Kategorie
FNB Toksycznym

Food Not Bombs.

Powolnym ruchem posuwa się pan Jerzy. Kiedyś był Kimś. Mechanikiem. Ma trzydzieści osiem lat. Wygląda na sześćdziesiąt. To kiedyś, było, lat temu niecałe pięć. Idziemy o kilka metrów od siebie, pod wiatr, pan Jerzy gnije, wydziela smród. Ma cukrzycę. Nieleczoną, odkąd ukradł kilka tysięcy i wyrzucili go z pracy. Potem poszło lawinowo. Świadek Jehowy. Nie ma już palców, u nóg. Poznań.

Na przystanku Alinka. Wiekanoc. Wygląda młodo. Zniszczona. Była dziwką. Nawet studiowała. Turystykę. Kłóci się o połowę taniego wina. O dziwkarstwie dowiedział się mąż. W długach. Karcianych. Miała go dość. Jedli chleb i dżem. Wyrzucił ją z domu. Ma syna. Nie widuje go. Ma uszkodzoną pochwę. Pozwoliła się zgwałcić, butelką, z kapslem. Była pijana. Na ulicach? Nie pamięta. Dziesięć lat? Teraz tylko analnie. Chcesz? Dwadzieścia złotych. Warszawa.

Michał. Dwadzieścia sześć lat. Programista. Udaje, że jest ok. Ma jeszcze laptopa i wiarę, że to tylko na chwilę. Autysta. Lekki. Sierota. Hostel. Od zawsze, po bidulu. Pracuje. Pięć złotych na godzinę. Bywa, że nic. Ma kolegę z korporacji. Zarabia na Michale. Krocie. Zapomina mu płacić. Michał nie chce się myć. Kraków.

Benek. Ksywa Wielki. Dwumetrowiec. Kucharz. Nie ma co gotować, nie ma co jeść. Miał wypadek. Ubezpieczenie okazało się, wiecie czym. Kręgosłup przytwierdzili mu do pręta. Nie może siedzieć, nie może stać. Miał mieszkanie na kredyt. Zlicytował go bank. Bezdomny. Samotnik. Bielsko. Limanowa, Zdrój.

Łukasz, Anna, Piotr, Mirek, Wacek, Kaśka…

Nie mogę byś z tym sam…

Tylko tyle.

Proszę.

https://www.facebook.com/fnbkrakow

#AkcjaHigiena Food Not Bombs ID: 7sxyc9

Kategorie
Toksycznym Życie

Trwam

Organizm w szoku po powrocie do pracy fizycznej. To dopiero drugi miesiąc. Waga 53 kilogramy. Jeszcze jeden i podniosę więcej niż ważę. Gdyby nie zmarszczki i postarzała twarz, zmieniłbym się w tamtego ja, którego dobrze ukryłem. Skura nawet się kurczy i wychodzą spod niej prążkowania mięśni, bolących co noc. Obejrzałem się dzisiaj po kąpieli. Pamiętam to ciało. Zataczam koło. Już raz tak było. Chyba musiało tak się stać. Jedyna nowość to kolczyki, które pielęgnuję jak kwiaty. Opryskuję i czyszczę. Patyczki, waciki, antybakteryjny spray. Na dobre zagoję się w grudniu. Czekam na tatuaże. To wreszcie najwyższy czas. I na samochód. Kabriolet, króry wybrałem. Chcę wozić córkę, malutką jeszcze, zanim będzie kobietą, z rozwianymi włosami i śmiechem, ulicami jej miasta.

Polubiłem siebie. Na nowo. Nie rozumiem tego. Słucham własnych słów i jakbym to nie ja mówił, ale ktoś, kogo dopiero poznaję. Wciąż jestem upojony optymizmem, jak zawsze, ale więcej we mnie pewności, niż nadziei. Oddaję przeszłości, co nie do mnie należy. Za dzisiaj dziękuję. O przyszłość tylko się staram. Nie dam łzy potu nadto, nawet jednej więcej. Bez cynizmu. Mogę polegać tylko na sobie. Znika tęsknota. Za czymś, co musiało minąć. Pozostają wspomnienia. Złe odgarniam na boki, jak rozsypane pety z popielniczki, w knajpie, gdzie jeszcze wolno palić.

Mam wiele pytań. Mogę długo czekać, na odpowiedzi. Niektórych nigdy nie usłyszę. Są pytania, których nie zadam. Chciałbym wiedzieć, gdzie się zgubiłem i gdzie się odnajdę. Jeżeli to w ogóle miało miejsce i kiedyś się zdarzy. Mogę się pokochać nawet, ale pewności, że żyję, mieć nigdy nie będę. Tyle wiem, że trwam.

Kategorie
Toksycznym Życie

Polak za granicą

Jesteśmy za granicą. Tu każdy patrzy na swoje. Nikt nic za darmo nie zrobi. Możemy pić razem wódkę, ale na więcej nie licz. Przyzwyczaj się. Oż wy skurwysyny, wymknęło mi się przez zaciśnięte usta. Taką usłyszałem prawdę, przy śniadaniu. Szczerą.

Patrzyłem na nich z podziwem. Są przygotowani na samotność. Nie mogłem się oburzać. Musieli się tego nauczyć i tak będą edukować następne roczniki tanich robotników. Kraj pochodzenia i wiek, obojętny. Im bliżej europejskiego wschodu, tym tę lekcję przyswoją szybciej. W sercu ich wyzywałem: egoistyczne świnie, cwaniackie kurwy, pierdolone zera, cwele w dupę jebane, jołopy zasrane, matkojebcy… Nie pomogło, nie ulżyło mi. Na nic się nie zdało. Niedługo potem skurwysyny przyszły do mnie, muszę coś im przetłumaczyć. Naprawdę, zapytałem? Ja nic za darmo nie robię, nie jesteśmy w Polsce. Godzina od dzisiaj kosztuje u mnie 25 Euro. Możemy podzielić to na minuty, albo przygotuję wam specjalny pakiet. Chyba, że chcecie się uczyć. Wtedy będzie taniej. Siądziemy choćby w kantynie. Gęby skurwysynów zmieniły swój wyraz, z miłej, lekko głupawo wysołkowatego, na wściekle przytomny. Jeden zacisnął pięści. Może mnie zbiją? Poczekaj. Będziesz coś chciał. Nie będę. Szybko się uczę. Zdecydujcie się. Albo sobie pomagamy, albo nie, uspokoiłem atmosferę. Zmienili zdanie. Liczą na więcej. Nie tylko wspólnego, porannego kaca. Klaskać czy się wzruszyć? Wygrałem?

W drodze powrotnej, do niby domu, obcymi drogami, zrobiłem się refleksyjny. Czy naprawdę jesteśmy takim podłym narodem? Czy tacy byli nasi rodzice, dziadkowie i pokolenia wstecz? Nie możemy być katolikami. Gdzie Samaria, kochanie bliźniego? Sam się przekonałem, że należy oczekiwać jak najmniej, nawet nic, ale to sobie przypisałem winę. Tylko kto jest winny? Ja mówiący za dużo, konsekwentnie toksyczny, czy inni, mówiący więcej i po wielokroć napastliwiej, czyniący gorzej, uznawani za cnotliwych? Jak to jest, że tyle nas dzieli, nie łączy? Ja żyję w ciągłym stresie, szarpiący się o zwyczajność, reszta wspierana, żyjąca w spokoju, chodząca w purpurze rasizmu, cynizmu i obcych etyce ideałów?

Nie mogę polubić Polski. Z roku na rok coraz trudniej mi to przychodzi. Kiedyś łudziłem się, że nowi Polacy, młodzi, zdolni, normalniejsi, zmienią ją nie do poznania. Teraz widzę, że to była fantazja tylko. Jest taka sama jaka była. Odmalowana może, ale pod farbą równie zbrzydziała, udająca i pokraczna. Kiedyś wierzyłem, że podróże zmienią Polaków. Widzę że nie. Pozostaje mi czekać. Nawet duchem, nie ciałem. Bo choć nie lubię tej Polski i tych Polaków, nigdy się jej nie wyrzeknę, ich też nie chcę.

Kategorie
Toksycznym Życie

Budowa

Na mojej budowie jestem Fidiaszem. Młotem pneumatycznym szkicuję pęknięcia idealnie proporcjonalnych brył. Odlanych w betonie. Pomaga mi Hefajstos. Dyskretnie nadaje tempo mojej pracy. Pocę się, gdy krytykuje. Poci się on, gdy patrzę mu w oczy. Nawet bogowie boją się szczerości, są ludzko ułomni. Na mojej budowie jestem Kalipso. Grubym ołówkiem planuję drogę przez światło, pięknym i bogatym, po zmierzchu. Na mojej budowie jestem jak Orion, syn Posejdona. W miniaturze. Łowię myśli majstrów, gładkim ruchem szpachlując wykucia, którędy popłynie moc iskier i źródlana woda. Na mojej budowie mówimy w każdym języku, ale nie tych, do których należy to miasto. Niewolnicy z wyboru, wynajęci. Trwonię tu czas, za karę, przeklinając Heraklesowe wyzwania, prosząc o opiekę. Ale nie zostanę tu i tak, wiecznie. Gdybym został, został bym inaczej.

Codziennie wybieram się w daleką podróż. Odwiedzam wyobraźnią miejsca i epoki. Dzisiaj byłem w Ellàdzie. Mocowałem się z Hydrą, o Helenę, prawie trojańską. Nie moją, nie teraz, kiedyś, nie już. Wzrokiem unikałem Meduzy, bezczelnie pięknej pani architekt. Heroiny dla mas budowlanych. Szukałem Złotego Runa z Argonautami, cążek zwanych, nikt nie wie dlaczego, obcinaczkami. Dla zabawy nadaję imiona przedmiotom i ludziom. Czas szybciej leci. Mniej mnie irytują.

Przypominam sobie wiersze, cicho je deklamując, interpretuję na dziwaczne sposoby. Rilke, Leśmian, Staf, Mickiewicz, Norwid, Byron, Goethe, Baczyński, mam w kim wybierać. Nawet Świetlicki, choć nie znoszę typa. Mieszkaliśmy kiedyś, dom w dom. Głupi był chuj. I pewnie jest. I ja nie lepszy. Śpiewam piosenki. Kolęduję. Udaję gwarę. Janiczkuję wysokim głosem. Stojąc u szczytu wykańczanej budowli, po wspinaczce z powrotem, po gips, patrzę na statki płynące kanałem Alberta. Jak przed The Globe, nad Tamizą i znowu międlę, najlepszym angielskim na jaki mnie stać. Jestem Księciem Albany, trzecią noc z rzędu.

Masoni przyzwyczajają się do mnie. Pomaga im widok zapylonych, roboczych łachów. To na pokaz. Wystarczy inaczej ciąć. W górę, nie w dół. W prawo, nie wszerz. Dla nich cały bywam w bieli. Wiarygodny. Osadza mi się na worach pod oczami, kaskadą chmur. Wiedzą, że w razie potrzeby, przetłumaczę ich kłopoty. Być lub nie, byle by nie spierdolić niczego, byleby jebać, euro po euro. Nie mogą być gorsi, niż sąsiad, szwagier lub brat. Bezdumni zasrańcy. Odwaga zrównana proporcji wódki do krwi, wdychanych prochów, na trzeźwo Mali. Żebrzący szereg Cerberów. Niekąsających. Uczą się, kto górą, kto nikt. Idź, przynieś, zrób, siadaj i wstań. Uszy po sobie. A ja jestem, jak skromny. O niebiosa. Gdyby mnie znali. Skromność to wszystko, tylko nie ja. Unikając jej żyję, nie trwam. Ale pomagam szczerze. Strategos. Wyszukałem kto i zacz. Punkt decyzji, pomocnicy, hierarchia i wstąp. Tak. Po kroku krok. Nie. Przymilają się, zanim rozdam, nie moje karty. Gdy to to zrobię, pójdą za mną po grób. Głupcy, mój grób jest płytszy. Więksi niż ja upadali, w nieznanych miejscach. Z rusztowań chaosu.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kłamać

Kłamałem. Nie kłamałem. Oszukiwałem? Mijałem się z prawdą. Byłem nieszczery. Nie mogłem powiedzieć prawdy, nie chciałem. Chroniłem, w tym ciebie i mnie. Zasłoniłem się kłamstwem. Po co ci prawda. Niczego nie zmieni. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Nic nie mów, nie skłamiesz. Że było, jest tak, albo że wcale nie.

Prawda to wyjątkowo paskudna idea. Skłamał bym, gdybym powiedział, że kieruje moim życiem. Równie mocno, gdybym twierdził, że tak nie jest. Znajduję się gdzieś pośrodku. Kłamię kiedy muszę, kiedy nie mam wyjścia, albo uważam, że prawda wyrządzi krzywdę większą niż kłamstwo. To mój dylemat odkąd pamiętam. Kłamać czy nie? Ale pisząc, jak teraz, mogę sobie pozwolić na szczerość. Parę razy mocno z tym przesadziłem.

Czy ojciec był pijany? To z nim się biłeś? Ukradłeś, czy on? Spałeś z nią (tutaj, z założenia pojawia się z kurwą, niezależnie kto pyta)? Czy on mnie zdradza? Ona ma wizę? Ile on godzin naprawdę pracował? Czy zdał ten egzamin? Zapłaciłeś rachunki (a z czego, ja pierdolę)? Czy, czy i czy. Tak, nie, nie wiem, milczę, unikam tematu.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy mówię prawdę? Tak odpowiedziałem. Nie uwierzył. Dlaczego? Bo to niemożliwe. To się nie zdarza. Wymusiłem na sobie długie tłumaczenie. Przywołałem fakty, miejsce, czas. Nic to nie zmieniło. Nie chcesz, to nie wierz.

Przyłapanemu na kłamstwie trudno jest być wiarygodnym. Dużo upłynie wody w rzekach, zanim ktokolwiek mu uwierzy. Są jednak kłamcy z natury. Nie są w stanie nie kłamać. Wiedzą, że wszyscy o tym wiedzą, mimo to nie rezygnują. Ubarwiają sobie tym życie. Innym też.

Jako dziecku mówiono mi, że muszę mówić prawdę. Powtarzałem to samo moim. Nie jestem jednak pewny, czy pojmowały różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem? Nie mam na myśli fałszu, tego mam nadzieję, od dzieci nie wymaga nikt. Mają ogromną wyobraźnię. Uczą się świata zmyślając historie, równie łatwo jak kłamcy z natury. Nie karałem ich za to.

Co ze sztuką, wiarą, kulturą, prawem? Czyż one nie opierają się na nieprawdzie, braku dowodów? Fikcja literacka, pewność istnienia Boga, malarstwo, choćby religijne, fantastyka, mity, sądy? Czy to przypadkiem nie wynik, zdolności do negowania łatwo udowodnianego kłamstwa? Bez niego ziało by nudą. Można się z tym nie zgodzić?

Niech nikt nie myśli, że chwalę kłamstwo. Słyszałem jednak wiele razy zdanie: stoi w prawdzie lub na odwrót. W nieprawdzie. Pada ono z ust polityków, zza pulpitu w kościele (ambony wyszły z użycia, szkoda, brzmiało by to ładniej). To nowa figura retoryczna. Oznacza ona rację, mam rację, nie masz jej, z prawdą nie ma nic wspólnego. Mogę stać w prawdzie, a łgać jak najęty. Czemu nie mogę się na niej położyć, zawisnąć na niej, nawet odbyć z nią stosunku? Mógłbym spłodzić jako kłamca, półprawdy, półkłamstwa, prawdokłamstwa. Tak, czy nie? Chyba, że zupełnie nic z prawdy nie pojąłem? Jeżeli tak, to przepraszam. Mam już tak.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Odliczam

Brak mi słów. Nie chcę rozmawiać. Przed moim tymczasowym domem stoi były przyjaciel. Nie wiem jak mnie znalazł. Musiał przyjechać z Polski. Nie odbieram telefonu, patrzę na niego, zza okna. Coś krzyczy. Do uszu wsadziłem słuchawki. Portishead. Głośno grają.

Siedzę w nie swojej kuchni, na nie swoim krześle, przy nie swoim stole. Włączyłem laptop. Zapaliłem papierosa. Otwarłem piwo. Nie poszedłem do pracy, bo ktoś z ZUSu jest chory i mają mnie w dupie, trzydziesty już dzień. Robię przelewy. Komórka, księgowy, zaległe karty, pożyczka. Jeden będzie dla bezdomnych. Na food not bombs. Telefon wciąż dzwoni. Nie chcę rozmawiać. Nie mam jeszcze o czym. Zostaw mnie. Jestem nierozmawialnie nieruchomy.

Źle spałem. Śnił mi się dziki sex, wojna i porodowa śmierć. Pewnie dlatego, że o tym pisałem. Jestem zły. Rano wypadła mi plomba, znowu ten sam ząb. I łapię się na tym, że jest jak fetysz, zawsze się psuje, gdy mój dentysta jest daleko, skądś, stąd. Dzisiaj się wykąpałem, pierwszy raz od stycznia. Wanna to raj.

Hardzieje mi serce. To już pół roku odkąd zasnąłem na mrozie. Nie mogłem wstać, tak zimne miałem stopy. Łydki bolały jak skurcz. Pięć miesięcy odkąd nie mam rodziny. Trzy, gdy nauczyłem się spać na podłodze i wyschłem jak wiór. Miesiąc prawie w obcym kraju. Dziesięć lat odkąd nie żyję jak pan.

W głowie się zalecam:

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy,

Przytwierdzony jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbą…

I jak gdyby na lirze, w czas słoty…

Turkoty…

Zwiastuję:

Nie jesteś bliżej niż my boga,

Jesteśmy wszyscy dalecy od niego,

Ale cudowne i błogosławione,

Są twe ręce przez niego…

Ale ty jesteś drzewem…

I płynę, jak nad Tamizą:

Shell I compare thee to summer’s day?

Thou art more lovely and more temperate?

Routh winds…

And every fair…

Pewnie znowu jutro rzucę się na kontakty. Wstawię ich cały rząd. Będę tłumaczem, udawał, że znam się na robocie. Wysłucham kilku bzdur. Zapytam jak się masz, co za dzień ponarzekam. Co za pogoda. Londyn, Antwerpia i Łódź.

Nie dzwoń przyjacielu. Nie czas na rozmowy. Jedź. No jedź. Kurwa, idź już.

Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie tresuj

Powtarzałem to całymi latami. Nie dociera. Ze wszystkich znanych mi narodowości, tylko polskie kobiety, niezależnie od wieku, postanowiły zostać treserkami. Muszą się przypierdalać, nie mogą się powstrzymać, nie umieją inaczej. Z nieznanych powodów ich matki i babki przekazały im, chyba w genach, konieczność nieustannego upominania swoich partnerów; czemu to robisz, dlaczego tak, nie rób tego, idź tam, gdzie leziesz, wróć tu natychmiast, no chodźże, nie pij, nie obżeraj się, jesteś do niczego, z tobą tak zawsze… I tak w kółko, całymi dniami. Przy tym traktują swoich mężczyzn jak dzieci, większą wersję swoich synów, jeżeli dane było im ich urodzić.

Polka nie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które czyha po każdym przypierunku. Pół biedy, gdy dzieje się to zaciszu domowym, które w Polsce oznacza szkołę cierpliwości. Prawdziwa akcja zaczyna się w miejscu publicznym, gdzie można będzie wykazać się w pełni, współzawodniczyć z innymi profesjonalistkami. Samochód. Napierdalająca baba, młoda, dojrzała, stara. Wkurwiony, milczący facet. Sklep, ulica. Podniesiony kobiecy głos. Czerwony, nie rumiany, wściekły facet. Autobus, tramwaj, pociąg. Władczy, upominający głos. Każdy facet już wie. Współczująco myśli: ma chłop przejebane. Jak dobrze, że jadę sam, moja by się też, zaraz pochwaliła swoim talentem i na wszelki wypadek patrzy bezmyślnie przed siebie, jakby jego połowica miała by się nagle, magicznie pojawić na sąsiednim siedzeniu.

Dzień po dniu z mężczyzn uchodzi uczucie. Nie taką Ankę, Agusię, Nelkę poznałem. Nie w takiej się zakochałem. Dlaczego ona się zmieniła? Przecież tyram jak wół, sprzątam, gotuję, zmywam, prasuję. Oddaję pieniądze, o wszystko pytam. Nie jestem idealny. Ona też. Z wiekiem staje się gruba, brzydnie frustracją. Seks staje się męką, nawet gdy jest lekarstwem na złości.

Polka zapomina, że są inne kobiety. Też być może mają wrodzonego wkurwa. Ale na swoich, nie obcych samców. Chętnie przygarną i wytresują nową ofiarę, jeżeli są wolne. Jeśli nie, przytulą mocniej, na chwilkę, na chwilę, dla przyjemności.

Dodając nieco otuchy, polscy mężczyźni potrafią także być wiecznie wkurwieni. Niekoniecznie z powodu złożonego charakteru swoich wybranek. Mają tak po prostu. Nic nie jest wystarczająco dobre. Jest nieciekawe, nudne i bez przyszłości. Narzekacze. Można odnieść wrażenie, że jest to wyraz narodowej dumy, w szowinistycznym wydaniu macho. Dla nas wszystko jest do dupy.

Oba przypadki są zaraźliwe. Wystarczy dłużej pobyć w naszym nadwiślańskim raju, aby prędzej czy później, w zależności od płci, odkryć w sobie zaczątki tych chorób. Zapadają na nie nawet obcokrajowcy. Najwięksi optymiści, prędzej czy później też z nami dostają pierdolca.

Może to się kiedyś zmieni? Było by cudownie. Uśmiechnięte panie i panowie. Umiarkowany optymizm. Chce się żyć! Co? Nie wolno pomarzyć?

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Toksycznym Życie

Mali dyktatorzy

Narzucanie swojej woli za wszelką cenę. Każdemu, wszędzie. Musisz się ze mną zgodzić, mam rację, tylko ja ją mam. Musisz ją poznać, polubić, zaakceptować, uznać za własną. Sprawię, że tak się stanie. Uszczęśliwię cię moją prawdą, przekonam. Udowodnię że się mylisz, użyję argumentów, nawet poniżę. Wymuszę. Wywołam poczucie winy. To dla twojego dobra.

Strategie każdego, kto naprawdę głęboko wierzy, że jego idea jest jedyna, prawdziwa, najważniejsza. Mocno denerwujące, jednak nie najgorsze z możliwych. Przebijają je manipulacje, propagandy i prania mózgu, które potrafią zmienić czyjeś opinie, nawet w taki sposób, że może się wydać, że dokonało się tego samodzielnie i z własnej woli. To już nie powinno denerwować, ale doprowadzać do prawdziwego, głębokiego, szczerego wkurwienia i protestu. Nie ma elementarnego szacunku do przekonywanych, ich zdania i niezależności. Jest pełna skala niedomówień, ograniczonych informacji lub ich zupełne wyłączenie i zastąpienie kłamstwem. Ludzie poddani takim technikom są tak skutecznie wprowadzeni w błąd, że próby nawiązania dialogu są skazane na niepowodzenie, nawet gorzej, mogą oznaczać agresję. Niebezpieczne, może się to ciągnąć przez całe ich życie, nawet być przekazane następnym pokoleniom.

Znam takich dyktatorów, znam także ich ofiary. Pierwsi odznaczają się zazwyczaj ponad przeciętną inteligencją, drudzy dużą wrażliwością (zaskoczenie, co? Ofiary powinni być przygłupami? Nic z tego, bywają dużo mądrzejsze). Do dyktatorów także nie dociera się łatwo. Uważają otoczenie za ograniczone, czują się lepsi, uprawnieni do narzucania swoich opinii, nawet jeżeli nie są do nich sami przekonani. Im są lepiej wykształceni tym bardziej bywają aroganccy, ale też mniej zmotywowani do wywierania nacisku. Powinniśmy brać każde słowo z ich ust za objawienie albo przyznać, że jego sensu lub znaczenia nie potrafimy pojąć. Wówczas w swojej wyrozumiałości nas oświecą. Ale tylko w bezpiecznym dla siebie zakresie. Ofiary (może niegrzecznie je tak nazywać?), powoli przekształcają się w wyznawców, wiernych, fanów i im podobnych. Są zauroczone, zachwycone, zlizują krynicę mądrości. Będą ich bronić zażarcie, nie widząc swojego fanatyzmu i rosnącej śmieszności.

Dawno temu, na szczęście, obserwując dyktatorów (kieszonkowych), postanowiłem wejść w ich buty. Okazało się, że nie jest to specjalnie trudne. Było jednak wyjątkowo nużące. Nieustanne upewnianie się, czy moje ofiary otrzymują właściwy zestaw informacji i czy są na bieżąco kontrolowane, po niedługim czasie mnie zniechęciło. Wycofałem się, co trwało dłużej niż ta nieuczciwa zabawa, widząc innych dyktatorów z radością przyjmujących nową masę pod swoje skrzydła, do dalszego przemiału.

Gra w dyktatora dużo mnie nauczyła. Od tamtego czasu, niełatwo już narzucić mi swoje zdanie. Mimo nadwrażliwości wiem, że bacznie obserwując pracę tyrana, mogę dostrzec każdy jego fałsz, przeciętność i brak pewności siebie, który stara się ukryć. Wystrzegam się ich do dzisiaj. Podobnie jak ich poddanych. Udaję, że niczego nie widzę. Nie zacząłem nikomu współczuć (bez przesady, to nie mój problem, kto jaką rolę wybierze). Nie ma powodu, dla większości ludzi taki jest porządek świata. Z mniejszością możemy sobie puszczać oko. Robimy to jednak bardzo dyskretnie. Nie głosujemy w wyborach, nie protestujemy politycznie. Siedzimy cicho, spokojnie.