntował się rozum, czytanie stało się zbędne, widok zdjęć, ze stosami zagłodzonych martwych, nieodróżnialnych ciał nieznośne. Jak długo można patrzeć na mękę, z pozycji widza, który jej nie przeżyje. Niezupełnie. Moje krótkie doświadczenie wojny i zbrodni, prawie w sąsiedztwie, nie pomogły mi wcale niczego zrozumieć. Obrzydziły mi ludzi i zmieniło w kłębek nerwów, które od czasu do czasu odmawiają posłuszeństwa. Nie da się intelektualnie przyjąć prawa do zabijania bliźniego, morderstwa, nie da się emocjonalnie uznać tego za zwyczajne. Widziałem obozy serbskie, podobno jenieckie, pełne poruszjących się wolno szkieletów. Wiem co było w pudełkach bośniackich ochotników.

Wczoraj coś jednak zrozumiałem. Dziecko mi o tym napisało, siedemdziesiąt lat temu. Nie wolno nikomu dać władzy nad życiem, odbierze je, bo może. Życie przestanie być dobrem najwyższym, stanie się towarem, który można w dowolny sposób mierzyć, ważyć, użyć. Wie o tym kat, wie o tym ofiara, dowiedziałem się i ja. Mam ciężkie serce, wszystko mnie dzisiaj boli, nic nie smakuje. Nie mogę jeść, chyba ze wstydu, że mogę. Mam szczęście, urodziłem się w spokojniejszych czasach, ale to co się stało raz, powtarza się ponownie, w innej formie, nie mniej straszliwej. Mam dzieci, może jeszcze będę miał. Wiem, że nie pomoże modlitwa. Cały drżę. Proszę bogów, aby nie napisały takiego pamiętnika, abym ja nie musiał go wydawać.

Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.

Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.