Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Za

Zmieniam tabletki,

Jak skarpetki.

Miałem zielone,

Białe, mam czerwone.

Na dzień, na sen.

Na witam i żegnam.

Od A, do Za.

Kategorie
Toksycznym Życie

Niczego nie stracisz

Gdy świnia powie ci, że jesteś jak ona, nie przejmuj się, gdy zgodzi się z tym cały, osrany po grzbiety chlew, czas najwyższy z niego wyjść. Świnie nie są winne temu. Świńskość i bród, to jedyne co znają. Jedną świnię możesz przekonać, że się myli, stada nigdy. W grupie raźniej, nawet w drodze do rzeźni. Parafrazując chińskie przysłowie. Wchodzisz między kruki, krakaj jak one. Nie wchodź, jeżeli chcesz mówić po orlemu. W końcu się zorientują, że nie jesteś jednym z nich. Pochwycą cię i rozdziobią, pozbywając się obcego. W kupie siła. Szukaj raczej orlego towarzystwa. Może cię przyjmą? Polecisz z nimi. Nie przyjmą? Niczego nie stracisz. Umrzesz przynajmniej wznosząc się, wysoko. Robiąc to samo ze znanym dobrze, polskim przysłowiem.

Żyć w zgodzie ze sobą było by cudowne. Bardziej nawet, gdyby zamiast ciężaru wiedzy o tym, czego nie wolno, jak się powinno, pojawiła się myśl lekka, że można. Przekonanie, rozwijające się w pewność, ona w codzienność. Wolność woli, nie wola wolności. Wolny wybór, całkowity, zamiast ograniczonego wyboru. Iść własną drogą, nie dozwoloną. Nie kierować się, nadawać sobie kierunek. Nie szkodząc, nie robiąc krzywdy, bez rozczarowania. Dzieląc się doświadczeniem, a nie tłumacząc się z niego. Z poczucia winy. Ukrywając uczucia poznania.

Niczego się nie nauczyłem. Jak inni. Chciałbym. Zazdroszczę zdolności. Jestem opornym uczniem. Nauczki nie sprawiają, że unikam. Nie potrzebuję. Nie ryzykuję. Nie wsadzam ręki do ognia. Wsadzam, w inny sposób. Parzy. Zawsze podobnie, zawsze trochę inaczej. Goję się, pozostaje nowy wzór blizny. Tej samej, już nie takiej samej.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Przyjmuję radę

Rozpoznaję koniec? Już koniec nadziei? Rozpoczyna się, zmiana, proces, przeistaczający? Z pewnością? Tak mi przykro. Zatyka mnie, dławi, zabiera wdech, tonę w żalu, jego gęstości. Wyciągnięte palce, wskazujące na Złego. Patrzcie. On, powód. Kłamca. Zdrajca. Najeżony ruch ramion. Poruszają się, gdy się przesunę. Próbuje się ukryć, jedni wołają podniesionym głosem, drudzy potakują, mechanicznie wykrzywiając szyje w dół, w górę, ptasim jakimś ruchem, obrzydliwym. Śliniący się na myśl o prawie rytualnym oskarżeniu i wyniku zemsty.  Musi się poddać. Poddaj się. Oddaj. Przyznaj. Zostaniesz ukarany. Obojętnością.

Nie przykro mi. Nie dławię się. Nie ma końca. Jest śmierć, umarle narodzonych. Po nadziei. Wypartych agonią z ciążących strachem macic. Umęczoną ugodą. Tyle wolności, ile pozwolenia na jej posiadanie. Nigdy dosyć. Z niepodważalną pewnością. Filozoficznie. Teologicznie. Nie zwyczajnie, intelektualnie, spłodzonych. Z prawem wydawania wyroków. Osądu. Poczucia winy.

Nie poddaję się. Kara była ze mną od zawsze. Gdy znajdę się w jej zasięgu, przypomina o sobie. Niezmiennie zmienny. Niezmieniony. Własny. Niewolony. Nie skruszony. Nie odwracam się. Nie odchodzę. Czekam na kamienie rzucane z różną celnością. Czekam aż wyczerpią się siły wiernych, wierzących w rację. Jedyną. Nie ja jestem kamieniowany, zasypują ideę, obcą. Niepodporządkowanie.

Uśrednienie. Przewidywalne. Podobieństwo. Poznane. Tożsame. Z nami, albo zdychaj, przeciwko nam. Radzimy. Zdycham. Przyjmuję radę. Indywidualnie. Niech was wszystkich… Udawanych liberałów. Pseudo humanistów. Wiernych katów.

Kategorie
Toksycznym Życie

One kogoś mają

Ona kogoś ma. Tamta też i tamta inna też, ma. No i? To dobrze. A ty nie masz! I co? Muszę mieć? Po co je wystraszyłeś? Miałbyś wybór. Przecież zawsze kogoś miałeś. Właśnie. Nie zawsze jest zawsze. Teraz jest teraz. Teraz chciałem się przekonać, czy byłoby warto. Nie było, jak zawsze.

Moje małe miasto rodzinne. Wszyscy się znają. Interesują. To ich interes, co robią inni. Innych interesuje interes ich. Powinien. Tak należy. Dociekliwie. Nie chcąc wiedzieć, wie się, wbrew braku zainteresowania. Wiem co robią, gdzie wyjechały, z kim się spotykają. Wiedza przekracza granice kraju, przyzwoitości. Bezużyteczna. Bezczelna. Wścibska.

Zainteresowanie. Nie wywołuje skutku. Wiedza wystarczy. Krytyczna, chamska, cyniczna. Nie rozumiejąca. Ile pozwolimy poznać? Nie zdołamy ukryć? Nieostrożnie? One kogoś mają? Niech mają. Nie jestem zazdrosny. Nawet ich nie znam przecież. Za długo to nie trwało. Niech mają na zdrowie. Niech są lepsze. Posiadające.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Trędowaty

Trzymać się z daleka. Zapomnieć. Przestać podglądać. Obco i bez przyjemności. Wymuszając emocje. Zapomniane. Na siłę, przekornie, szkodząco. O co chodziło? Co było? Czego nie ma?

Podłe uczucie. Samopoczucie. Pielęgnuję chorobę. Samookaleczam. Dręczę. Nie pozwalam na spokój. Ratuję się, upijam. O czym zapomniałem? Kim byłem? Kim się nie stałem. Kim jestem, pozostałem?

Podlewam uschnięte drzewo w zimowe wieczory. Właśnie dlatego, że go nie wskrzeszę. Mój Łazarz pozostanie martwy. Taka jest kolej przemian. Będę go wspominał. Naturalnym biegiem historii.

Przekonuję się, że warto. Tak postępuję, trzymając się zasad. Wysypując z dłoni popiół czasu przeszłego. Zebrany ze stosu niepowracalnych dni. Wiernie. Wiedząc, że nie miałem racji, że się pomyliłem.

Trędowaty. Przenośnia brudu, którego należy unikać. Zarażający. Nieuleczalny. Epitafium. Ostrzeżenie. Taki się staję. Takim mam się czuć. Tego po mnie oczekiwano. Takim zobaczono.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Strach

Zabraliście mi poezję. Skurwysyny. Zabieraliście ją, wyrywając rytm, rym, zgłoski, pieśń wypowiadaną. W rodzinie, która zapomniała kim jest, była i będzie. W szkołach, gdzie zamiast uczyć się i uczyć wspólnie, obijałem każdą część ciała, o ciała, udowadniając, że będzie bolało mniej mnie, niż złości, których ojcowe rozbijali butelki na ich głowach, gwałcili i bili bardziej, nie aż tak precyzyjnie, aż niż, jak moja atletyczna, boska rodzicielka. Atena? Śmiertelnym synem jestem, ale i ja mogę być Zeusem. Ja też mogę wypatrzeć, ze skały Olimpu. Siedząc wśród ruin Sparty. Zgnieść ateńskim uchwytem. Złotą podkową.

Myślicie skurwysyny, teraz starcy, bez wyobraźni, bez honoru i bez wstydu, że nie wiedziałem? Widziałem jak zabieracie nam poezję. Z czerwoną gwiazdą na czołach, błyskawicami, skradzionymi symbolami skrzyżowanych belek? Te twarze. Puste. A wy nowi? Wiara w wolność, której smak odbieracie każdemu, kto myśli o wolności? Bo albo jak wy, albo niczego już nie może być więcej? Rasizm, kolor skóry, mniejszości? Wizy, paszporty, decyzje? Naród, którego dotąd nikt nie zdefiniował? Ja was nie wybrałem do reprezentowania. Nas. Mamy was zgnieść? Rozszarpać na części nierozpoznawalne. Krassusami możecie być zawsze, wlejemy wam w gardła tani wrzątek. Wodę, która ma wartość złocistą. Macie nie tylko nasze, zaciskające się, kleszczące metalem, nie spadające ostrza. Mocne liny, zaciskające się, nie po, zanim. Nie możecie spać? Nie dziwię się. Stoimy nad wami skurwysyny. Zawsze. Czekamy. Wiecie na co.

Rozkładam ręce. Rozkładam. W kąty odebranej poezji, kieruję wzrok. Rozkładamy ręce. Rozkładamy siebie. Baczyńskimi, powstańcami, zapomnianymi w nieznanym miejscu, za nasze, nie wasze. Nadzieje. W każdym kraju i czasie. W każdym kącie. Gdzie zabieracie poezję. Chcecie ją zabić. Jak nas. Wytrwale czekających. Nikomu nie znanych. Wam tak. Nie jest tak? Boicie się? Nie? Dodamy wam strach. Strach i poezję. Nie zdepczemy waszych kości. Będą zapomniane. A zanim? Zatańczymy nad nimi Nie poeci. Ci! Nie zapomniani.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dwanaście krótkich miesięcy

Koniec. Minął rok odkąd pozbawiono mnie życia jakie znałem, którego pozbawiłem się dokonując wyboru, godząc się, że odtąd nie będę miał rodziny, jaką znam, związki krwi okażą się słabsze niż przyjaźń, nie będzie pomocy innej niż wzajemna. Rok poświęcony zawodom, których byłem powodem, miłości, których nie potrafiłem rozpoznać i uszanować, tak jak na to zasłużyły. Rok przebaczania, sobie i innym. Własnej i innych złości. Chęci zemsty i jej porzucenia. Wycofania się i powrotu. Ucieczki i pozostania. Nienormalny, nieprzewidywalny, rok tylko ze sobą i zmianami, które stały się same. Miały być obok, są we mnie. Miały być w innych, stały się mną. Rok, gdy upomnienia okazały się tylko obciążeniem, upominanie się o siebie i innych, do mnie podobnych, niczym więcej niż nieporozumieniem, którego zrozumienia się nie spodziewam. Chuj. Chujowo. Najwyraźniej tak miało być. Nie trafiam na tych, którzy zechcą zrozumieć, mają odrobinę wyobraźni, wykraczającej poza oczekiwania, że bycie odmiennym, nie oznacza, że jest się podobnym, bo także są odmienni. A jeżeli trafiam, nie chcę niczego zmieniać i muszę się oddalać, bo moja obecność toksyczna, pozbawia radości poznawania bycia odmiennym. Zamknięta i nierozwiązywalna pętla nieskończonych możliwości. We mnie rozrywana, w bycie zawsze silniejsza, niż wyjście trafu poza siebie.

Walka o siebie, która nie była odebraniem nikomu niczego. Tylko sobie. Nie ja albo, albo oni. Nie albo ktoś, albo mnie cokolwiek miało dotyczyć. Rozczarowałem się tym rokiem. Ucieszyłem się tym rokiem. Nie, mam to w dupie. Tak, mamy cię w dupie. Osobno i zbiorowo. Rok temu, we własnej desperacji, miałem sobie skrócić życie. Nieważny. Jestem miliardem, w miliardach takich samych nieważnych. W cieple wody, cieplejszej niż krew, która zabarwiła by ją ledwie na różowo. Nie stało się i dobrze. Nie było by warto. Przekonanie, że jesteśmy warci tyle, ile rozczarowanie, jest złudne. Jesteśmy szalą, na której ważą się losy tych, którzy nie chcą niczego więcej niż bycia jak my, którzy przypominają, że bycie sobą jest prawem, nie przypodobywaniem się nikomu, opatrywaniem czyichś ran, rozumienia, rozdrapywania naszych ran, czynienia krzywdy. Bo my zrozumiemy. Przebaczymy. Będziemy w końcu tacy sami. No nie będziemy. Nigdy nie jesteśmy. Nasza wrażliwość, nasza naszość, chęci i porażki. Kroki w przód, w tył, w każdą stronę są warte tylko ile to, że jesteśmy, a nie powinno nas być. Bo tylko przeszkadzamy. Jesteśmy wyrzutem sumienia. Nie naszego, czyjegoś. Nikt ich nie chce, a przecież one są nami, w każdym z nas.

Minął rok. Dwanaście krótkich miesięcy, najdłuższych składających się na nie dni.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Fałszywi prorocy

Przestańcie mi wreszcie kurwa wieszczyć, co się ze mną stanie. Dziać się będzie, co będzie się działo, co wybiorę, na co nie mam wpływu, na co jakiś jednak mam. Staram się nie przez wzgląd na was, podglądacze i życzący niby dobrze, dla których zawsze nie jest jednak tak, jak powinno. Nie staram się, bo mi przepowiadacie, frazesy, banały i wasze niepowodzenia. Fałszywi przyjaciele, fałszywi prorocy, w bezpiecznych miejscach, w wygodzie, albo ambicji, zjadającej was, jak zazdrość, że to nie wy wybieracie, ale mnie zdarzyło się to robić. Przyglądacie się z miną mędrca, który nie ma pojęcia w czym rzecz, czym się rzecz kieruje, czy waszą rzeczą jest mieć pojęcie i prawo w ingerencję rzeczy. Moich, nie waszych.

Przestańcie wieszczyć innym, inni przyjaciele, innych, których chcecie uczynić podobnymi do siebie. Pozostawcie nam nasze życie, niekompletne, jak wasze. Pozwólcie nam być sobą, nie wami. Stańcie się oparciem, którego potrzebujemy, nie krytyką i osądem. Potrafimy ocenić się sami. Moglibyśmy ocenić was. Nie robimy tego, nie chcemy was zmieniać. Pomóżcie nam raczej wytrwać w trudnych postanowieniach, wyborach niełatwych, z poczuciem winy, że chcąc żyć inaczej, możemy krzywdzić tych, których kochamy, niechcący. Nie wszyscy muszą być jednakowi, nie wszyscy są, nie wszyscy mogą. Nie czujemy się lepsi, nie grozimy waszym odczuciom. Nie zmuszajcie nas do czucia się gorszymi, bo tylko tak pozwalacie nam na znalezienie miejsca w świecie, który nie tylko należy do was, ale jest i nasz, wspólny. Nie zamykacie nas w więzieniu odmienności. Dożywotnio. Śmiertelnie.

Niewiele chcemy. Jeszcze mniej nie chcemy. Nie jesteśmy w inności tacy sami. Możemy widzieć inaczej, kochać inaczej, czuć inaczej, gubić się inaczej, poszukiwać inaczej, wierzyć inaczej, być szczęśliwymi inaczej. Jeżeli tego nie rozumiecie, zapomnijcie o nas, wyrzućcie z pamięci. Nie przeszkadzajcie, będzie nam lżej i wam. Innym.

Kategorie
Psychika Toksyczny Toksycznym

W jedną całość

Rozmowy nikt nie podejmuje, nie podejmie. Słów napisanych nikt nie czyta, nie przeczyta. Nikt, nie Nikt. Tak powinno być. Nie tak. Nie, nie pozostawia mi szansy wyboru. Tak, chciało by było inaczej. Nie i Tak zrównuje się niczemu, znosząc nawzajem, wynosząc nic. To co czuję. Nic.

Dziwię się sobie. Staram się czuć. Gdy już czuję, czekam na koniec uczucia. Staram się ufać. Gdy już ufam, czekam na jego przeciwność. Zawsze się doczekuję. Nie powinienem. Starać się i oczekiwać. Zaczynać i kończyć. Powinienem pozostawać przy niczym. Od początku do końca.

To nie gra słów. Mamy dwie osobowości. Zależne od siebie. Zlane w jedną całość, zamieszkujące jedną duszę. Nie mają imion, są przydomkowe. Zło i dobro, strach i odwaga, nadzieja i apatia, skromność i pycha. Przeciwważne wedle uznania. Takie są. Spotykając się, umykają. Poznaniu.

Jestem taki sam. Jestem różny. Bezcelowo celowy. Cel osiągnąłem. Pozostawię po sobie bezcelową celowość. Życie, którego stałem się przyczyną, które o tym samym kiedyś się przekona. Pętla bycia się zaciśnie w czasie, którego nie wybiorę, nie wybierze jej życie. Stanie się Czas.

Czy jesteśmy więcej czymś, niż jesteśmy? Nie i Tak i przydomki tylko odpowiedzą na to pytanie. I odpowie Czas. Nie prosiliśmy o pytanie, samo się zadaje. Od pierwszej myśli, w bezmyślność braku odpowiedzi. Do niczego, tylko byciu.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Stereotypy

Czemu jesteście uprzedzeni do wszystkiego czego nie rozumiecie, co nie mieści się w ramach uznanego za oczywiste? Obieracie mi tym przyjemność bycia, zdolność do budowania. Czemu oceniacie, w stereotypach, gdzie są granice tego, na co mogę sobie pozwolić, za którymi spadnie na mnie krytyka i na każdego, kto ze mną przekroczy pojęcie tego, co jest dla was zrozumiałe?

Zabraliście mi, stereotypowi już za wiele. Każdy plan, przeszłość, każdą miłość. Chcecie zabrać mi przyszłość. Jaki jest tego cel? Dlaczego się na to godziłem? Dlaczego miałbym nadal?

Co jest niezrozumiałego w tym, że moja wiara nie odpowiada tej uznanej za dzisiejszą? Nie wolno mi się modlić tak jak robili to na długo przede mną? Nie wolno mi wierzyć w oddaniu? Co jest niezrozumiałego w poczuciu dwojga ludzi, że chcą siebie nawzajem? Mimo różnic i przeszkód? Co jest niezrozumiałego w tym, że ma się ojczyznę, za którą można oddać życie, bo tylko dlatego ją mam, bo zrobił to ktoś dla mnie, przede mną? Co takiego robię, że musze to ukrywać, ze wstydem. Wstydząc się jeszcze bardziej, ze to ukrywam? Nie mogę być katolikiem i nie być dewotem? Nie mogę kochać kogoś młodszego i nie być satyrem? Nie mogę być patriotą i nie być nazistą?

Jak to jest, że zostałem wpisany w schemat? Nie wolno mi się mylić i popełniać błędów. Każdy zostanie mi wypomniany. Nawet naprawiony. Nie wolno mi stać prosto. Patrzeć w oczy. Bez wstydu.

Kim zamiast tego, kim jestem powinienem się stać? Przykładnym mężem? Przykładnym ojcem? Przykładnym pracownikiem. Wytrwać. Nie kochając, nie będąc kochanym. Ojcem, który nie pozostawia wyboru. Wyrobnikiem, który jak sługa służy panu, pozwalając mu się bogacić, za cenę pozornego spokoju?

Nie stałem się takim, jakim się po mnie spodziewano. Nie stanę się. Nigdy nie byłem, chociaż się starałem. Czy ktoś to przyjmie? Nie wiem. Pozostaje mi się staroświecko modlić, wierzyć w miłość ostateczną, pamiętać o zapomnianych. Marny, omylny, niedoskonały. Wolny.

Stereotypy zabiją wolność. Dzięki Bogu, nie tylko ja je łamię. Więc? Fuck you!

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Antropocentryzm egocentryka, czyli wpierdoliłem się po raz kolejny

Człowiekiem jestem. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Mam prawo uznać to stwierdzenie, za moje własne. Eksperymentowałem więcej, niż zapragnęła dusza. Nie chowam się, za zasłoną anonimowości po to, aby coś ukryć, skrzywić, przeinaczyć. Przeciwnie. Nie. Przeciwnie to za mało. Dwa bieguny, to już bardziej. Tylko w taki sposób, to co mam do napisania, może być rozumiane poprzez treść, nie mnie, piszącego. Nie chowam się, jak inni, za miłymi słówkami, odgadując jakież to potrzeby, niemożliwe do spełnienia mają ludzie, postawieni na mojej drodze przez los, przypadek, przeznaczenie, po to, bym mimo tego je spełnił. Nie robię tego w życiu, nie zamierzam robić w tym miejscu. Nie podlizuję się, nie kokietuję. Nie wypierdalam esejów na dziesięć stron, na najważniejsze tematy. Nie cykam sobie fotek na Insta, w jakimś akurat atrakcyjnym miejscu, z jakimiś akurat teraz atrakcyjnymi i cwanym hasztagiem. Nie komentuję innych blogerów, aby podnieść liczbę kciuków w górę. Pierdolę czyjeś oczekiwania. Nie łagodzę tonu głosu, moduląc w głaskowatość. Nie ryczę chrapliwie, aby nadać mu żrącej ostrości. O kant dupy to rozbić. Jeżeli ktoś mnie nie rozumie, nie musi. Znikam i znika ktoś. Ktoś mnie nie lubi, no to co? Rozpłaczę się? Droga wolna, do łatwych, do polubienia. Rozczarowałem? Co takiego? Sobą, czy wyobrażeniu o mnie? Jak można się rozczarować kimś, kogo się zna. I w sto osiemdziesiąt stopni zwrot: jak można rozczarować się kimś, kogo się nie zna? Absurd! Ktoś chce mnie poznać, zrozumieć, polubić? Zapraszam. Nie? Nie pogniewam się. Chce czegoś, czego nie ma? Spierdalajcie. Mojry. Do lasów!

Od zawsze, i to literalnie zawsze, przeciskam się, przez tłum egocentryków. Szamocę się, wyszarpuję ostatkiem sił, jak w koszmarnym śnie, gdy coś mnie trzyma i nie pozwoli wyrwać. Ja to, ja tamto. Ja mam, ja chcę, ja muszę. Moje to, to moje prze moje. Moja praca, moje dzieci, moje zdrowie, moje zawody, moje marzenia, moje osiągnięcia. Ja, moje, moje, ja. I ja jestem egocentrykiem. I z tego tłumu egocentryków, każdy jeden i każda jedna egocentryczka, próbuje się wyrwać, mnie podobnie. Jeżeli są uważający inaczej, łżą. To jest prawda.

Rozmowa o rozmowach, o ostatnich tygodniach. To, że prawie nie śpię, musiałem chlać, aby nie oszaleć do dna, wykonuję pracę dla idioty, sprzedaję się, zarabiając dobrze, zachowuję się czasami jak buc, nie idealnie, nie oznacza, że przestałem myśleć. Nie przestałem. Jestem egocentrykiem i to sto, na sto. Nie podzielam jednak wiary, w centralną rolę miliardów egocentrycznych bogów, wokół których kręcą się miliardy ich tylko światów. Wierzę, że każdy ma osobistego boga. Wpierdoliłem się, po raz kolejny. Nawet ego on i ego ona, są w stanie zauważyć się nawzajem, w jakiejkolwiek konfiguracji, nie dyskryminuję. Zajrzeć sobie w oczy, rozpoznać podobieństwo. Instynkt? Niech będzie. Ego musi się rozmnażać. Nie dyskryminując, adoptować. Uczucia wyższe? Nawet egocentryk, nie chce pozostać sam. Lęk? Żaden egocentryk nie jest samowystarczalny. Intuicja? Nie jesteśmy od siebie, aż tak różni. I to też jest prawda. Włażąca w usta, uszy, …

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Przyjebać

Moja toksyczność. Nie rozumiem jej. Chyba już pisałem o moim przyjacielu, geju, Brytyjczyku, który zawsze mi powtarza, że jeżeli nie piję i nie mam mojego zjazdu stresowego, jestem najbardziej uroczym człowiekiem, którego zna. I pewnie jestem. Rzecz w tym, że piję ze względu na stres. I pewnie też pisałem, że nie tak dawno, miesiącami, piłem w pracy, nigdy w dni wolne. Dlatego orzeczono, że nie jestem alkoholikiem. Piję niebezpiecznie. Używam sobie medycznie, w dokładnych proporcjach, odmierzanych aptekarsko. Czasami aptekarz się pomyli i wychodzi z tego syf, który bywa, że nie da się go doprać, najgorszy, gdy ktoś mnie nie zna. Nie mogę brać leków, nawet tych cudownych. Znikam. Po alkoholu przynajmniej, po jakimś czasie powraca pamięć. Pojawia się wstyd i zażenowanie. Jak mogłem? Po tropach, nie pamiętam nic. Tabula rasa. Wygodna. I przecież nie piję zawsze. Nie muszę się powstrzymywać. Wolę herbatę. Z mlekiem. Na górze. 1 do 10. Może być bez cukru. Jednak nie w tym stanie, którego nie ogarniam, trzeźwym umysłem.

Wolne wolałem spędzić z córką, pięcioletnim aniołem. Nawet nie posyłać jej do przedszkola. Rzadko, w moim dotychczasowym zawodzie, takie wolne ma się w weekendy. Jeżeli mogłem je mieć, nie chciałem, tych wolałem nie spędzać z najtoksyczniejszą z kobiet, które znam. Strata dorastającego dziecka, umierającego latami, na neuroblastomę, zrobiła z niej czołg, rozjeżdżający. Mnie najbardziej. W przód. Powrót i znowu w przód. Przez dziewięć lat nie zatrzymałem maszyny. Nawet naszą córką. Piekło niezrozumienia. Pierwszy krąg, gdy ktoś myśli, że pomaga, a wbija w ziemię, codziennie. Słowa i zachowania raniące, dla kogoś z moją przypadłością, oznaczały wojnę, codzienną. Obrona, blokada, kordon. Spanie na kanapie, kilka ładnych lat. Brak bliskości, o której w końcu zapomniałem, że nawet istnieje, takie coś, jak razem. Sex? Nauczyłem się onanizmu z ohydztwem, byle szybciej. Trudno uwierzyć, matka mojego dziecka, przeszła terapię. Nie zrozumiałem na czym polegała. Efektu nie zauważyłem. Nawet moi psychologo-psychiatrzy, którzy szukają skutecznej dla mnie drogi, do czegoś, na co mam coraz mniej chęci i tracę zapał, też nie rozumieją. Pewnie jej terapia dodała, nieznane wcześniej zdolności, bardziej rozjeżdzające. Moja godzenie się ze stratą i zrozumienie, że może nic mi już nie jest. Mój syn, ten starszy, powiedział, że zmarnowałem te lata. Nie wiedziałem jak to odeprzeć: nie na siebie, na kogoś, kogo bardzo lubisz, kto rozrywał ojca na kawałki, z których musiał się zbierać. I to dziennie, powtarzalnie. W innym przypadku, ojciec byłby tylko aparatem do oddychania, jedzenia i srania. Bezmyślnie powtarzający rutyny i wyuczone zachowania, zwroty, rozmawiający na niby, utemperowany. Nie mieszkałeś z nami. Gdybyś to zrobił, wiedziałbyś, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami. Nie powiem mu. Niech byłość zachowa elementy prawdziwości. Niech to ja będę winny. Zawsze jestem i będę. Nie powiem mu, że gdy dobre wrażenie, jest niezadowolone, potrafi dać ojcu w pysk i wywrócić. Wie, że ojciec nie odda, nie odpowie chamstwem na chamstwo. Przekleństwa to nie to samo. Mężczyznę by sflekował. Bo ojciec w stresie, rozpierdoli nawet Goliata. Nie czuje strachu, nie czyje nic. I to, że ojciec pamięta z dzieciństwa, podobną matkę, pijaną często, bijącą, gdy nikt nie widział. Z szaleństwem w oczach. Szanowaną. I swojego ojca, który pewnej nocy leżał kopany, i chwycił leżący nóż. Ręka bijąca się na to nadziała, jak mięso nabija się na rożen. Było dużo krwi. Ręka krwawa i nie krwawiąca pochwyciły mnie, poniosły, z progu kuchni, nowoczesnej, nie zapyziałej, w ciemną noc. Pamiętam piżamkę, niebieską, z rudzianymi plamami, którą dziadkowie zdejmowali ze mnie i myli, bo to się wszystko przykleiło. Odkryłem wtedy prysznic. Do tamtego czasu były tylko kąpiele. I uwierzyli. Że ojciec po wyroku, nie za siebie, a matka święta jest i tyle. Demon. Współczuję, tym matkom. Jednak, gdy ja, o szóstej rano, obalony na ziemię, bo nie znalazłem czegoś tam, szczotki do włosów, chciałem uciszyć krzyk, położyłem dłoń na ramieniu, gdy było jasne, że dłużej tego nie zniosę, moje dziecko powiedziało: nie rób tatusiowi krzywdy, nie wolno się bić i kłócić. Wstałem. Mój anioł stał obok mnie. Malusieńki. Nic to nie dało. Kaci mają dar. Przetwarzania. Są zawsze ofiarami. Okoliczności i nakazów. A ja? Pozbywalny. Bo znajdzie się na mnie tyle, że to ja jestem nienormalny. Zwariowałem? Tak, niewiele większym będąc, niż moja córka, która nigdy nie powinna widzieć takich scen. Dlatego uciekłem. Dzieci nigdy nie powinny być wmieszane. Ta, o której pisałem, której być nie powinno, tylko mi o tym przypomniała. Tą poświeciłem na ołtarzu, świętego spokoju. Nawet jeżeli nie było łatwo. Innej Tej, J i M, nawet nie dałem szansy. Ciekawy jestem co by powiedziała, gdybym pozwolił jej dojść do słowa?

Każdy, kto nie zna mnie za dobrze, wyobraża sobie, że zamieszkuje we mnie zło. Nie ma go, jestem każdością, zła i dobra, tylko jest mnie, we mnie, za dużo. Ze strony jednej, krzyczę, trzymajcie się ode mnie z daleka. To nie jest prawda. Jestem zupełnie niewiarygodny. Nie, nie godny wiary. Zamieniam wątpiących, w pełnych siły i pewności. Ludzie lgną do mnie. Lubią i się spodziewają. Ja nie lubię ciszy. Czasem zapełniam ją bełkotem. A potrafię być dobrym słuchaczem. Tylko wtrącam. Niech pieśń płynie. Z drugiej? Przyciągam, nieprzerwanie, to jest to, z drugiej strony srebrnika.

Postanowiłem, przez rok pobędę sam. Do roku niewiele zostało. Jest mi coraz łatwiej samemu. Nie wybijam klinem klina, nie zdradzam, nawet myślą. Nie spodziewam się. Jestem egoistą, uczę się nim być. Znalazłem strategię, jak pozbywać się każdej Tej, która może mnie polubić, nawet pokochać. Jestem jak twierdza, najeżona kolcami. Mam arsenał broni, które odpychają. Najlepsze jakie mam, to sztuczność i udawanie. Bombarduję nimi jak podczas oblężenia. Nie umiem powiedzieć nie, ktoś musi powiedzieć to za mnie. Najskuteczniejsze na ludzi za dobrych, jak ja. Uczciwych i szczerych. Za dwa miesiące może opuszczę mury twierdzy, może wybuduję je wyższe? To się okaże. Pozostanę toksyczny. Przestanę. Ale wreszcie dbam o siebie. O mnie. Robię to tylko, co ja chcę. Nikt do niczego mnie nie zmusi. Nie pokusi. Odkupuję winy, stawiając kroki w przód, nie w bok. Nie szukam uznania, potwierdzenia. Pracuję jak zawsze, bez wytchnienia. Zarabiam znowu. Dużo. I będzie więcej. Na dzielnie się i pomoc. Anonimową. Nie sprzedaję się tanio, dokładnie wtedy, gdy cena innych spada. Brak snu sprawia, że mam więcej czasu niż kiedykolwiek. Zmęczenie dobrze mi robi. Na zrozumienie jak bardzo zboczyłem i rozczarowałem samego siebie. Uczę się pisać, na wiele różnych sposobów. Eksperymentować. Przekłuwać ciało, tatuować. Zmieniać kolor włosów, kilka razy w tygodniu. Śmiać się z tego w robocie. Gdy pytają Holendrzy, kiedy będę zielony. Łamię się. Zrobię im tę przyjemność. Zacząłem studia, w wieku na takie, aż niepoważnym. Nie czuję, że komuś zabieram miejsce. Kiedyś komuś oddałem. Mogę bezimiennie się zwierzać, za wielu, którym brak już sił. Po prostu. Przyjebać.

Kategorie
Brak Toksyczny Toksycznym

Spadaj

Przeszło mi. Przepraszam kochana. Nie mogę dłużej Cię kochać. Pozostaniesz Tą. Są inne, Te. Nie bardziej Takie. Innością podobne, innością Inne.

Nie mogę, bo nie jesteś ani moją, ni swoją. Zmieniasz się w kogoś, kogo nie znam i nie chcę poznać. I nie poznał bym, nawet przypadkowo. Poznałem, gdy byłaś na chwilę, tylko dla mnie. Tamta. Nie mam już twoich zdjęć w telefonie. Nie mam innych w zamian. Jest mi z tym dobrze. Przyjdzie czas na inne, Zdjęcia. Już nie Twoje. Odrobinę jest mi za Ciebie wstyd. To Twój wybór. Nie mogę oceniać. I ja nie jestem bez Wstydu.

Wiem, że nie powinienem, mogłem. Powiedzieć, co powiedziałem, napisać co napisałem, wysłać. Stało się. Ledwie się zbieram. Kotku malutki. Po miłości. Tej. Ta. Ty. Po popsuciu. Po lawinie. Niepotrzebnych liter. Walących się, od a, do zet. Jak dom z kart.

Bez ciebie nie było by mnie. Z teraz. Tamten przepadł. Szukam go. Niby jest, a nie ma. Wcale mi siebie nie brakuje, sprzed. Raczej czekam na w przód. Kiedyś doczekam się Ciebie, z przedtem, gdy obróci się koło czasu. Wtedy Cię przytulę. Bezsilnie. Nie mogę Cię kochać. Bo Ty nie kochasz siebie. Tylko udajesz. Że jesteś i będziesz. Spadaj. Spadaj malutka. W swoją otchłań i daleki kres.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dla Niewidki. Blogerki, która mnie czyta. Jak ja ją. Też i Was

Musisz sobie pozwalać. Na wszystko. Jestem Anonimem, bo zna mnie zbyt wiele osób. Niekoniecznie polskich, pierdolonych celebrytów. Znam ludzi, którzy tworzą i tworzyli kulturę, czyli znałem, w Europie i może nawet, w całej tej kurwiarni, zwanej Ziemią. Nie kawiarni. Pod Globusem. Albo Gruszką. Wiem gdzie rodziła się giełda. Wiem, skąd bierze się blichtr i pieniądz. Załamywali nade mną ręce. Marnuje się talent! No i co? Poza talentem trzeba mieć, do Sztuki sprzedawalnej, wysiedzianej, wygranej, wypisanej, wymalowanej, wymyślonej, jeszcze jakieś coś. To coś sprawia, że albo jesteś tu, z problemami, albo tam, z innymi. Tu nie masz co do garnka włożyć, tam nie wiesz czym zaskoczyć. Ja znam i tu i tam. Wiem i byłem. A ja mam coś innego. Człowieczeństwo. Ułomne i twarde. Nadzieje niespełnione i czasami wymarzone, stające się. Nawet wymodlone.

I wymądrzaj się, ile chcesz i myśl. Nie ma nic ważniejszego niż myśl. Poza słowami. One są myśli krokiem w ludzi i własnego, do siebie gadania. Wolałbym, aby były od czasu do czasu, nie tylko słowami, ale duchowo i ludzko prawdziwymi. I nieco bardzie elokwentne. Mamy miliony słów. Ludzie tutaj nie mają pojęcią kim jestem, wcześniejszym. Teraz jestem z nimi. I jakoś to wiedzą. Nie muszę się starać. I oni też. Nie.

Nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy prawie tacy sami. Ból, nadzieja, słony smak w ustach, gdy dopada nas strach? Krwi, pogryzionych warg? Nie wiem o której osobie pisałaś? Margo, czy Tej? Obie mają się dobrze. Bo to to ja jestem chujem, nie one, w tym samym, chuja pozbawionymi stanie? Jedną odepchnąłem, szukając wytłumaczenia, drugiej tego nie zrobię. A wierz mi, tych jednych było za wiele. O grubo. Te drugie wiedziały. To o czym piszesz. Poruszam nerwy. A Tą kochać zapewnę będę na zawsze.

Nienawidzę nudy. To prawda. Bywam teatralny. To zawsze był mój pot. Potrafię skinieniem głowy zachwycić dziesiątki chłopa na budowie. Szacunkiem i jednym miłym, jak się masz. Intonowanym. Ale prawdziwym. Spokój? A kto jest spokojny? Poza tymi, których rozkłada słodka otchłań?

Mój mały, nie wielki Boże. Nie ten z katedr i obrazów o wymiarach wyjebistych. Tylko ty, malutki mój. Jak moja wiara. Tak się modlę. Taka spotyka mnie, Niewidko, odpowiedź na moje wahania. Rodzina wielka, dobra. Mogłem z niej zrobić pośmiewisko. Wdając się w talent. I wiedzę i czas tamtych. Nie tutejszych. Nie moich. Tu nie ma strzępów. Nie ma interpretacji. Jest życie. Raz w górę, innym w dół. W dole o Boże, w górze boże mój.

I buntuję się. I słaby i silny. Ten motyl jest taki jak Twój. Niewidko.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kable. Na, Nie

Kolejny dzień poświęcony Elektrze-tyce minął bez wypadku. Pomaga mi jak bratu. Orestes miałby wielkie oczy, dowiadując się, że jego siostra ma innego, wciąż żyjącego, nie tylko jego. Nawet wielu więcej, Elektryków. Nasza. Patronka. Ale na Rany, nie byłego Prezydenta, którego od zawsze nie mogę znieść. Tego komunisty, z Matką w klapie marynarki, z drugiej ręki i bełkotem, nie śmiesznym i pajacującym. Z nim nigdy nie napiłbym się niczego, nawet Kryniczanki. Pomścimy. Wszyscy. Jej i mojej stratę. Tylko mi się ręka wkręciła, rękawicznie w wiertarki wiertło. Ał. Ał. Ał.

Pracuje ze mną chorąży. Starszy. Sztabowy. Zapamiętałem jak ma na imię, bo na drugie, mam takie właśnie samo. Tak wołano mojego ojca. Wbrew temu jak miał. Imion nowopoznanych, nigdy nie pamiętam. To ten kolega, który staro wygląda. Fajny jest. Piątka dzieci, ogarnięty chłop. Tylko robota w rękach mu się nie pali. Ma jakieś zmęczenie w ruchu i chęci. A ja nie mam na tyle energii, by się nią, z chorążym podzielić. Starszym sztabowym. Sztabowym. Z gwiazdkami. A jak. Gwiazdkowym.

Mój imienny Gieroj zawiózł mnie do studia tatuażu. Tym razem znowu piercing. Mostek i tunele. Boli jak jasny chuj. Bridge nie, uszy tak. Pompują. To dobrze. Mogłem to mieć, od wielu lat. Wstrzymując się, niczego nie zyskałem. Tylko głupi strach. Zapytałem Gieroja. Jak? Wiedziałem co odpowie. Ile zapłaciłeś? Było warto? O tak. Jak gdybym na to czekał. Możesz wyjąć. Nie o to chodzi. Ale mu się to podoba. Że ja taki i nie taki sam. W tym studiu ludzie przemili, muzyka jaką słucham i staranie się, o moje różnej wielkości uszy. Jesteśmy artystami. Patrząc na nich, wiem. Tunel w górę, tunel w dół. Moja twarz stałe się bardziej proporcjonalna. Widzę to.

Mamy bilety do Polski. Z Charleroi do Warszawy i powrót. Nigdy nie byłem na tych lotniskach. Mały bagaż i kilka dni. Trzy tygodnie. Tym razem spotkam się z córką i nie ominę żadnej ulicy. Kraków jest mój. Londyn jest mój. Czas na Brukselę. Politolog, nie pijany, słuchający i czytający. Rzadko rozmawiający. O polityce. Katolik i nie kaznodzieja. I piszący. Bzdurki i poważną treść.

Nie muszę mówić. Gdybym jeszcze raz. Mógł przeżyć moje życie. To zrobiłbym to inaczej? Nie. Zrobiłbym to intensywniej. Do ściany. Do rozbicia. I od o niej i odbicia. Od poziomu, grawitacji, do gwiazd. Nie gwiazdek. Starszego. Chorążego. Dziada. I tak żyję. Niech on żyje jak chce. Jutro kable. I może ktoś mi wreszcie powie, że Tej się udało. Do czego ma Serce i Talent. Bo nie chcę się znowu wpierdalać. Na, Nie!

Kategorie
Psychika Toksycznym

Z wariatem

Jestem wariatem. Od zawsze. Lądując w szpitalu, dla obłąkanych, na jedną noc, bo miałem już dość, chcąc spokojnie podciąć sobie żyły, w ostatniej kąpieli, nie oprzytomniałem. Stałem się zawzięty. Ozdrowiałem. Z naiwności lat. Potem to już była zgroza? Sielanka! Ja to wszystko wiedzialem. Inni też. Tylko się nie przyznają. Na każdego przyjdzie taki dzień. Prawdy. Bójcie się!

Nie muszę być nikim, kogo ktoś sobie wybrał. Kimś, kim za nic stać się nie chciałem. Jednak w poddaniu sekund, tak i nie, mogłem się stać i dla wielu się stałem. Przecinki. Interpunkcja. Rytm i sylaby. Tak mnie to już do dna wpierdaląco, źle wkurwia, ten brak praktyki w doborze słów. Moich też. Nie muszę się sobą dzielić. I nikt nic z siebie nie musi mi dać! Nawet przebaczę brak elementu wiedzy. Braku zdania nie. No nie! Intonacja ojczystych liter. Nie tylko chamowaty, na ostatni takt, synkopy przycinanie.

I co? Mam na gębie pełno srebra. Patrzą na mnie. Wystaje mi kilka szpilek. Zawsze je miałem. Nie od niedawna. Teraz jestem. Całym sobą i będę coraz bardziej, po każdym dniu. Nie podoba się? Nie patrzcie. Ja na was tak. Na mnie z wczoraj. Jestem ciekawy. Obserwujący i rzadko pozwalam sobie na krytykę. Kogokolwiek. Na tą prawdziwą. Która odbiera szacunek i chęć na kolejną noc, z której nie chce się obudzić. Wariat. Udający normalnego. Jedyny, który za każdą przewinę pluje sobie, w siebie odbicie.

Toksyczność to nie jest przenoszona choroba, jakimkolwiek zmysłem, ciałem, kałem, spermą, krwią, katarem. To jest niedostosowanie. Niezgoda. Nie i ciągłe nie. Aż do Pa.

Nienawidzę szmat. Tych bezdusznych, kompleksami ogarniających cały znany mi świat. Niszczących siebie, co akurat mam w dupie, ale innych. Zabierających nadzieję, ważniejszą niż tlen. Tego robactwa, które tak obrosło w chitynę, że nie pomoże na nich żelazny but. Wieczna trwałość niczegości. Tak jad, jak trucizna. A dla nich to my jesteśmy bez znaczenia. Im nie do pary z wariatem.

Czy to tylko mnie się wydaje, że to już czas, podpalić to wszystko i na popiele wysiać, co pozostanie, ostatnie ziarno i pył i nawet zupełnie, całkowicie, nic?

Kategorie
Toksycznym Życie

Mandarynki

Są mandarynki, hasz i jeszcze żelki. Haribo. Każdego po trochu. Robi się ciemno, nadchodzi jesień. Lubię ją. Czerwono listną, ciepłą jeszcze latem, chłodną czasem odpoczynku. Nie dla mnie, ale zobaczę czym Galia, zechce mnie zaskoczyć.

Słucham muzyki i powolutku zatapiam się w stanie wyciszenia. Nie mam z kim się pośmiać, wszyscy poszli spać. Więc się zanurzę w spokój. Popiszę tu i tam. Dobrze, że zapaliłem, czuję głód, jakiego dawno nie czułem.

To już tydzień od powrotu z Krakowa. Dziwnie to brzmi, mój dom musi być tam gdzie ja. Znowu jestem cały w sińcach. Nawet łydki i brzuch. Szalony Turek, Belg w trzecim pokoleniu, najechał na moją drabinę zwyżką. Taki podnośnik. Leciałem jak worek piasku, ku górze potrzaskanych palet.

Próbuję do różańca przymocować nowego Chrystusa. Za cztery złote, miedzianego, ze sklepu na Placu Mariackim. Ja i dewocjonalia. Anioł. Zemsty i pomoru. Czekałem, czy jakaś siła mnie stamtąd nie wygna, albo też ktoś.

Złożyłem w ofierze Najadom prezenty, dla Tej i Margo, Tej pierwszego imienia. Przyjęła rzeka z pluskiem, wielki bursztyn w srebrze i ołowiany, pozłacany kwiat, z antykwariatu. Polce bym nie dał, bo muszę odkochać, Flamandce, bo zakochać nie chcę. Się.

Była burza. Błyskawice przez całe niebo. Zygzakowym znakiem rozświetlające zakłębioną szarość. I deszcz. Jakiego dotąd nie widziałem. Inny deszcz. Jeszcze nie mój. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o córce. Złapał mnie jakiś sercowy skurcz. Inny skurcz.

Nie mogę z kibla zrobić palarnianego Eremu. Kategorycznie. Przyjedzie pooperacyjny gość. Gardło. Nie wiem, czy będzie tu mieszkał? Jeśli tak, to będzie ciasno i jeżeli chcę pisać, nie będę mógł spać. Bo na chwilę osobistej ciszy, pozostanie mi noc.

Znowu nie piję. Obserwują mnie. Myślą, że wypicie w godzinę butelki wódki, na trzeźwo, czyni mnie uzależnionym. Nie będę tłumaczył, piję kiedy i ile chcę. Albo też wcale. Po to zadręczali mnie psycholodzy. Abym wiedział, czy mogę. Dojadam mandarynki. Kończy się działanie konopi. Włączę film o zwierzętach i się wyłączę. Pstryk.

Kategorie
Toksycznym Życie

Perski bóg

Toksyczny, Miniois, pozdrawia Xenoi.

Nie ma nic co bardziej dręczącego, niż strach. Wyznał mi Człowiek, Nieznany, przed poprzednim poniedziałkiem. O uzależnieniu, gry, automatyczne. Deus ex machina. Teatr dla siebie. Płacze, odwraca się do ściany, budowlanej, kablanej, pierdolonej. Nieważnej. My na niego patrzymy. Ja tylko wiem, że wiem, inni, że jest inaczej. Że to nie ktoś, jest mu coś winny, lecz on, za wielu. Za Wielu zapłaci karę. Głupiec. Choć starający. Do upadku. Męskim, nierozerwalnie, kobiecym aktem, ekstazy w katharsis.

Ogromne długi. Chce się zabić. Nie kłamie. Kłamie innych. Żonę, siebie, półprawdziwie. Dzieci dwoje, wciąż z nim. Nimi. Na jak długo, nie wiem. Na nie długo. Moim zdaniem. Bo nie mówić prawdy, nie jest kłamstwem, jest oszczędzeniem? Tak jak pisałem kiedyś. Swego upadku? Bo mówienie prawdy kończy się końcem? Jak w moim przypadku?

Nosi imię on nie dygnitarskie, nie półboskie. Bogiem jest, królem perskim. Smutku i przerażenia. Jak jego imienia, nie przodek, i przodkowie. Za nadzieję, nie wygranej, za nadzieję godnego Losu.

Nie siedzę w Ogrodzie. W Bunkrze, jakich wiele, w tym mieście, traconych dusz. Dobrze się bawić to na trzy, na pięć, to nie bawić się jak Oni. A bawiąc się. Ni to rusz? Jak mam, to mam i mogę. W mniemaniu. Nie na krztę, na kwartę.

Gdybyśmy szczęście uczynili nie celem, lecz drogą? Ile by to zmieniło? Ta droga, od atomu, do konkretu. Analizująca, jakby nie była początkiem, początkiem początku, końcem początku? Początkiem końca?

Perski bogu. Przepatrzyłem wszystko. Nawet odmianę upadłości w języku, którego ja nie znam za dobrze, a o którym nie słyszałeś. Możesz i musisz. Nie da się inaczej. Upadnij i jeśli powstaniesz, dam Ci szansę, każdy Ci ją da.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Wkurwiłem się

Ja dla waszej przyjemności nie piszę. Wybijcie to sobie z głowy, przypadkowi czytacze. A liczba dotąd Was była, 63, sierpnia, trzeciego dnia. Piszę dla nich, upadłych, zranionych. Toksycznych, jak ja. Złamanych Aniołów. Diabłów wcielonych. Z walizkami pełnymi złych dni, trupów własnych siebie, cieni. Żyjących i odeszłych. Nie na kółkach, ale tych starych, ciągnionych, do Auschwitz-Birkenau. Gdzie zabili ukochaną siostrę dziadka, przyrodnią. W pierwszym transporcie. Z Truskawca, w gaz i piach. Bo miała depresję i była Polską, Übermensch? Bił jej duch lagami, po domu gównianym, bo dwór zapadły, zabrał Car. A matka jej była córką rabina. Mezalians to mało, za dużo na Młodą Polskę. Biała jak len. O czym nie wiedział nikt. Jakubowska. Trzy małżeństwa. Pięcioro rodziców, dzieci trzynastka. Łatwo było się zgubić.

Tak wam się wydaje, że każde słowo może być naszym ostatnim? Nie Legionami myśmy, zwyczajny, zaściankowy, podły, świński ród. Ruscy. Polaki, Litwini, Niemiaszki, Żydzi. LGBT. A niech żesz Was. Szlag i mosiądz. Jeden dziadkowy kuzyn Sturmbannführer. Zginął pod Mińskiem, Austriak, przepraszający. Drugi Enkawudzista z lampasami, pułkownik, nakazujący, a był szwoleżerem rokitańskim. Wiecie co to? Googlujcie. Nikt nie wie jak skończył?

Te komentarze? Co ja mam wam odpisać? Po to jest Dupa i mam to. Kurwami lekko rzucam. Kurew niemało. Taki jest ten, jebany świat. Nic o nas, bez nas. Nic o was bez was. Ani teraz, nie wówczas. Nie Kurwa Mać dla nas. Nas już nie ma. Rozpływamy się jak lód, w letnie miesiące. W tych małżeństwach, ze złotem, nie ich. Waszym, nam zabranym. Oszołamiające? Nie z soli. Tak? Nie. A może? Z różańcem na szyi i alejkum salam, bo mam Tatarów, w genach i powiekach?

Bo nam nie wolno pisać? Nie wolno nam wołać? Bo może chory? Ma gorączkę, bo stylizuje? Nie muszę. Wielu tak mówi, każdego dnia. Nie wywodami, z pierwszego pokolenia inteligenckiego cynizmu. Wyższości, nie grzeczności. A tego, Wam akurat brak.

Bo mi w mordę wolno? Ale nie Wam? Nie Poniński ja jestem, nie inny śmieć. Bo powolnym zniknij, zamilcz, nie będzie i mnie. Jak Was, Moi drodzy.

Po co ja się wysilam? Bo na ulicach bezdomnych, chcenia, nas nie dostrzeżesz. I tyle. I już. Kropka.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Wiem?

Przeraziłem się dzisiaj. Bardziej niż w Alei Krwi. Sobą. Poznałem niepoznane, podglądane, gdzie granicą jest oczekiwanie, gdzie jest, gdzie nic, jest nic, jak jest, a nic to nic. Moja droga, powikłana. Moja Droga, bezimienna. Będę trzymał kciuki, do zbielenia kłykciów i iskrzenia paznokci. Do mojego, twojego, niczego, wszystkiego, do kilku słów, do ciebie, siebie, do migotania serc. Ja, niedobry, nienawistny, nieroztropny i zazdrosny, wewnętrzny. Na pokaz głaz. Ty. Ty to ty. Ty to Ta. Tylko Ty. Przepraszam. Chciałbym inaczej.

Gdy Miła, przecierałaś oczy w takt muzyki, robiąc gest, chciałem pod tobą trwać w nieskończoność. Śmiałem się. Poigrywałem, bylebyś była, była i była, będącą jak byt.

Topię się w tę noc, jak wosk, w lepkim pocie. Jak w dzień, gdy złamałem wszystkie przykazy. Tylko moim, dla Ciebie. Nie w złości. W czymś. To może być tak? Wypełniłem się, jak dopełnia się połączonych naczyń kres obojętności. Jest upalnie. Wtedy grudniowa była świąteczność. Chciałem ciebie, nie ich. Starali się. Ja już nie.

Mój płacz, Twoje nie wiedziałam. A skąd mogłem wiedzieć i ja? Minutami stały się godziny, latami sekundy, twardością ciężkość, miękkością stal. Odleciałem ptakiem uwolnionym, latawcem, który nie wie gdzie, niewidocznie, przebija chmur zwartość. Tak zobaczą go z dala. A mknie niezrażony.

Wielokrotnością staje się pewność. Poranną kawą, z Tobą w moim ręku, zdjęcia, telefon i miłość. Powtarzalnie. Gdy słyszę trel. Wiem. Czy wiem? Co wiem?

Kategorie
FNB Toksycznym

Food Not Bombs.

Powolnym ruchem posuwa się pan Jerzy. Kiedyś był Kimś. Mechanikiem. Ma trzydzieści osiem lat. Wygląda na sześćdziesiąt. To kiedyś, było, lat temu niecałe pięć. Idziemy o kilka metrów od siebie, pod wiatr, pan Jerzy gnije, wydziela smród. Ma cukrzycę. Nieleczoną, odkąd ukradł kilka tysięcy i wyrzucili go z pracy. Potem poszło lawinowo. Świadek Jehowy. Nie ma już palców, u nóg. Poznań.

Na przystanku Alinka. Wiekanoc. Wygląda młodo. Zniszczona. Była dziwką. Nawet studiowała. Turystykę. Kłóci się o połowę taniego wina. O dziwkarstwie dowiedział się mąż. W długach. Karcianych. Miała go dość. Jedli chleb i dżem. Wyrzucił ją z domu. Ma syna. Nie widuje go. Ma uszkodzoną pochwę. Pozwoliła się zgwałcić, butelką, z kapslem. Była pijana. Na ulicach? Nie pamięta. Dziesięć lat? Teraz tylko analnie. Chcesz? Dwadzieścia złotych. Warszawa.

Michał. Dwadzieścia sześć lat. Programista. Udaje, że jest ok. Ma jeszcze laptopa i wiarę, że to tylko na chwilę. Autysta. Lekki. Sierota. Hostel. Od zawsze, po bidulu. Pracuje. Pięć złotych na godzinę. Bywa, że nic. Ma kolegę z korporacji. Zarabia na Michale. Krocie. Zapomina mu płacić. Michał nie chce się myć. Kraków.

Benek. Ksywa Wielki. Dwumetrowiec. Kucharz. Nie ma co gotować, nie ma co jeść. Miał wypadek. Ubezpieczenie okazało się, wiecie czym. Kręgosłup przytwierdzili mu do pręta. Nie może siedzieć, nie może stać. Miał mieszkanie na kredyt. Zlicytował go bank. Bezdomny. Samotnik. Bielsko. Limanowa, Zdrój.

Łukasz, Anna, Piotr, Mirek, Wacek, Kaśka…

Nie mogę byś z tym sam…

Tylko tyle.

Proszę.

https://www.facebook.com/fnbkrakow

#AkcjaHigiena Food Not Bombs ID: 7sxyc9

Kategorie
Toksycznym Życie

Trwam

Organizm w szoku po powrocie do pracy fizycznej. To dopiero drugi miesiąc. Waga 53 kilogramy. Jeszcze jeden i podniosę więcej niż ważę. Gdyby nie zmarszczki i postarzała twarz, zmieniłbym się w tamtego ja, którego dobrze ukryłem. Skura nawet się kurczy i wychodzą spod niej prążkowania mięśni, bolących co noc. Obejrzałem się dzisiaj po kąpieli. Pamiętam to ciało. Zataczam koło. Już raz tak było. Chyba musiało tak się stać. Jedyna nowość to kolczyki, które pielęgnuję jak kwiaty. Opryskuję i czyszczę. Patyczki, waciki, antybakteryjny spray. Na dobre zagoję się w grudniu. Czekam na tatuaże. To wreszcie najwyższy czas. I na samochód. Kabriolet, króry wybrałem. Chcę wozić córkę, malutką jeszcze, zanim będzie kobietą, z rozwianymi włosami i śmiechem, ulicami jej miasta.

Polubiłem siebie. Na nowo. Nie rozumiem tego. Słucham własnych słów i jakbym to nie ja mówił, ale ktoś, kogo dopiero poznaję. Wciąż jestem upojony optymizmem, jak zawsze, ale więcej we mnie pewności, niż nadziei. Oddaję przeszłości, co nie do mnie należy. Za dzisiaj dziękuję. O przyszłość tylko się staram. Nie dam łzy potu nadto, nawet jednej więcej. Bez cynizmu. Mogę polegać tylko na sobie. Znika tęsknota. Za czymś, co musiało minąć. Pozostają wspomnienia. Złe odgarniam na boki, jak rozsypane pety z popielniczki, w knajpie, gdzie jeszcze wolno palić.

Mam wiele pytań. Mogę długo czekać, na odpowiedzi. Niektórych nigdy nie usłyszę. Są pytania, których nie zadam. Chciałbym wiedzieć, gdzie się zgubiłem i gdzie się odnajdę. Jeżeli to w ogóle miało miejsce i kiedyś się zdarzy. Mogę się pokochać nawet, ale pewności, że żyję, mieć nigdy nie będę. Tyle wiem, że trwam.

Kategorie
Toksycznym Życie

Polak za granicą

Jesteśmy za granicą. Tu każdy patrzy na swoje. Nikt nic za darmo nie zrobi. Możemy pić razem wódkę, ale na więcej nie licz. Przyzwyczaj się. Oż wy skurwysyny, wymknęło mi się przez zaciśnięte usta. Taką usłyszałem prawdę, przy śniadaniu. Szczerą.

Patrzyłem na nich z podziwem. Są przygotowani na samotność. Nie mogłem się oburzać. Musieli się tego nauczyć i tak będą edukować następne roczniki tanich robotników. Kraj pochodzenia i wiek, obojętny. Im bliżej europejskiego wschodu, tym tę lekcję przyswoją szybciej. W sercu ich wyzywałem: egoistyczne świnie, cwaniackie kurwy, pierdolone zera, cwele w dupę jebane, jołopy zasrane, matkojebcy… Nie pomogło, nie ulżyło mi. Na nic się nie zdało. Niedługo potem skurwysyny przyszły do mnie, muszę coś im przetłumaczyć. Naprawdę, zapytałem? Ja nic za darmo nie robię, nie jesteśmy w Polsce. Godzina od dzisiaj kosztuje u mnie 25 Euro. Możemy podzielić to na minuty, albo przygotuję wam specjalny pakiet. Chyba, że chcecie się uczyć. Wtedy będzie taniej. Siądziemy choćby w kantynie. Gęby skurwysynów zmieniły swój wyraz, z miłej, lekko głupawo wysołkowatego, na wściekle przytomny. Jeden zacisnął pięści. Może mnie zbiją? Poczekaj. Będziesz coś chciał. Nie będę. Szybko się uczę. Zdecydujcie się. Albo sobie pomagamy, albo nie, uspokoiłem atmosferę. Zmienili zdanie. Liczą na więcej. Nie tylko wspólnego, porannego kaca. Klaskać czy się wzruszyć? Wygrałem?

W drodze powrotnej, do niby domu, obcymi drogami, zrobiłem się refleksyjny. Czy naprawdę jesteśmy takim podłym narodem? Czy tacy byli nasi rodzice, dziadkowie i pokolenia wstecz? Nie możemy być katolikami. Gdzie Samaria, kochanie bliźniego? Sam się przekonałem, że należy oczekiwać jak najmniej, nawet nic, ale to sobie przypisałem winę. Tylko kto jest winny? Ja mówiący za dużo, konsekwentnie toksyczny, czy inni, mówiący więcej i po wielokroć napastliwiej, czyniący gorzej, uznawani za cnotliwych? Jak to jest, że tyle nas dzieli, nie łączy? Ja żyję w ciągłym stresie, szarpiący się o zwyczajność, reszta wspierana, żyjąca w spokoju, chodząca w purpurze rasizmu, cynizmu i obcych etyce ideałów?

Nie mogę polubić Polski. Z roku na rok coraz trudniej mi to przychodzi. Kiedyś łudziłem się, że nowi Polacy, młodzi, zdolni, normalniejsi, zmienią ją nie do poznania. Teraz widzę, że to była fantazja tylko. Jest taka sama jaka była. Odmalowana może, ale pod farbą równie zbrzydziała, udająca i pokraczna. Kiedyś wierzyłem, że podróże zmienią Polaków. Widzę że nie. Pozostaje mi czekać. Nawet duchem, nie ciałem. Bo choć nie lubię tej Polski i tych Polaków, nigdy się jej nie wyrzeknę, ich też nie chcę.

Kategorie
Toksycznym Życie

Budowa

Na mojej budowie jestem Fidiaszem. Młotem pneumatycznym szkicuję pęknięcia idealnie proporcjonalnych brył. Odlanych w betonie. Pomaga mi Hefajstos. Dyskretnie nadaje tempo mojej pracy. Pocę się, gdy krytykuje. Poci się on, gdy patrzę mu w oczy. Nawet bogowie boją się szczerości, są ludzko ułomni. Na mojej budowie jestem Kalipso. Grubym ołówkiem planuję drogę przez światło, pięknym i bogatym, po zmierzchu. Na mojej budowie jestem jak Orion, syn Posejdona. W miniaturze. Łowię myśli majstrów, gładkim ruchem szpachlując wykucia, którędy popłynie moc iskier i źródlana woda. Na mojej budowie mówimy w każdym języku, ale nie tych, do których należy to miasto. Niewolnicy z wyboru, wynajęci. Trwonię tu czas, za karę, przeklinając Heraklesowe wyzwania, prosząc o opiekę. Ale nie zostanę tu i tak, wiecznie. Gdybym został, został bym inaczej.

Codziennie wybieram się w daleką podróż. Odwiedzam wyobraźnią miejsca i epoki. Dzisiaj byłem w Ellàdzie. Mocowałem się z Hydrą, o Helenę, prawie trojańską. Nie moją, nie teraz, kiedyś, nie już. Wzrokiem unikałem Meduzy, bezczelnie pięknej pani architekt. Heroiny dla mas budowlanych. Szukałem Złotego Runa z Argonautami, cążek zwanych, nikt nie wie dlaczego, obcinaczkami. Dla zabawy nadaję imiona przedmiotom i ludziom. Czas szybciej leci. Mniej mnie irytują.

Przypominam sobie wiersze, cicho je deklamując, interpretuję na dziwaczne sposoby. Rilke, Leśmian, Staf, Mickiewicz, Norwid, Byron, Goethe, Baczyński, mam w kim wybierać. Nawet Świetlicki, choć nie znoszę typa. Mieszkaliśmy kiedyś, dom w dom. Głupi był chuj. I pewnie jest. I ja nie lepszy. Śpiewam piosenki. Kolęduję. Udaję gwarę. Janiczkuję wysokim głosem. Stojąc u szczytu wykańczanej budowli, po wspinaczce z powrotem, po gips, patrzę na statki płynące kanałem Alberta. Jak przed The Globe, nad Tamizą i znowu międlę, najlepszym angielskim na jaki mnie stać. Jestem Księciem Albany, trzecią noc z rzędu.

Masoni przyzwyczajają się do mnie. Pomaga im widok zapylonych, roboczych łachów. To na pokaz. Wystarczy inaczej ciąć. W górę, nie w dół. W prawo, nie wszerz. Dla nich cały bywam w bieli. Wiarygodny. Osadza mi się na worach pod oczami, kaskadą chmur. Wiedzą, że w razie potrzeby, przetłumaczę ich kłopoty. Być lub nie, byle by nie spierdolić niczego, byleby jebać, euro po euro. Nie mogą być gorsi, niż sąsiad, szwagier lub brat. Bezdumni zasrańcy. Odwaga zrównana proporcji wódki do krwi, wdychanych prochów, na trzeźwo Mali. Żebrzący szereg Cerberów. Niekąsających. Uczą się, kto górą, kto nikt. Idź, przynieś, zrób, siadaj i wstań. Uszy po sobie. A ja jestem, jak skromny. O niebiosa. Gdyby mnie znali. Skromność to wszystko, tylko nie ja. Unikając jej żyję, nie trwam. Ale pomagam szczerze. Strategos. Wyszukałem kto i zacz. Punkt decyzji, pomocnicy, hierarchia i wstąp. Tak. Po kroku krok. Nie. Przymilają się, zanim rozdam, nie moje karty. Gdy to to zrobię, pójdą za mną po grób. Głupcy, mój grób jest płytszy. Więksi niż ja upadali, w nieznanych miejscach. Z rusztowań chaosu.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kłamać

Kłamałem. Nie kłamałem. Oszukiwałem? Mijałem się z prawdą. Byłem nieszczery. Nie mogłem powiedzieć prawdy, nie chciałem. Chroniłem, w tym ciebie i mnie. Zasłoniłem się kłamstwem. Po co ci prawda. Niczego nie zmieni. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Nic nie mów, nie skłamiesz. Że było, jest tak, albo że wcale nie.

Prawda to wyjątkowo paskudna idea. Skłamał bym, gdybym powiedział, że kieruje moim życiem. Równie mocno, gdybym twierdził, że tak nie jest. Znajduję się gdzieś pośrodku. Kłamię kiedy muszę, kiedy nie mam wyjścia, albo uważam, że prawda wyrządzi krzywdę większą niż kłamstwo. To mój dylemat odkąd pamiętam. Kłamać czy nie? Ale pisząc, jak teraz, mogę sobie pozwolić na szczerość. Parę razy mocno z tym przesadziłem.

Czy ojciec był pijany? To z nim się biłeś? Ukradłeś, czy on? Spałeś z nią (tutaj, z założenia pojawia się z kurwą, niezależnie kto pyta)? Czy on mnie zdradza? Ona ma wizę? Ile on godzin naprawdę pracował? Czy zdał ten egzamin? Zapłaciłeś rachunki (a z czego, ja pierdolę)? Czy, czy i czy. Tak, nie, nie wiem, milczę, unikam tematu.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy mówię prawdę? Tak odpowiedziałem. Nie uwierzył. Dlaczego? Bo to niemożliwe. To się nie zdarza. Wymusiłem na sobie długie tłumaczenie. Przywołałem fakty, miejsce, czas. Nic to nie zmieniło. Nie chcesz, to nie wierz.

Przyłapanemu na kłamstwie trudno jest być wiarygodnym. Dużo upłynie wody w rzekach, zanim ktokolwiek mu uwierzy. Są jednak kłamcy z natury. Nie są w stanie nie kłamać. Wiedzą, że wszyscy o tym wiedzą, mimo to nie rezygnują. Ubarwiają sobie tym życie. Innym też.

Jako dziecku mówiono mi, że muszę mówić prawdę. Powtarzałem to samo moim. Nie jestem jednak pewny, czy pojmowały różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem? Nie mam na myśli fałszu, tego mam nadzieję, od dzieci nie wymaga nikt. Mają ogromną wyobraźnię. Uczą się świata zmyślając historie, równie łatwo jak kłamcy z natury. Nie karałem ich za to.

Co ze sztuką, wiarą, kulturą, prawem? Czyż one nie opierają się na nieprawdzie, braku dowodów? Fikcja literacka, pewność istnienia Boga, malarstwo, choćby religijne, fantastyka, mity, sądy? Czy to przypadkiem nie wynik, zdolności do negowania łatwo udowodnianego kłamstwa? Bez niego ziało by nudą. Można się z tym nie zgodzić?

Niech nikt nie myśli, że chwalę kłamstwo. Słyszałem jednak wiele razy zdanie: stoi w prawdzie lub na odwrót. W nieprawdzie. Pada ono z ust polityków, zza pulpitu w kościele (ambony wyszły z użycia, szkoda, brzmiało by to ładniej). To nowa figura retoryczna. Oznacza ona rację, mam rację, nie masz jej, z prawdą nie ma nic wspólnego. Mogę stać w prawdzie, a łgać jak najęty. Czemu nie mogę się na niej położyć, zawisnąć na niej, nawet odbyć z nią stosunku? Mógłbym spłodzić jako kłamca, półprawdy, półkłamstwa, prawdokłamstwa. Tak, czy nie? Chyba, że zupełnie nic z prawdy nie pojąłem? Jeżeli tak, to przepraszam. Mam już tak.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Odliczam

Brak mi słów. Nie chcę rozmawiać. Przed moim tymczasowym domem stoi były przyjaciel. Nie wiem jak mnie znalazł. Musiał przyjechać z Polski. Nie odbieram telefonu, patrzę na niego, zza okna. Coś krzyczy. Do uszu wsadziłem słuchawki. Portishead. Głośno grają.

Siedzę w nie swojej kuchni, na nie swoim krześle, przy nie swoim stole. Włączyłem laptop. Zapaliłem papierosa. Otwarłem piwo. Nie poszedłem do pracy, bo ktoś z ZUSu jest chory i mają mnie w dupie, trzydziesty już dzień. Robię przelewy. Komórka, księgowy, zaległe karty, pożyczka. Jeden będzie dla bezdomnych. Na food not bombs. Telefon wciąż dzwoni. Nie chcę rozmawiać. Nie mam jeszcze o czym. Zostaw mnie. Jestem nierozmawialnie nieruchomy.

Źle spałem. Śnił mi się dziki sex, wojna i porodowa śmierć. Pewnie dlatego, że o tym pisałem. Jestem zły. Rano wypadła mi plomba, znowu ten sam ząb. I łapię się na tym, że jest jak fetysz, zawsze się psuje, gdy mój dentysta jest daleko, skądś, stąd. Dzisiaj się wykąpałem, pierwszy raz od stycznia. Wanna to raj.

Hardzieje mi serce. To już pół roku odkąd zasnąłem na mrozie. Nie mogłem wstać, tak zimne miałem stopy. Łydki bolały jak skurcz. Pięć miesięcy odkąd nie mam rodziny. Trzy, gdy nauczyłem się spać na podłodze i wyschłem jak wiór. Miesiąc prawie w obcym kraju. Dziesięć lat odkąd nie żyję jak pan.

W głowie się zalecam:

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy,

Przytwierdzony jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbą…

I jak gdyby na lirze, w czas słoty…

Turkoty…

Zwiastuję:

Nie jesteś bliżej niż my boga,

Jesteśmy wszyscy dalecy od niego,

Ale cudowne i błogosławione,

Są twe ręce przez niego…

Ale ty jesteś drzewem…

I płynę, jak nad Tamizą:

Shell I compare thee to summer’s day?

Thou art more lovely and more temperate?

Routh winds…

And every fair…

Pewnie znowu jutro rzucę się na kontakty. Wstawię ich cały rząd. Będę tłumaczem, udawał, że znam się na robocie. Wysłucham kilku bzdur. Zapytam jak się masz, co za dzień ponarzekam. Co za pogoda. Londyn, Antwerpia i Łódź.

Nie dzwoń przyjacielu. Nie czas na rozmowy. Jedź. No jedź. Kurwa, idź już.

Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie tresuj

Powtarzałem to całymi latami. Nie dociera. Ze wszystkich znanych mi narodowości, tylko polskie kobiety, niezależnie od wieku, postanowiły zostać treserkami. Muszą się przypierdalać, nie mogą się powstrzymać, nie umieją inaczej. Z nieznanych powodów ich matki i babki przekazały im, chyba w genach, konieczność nieustannego upominania swoich partnerów; czemu to robisz, dlaczego tak, nie rób tego, idź tam, gdzie leziesz, wróć tu natychmiast, no chodźże, nie pij, nie obżeraj się, jesteś do niczego, z tobą tak zawsze… I tak w kółko, całymi dniami. Przy tym traktują swoich mężczyzn jak dzieci, większą wersję swoich synów, jeżeli dane było im ich urodzić.

Polka nie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które czyha po każdym przypierunku. Pół biedy, gdy dzieje się to zaciszu domowym, które w Polsce oznacza szkołę cierpliwości. Prawdziwa akcja zaczyna się w miejscu publicznym, gdzie można będzie wykazać się w pełni, współzawodniczyć z innymi profesjonalistkami. Samochód. Napierdalająca baba, młoda, dojrzała, stara. Wkurwiony, milczący facet. Sklep, ulica. Podniesiony kobiecy głos. Czerwony, nie rumiany, wściekły facet. Autobus, tramwaj, pociąg. Władczy, upominający głos. Każdy facet już wie. Współczująco myśli: ma chłop przejebane. Jak dobrze, że jadę sam, moja by się też, zaraz pochwaliła swoim talentem i na wszelki wypadek patrzy bezmyślnie przed siebie, jakby jego połowica miała by się nagle, magicznie pojawić na sąsiednim siedzeniu.

Dzień po dniu z mężczyzn uchodzi uczucie. Nie taką Ankę, Agusię, Nelkę poznałem. Nie w takiej się zakochałem. Dlaczego ona się zmieniła? Przecież tyram jak wół, sprzątam, gotuję, zmywam, prasuję. Oddaję pieniądze, o wszystko pytam. Nie jestem idealny. Ona też. Z wiekiem staje się gruba, brzydnie frustracją. Seks staje się męką, nawet gdy jest lekarstwem na złości.

Polka zapomina, że są inne kobiety. Też być może mają wrodzonego wkurwa. Ale na swoich, nie obcych samców. Chętnie przygarną i wytresują nową ofiarę, jeżeli są wolne. Jeśli nie, przytulą mocniej, na chwilkę, na chwilę, dla przyjemności.

Dodając nieco otuchy, polscy mężczyźni potrafią także być wiecznie wkurwieni. Niekoniecznie z powodu złożonego charakteru swoich wybranek. Mają tak po prostu. Nic nie jest wystarczająco dobre. Jest nieciekawe, nudne i bez przyszłości. Narzekacze. Można odnieść wrażenie, że jest to wyraz narodowej dumy, w szowinistycznym wydaniu macho. Dla nas wszystko jest do dupy.

Oba przypadki są zaraźliwe. Wystarczy dłużej pobyć w naszym nadwiślańskim raju, aby prędzej czy później, w zależności od płci, odkryć w sobie zaczątki tych chorób. Zapadają na nie nawet obcokrajowcy. Najwięksi optymiści, prędzej czy później też z nami dostają pierdolca.

Może to się kiedyś zmieni? Było by cudownie. Uśmiechnięte panie i panowie. Umiarkowany optymizm. Chce się żyć! Co? Nie wolno pomarzyć?

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Toksycznym Życie

Mali dyktatorzy

Narzucanie swojej woli za wszelką cenę. Każdemu, wszędzie. Musisz się ze mną zgodzić, mam rację, tylko ja ją mam. Musisz ją poznać, polubić, zaakceptować, uznać za własną. Sprawię, że tak się stanie. Uszczęśliwię cię moją prawdą, przekonam. Udowodnię że się mylisz, użyję argumentów, nawet poniżę. Wymuszę. Wywołam poczucie winy. To dla twojego dobra.

Strategie każdego, kto naprawdę głęboko wierzy, że jego idea jest jedyna, prawdziwa, najważniejsza. Mocno denerwujące, jednak nie najgorsze z możliwych. Przebijają je manipulacje, propagandy i prania mózgu, które potrafią zmienić czyjeś opinie, nawet w taki sposób, że może się wydać, że dokonało się tego samodzielnie i z własnej woli. To już nie powinno denerwować, ale doprowadzać do prawdziwego, głębokiego, szczerego wkurwienia i protestu. Nie ma elementarnego szacunku do przekonywanych, ich zdania i niezależności. Jest pełna skala niedomówień, ograniczonych informacji lub ich zupełne wyłączenie i zastąpienie kłamstwem. Ludzie poddani takim technikom są tak skutecznie wprowadzeni w błąd, że próby nawiązania dialogu są skazane na niepowodzenie, nawet gorzej, mogą oznaczać agresję. Niebezpieczne, może się to ciągnąć przez całe ich życie, nawet być przekazane następnym pokoleniom.

Znam takich dyktatorów, znam także ich ofiary. Pierwsi odznaczają się zazwyczaj ponad przeciętną inteligencją, drudzy dużą wrażliwością (zaskoczenie, co? Ofiary powinni być przygłupami? Nic z tego, bywają dużo mądrzejsze). Do dyktatorów także nie dociera się łatwo. Uważają otoczenie za ograniczone, czują się lepsi, uprawnieni do narzucania swoich opinii, nawet jeżeli nie są do nich sami przekonani. Im są lepiej wykształceni tym bardziej bywają aroganccy, ale też mniej zmotywowani do wywierania nacisku. Powinniśmy brać każde słowo z ich ust za objawienie albo przyznać, że jego sensu lub znaczenia nie potrafimy pojąć. Wówczas w swojej wyrozumiałości nas oświecą. Ale tylko w bezpiecznym dla siebie zakresie. Ofiary (może niegrzecznie je tak nazywać?), powoli przekształcają się w wyznawców, wiernych, fanów i im podobnych. Są zauroczone, zachwycone, zlizują krynicę mądrości. Będą ich bronić zażarcie, nie widząc swojego fanatyzmu i rosnącej śmieszności.

Dawno temu, na szczęście, obserwując dyktatorów (kieszonkowych), postanowiłem wejść w ich buty. Okazało się, że nie jest to specjalnie trudne. Było jednak wyjątkowo nużące. Nieustanne upewnianie się, czy moje ofiary otrzymują właściwy zestaw informacji i czy są na bieżąco kontrolowane, po niedługim czasie mnie zniechęciło. Wycofałem się, co trwało dłużej niż ta nieuczciwa zabawa, widząc innych dyktatorów z radością przyjmujących nową masę pod swoje skrzydła, do dalszego przemiału.

Gra w dyktatora dużo mnie nauczyła. Od tamtego czasu, niełatwo już narzucić mi swoje zdanie. Mimo nadwrażliwości wiem, że bacznie obserwując pracę tyrana, mogę dostrzec każdy jego fałsz, przeciętność i brak pewności siebie, który stara się ukryć. Wystrzegam się ich do dzisiaj. Podobnie jak ich poddanych. Udaję, że niczego nie widzę. Nie zacząłem nikomu współczuć (bez przesady, to nie mój problem, kto jaką rolę wybierze). Nie ma powodu, dla większości ludzi taki jest porządek świata. Z mniejszością możemy sobie puszczać oko. Robimy to jednak bardzo dyskretnie. Nie głosujemy w wyborach, nie protestujemy politycznie. Siedzimy cicho, spokojnie.

Kategorie
Toksycznym

Znajoma z Facebooka

Ile można przyjmować znajomych i ilu można zapraszać? Do pięciu tysięcy. Potem koniec. Basta. Bardzo dobrze, bo większości ludzi i tak nie znam i szczerze mam ich głęboko w dupie. Zapraszam i przyjmuję tych, którzy wydają się interesujący: mają nienormalne komentarze, publikowane co kilka minut, zieją nienawiścią do kogoś lub czegoś (zakochałem się wręcz w jednym byłym policjancie, który ma obsesję na punkcie Kościoła i w drugim świrze, który Żyda widzi w każdym, ale nie sobie i popiera to samokleconymi grafikami), mają dziwne zdjęcia, na przykład dużo Matek Boskich i Jezusków (najczęściej pytają prywatnie o preferencje seksualne, nie kłamię), tych lubię najbardziej. Mogę ich obserwować w telefonie, jadąc autobusem, gdy już znudzi mnie czytanie albo przyglądanie się prawdziwym nieznajomym, zastanawiając się, o co tak naprawdę tym biedakom chodzi. Trochę jak polski serial, nieważne jakiej stacji, ani akcji, ani talentu. Miewam poczucie wyższości i może mi nawet z tego powodu bywa głupio. Przecież wiedziałem, kto zacz, ale nie mogłem się oprzeć. Czasami przyjmuję też ludzi, którzy mają podobne, albo zupełnie nowe dla mnie zainteresowania i jakoś mnie ujmują, twarzą, jakimś ciepłem, czasem inteligencją. I taką osobę sam zaprosiłem. Humanistka, psycholog, społecznie wrażliwa, niegłupia. Zaczęliśmy do siebie pisać, ja otwarty, ona otwarta. Ja akurat w dupie, ona też w dupie, trochę innej niż moja. I tak to szło. Trochę mnie tylko dziwiły za częste kochany i inne w tym stylu, ale też każdy ma prawo do swojego. Po jakimś czasie zorientowałem się, że wcale nie wymieniamy myśli. Przeleciałem przez messengera i faktycznie, tak było. I tak z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, ale z ikonkami uśmiechu. W końcu po usuwaniu i znowu zapraszaniu, rozpętała się prawie walka na intelektualne pierdolety (znam sporo psychologów, są jak księża, mają zawsze rację, przynajmniej muszą popatrzeć z góry, z taką zawodową szczerością chłopskiego roztropa). Daliśmy sobie chwilę wytchnienia. Ale oczywiście mnie korciło. Nie mogłem dać temu spokoju i musiałem znowu zahaczyć. Myślałem, że niewinnie. A jednak pomyliłem się, byłem winny, inwigilujący. O kurwa, co jest? Wczytywałem się z coraz większym zdumieniem w napływające słowa. Okazałem się cynikiem, przebiegłym narcyzem i zdecydowanie internetowym podrywaczem, bo wszyscy są tacy. Czegoś chciałem i to chciałem bardzo. Najbardziej w jej eterycznym odbiciu chciałem się przeglądać. Troszkę też nierozgarnięty, bo tak to było szyte, że prząśniczka prawie rwała nici. Naturalnie przeprosiłem, że takie wrażenie mogłem sprawić, ale tkaczka utkała wreszcie wyraźny wzór. Ona rozczarowana, bo wszędzie tylko marazm, obłuda, niskość i chamstwo i tyle razy już się o tym przekonała, że ona woli już nie woleć! Ale ona się poświęci i mnie wysłucha i nawet pomoże. No, droga facebookowa przyjaciółko, pomyślałem sobie, nie jest z ciebie znowu taki cud, najpierw pomóż sobie. Oczywiście na koniec podziękowałem i poleciłem się na przyszłość. I taki mnie spokój ogarnął, że już mnie nie będzie kusiło, że znowu okazałem się zły i jutro obudzę się równie nie przystosowany jak wczoraj i nie mam z tym żadnego problemu. Dziękuję jej za to.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie ma dobra, nie ma zła

Nie ma i nigdy nie było. Nie ma piekła, nie ma raju, są tylko fantazje, wywodzone z ludzkiej potrzeby porządkowania świata. Od kiedy przestaliśmy być tylko drapieżnymi małpami i z nieznanych powodów natura obdarzyła nas myślą, staramy się odciąć od naszej zwierzęcości. Z pozycji istot naczelnych, za które się uważamy, mamy nie tylko prawo oceniać niższe, lecz także zmusić je do posłuszeństwa, wykorzystać, pożreć. Oburzamy się równie mocno, gdy stado wilków atakuje pasące się owce, dla zdobycia pożywienia, jak i gdy jakaś grupa uważająca się za arcynaczelnych, dla zdobycia przewagi, bezwzględnie chce się pozbyć innej grupy, którą uważa za stojącą niżej w hierarchii ludzkiego bytu. Na zupełne szaleństwo może zakrawać fakt, że gorsi mogą stworzyć idee, którymi posłużą się lepsi, przyjmując i utożsamiając się z cechami wilczej watahy. Zwierzęta nie zabijają jednak ani dla przyjemności, ani z powodu wymyślonej racji, jak człowiek, robią to, bo mają za zadanie przeżyć. Nie szyją ze skór pobratymców odzienia lub abażurów, z ich włosów nie wyplatają swetrów, albo skarpet dla załóg wodzi podwodnych, bo nie posiadły takiej umiejętności. Robimy to tylko my, tylko my mamy taką wyobraźnię, nawet chorą.

Fundamentalne zasady, podstawy zdolności współżycia, którymi powinniśmy kierować się na co dzień, są dla każdego jasne. Niezależnie od języka i religii, etyki i filozofii. Jest tylko jedna zmienna, która może nas pozbawić rozumienia człowieczeństwa, które dopiero poznajemy. Jest nią podległość. Jest z nami krótko, kilka tysięcy lat, zrobiła jednak niezwykła karierę. Otwiera przestrzeń dla kwestionowania każdego zakazu, nakazu, moralnego lub nie. Podległość jest miejscem, gdzie spotyka się odpowiedzialność i wyparcie się każdej zasady, którą możemy się posłużyć, byleby nie móc i nie chcieć stanąć w miejscu, gdzie nie, znaczy tylko nie, gdzie dla tak, miejsca być nie może. Miejsce relatywizujące. Nie ma w nim zła, nie ma dobra. Nie ma przyczyny i jej skutku. Jest katalizator czynów, których nikt nie oceni, bo nikt za nie, będącym nie, nie odpowiada.

Podległość jest kluczem otwierającym wszystkie drzwi ludzkiej doli. Za nimi w długim korytarzu, z rzędem klamek i zamków, jest miejsce dla każdego uczucia, każdej podłości, marzenia i upadku. Wszystkich nadziei. Ludzkiego wszechświata potrzeby. Gdzie morderca jest szczęśliwym ojcem, gwałciciel przykładnym mężem, gdzie dla dobra można czynić zło, gdzie święty jest przegniłym jabłkiem ideologii.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?! Tak? Okazuje się, że tak i nie. Jedno obok drugiego? Niech mi Papieże, Dalajlamowie, Mahatmowie i Mandelowie dadzą spokój. Rzygam nimi. Rzygam tym. Hannah Arendt to poświecam.

Kategorie
Psychika Toksycznym

Alkoholik

Mój ojciec był alkoholikiem. Wysokofunkcjonującym, jak dobrze naoliwiony zegarek. Czas na pracę, czas na wódę. Napić się, wytrzeźwieć, prowadzić samochód, napić się, zjeść, napić się, wziąć prysznic, zasnąć, obudzić się, napić. Wszyscy wiedzieli, że pije, ale ile i jak, prawie nikt, nawet ja przez wiele lat. Piłby tak pewnie do dzisiaj, ale pewnego dnia, w samotności zdarzył mu się wylew. Był twardy, przeleżał pięć dni przy drzwiach do mieszkania, których nie zdążył otworzyć. Kiedy je wyważono wciąż żył, cały w gównie. Myłem mu z tego ręce. Gdyby nie błędy lekarzy, mało brakowało, mógłby żyć nadal.

I ja zapowiadałem się na alkoholika. Byłem przekonany, że nim się stałem. Wypijałem dziennie nawet litr kolorowej wódki, grejpfrutowej. Nie śmierdziałem nią, żułem miętową gumę. W precyzyjnie odliczonym czasie otwierałem kolejną setkę i łyk, łyk, na dwa razy. Jeżeli wypiłem mniej, mogłem sobie pozwolić na kilka piw po pracy. Bo piłem dużo tylko w pracy. W dni wolne nie piłem prawie wcale, nie piłem opiekując się dzieckiem, nie piłem dla relaksu.

Zdarzało mi się jednak przesadzić. Pewnego dnia postanowiłem popełnić samobójstwo. Prawie tego nie pamiętam. Wiem, że sam zadzwoniłem na pogotowie, pozwoliłem się zamknąć w szpitalnej izbie wytrzeźwień. Rano zostałem dokładnie zbadany, przyszedł psycholog i lekarz, przesłuchali mnie i pozwolili wyjść. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, kupiłem alkohol i miętówki. Pojechałem do psychiatry. Rozwiązałem testy, opowiedziałem o dramatycznym przeżyciu i czekałem na wyrok, którego się spodziewałem. Psychiatra, o wyglądzie świra, nie orzekł jednak alkoholizmu ani choroby psychicznej. Prawie wyrzucił mnie z gabinetu mówiąc, że Kraków pełny jest pijących, nie każdy jest alkoholikiem, bo tak jest wygodnie i to dotyczy także mnie. Mogę się zapić, bo traktuję picie jak lekarstwo. Mogę się zabić, ale tylko w stanie zamroczenia. Mam się nauczyć pić, albo nie pić wcale. Padła kurwa, idź już pan stąd, weź się pan w garść, poszukaj księdza albo psychologa i im zawracaj pan głowę. To poszedłem, znowu do sklepu, znowu po wódeczkę, po gumę i znalazłem się w ośrodku interwencji kryzysowej. Zasiadłem z psycholożką, znowu opowiedziałem o poprzedniej nocy, nawet się popłakałem. Umówiliśmy się na terapię. Z księdzem się nie spotkałem. Usiadłem na ławce, zadzwoniłem do AA i dowiedziałem się, że oni nie pomagają w kontrolowaniu picia, pomagają przestać. Jeżeli tego chcę, to mnie zapraszają. Nie, dziękuję. Potem przeszedłem wszerz i wzdłuż całe miasto, wypijając jeszcze więcej. Nigdy w życiu tyle nie wypiłem. Pozwoliłem sobie na pijacką szczerość, wysyłając wiadomości, tracąc w ten sposób szczerego przyjaciela, do domu już nie wszedłem. Był to ostatni dzień mojego alkoholizmu.

Spotkałem się kilka razy z panią psycholog. Dobrze, że nie uzależniłem się od niej. Bardziej niż na kacu, trzęsły mi się ręce, kiedy jej płaciłem za sesję. Picie jest zdecydowanie bardziej ekonomiczne. Odwiedziłem neurologa, znajomą buddystkę, która tym razem, na poważnie, poinstruowała mnie jak medytować, zbadałem wątrobę i wszystkie narządy, które mogłem uszkodzić. Mam żelazne zdrowie. Mam szczęście. Wysłuchałem kolegi, który jako alkocholik chciał mnie przekonać, że i ja nim jestem. Był nie do poznania, z wesołego imprezowicza stał się kaznodzieją. Nie lubię takich ludzi, nie ufam im. Nie przekonał mnie. Przeczytałem górę książek na wiadomy temat, poszerzając go o filozofię i logikę. Przygotowałem się do innego picia, kiedy chcę, nie kiedy muszę, bo dopada mnie stres. I działa. Teraz zająłem się paleniem. Też działa, ale oporniej. Nie zmuszam się. W głowie siedzi mi jednak jedno krótkie zdanie, które usłyszałem od kogoś bardzo dla mnie ważnego, gdy przyznałem się, że za dużo piję: to nie pij. To nie piję.

Kategorie
Toksycznym Życie

Żyd

Słowo klucz. Powiesz je głośno i zaczynasz czuć jego siłę. To słowo ma bliskoznaczne odpowiedniki: Cygana, Murzyna, Chińczyka, Araba, Homoseksualistę i ostatnio Ukraińca. One znowu mają swoje: Rumuna, Żydóweczkę, Mośka, Czarnucha, Asfalta, Żółtka, Bambusa, Pedzia, Ruska, Banderowca. Słownik stale się powiększa.

Mam żydowskie korzenie, dalekie, ale mam. Nie tylko te. Po trosze jestem Tatarem, Rusinem, Czechem, Austriakiem, Litwinem, Szwedem i oczywiście Polakiem. Podobno także Rosjaninem, Szkotem, Ormianinem, Francuzem i Węgrem, co jednak nie wywołuje wrażenia. Ważny jest Żyd. Kiedy o tym wspomnę pojawia się zgrzyt, nawet u ludzi, których znam od dawna. Jakbym ich oszukał, nie uprzedzając zawczasu. Zaczynają na mnie patrzeć inaczej. Jakbym sparszywiał.

Zawsze mnie dziwiło, dlaczego kraj w którym się urodziłem, stał się rasistowski, homofobiczny i antysemicki. Nie był taki przez większość swojego istnienia. Raczej odwrotnie, był oazą tolerancji. Niektórzy z moich przodków, nie żyli przecież w strachu przed linczem, a byli protestantami, muzułmanami, prawosławnymi, unitami, wyznawcami judaizmu, w katolickim i wielonarodowościowym państwie, które określiło się przedmurzem chrześcijaństwa, gdzie chrześcijanie stanowili marginalną większość. Skąd ta ksenofobia? Czemu mi ją wpajano, nawet przy rodzinnym stole, gdzie wszyscy mieliśmy mieszane pochodzenie, pozwalając sobie na żenujące żarty i komentarze, zupełnie nie licujące z prezentowanym na co dzień dystansem i grzecznością? Jak to mam wytłumaczyć moim dwóm synom, którzy mają matki, Finkę i Włoszkę? Jak przestrzec przed tym syna i córkę, Polaków z krwi i kości, jak ja? Co byłoby, gdyby matki moich dzieci nie były Europejkami, ale należały do innych ras? Co byłoby, gdyby nie to, że prawie każdy Polak ma w sobie Żyda?

Odpowiedź mogę znaleźć tylko w historii. Nasz naród ma ją wyjątkowo skomplikowaną i trudną. Prawie sto pięćdziesiąt lat podległości trzem zaborcom, którzy chcieli nas pozbawić szacunku do siebie samych i kolejne pięćdziesiąt, w których chciano nas wyniszczyć biologicznie i odebrać nam prawo do własnych przekonań i wiary. Jedenaście pokoleń, z przerwą na jedno, urodzone w wolnym kraju, uczyło się nienawiści i wyboru, albo z nimi, albo nim przeciw. Zanik klas, koniec panów i poddaństwa, emancypacja, powszechny nacjonalizm i wojny, brak oświaty dokonały reszty. Jedynie Żydzi wciąż rozproszeni w diasporach, bez własnej ojczyzny, trzymali się z boku, pracując jednak wytrwale dla siebie i innych. Chcąc zachować tożsamość, w większości opierali się asymilacji, nawet za cenę pogromów wiedząc, że największy lęk wywołuje nieznane. Zaiste odważny naród.

Ponad połowę dorosłego życia spędziłem poza Polską. Chociaż nie odczułem prawie nigdy wyalienowania ze społeczeństwa w którym żyłem, nauczyłem się jednego. Najpierw ja, potem ja, dopiero na końcu naród, nawet narody. Mogę być Żydem. Chcę być Żydem!

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Toksycznym

Trzy miesiące temu zmienił się świat. Mój. Nie z powodu ukoronowanego wirusa, który jest równie zabójczy jak uczulenie na koński pot, ale skutkiem odwlekania decyzji, które podjąłem chcąc, niechcący, kąsających teraz mocno, jak pchły bezdomnego psa. Spadła mi maska i się rozbiła na milion kawałków, (wyobrażam sobie, że to była taka wenecka, ze szkła), kryjąca dotąd skutecznie moją gębę. Tę jej przynajmniej część, narażoną na celne mordobicie. Ciągle mi się zresztą zsuwała, niedopasowana i sztywna. Mam teraz do wyboru dwie możliwości: założyć nową, czego nie chce mi się już zrobić, znam efekt uboczny, albo nie zakładać i świecić pyskiem, jak pawian czerwonym dupskiem. Uczucie jest dziwne. Trochę jak wyjście na ulicę bez maseczki ochronnej, szytej ze starych łachów w każdym domu, skutecznej jak jej brak. Wzrok potępienia, jakby miało się być zabójcą, czekającym na wyrok, w obliczu majestatu uznanego za święte, zwyczajem prawa. Bo posiadanie maski jest użyteczne, bo jej nie posiadanie jest niebezpieczne i może być zaraźliwe. Bo maska jest jak kaganiec, trzyma w ryzach i nie pozwala się panoszyć. Może też być modna, jak tania kiecka celebryckiej idiotki, z parciem na szkło, stając się przedmiotem pożądania. Kto nie pamięta niedawnych złości na Muzułmanki, oplecione burkami, musiał sam je nosić. Niedawno groziła im za to kara, teraz nawet ateista może ją otrzymać za ich brak. Widać strach, religia i nakaz z jednego zrodzone są łona. Matki tradycji, spłodzone przez ojca kunktatora.

Mam to w dupie i przez nią teraz piszę, co dobrze chyba wróży na przyszłość. Jednak nie zabrałbym się nigdy za pisanie, gdyby nie osoba, której imienia nie mogę zdradzić, nie skomentowała w ten sposób moich obaw, tyle niedawno poważnych, co już nieistotnych. Należy się jej za to anonimowa wdzięczność. Za to, że kilkoma prostymi pytaniami obnażyła moją bezsilność wobec słabości, wspólnych mi ze wszystkimi, czym wywróciła moje życie do góry nogami. Obawą oceny, lękiem zmiany, trwogą przed samotnością i wstydem porażki. Szczerość bywa bolesna. Broniłem się tak długo, aż prawie zapomniałem przed czym. Zamykając jedne drzwi, otwarłem inne, i choć stoję już za ich progiem i czuję zapach wolności, to spod zamkniętych, wciąż widzę cień przeszłości, chcący mnie dotykać i gonić.

Nie jestem święty, nie jestem idealny, potrafię być podły, samolubny, zazdrosny i toksyczny. Za to mogę przepraszać bez końca. Nie jestem jednak tylko uosobieniem zła, wściekłości i żądzy zemsty. Bez namysłu jestem zdolny do bezinteresownej pomocy. Potrafię współczuć, być wyrozumiały, cierpliwy i pokorny. Mogę być zabawny, pełen optymizmu, nie tylko narzekać i obarczać innych winą za moje braki. I to samo widzę w każdym człowieku. Mam jednak odwagę o tym mówić. Nie czekam na przeprosiny tych, którzy uczynili zło, często myśląc że czynili tylko dobro. Mam to w dupie. O tym będę pisał.