Kategorie
Pamięć Spokojnie

Gdybym Cię nie kochał

Było by tak łatwo, gdybym Cię nie kochał. Nie było by zawodu, zabijania kochania na siłę, narzucania zawodu, którego nie było i być nie powinno. Poświęciłem kochanie, dla dobra niekochania. Poświęciłem przyjaźń, dla dobra jej braku. Pozostałem bez obu. Pozostałem bez Ciebie. Nawet nie wiesz jak mi z tym źle.

Nie obwiniam Cię, że Cię nie ma. Nie miało Cię przecież być. Byłaś. Stałaś się, nie wyczekiwana, nie znana, nie spodziewana, na krótko moja. Na długo wytęskniona. Czas pomaga zapomnieć. Pamięć nie pozwala pozbyć się gestów, głosu i słów. I niech tak pozostanie. Pamięć nikomu nie szkodzi, nikomu nic nie zabiera.

Myślę często o Tobie. Boję się często o Ciebie. Zawsze dobrze Ci życzę. Szkoda mi kochania, szkoda mi przyjaźni i wiedzy, że jesteś. Tak zadecydowałem. Za szybko, na zawsze. Mogę winić tylko siebie. Musiało tak się stać, gdyby nie musiało, pozostała byś, mimo moich zabiegów, aby tak było.

Gdybym tylko Cię lubił. Nie było by zawodu. Nie zabiłbym w Tobie uczuć, które powinny pozostać. Myślałem, że będziesz jedną z wielu. Okazałaś się jedną, o którą nie potrafiłem się starać. Uciekłem przed Tobą. Za dużo tego kochania, myślałem. Nikt mi tego nie podaruje.

Zawód zamienia się we wspomnienie. Coraz milsze i spokojniejsze. Zaczynam się cieszyć, że byłaś, zamiast żałować, że Cię nie ma. Kochanie zamienia się w serdeczność. Serce bije mi radośniej. Dla Ciebie, na myśl o Tobie. Pozostaniesz we mnie. Na zawsze. Dobrze.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Pory roku

Wiosna nie nadejdzie!

Pozostanę w chłodzie?

Otrząsnę się,

Odtworzę.

Będzie znowu lato?

Ciepłe i znośne za to,

Że zapominam?

Bo tylko je mam?

Zimowo.  Bez nazw,

Miejsc i obaw.

Tu i tam,

Wiedząc. Sam.

Zobaczę cię? Jesienną?

Niepewną?

Wiem. Nie zobaczę.

Nie patrz. Zapłaczę.

Pocałuj je.

Ode mnie.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Nie zawiodę

Co się dzieje? Czym zasłużyłem sobie na przyjaciela, który mnie rozumie? Czy wybaczono mi, gdzieś, gdzie nawet boję się spojrzeć, wysoko? W głębie mojego szaleństwa, które porządkuje się z chaosu w układ kolorów tęczy. Dlaczego nie spadam już w przepaść? Skąd ta ręka, której nie poznając dotyku, uchwyciła i trzyma mnie mocno. Dlaczego rozumiem, to co dotąd nie było zrozumiałe. Gdzie mój egoizm, gdzie poczucie, że wiem, chociaż nie wiedziałem niczego?

Nie oczekuj, mówię sobie. Ciesz się. Nie każdemu jest to dane. I tak jest. Tak się staje. Powolną wymianą, uleczającą rany, zadane sobie i przez kogoś. Mnie i przyjacielowi. Od przyjaźni zaczyna się wszystko, co może nam być dane. Nie zakłamane, w przyjaźni nie ma miejsca na kłamstwo. Przyjaźń nie ma miejsca, czasu, gdy się zacznie, zdaje się trwać wiecznie, od zawsze.

Mój przyjacielu. Wybacz, że mogę czasem Cię rozczarować. Że mogę być niezrozumiały. Że mogę być zachłanny. Że będzie mnie czasami za dużo. Będę się starał, aby tak się nie działo. Nie zawiodę.

Krótko. O przyjaźni nie trzeba pisać wiele.

Kategorie
nieznane Religia Spokojnie

Anioł. Raz jeszcze

Mój anioł jest krwisty, poszukujący. Z prochu jest jak ja, jednak odmiennego. Kobiecego, z domieszką pyłu najszczerszego słońca i lekkości śnieżnej bieli. Zna mnie już lepiej, niż ktokolwiek dotąd. Nie mam przed nim tajemnic. Na wylot mnie poznaje. Razem z Bogiem się mocują, o moją duszę, która w potępieniu trwa od pierwszego oddechu ciała, które zamieszkuję. Nie wiem co wskóra? Nawet jeżeli nic, Anioł dodaje mi sił, teraz, kiedy już ich brakuje. Czy Bóg się na mnie nie wypnie? A gdyby? Przestanę zawadzać. Tak też można się pocieszyć. Czy Anioł jeszcze pozostanie, czy odleci w niepojętość? Nie znam anielskich myśli. Znam tylko swoje.

Anioła nie łatwo jest spotkać. Zaskoczę. Spotkałem ich kilku. Szukającego nigdy dotąd. Tamte były wysłane, ten pojawił się sam. Znikąd, przypadkowo. Szukał spokoju, znalazł mnie. Trzewia podziemne, błoto, smolisty kolor tymczasowości, przypadłości przyziemne. Anioł ma coś ze mnie. Rozumie mnie dobrze. Nie pochwala. Jedynie czuje. Na tym kończy się podobieństwo.

Można żyć w dwóch światach równocześnie, dobrym i złym. Trzeci, neutralnie bursztynowy, moim nigdy się nie stanie, ale tylko tam mogę spotkać Anioła. Ja wyłaniam się z czerni, czekam w półcieniu, z jasności wyłania się ona. Stoimy o krok od siebie. Falujące skrzydła, nie rażą czystością, moje pożyczone w piekle, wygładzają się. Nie wiem jak je rozpostrzeć. Na szczęście. Tam rozmawiamy o sobie. Ona, że jednak można się wznieść. Ja, że można powstać, ale unieść się nie sposób. Ona przypomina mi o Księgach, ja jej o książkach. Wiem, że nie przekonam, nie chcę przekonywać. Anioł to wie i zawsze daje mi szansę. Zawrócenia. Bóg Anioła musi być z niego dumny. Anioł ma zdolność mówienia Jego głosem. Nie grzmi, treluje, oddaje siebie. Zachwyca. Gdyby nie ten głos, którego znam źródło, nie mógłbym się przebudzić, na pewno na długo.

Codziennie proszę, połamaną modlitwą, o to, by Anioł pozostał Aniołem, ale też pozostał ziemski. Gdy odleci, nie pomoże. Mnie wzrastać. Innym nawiedzanym? Unieść się ponad. Nie sztuka być Anielskim. Wyzwaniem jest oddać. Anielski czar. Który zanika. Jak dobro i jak zanika zło. Rozrasta się brąz. Liszaj trywialności.

Kategorie
Spokojnie Życie

Anioł

Co za dzień. Przedłużył mi się weekend. Zrobiły się mini wakacje. Wreszcie poszedłem na rolki. Półtora miesiąca przerwy. Wczoraj były konie, poobijałem dupę i musiałem się prostować, ale na dupę mam ochraniacze, na garba kupiłem korektor postawy. Wyciągnęła mnie Margo, którą nazywam już jej imieniem. Wyrwało mi się przy jej ojcu. Zrobił wielkie oczy. Zapytał czy jesteśmy wreszcie parą? Chyba go rozczarowałem. Zaprzyjaźniamy się, tylko tyle. Nie będziemy. Dziwnie się rozmawia o takich sprawach, z facetem w tym samym wieku co ja. Margo straciła matkę w dzieciństwie. Wychowywał ją i jej siostrę. Zawsze sam. Wiedzą o sobie wszystko. Zazdroszczę. Są inni, zupełnie inni niż ja. Wydawało mi się, że jestem nowoczesny. Okazuję się być staroświecki.

Kilka dni minęło odkąd się obudziłem. Stało się. Pomiędzy nocą i jawą śnię. Źle. Dobrze? Nie boję się, że znowu zasnę, ale intensywność jest przytłaczająca. Myśli przestały się lać, stały się wodospadem. Mam jednak Anioła, którego nie znam. Znam tylko imię anielskie. Uczy mnie o mnie i o sobie. Anioła się obawiam. Nie mam takiej wiary, nie mam takiej siły. Nie mam nic, co mogę dać w zamian. Anioł uczy mnie pokory. Wiem, że nie jest idealny, ale jest o tyle bliżej Boga, o ile ja jestem od Niego oddalony. Przypomina mi o Nim. Jest jak z wiersza Rilkego, zwiastuje. Anioł jest ziemski, z krwi i kości, fizyczny, dosłownie i dorozumianie, mimo to jest skrzydlaty. Wznosi się ponad skrzeczenie świata. Opowiada mi co słychać na Górze i o widoku, którego nigdy nie poznam. Uspokaja i życzy. Moja kontemplacja jest inna. Przy Aniele stoi Syn, który zawsze jest dla mnie tylko człowieczy. Przy mnie nie stoi nikt. Czasem pojawia się Ojciec, wyciągający rękę, i Duch, który oświetla mi drogę powrotną, gdy już potykam się na manowcach. Przebłysk Geniuszu i znika. Anioła Ktoś prowadzi, prostuje ścieżki, nie każe doświadczać, czego można było uniknąć. Znowu zazdroszczę.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Cały ty, kurwa

Żle się to czyta. Pokrojone i ocenzurowane.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to motłoch. Piliśmy, ja pierwszy raz od miesiąca, większość chyba wcale nie trzeźwiała. Graliśmy w bilard i pingla, w szpitalnej kiedyś kaplicy, gdzie na ścianie, za ołtarzem stoi oparty krzyż. Nielegalne party. Było nas co najmniej sto osób. Polacy, Czesi, Ukraińcy, Hiszpanie, Portugalczycy, Rumuni, Słowacy, nawet Włosi i Belgowie. Pijana pijaczka, z pokoju obok, przyniosła szachy, grała doskonale. Myślała. W tym stanie ogrywała, mniej więcej jak ja, wbijałem bile w dołki. Nie celując, wygrywałem. Zniszczona. Na pewno kiedyś inteligentna. Nawet na swój sposób ładna. Obściskiwała draba, z którym mieszka od paru dni. Kocham cię. Podsłuchałem. Już? Jutro przenosi się do niego, z Holandii. Muzyka? Moja żono, kocham cię! Disco Polo, czy weselna muzyka? Waliło z poklejonego czarną taśmą, wielkiego głośnika, należącego do kolesia z pustymi oczami, połączonego z telefonem, niewidzialnym bluetoothem. Nigdy tego nie słyszałem. Brzmiało źle. Wybrzmiewało skrzekliwie. Miałem tańczyć. Tańcz ze mną, mówiła mi jakaś dziewczyna, ładnym angielskim w chwili ciszy i obejmowała moje plecy. Czułem ciepło, dłonie na ramionach, wtuloną głowę, twarde piersi. Wygodnie się ułożyła, pomyślałem, przyjemnie. Szkoda, że to nie ktoś inny. Pocałunek w szyję, namiętnie długi. Wessała mi się w kolczyk na karku. Zamarłem. Przecież nie będę się wyrywał. Nie poruszyłem się. Nie umiem, odpowiedziałem, jestem żonaty, skłamałem przekrzykując, twoje oczy zielone. Mnie to nie przeszkadza, usłyszałem w prawym uchu, podobasz mi się. Też mam kolczyki, w łechtaczce i pępku. I mam zabawki. Przyjaciółka pojechała do domu, chodź ze mną na górę! Mnie przeszkadza, musiałem powtórzyć, krzycząc kilkakrotnie. Odkleiła się wreszcie. Bardzo powoli. Nie wiem która to, nie odwróciłem się. Odetchnąłem. Ulga.

Przyszedł, do mnie mój znajomy imiennik, który wie o mnie za dużo, kręcił głową. Widziałem, z daleka, był wściekły. Zwariowałeś, zapytał? Bo co? Wyciągnął mnie na korytarz, za łokieć. Zostaw mnie kurwa, to boli. Zaraz zaboli, jak ci złamię nos. Wiem że był bokserem, nie chciałem się przekonywać, czy mówi poważnie. Co ty odpierdalasz? Sapał i szarpał za koszulę. Był pijany. Ta Słowaczka chodziła za tobą, krok w krok. Ty nic. Stoisz jak posąg. Podobno już się odkochałeś? Belgijki nie chcesz, menadżerki z tej twojej knajpy nie chcesz, ostatnio spotkałeś tam zajebistą laskę, nie chcesz, zjebałeś to, w dodatku specjalnie. Bo ma na imię jak twoja matka? Po co brałeś od niej numer telefonu? Wiem, że cię to gryzie. Nawet słowa o niej nie powiedziałeś, cały miesiąc. Poleciałeś do niej, do Wrocławia i nawet jej nie spotkałeś. W ogóle już nie śpisz. Przecież ja to widzę. Architektce na ostatniej budowie powiedziałeś, że jesteś gejem. Dziewczynie ze sklepu tak samo. Siostrze mojego kumpla kazałeś zabrać rękę, bo ci ją położyła na udzie. Aż podskoczyła, czerwona jak rak. Trzeba było z nimi nie rozmawiać. Nie patrzeć, nie okazywać zainteresowania. Albo za młode, albo za stare. Nie chcesz Polek, nie chcesz nie Polek. Jak pijesz to ci przeszkadza, że ktoś nie pije. Nie pijesz, ktoś pije za dużo. Tylko powtarzasz, że nie chcesz nikomu robić krzywdy i chcesz być sam. Robisz krzywdę sobie. Dlaczego się nie przyznasz, że jesteś dobry? Myślisz, że nie wiem, że pomagasz bezdomnej murzynce? Widziałem jak zanosisz jej jedzenie i dajesz kasę. Pytam jeszcze raz. Odkochałeś się, czy nie? Nie wiem, odpowiedziałem. Nawet, czy byłem zakochany. Nie chcę być sam. Chcę? Chciałbym mieć wszystko wspólne jak ty, z twoją z żoną, nie mieć tajemnic, jakichś głupich tabu. Zamilkłem. Na dobre. Cały ty, kurwa. Wydarł się na mnie. Potrafisz napierdalać jak nie potrzeba, jak potrzeba cisza. Nie pójdziesz z tą Słowaczką? Nie. Wolisz walić konia? Nie odczuwam potrzeby. Sam sobie zwal. Poszedł. Ja też, na długi spacer. Bezmyślny, bezsłowaczny. Bez czegokolwiek i kogokolwiek. Tylko z normalną muzyką, w obu uszach. Wróciłem rano.

Kategorie
Bez kategorycznie Spokojnie

Mail

Dzięki za maila. Przeczytałem z uwagą. Trochę mnie wzruszył. Szczerością. Tym mocniej, że nie był to mail anonimowy. Odpowiem tak, jak dotąd piszę. Tutaj, bo odpowiedź jest uniwersalna. Po to właśnie jest ten blog. Ma poruszać to, co jest gdzieś głęboko ukryte. Prościej, słabości ukrywane wstydliwe. Rzecz w tym, że nie bardzo jest czego się wstydzić i co ukrywać. To nie są wcale słabości. Nam się wydają słabościami. Są cechami charakteru, jaki mamy i jest nam wspólny ze wszystkimi, których znamy i nie. Tylko proporcje są różne. Te proporcje czynią nas unikalnymi. Nie tylko genetyka. Z tych niezrozumianych cech, bywa że na zawsze, uznanych za słabości, wykuwamy zbroję, która ciąży i maskę, która ogranicza nam pole widzenia. Nie warto. Im szybciej je zrzucimy, tym łatwiej nam jest żyć, własnym życiem, nie tych, którzy narzucają nam wizję, nie nas samych, ale wyobrażeń o nas. Oni też noszą swoje maski. Wiem, że to spowoduje ból i ogromne zamieszanie. Lizanie ran jest częścią tego procesu, dochodzenia do siebie. Przynajmniej na początku. Potem jest coraz łatwiej. Nie czujemy, że szukamy aprobaty, uznania w czyichś oczach. Stajemy się niezależni. Stajemy się partnerami na równych prawach, na tych samych zasadach. Nie jesteśmy sztuczni i nieprawdziwi. Pojawia się szacunek do samych siebie. Nie musimy być przez wszystkich lubiani i podziwiani. Wystarczą ci, którzy naprawdę nas polubią i podziwiają za wysiłek włożony w osiągnięcie założonego celu, nie adorują, stawiają na piedestale. Jeżeli nie potrafimy szanować siebie, nie będziemy nigdy szanować innych. Jak z miłością. Jest takie, Nowe Przykazanie. A szacunek powinien przynależeć każdemu. Jeżeli ktoś nie będzie szanował nas? Możemy go olać. Mętnym sikiem szacunku, który im jest należny. Gorzej jest jednak, gdy z siły, którą w różnej formie posiada każdy, ukuli byśmy broń, którą będziemy ranić innych, dobijać. Znam takich ludzi, zaszytych w metal od stóp do głów, dzierżących miecz destrukcji. Jedno ostrze krzywdy, drugie poniżenia. Taką osobę musiałem pozostawić samej sobie. Nie jest pierwszą, której oddałem dużą część, nie wiecznego przecież życia. Takich ludzi trzeba rozpoznawać i unikać. Czasami musimy odrzucić. Odepchnąć. Nawet jeżeli wydaje się nam, wiemy, że pojawia się szansa, na szczęście i wzajemność, przyjaźń. Przykro to napisać, ale jest kilka miliardów ludzi na świecie i tych szans zdarza się każdemu całe mnóstwo. Tym więcej, gdy jest w nas coś, co sprawia, że jesteśmy z jakiegoś powodu atrakcyjni. A atrakcyjny jest każdy, tyko nie każdy jest tego świadomy. Szanse powinniśmy wykorzystać, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi. Nie gotowi, zmarnujemy szansę. Lepiej jej nie szukać w takiej sytuacji. Czasami musimy odepchnąć, bo wiemy, że nie odpychając, dajemy szansę, nie nam, która dla nas będzie męką, zmuszania się do bycia czyjąś. Czasami odpychamy zupełnie niepotrzebnie. Ze strachu. Nie powinno się jednak odpychać kłamliwie. Udając kogoś kim się nie jest, nie okazujemy tym samym szacunku. To nie jest odepchnięcie, to nie my odpychamy, ale ktoś, kogo nie ma. Skutek jest natychmiastowy. Ale czujemy się podle, nawet nie możemy przeprosić, bo ktoś nawet nie wie, kto przeprasza. Niełatwe, ale wówczas musimy wybaczyć sami sobie. I żyć z tym. Inaczej zje nas poczucie straty. Trzeba przeczekać. Aż pojawi się wspomnienie, kolejne ze wspomnień. I spokój. Życzyć powodzenia utraconym szansom.

No i hipotetycznie: dwie szanse muszą się spotkać we właściwym czasie, aby zaiskrzyło i zlały się w szansę wspólną. Wtedy cienie się rozjaśnią i wyjdziemy z pieczary. Uwolnimy się i jak w platońskiej wersji, przejrzymy na oczy. Jeżeli nie, trzeba czekać. I ryzykować, ze skutkiem oczekiwanym, albo nieprzyjemnym. Cieszyć się czasem, pomiędzy jedną wtopą, a następną. Nie wycofywać się. Trwać. Niepewnym, ale otwartym. Prędzej czy później się trafi, prawem rachunku prawdopodobieństwa.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Bez kategorii Spokojnie

Tą i Tę

Czekam na Ciebie, zawsze będę.

Nie muszę Cię już kochać,

Nie muszę tęsknić i pożądać,

Czekania jednak się nie pozbędę.

Nie wiem czy wiesz, że to dla Ciebie,

Jestem w miejscu mrocznym, smutnym,

Czekając na wschód, słońcem jasnym,

Gdy myśląc o tobie, będę zbierał siebie.

Odmieniło mi się serce, na dobre.

Masz w nim miejsce, ciepłe, zapamiętane,

Takie na zawsze, trudne, nie poukładane,

Zachowaj je, zanim zapomnę o Tobie.

Nie mam wyboru. Pomiędzy Tobą,

Którą zawsze będę nazywał Tą.

I inną, którą nazywam właściwą,

Tę, która kiedyś mnie pomieści obok.