Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.

Kategorie
Brak Toksyczny Toksycznym

Spadaj

Przeszło mi. Przepraszam kochana. Nie mogę dłużej Cię kochać. Pozostaniesz Tą. Są inne, Te. Nie bardziej Takie. Innością podobne, innością Inne.

Nie mogę, bo nie jesteś ani moją, ni swoją. Zmieniasz się w kogoś, kogo nie znam i nie chcę poznać. I nie poznał bym, nawet przypadkowo. Poznałem, gdy byłaś na chwilę, tylko dla mnie. Tamta. Nie mam już twoich zdjęć w telefonie. Nie mam innych w zamian. Jest mi z tym dobrze. Przyjdzie czas na inne, Zdjęcia. Już nie Twoje. Odrobinę jest mi za Ciebie wstyd. To Twój wybór. Nie mogę oceniać. I ja nie jestem bez Wstydu.

Wiem, że nie powinienem, mogłem. Powiedzieć, co powiedziałem, napisać co napisałem, wysłać. Stało się. Ledwie się zbieram. Kotku malutki. Po miłości. Tej. Ta. Ty. Po popsuciu. Po lawinie. Niepotrzebnych liter. Walących się, od a, do zet. Jak dom z kart.

Bez ciebie nie było by mnie. Z teraz. Tamten przepadł. Szukam go. Niby jest, a nie ma. Wcale mi siebie nie brakuje, sprzed. Raczej czekam na w przód. Kiedyś doczekam się Ciebie, z przedtem, gdy obróci się koło czasu. Wtedy Cię przytulę. Bezsilnie. Nie mogę Cię kochać. Bo Ty nie kochasz siebie. Tylko udajesz. Że jesteś i będziesz. Spadaj. Spadaj malutka. W swoją otchłań i daleki kres.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dla Niewidki. Blogerki, która mnie czyta. Jak ja ją. Też i Was

Musisz sobie pozwalać. Na wszystko. Jestem Anonimem, bo zna mnie zbyt wiele osób. Niekoniecznie polskich, pierdolonych celebrytów. Znam ludzi, którzy tworzą i tworzyli kulturę, czyli znałem, w Europie i może nawet, w całej tej kurwiarni, zwanej Ziemią. Nie kawiarni. Pod Globusem. Albo Gruszką. Wiem gdzie rodziła się giełda. Wiem, skąd bierze się blichtr i pieniądz. Załamywali nade mną ręce. Marnuje się talent! No i co? Poza talentem trzeba mieć, do Sztuki sprzedawalnej, wysiedzianej, wygranej, wypisanej, wymalowanej, wymyślonej, jeszcze jakieś coś. To coś sprawia, że albo jesteś tu, z problemami, albo tam, z innymi. Tu nie masz co do garnka włożyć, tam nie wiesz czym zaskoczyć. Ja znam i tu i tam. Wiem i byłem. A ja mam coś innego. Człowieczeństwo. Ułomne i twarde. Nadzieje niespełnione i czasami wymarzone, stające się. Nawet wymodlone.

I wymądrzaj się, ile chcesz i myśl. Nie ma nic ważniejszego niż myśl. Poza słowami. One są myśli krokiem w ludzi i własnego, do siebie gadania. Wolałbym, aby były od czasu do czasu, nie tylko słowami, ale duchowo i ludzko prawdziwymi. I nieco bardzie elokwentne. Mamy miliony słów. Ludzie tutaj nie mają pojęcią kim jestem, wcześniejszym. Teraz jestem z nimi. I jakoś to wiedzą. Nie muszę się starać. I oni też. Nie.

Nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy prawie tacy sami. Ból, nadzieja, słony smak w ustach, gdy dopada nas strach? Krwi, pogryzionych warg? Nie wiem o której osobie pisałaś? Margo, czy Tej? Obie mają się dobrze. Bo to to ja jestem chujem, nie one, w tym samym, chuja pozbawionymi stanie? Jedną odepchnąłem, szukając wytłumaczenia, drugiej tego nie zrobię. A wierz mi, tych jednych było za wiele. O grubo. Te drugie wiedziały. To o czym piszesz. Poruszam nerwy. A Tą kochać zapewnę będę na zawsze.

Nienawidzę nudy. To prawda. Bywam teatralny. To zawsze był mój pot. Potrafię skinieniem głowy zachwycić dziesiątki chłopa na budowie. Szacunkiem i jednym miłym, jak się masz. Intonowanym. Ale prawdziwym. Spokój? A kto jest spokojny? Poza tymi, których rozkłada słodka otchłań?

Mój mały, nie wielki Boże. Nie ten z katedr i obrazów o wymiarach wyjebistych. Tylko ty, malutki mój. Jak moja wiara. Tak się modlę. Taka spotyka mnie, Niewidko, odpowiedź na moje wahania. Rodzina wielka, dobra. Mogłem z niej zrobić pośmiewisko. Wdając się w talent. I wiedzę i czas tamtych. Nie tutejszych. Nie moich. Tu nie ma strzępów. Nie ma interpretacji. Jest życie. Raz w górę, innym w dół. W dole o Boże, w górze boże mój.

I buntuję się. I słaby i silny. Ten motyl jest taki jak Twój. Niewidko.

Kategorie
Toksyczny Życie

Niepokojące wieści

Otrzymałem dzisiaj niepokojące wieści. Mój scenariusz jest za dobry, nie dość toksyczny. Jest o Bośni i moim w niej udziale. Otrzymałem trzy indeksy. Polska, Niemcy, Francja. Reżyseria, o której marzyłem. Ale to było kiedyś. Zrobiłem to z przekory. Złośliwie. Wysłałem. Każdej z szanownych komisji powiedziałem, mając to w niedotartej dupie, że w styczniu na ulicy spałem. Taki wierszyk. Ponury. Widzieliśmy się w warunkach TV. Teatralna reżyseria. Nie ekran. Z Niemcami rozmawiałem w kiblu, tym drugim, o którym pisałem. Z Polakami nad rzeką, dzielącą mój tymczasowy kraj i narkotyczną krainę Niderlandów. Francuzi chuja rozumieli ponad to, że jako katolik nie zgadzam się na Inkwizycję w sztuce. Cokolwiek to w ogóle znaczy. Byłem upalony z lekka. Tyle mniej więcej pamiętam. Twarzy francuskich było najwięcej. Tych etapów było po kilka? Ja nawety nie etapowo. To jak to tak? Dali mi za nic?

Nie no. Krytyka, krytyką. Dobry jest ten scenariusz. Porywa. Mnie samego też. Jest dobry. I pisałem go nocami, po pracy, nie intelektualnej. Też fakt.

I co teraz? Piszę z domu Margo, Gośki. Ekscytacja pełna. Zaraz dostanie sratystycznego orgazmu. Ona kocha Paryż. Zaraz dostanę torsji. Już wiem skąd jej ten akcent erotyczny. Wolałbym Berlin. A skurwysynów nie mogę znieść. Czyta te maile w kółko. Kiwa głową z zadowoleniem. Nie pomyliła się. Jednak mam więcej w sobie niż nic. Patrzy na mnie zza policzka. Kurwa mać. Ledwie na nogi stanąłem. Tak, i nie. Może nigdy się nie ugięły pode mną? Ugięły. Tak się cieszy za mnie, tak szczerzy tymi bielutkimi zębami, tymi cyckami jędrnymi mi skacze. A ja? Nie wiem. Wiem. Nie teraz. Teraz nie mogę. Przepraszam. Odsuń się. Wychodzę. Wytłumaczyłem. Idę do pracy. Kablanej, nieważnej, sranej. Muszę się pozastanawiać.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kable. Na, Nie

Kolejny dzień poświęcony Elektrze-tyce minął bez wypadku. Pomaga mi jak bratu. Orestes miałby wielkie oczy, dowiadując się, że jego siostra ma innego, wciąż żyjącego, nie tylko jego. Nawet wielu więcej, Elektryków. Nasza. Patronka. Ale na Rany, nie byłego Prezydenta, którego od zawsze nie mogę znieść. Tego komunisty, z Matką w klapie marynarki, z drugiej ręki i bełkotem, nie śmiesznym i pajacującym. Z nim nigdy nie napiłbym się niczego, nawet Kryniczanki. Pomścimy. Wszyscy. Jej i mojej stratę. Tylko mi się ręka wkręciła, rękawicznie w wiertarki wiertło. Ał. Ał. Ał.

Pracuje ze mną chorąży. Starszy. Sztabowy. Zapamiętałem jak ma na imię, bo na drugie, mam takie właśnie samo. Tak wołano mojego ojca. Wbrew temu jak miał. Imion nowopoznanych, nigdy nie pamiętam. To ten kolega, który staro wygląda. Fajny jest. Piątka dzieci, ogarnięty chłop. Tylko robota w rękach mu się nie pali. Ma jakieś zmęczenie w ruchu i chęci. A ja nie mam na tyle energii, by się nią, z chorążym podzielić. Starszym sztabowym. Sztabowym. Z gwiazdkami. A jak. Gwiazdkowym.

Mój imienny Gieroj zawiózł mnie do studia tatuażu. Tym razem znowu piercing. Mostek i tunele. Boli jak jasny chuj. Bridge nie, uszy tak. Pompują. To dobrze. Mogłem to mieć, od wielu lat. Wstrzymując się, niczego nie zyskałem. Tylko głupi strach. Zapytałem Gieroja. Jak? Wiedziałem co odpowie. Ile zapłaciłeś? Było warto? O tak. Jak gdybym na to czekał. Możesz wyjąć. Nie o to chodzi. Ale mu się to podoba. Że ja taki i nie taki sam. W tym studiu ludzie przemili, muzyka jaką słucham i staranie się, o moje różnej wielkości uszy. Jesteśmy artystami. Patrząc na nich, wiem. Tunel w górę, tunel w dół. Moja twarz stałe się bardziej proporcjonalna. Widzę to.

Mamy bilety do Polski. Z Charleroi do Warszawy i powrót. Nigdy nie byłem na tych lotniskach. Mały bagaż i kilka dni. Trzy tygodnie. Tym razem spotkam się z córką i nie ominę żadnej ulicy. Kraków jest mój. Londyn jest mój. Czas na Brukselę. Politolog, nie pijany, słuchający i czytający. Rzadko rozmawiający. O polityce. Katolik i nie kaznodzieja. I piszący. Bzdurki i poważną treść.

Nie muszę mówić. Gdybym jeszcze raz. Mógł przeżyć moje życie. To zrobiłbym to inaczej? Nie. Zrobiłbym to intensywniej. Do ściany. Do rozbicia. I od o niej i odbicia. Od poziomu, grawitacji, do gwiazd. Nie gwiazdek. Starszego. Chorążego. Dziada. I tak żyję. Niech on żyje jak chce. Jutro kable. I może ktoś mi wreszcie powie, że Tej się udało. Do czego ma Serce i Talent. Bo nie chcę się znowu wpierdalać. Na, Nie!

Kategorie
Religia Toksyczny Uczucia

Nie Abraham

Znowu sam, na placu boju. Z imiennikiem. Mężczyźni jak lalki. Cudowni. Nie czułem tego od lat. Dobrzy. Nic z niedzieli. Panie Kochanku. Walenie wódy od rana. Tęsknią. Ja z nimi. Oni cieplutko, ja mroźnie. Upiekę im chleby, zakwas się już robi. Za dwa tygodnie. Pojedzą. Potrafię piec.

Powiedziałem im o Tobie. Popłakali się. Najczulej. Wiał gorący wiatr. Czułem od okna. Ja w sobie, wiejący. Tym zimnym żarem. Tylko męskie towarzystwo, dobrze mi robi. Zupełny brak krytyki. Rób co chcesz, rób jak chcesz. Tylko ty jesteś odpowiedzialny. Stojąc o dziewiątej rano, w kręgu nad stołem, z kieliszkiem w ręku, chciałem im wpaść w ramiona, dziękować. Za szczerość. Czemuś to wszystko zrobił? Zapytał kolega, o piastowskim imieniu. Bo się przestraszyłem. Bo mnie dotknęła, jak nigdy nikt. I była, jakiej bałem się spotkać. Prosta. Nie krzywa. Nie idealna, ale w twarz. Za krótko to było, abym mógł ją poznać. Poznaję zza wykopanego szańca. Którego miejsce sam wskazałem. I wykonałem go jej poczuciem, tak jak chciałem. Siłą bezradności.

Mój niezaprzeczalny Bóg. Pokłóciłem się o Niego. Że Bóg to nie jest człowiek, nie jest ojcem, tylko Ojcem jest. Jebie mnie studiowanie filozofii. Mrowiska wizji i urojeń, ustawionych na banalnych rozstajach, rozwleczonych w czas i treść. Tych powtórzeń, wędzideł i steku poszukiwawczych, pretensjonalnych, często bzdur. Logicznie Boga nie ma. Logika to nie jedyne wyzwanie. Pokażcie mi człowieka, który nie modlił się choć raz. To nie ja mam się z Boga śmiać, tylko ci, którym z Bogiem niezręcznie. Bóg to idea, nie jej treść. Można to łatwo zrozumieć. Ja kaznodzieją nie jestem. Wierzysz to wierz i nie przeszkadzaj nikomu. I dobrze mi z tym. To nie są żarty. Goreję, jak krzak. Kurwa. Ja zakochany. Pierdolę. Niezmiennie. Ze mnie nic, dla Tej wszystko. Anim to sobie ja wymyślił. Nie On nawet. Nad Nim też jest inny On lub Ona. Nie Abraham i jego nóż. Dzieci nie oddam. Nie są tylko moje. O naszych Luba, też napisał bym to samo. Nie oddam. A oddałem. Dla Ciebie. Idei. I egoistycznej wiary. W Nas. W Ciebie. I siebie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Nuta

O rany boskie, święte. Moja matka w szpitalu. Nie ta rodzicielka, ta prawdziwa, babcia. Miała mieć wylew. Tylko odwodniona. Moje życie, żyjesz. Nie mogłem spać, tej nocy. Nie przyszłaś do mnie. Nie nawiedziłaś, najdroższa z najdroższych. Gdybyś miała odejść, przyszłabyś w pełni swojej, moja najbardziej z najbardziej kobieto. Powiedziałaś by niewiasto. Jak Cię widziałem, mając osiemnaście lat. Gdyś tak skoczyła i leciała ku mnie, jakbym to nie ja osiągał dorosłość, tylko Ty. Piękność moja. Tatarko z zielono-brązowymi oczami. Nie siwa, lecz rudo-blond. Silna i mocna, nie słaba, leżąca, bo nie ma nad Tobą kto zakląć. Wstawaj i idź. Ugotowałbym Ci obiad. Ty byś wstała, ja podał bym Ci, co chciałaś, jak byś nie w domu była, ale tysiąć gwiazdkowo. Rozgotowane, ale ładne.

Żyjesz. Świat w błękicie nie zabrał mi Ciebie, choć za życia już Cię nie zobaczę. Moja, moja najulubieńsza, moja źrenico, moje oko, moja szyjo, moja, moja Pani. Nie tych córek, któreś rodziła, ale syna, którym się stałem, Ciebie niegodnym. Wiosno moja.

Byłem tam, na Wrocławskiej. Kłóciłem się. Nie pozwolili mi wejść. Chciałem im dać pieniądze, co miałem, nie wzięli. Nie zrozumieli, że to jedyny raz, gdy mógłbym Cię pocałować, w czoło chłodne. Jak Cię zamkną w domu, nie oddam Ci hołdu. W tamtym reżimie, mnie nie wolno tam być. Córka Twoja powiedziała, zostaw moją rodzinę. Ciebie, zazdrosna.

Chciałem Ci powiedzieć, że pięknie się modlę. Za Ciebie, wszystkich i czasem za siebie. Abym wytrwał mocny. Bo lękam się mamo, że nawet nie wiem, czy kocham upornie, czy kocham na złość. A zawsze chciałaś dla mnie, po prostu dobrze. Bo kochać naprawdę, to praca, ciężka i jak byś widziała moje starania, to byś wiedziała, że ja, to nie zawsze ja. Kocham Tą, jak Ciebie. Chociaż wybrałbym, wiesz kogo, gdybyś nie była już moja.

Nie powiem Twojej córce, że przebaczam, matko. Wiem jak bardzo tego chcesz. Tak się bałem, że córka już się szykuje na sprzedaż, cokolwiek po sobie pozostawisz, a ja napluję jej, pogrzebowo w twarz. I jej mężowi, temu, którego nie lubisz, tak samo jak wszyscy. Bo buc to zawsze będzie. No buc. Tylko powiedziałem prawdę.

Pakuję się. W tym hotelu. Trochę daleko od Ciebie, ale wiem, że znowu będziesz Ptakiem z popiołów i jego pazurem. Łatwiej mi, bo wiem, że jesteś i proszę bądź. Matko, babciu, kobieto, bogini, nuto moich słów. Nuto.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Wkurwiłem się

Ja dla waszej przyjemności nie piszę. Wybijcie to sobie z głowy, przypadkowi czytacze. A liczba dotąd Was była, 63, sierpnia, trzeciego dnia. Piszę dla nich, upadłych, zranionych. Toksycznych, jak ja. Złamanych Aniołów. Diabłów wcielonych. Z walizkami pełnymi złych dni, trupów własnych siebie, cieni. Żyjących i odeszłych. Nie na kółkach, ale tych starych, ciągnionych, do Auschwitz-Birkenau. Gdzie zabili ukochaną siostrę dziadka, przyrodnią. W pierwszym transporcie. Z Truskawca, w gaz i piach. Bo miała depresję i była Polską, Übermensch? Bił jej duch lagami, po domu gównianym, bo dwór zapadły, zabrał Car. A matka jej była córką rabina. Mezalians to mało, za dużo na Młodą Polskę. Biała jak len. O czym nie wiedział nikt. Jakubowska. Trzy małżeństwa. Pięcioro rodziców, dzieci trzynastka. Łatwo było się zgubić.

Tak wam się wydaje, że każde słowo może być naszym ostatnim? Nie Legionami myśmy, zwyczajny, zaściankowy, podły, świński ród. Ruscy. Polaki, Litwini, Niemiaszki, Żydzi. LGBT. A niech żesz Was. Szlag i mosiądz. Jeden dziadkowy kuzyn Sturmbannführer. Zginął pod Mińskiem, Austriak, przepraszający. Drugi Enkawudzista z lampasami, pułkownik, nakazujący, a był szwoleżerem rokitańskim. Wiecie co to? Googlujcie. Nikt nie wie jak skończył?

Te komentarze? Co ja mam wam odpisać? Po to jest Dupa i mam to. Kurwami lekko rzucam. Kurew niemało. Taki jest ten, jebany świat. Nic o nas, bez nas. Nic o was bez was. Ani teraz, nie wówczas. Nie Kurwa Mać dla nas. Nas już nie ma. Rozpływamy się jak lód, w letnie miesiące. W tych małżeństwach, ze złotem, nie ich. Waszym, nam zabranym. Oszołamiające? Nie z soli. Tak? Nie. A może? Z różańcem na szyi i alejkum salam, bo mam Tatarów, w genach i powiekach?

Bo nam nie wolno pisać? Nie wolno nam wołać? Bo może chory? Ma gorączkę, bo stylizuje? Nie muszę. Wielu tak mówi, każdego dnia. Nie wywodami, z pierwszego pokolenia inteligenckiego cynizmu. Wyższości, nie grzeczności. A tego, Wam akurat brak.

Bo mi w mordę wolno? Ale nie Wam? Nie Poniński ja jestem, nie inny śmieć. Bo powolnym zniknij, zamilcz, nie będzie i mnie. Jak Was, Moi drodzy.

Po co ja się wysilam? Bo na ulicach bezdomnych, chcenia, nas nie dostrzeżesz. I tyle. I już. Kropka.