Kategorie
Pamięć Uczucia

Tęsknota

Tęsknota. Kłująca serce, podtrzymywana cybernetycznym światem. Już nie miłosna. Nie zazdrosna. Trup miłości, kolanami dotykającego zapłakanych policzków. Zwinięty. W objęciu niczego nie czujących ramion. Z tłukącym, przypominającym wspomnieniem, mocniej niż ziemia, uciekająca spod nóg w trzęsieniu. Wylatującym poza orbitę Plutona i powracającym w otchłań Hadesu, z szybkością gubiącą ciało. Z duszą rozsuwającą szwy czerepu, ciśnieniem opadania w ciemność. Czarność. Marność. Oślizgłość.

Przygarnięta tęsknota. W strachu, lękliwszym niż martwość tkanek zapamiętanych uczuć. Krzycząca, gdy zakopana za życia, wołała o jeden jeszcze dzień, zawieszenia w niebycie. Pytająca, czy pamiętam? Stratę. I banał. Patrząca jak patrzyła, bo musiała się, napatrzeć, zanim cię zabrakło.

Lituję się nad moją tęsknotą. Wiem, jest jej trudno. Czuję jak się męczy. Podtrzymuję ją na duchu. Podpieram. Leczę. Zdrabniam jej imię. Głaszczę. Tęsknotkę. Przypominam, że było warto. Nie wierzy w moje zapewnienia, usycha pękami opadających płatków podarowanych róż. Czerwonych. Nie mogę jej pomóc. Nie mogę jej zawieść, kierując ku obojętności. Niechęci, ożywczej nienawiści. Nie mogę, nie potrafię sam się okłamywać i mojej Tęsknoty. Bogini nieboskiej. Echa w górach Arkadii.

Kategorie
Uczucia Życie

Wenus w kroplach

Nie interesujesz się? Źle. Interesujesz się? Bardzo źle. Gorzej. Utrzymujesz dystans? Błąd. Nie utrzymujesz? Błąd się potęguje. Jesteś sobą? Tracisz. Udajesz? Kim nie jesteś? Nic nie zyskujesz. Czujesz? Nie znajdujesz wzajemności. Nie czujesz? Odczuwa to, niekochany ktoś. Wbrew, jak i ty wbrew czujesz. Powiesz nie, winnym, się stajesz. Tak, zgodzisz się, nie zmusisz się, nie.

Nie udzielę ci pomocy. Nie chcę twojej. Zapomnij, ja zapominam. Życie po tobie jest Życiem. Życie bez ciebie jest Życiem. Żywotem. Moim, nie wspólnym. Z tobą. Ciebie nie ma. Nigdy nie było. Już nie ma. Mogło. Nie mogło. Zniknij. Znikam. Mało mnie, już tak mnie niewiele, nie przypominam siebie. Nic się nie stało, nic. Nie stanie nic się. Nic.

Uśmiecham się do wspomnień. Jak ja to dobrze znam. Ile razy wchodziłem do tej wody? Setki, tysiące? Zimnej, drżąc, nabierając gwałtem, ożywczego tchu. Gorącej, odskokiem, jak oparzony. Letniej, nieokreślonej, spokojnej, nie natchnionej. Nie zmienię tego co było, tak robiłem. Dlaczego woda jest teraz inna? Nie zbliżam się do niej. Nawet jeśli, mocząc w niej stopę, szybko ją cofam. Nie odczuwam. Przyglądam się jej. Jak płynie, faluje, nie porusza się. Lubię ją, nawet zielono nieprzejrzystą. Błękitną i szarą, po horyzont, niespokojną. Brudną, zanikającą, kałużami po deszczu. Wypatruję Wenus w kroplach, łzach, pocących się mgłą łąkach.

Wierzę wciąż. Kochanie. Wierzę w miłość. Nie tą wywspominaną. Nie tą z twarzami, kilku zapamiętanych, miłosnych. Miłość mimo, pomimo. Nie zamiast, nie z wyboru. Od zmroku do białych nocy. Nie poszukiwanej, prze opowiadanej. Stałej. Nie poddanej.

Kategorie
Uczucia Życie

Moja kara, nie moja wina

Zemszczę się, na Boga zrobię to. Na Bogów. Nie pozostanę dłużny. Kropla krwi za każdą kroplę. Łza za łzę, oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego nie miał bym tego zrobić? Mam się powstrzymywać? Miałbym przebaczać, aż nie pozostanie ze mnie nic? Poza przeznaczeniem wybaczania? Muszę zaczynać od końca, nowiny, która odeszła i nie powraca? Mogę zacząć od początku. Noża Abrahama i ustalonej zasady. Coś ty mnie, ja tobie. Z satysfakcją spełnionego prawa, moim czynem, moim głosem, moją myślą. Stojąc na rozwidleniu dróg, trojakich, w trójcy, którąś muszę wybrać. Siłę, zbawienie, świadomość. Nie podzielę się, nie rozdzielę. Idąc jedną drogą, nie przejdę innymi dwoma, nawet jeżeli prowadzą do tego samego celu. Nie poznam tych, których nie przejdę. Będę ubogi w poznaniu, będę pozbawiony wiedzy o wydarzeniach na nieprzeszłych drogach.

Pierdolę. Taka zemsta nic nie jest warta. Błąkająca się po księgach, których nie nawiedził żaden bóg. Najbliższy tym księgom, jest może, gdy modlący się wzywają jego imię. Tylko które? Imion ma wiele. To które znam, nie jest znane innym. Innych nie jest znane mnie. Z moim jesteśmy na Ty. Rozmawiamy zamiast składania pokłonów. To nie On potrzebuje zemsty. Oczekuję jej ja. Wyrównania rachunków. I moje bóstwa domowe. Pamięć i miłość.

Inna zemsta mi się marzy. Delikatna jak powiew Zefira. Miła. Pogodna. Cnotliwa. Nie moja w wykonaniu. Boska. Wymierzona sprawiedliwie. Nie moją ręką. Jakby jej nie było. Odbierająca, czego nie będzie, mogące się zdarzyć i się nie wydarzy. W nieświadomości odchodzących możliwych, których nie będzie. Moja kara, nie moja wina. Nie zawsze moja, nie zawsze moje. Zemsta niewiedzy. Niewinna. Paląca oczekiwaniem, którego nie będzie. Niby nie zemsta, ale ja będę wiedział.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Pory roku

Wiosna nie nadejdzie!

Pozostanę w chłodzie?

Otrząsnę się,

Odtworzę.

Będzie znowu lato?

Ciepłe i znośne za to,

Że zapominam?

Bo tylko je mam?

Zimowo.  Bez nazw,

Miejsc i obaw.

Tu i tam,

Wiedząc. Sam.

Zobaczę cię? Jesienną?

Niepewną?

Wiem. Nie zobaczę.

Nie patrz. Zapłaczę.

Pocałuj je.

Ode mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Uczucia

Dla Ciebie

Wiesz? Zupełnie nieznana mi. Miałaś rację. Nie należy udawać. Ale udawanie nie zawsze jest kłamliwe. W udawaniu jest dużo szczerości. Wystarczy zobaczyć je odwrócone, jak w lustrzanym odbiciu i ukarze się prawda, przynajmniej jej część, nie zamaskowana. Część najważniejsza. Ukrywana. Dla Ciebie. Jot. We mgle.

Myślę czasem o Tobie. Radości spotkania i szybkim zatarciu chęci. Naszych. Ty na swój sposób, ja moją metodą. Nie jestem pewien, czy nie tak to mało być. Jeżeli nie tak, nie wiem dlaczego nic się nie stało. Chociaż nic z niczego się nie bierze. Jest przyczyna, jest działanie i ich skutek. Nienadaremnie tak ułożony jest świat, którego zasad nie sposób rozwikłać. Tylko dać im się ponieść.

Przeczytałem raz jeszcze naszą wymianę zdań. Potem ją wyrzuciłem. Na zawsze. Nie chcę do niej wracać. Nie jest mi ona potrzebna, by pamięć o Tobie mogła odżyć, przeżyć. Nie musi żyć, nie musi przestać. Nie muszę i Ty nie musisz pamiętać. Zachwyciłem się Twoim uśmiechem. Kilkoma słowami, które pozwoliłem Ci wypowiedzieć, zanim zagłuszyłem dalszy ich ciąg. Intuicyjnie. Spotkaliśmy się za wcześnie, za późno. Oddałem w depozyt moje serce na jakiś czas. Gdybym spotkał Cię zanim, może oddał bym je Tobie. Nie mogę oddać czegoś, co nie należy chwilowo do mnie, nawet gdybym chciał. Nie o wierność komuś tu chodzi, ale własną, uczciwą, ten pierwszy raz. Gdybym spotkał Cię po, nawet byś o tym nie wiedziała. Pierwszy raz zmienia wszystko. Mnie i otaczający nas bezkres.

W noc, zanim, gdy ostatecznie pożegnałem się z Tobą, by to zrobić musiałem polec, leżąc jak śmieć, okazałem się nie tylko tym, za kogo mnie masz. Dałem więcej, niż dałem kiedykolwiek dotychczas. Dla tych, którzy nie napiszą, tego co ja piszę i Ty, bez pomocy upadku, który znam i szanuję. Kto nigdy nie upadł, nie pozna zdolności do powstania.

Napiszę do Ciebie jeszcze dwukrotnie. Upewniając się, że pożegnanie nie jest ostateczne. Jeżeli tak będzie, napiszę do siebie. Dla siebie, mając Cię w myślach i wolnym sercu.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Stereotypy

Czemu jesteście uprzedzeni do wszystkiego czego nie rozumiecie, co nie mieści się w ramach uznanego za oczywiste? Obieracie mi tym przyjemność bycia, zdolność do budowania. Czemu oceniacie, w stereotypach, gdzie są granice tego, na co mogę sobie pozwolić, za którymi spadnie na mnie krytyka i na każdego, kto ze mną przekroczy pojęcie tego, co jest dla was zrozumiałe?

Zabraliście mi, stereotypowi już za wiele. Każdy plan, przeszłość, każdą miłość. Chcecie zabrać mi przyszłość. Jaki jest tego cel? Dlaczego się na to godziłem? Dlaczego miałbym nadal?

Co jest niezrozumiałego w tym, że moja wiara nie odpowiada tej uznanej za dzisiejszą? Nie wolno mi się modlić tak jak robili to na długo przede mną? Nie wolno mi wierzyć w oddaniu? Co jest niezrozumiałego w poczuciu dwojga ludzi, że chcą siebie nawzajem? Mimo różnic i przeszkód? Co jest niezrozumiałego w tym, że ma się ojczyznę, za którą można oddać życie, bo tylko dlatego ją mam, bo zrobił to ktoś dla mnie, przede mną? Co takiego robię, że musze to ukrywać, ze wstydem. Wstydząc się jeszcze bardziej, ze to ukrywam? Nie mogę być katolikiem i nie być dewotem? Nie mogę kochać kogoś młodszego i nie być satyrem? Nie mogę być patriotą i nie być nazistą?

Jak to jest, że zostałem wpisany w schemat? Nie wolno mi się mylić i popełniać błędów. Każdy zostanie mi wypomniany. Nawet naprawiony. Nie wolno mi stać prosto. Patrzeć w oczy. Bez wstydu.

Kim zamiast tego, kim jestem powinienem się stać? Przykładnym mężem? Przykładnym ojcem? Przykładnym pracownikiem. Wytrwać. Nie kochając, nie będąc kochanym. Ojcem, który nie pozostawia wyboru. Wyrobnikiem, który jak sługa służy panu, pozwalając mu się bogacić, za cenę pozornego spokoju?

Nie stałem się takim, jakim się po mnie spodziewano. Nie stanę się. Nigdy nie byłem, chociaż się starałem. Czy ktoś to przyjmie? Nie wiem. Pozostaje mi się staroświecko modlić, wierzyć w miłość ostateczną, pamiętać o zapomnianych. Marny, omylny, niedoskonały. Wolny.

Stereotypy zabiją wolność. Dzięki Bogu, nie tylko ja je łamię. Więc? Fuck you!

Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Przyjemność Uczucia Życie

Piątek trzynastego

Piątek, trzynastego. To już drugi w tym roku, który kończy mordęgę, mozolnego wspinania się na szczebel normalności. Poprzedzonych błyskawicznymi, wielogodzinnymi terapiami, spierdoleniem co było pod ręką do spierdolenia, miesiącem abstynencji. Wrzodami, które nie tylko znowu wymagały wegańskiej diety i spania na brzuchu, ale podtrzymywania ich i go, w dłoniach, bo mogły by eksplodować. Tak się jedynie wydaje. Wrażenie. Wrzody uczą pokory, przyzwyczajają do fizycznego cierpienia. Kwadrans agonii, kwadrans spokoju. Nie pytam już, co ja Ci zrobiłem Boże? Moi cholerni rodzice, poza prawdopodobieństwem wylewu, dali mi nerkowe kamienie. Na nie mam zastrzyki, zawsze przy sobie. Nie zawracam już głowy Bogu. Wrzody? Są tylko sezonowe. Co, że Polprazol nie pomaga. Haszysz pomoże, ale nie mogę być upalony, dwadziecia cztery godziny na dobę. Czuć pękające baloniki bólu, jak bąbelki płynu do kąpieli, albo wydmuchiwane bańki mydlane. A potem zapadać się w nieból, ale i stan halucynogenny. Robi się z tego większy kwas, niż po przedawkowanej wódzie. Stres nie pomaga. Muszę jakoś żyć. W samotności klnę i łażę. Aż przejdzie. Przy ludziach nauczyłem się nie okazywać, że coś jest nie tak. Nawet grymasu. Znalazłem sposób, skopiowany z Niebezpiecznych Związków. Gdy jest bardzo źle, w ostateczności, noszę w kieszeni metalowe pudełko, a w nim kilka igieł. Kiedy czuję, że przymykają mi się boleśnie oczy i zaciskam zęby, wystarczy jedno ukłucie. Mniejszy ból zastępuje większy i znowu słyszę, rozumiem rozmówcę.

Jest postęp, pomiędzy piątkami. Nie nabawiłem się paraskewidekatriafobi. Co za słowo! Nie spierdoliłem wszystkiego. Nauczyłem się trochę myśleć, nie tylko kierować uczuciami. Te akurat mam w rozsypce. Nawet ich nie układam, niech ułożą się same, lepiej ich nie drażnić. Nie rzuciłem pracy, zarabiam pięć razy tyle. Wydaję, rozdaję, wspieram, nie ze wstydem przyjmuję od przyjaciół, którzy sami mają niewiele, wdowie grosze. Śpię w łóżku, nie na ławkach, w bramach, kątem na podłodze, albo trzy na trzy noce, w użyczonym samochodzie i brudnawych hostelach. Uberując, co i tak się spierdoliło. Wirus. Ledwie się podniosłem, upadłem. Nie rzygam krwią, nie uciekam ze szpitala, w obawie przed niebezpieczną i niepotrzebną operacją. Coś sobie piszę, coraz łatwiej. Nawet ten blog, choć niezupełnie był to mój pomysł, wskazówka psychologów. Rolki też. Mam robić coś, co zawsze sprawia mi przyjemność. Czekają na mnie studia, które zacznę za rok, albo dokończę inne, niedokończone. Musi być lepiej, nie może być gorzej.

I trochę miłego w ten ostatni piątek. Dzielna dziewczyna w szalu zniknęła, ale nie całkowicie. Miała mój numer telefonu, na wypadek najgorszych niepowodzeń. Zadzwoniła. Nie jest już bezdomna, ma pracę, wraca do nauki. Poznaliśmy swoje imiona. Tylko trzymać kciuki.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Cały ty, kurwa

Żle się to czyta. Pokrojone i ocenzurowane.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to motłoch. Piliśmy, ja pierwszy raz od miesiąca, większość chyba wcale nie trzeźwiała. Graliśmy w bilard i pingla, w szpitalnej kiedyś kaplicy, gdzie na ścianie, za ołtarzem stoi oparty krzyż. Nielegalne party. Było nas co najmniej sto osób. Polacy, Czesi, Ukraińcy, Hiszpanie, Portugalczycy, Rumuni, Słowacy, nawet Włosi i Belgowie. Pijana pijaczka, z pokoju obok, przyniosła szachy, grała doskonale. Myślała. W tym stanie ogrywała, mniej więcej jak ja, wbijałem bile w dołki. Nie celując, wygrywałem. Zniszczona. Na pewno kiedyś inteligentna. Nawet na swój sposób ładna. Obściskiwała draba, z którym mieszka od paru dni. Kocham cię. Podsłuchałem. Już? Jutro przenosi się do niego, z Holandii. Muzyka? Moja żono, kocham cię! Disco Polo, czy weselna muzyka? Waliło z poklejonego czarną taśmą, wielkiego głośnika, należącego do kolesia z pustymi oczami, połączonego z telefonem, niewidzialnym bluetoothem. Nigdy tego nie słyszałem. Brzmiało źle. Wybrzmiewało skrzekliwie. Miałem tańczyć. Tańcz ze mną, mówiła mi jakaś dziewczyna, ładnym angielskim w chwili ciszy i obejmowała moje plecy. Czułem ciepło, dłonie na ramionach, wtuloną głowę, twarde piersi. Wygodnie się ułożyła, pomyślałem, przyjemnie. Szkoda, że to nie ktoś inny. Pocałunek w szyję, namiętnie długi. Wessała mi się w kolczyk na karku. Zamarłem. Przecież nie będę się wyrywał. Nie poruszyłem się. Nie umiem, odpowiedziałem, jestem żonaty, skłamałem przekrzykując, twoje oczy zielone. Mnie to nie przeszkadza, usłyszałem w prawym uchu, podobasz mi się. Też mam kolczyki, w łechtaczce i pępku. I mam zabawki. Przyjaciółka pojechała do domu, chodź ze mną na górę! Mnie przeszkadza, musiałem powtórzyć, krzycząc kilkakrotnie. Odkleiła się wreszcie. Bardzo powoli. Nie wiem która to, nie odwróciłem się. Odetchnąłem. Ulga.

Przyszedł, do mnie mój znajomy imiennik, który wie o mnie za dużo, kręcił głową. Widziałem, z daleka, był wściekły. Zwariowałeś, zapytał? Bo co? Wyciągnął mnie na korytarz, za łokieć. Zostaw mnie kurwa, to boli. Zaraz zaboli, jak ci złamię nos. Wiem że był bokserem, nie chciałem się przekonywać, czy mówi poważnie. Co ty odpierdalasz? Sapał i szarpał za koszulę. Był pijany. Ta Słowaczka chodziła za tobą, krok w krok. Ty nic. Stoisz jak posąg. Podobno już się odkochałeś? Belgijki nie chcesz, menadżerki z tej twojej knajpy nie chcesz, ostatnio spotkałeś tam zajebistą laskę, nie chcesz, zjebałeś to, w dodatku specjalnie. Bo ma na imię jak twoja matka? Po co brałeś od niej numer telefonu? Wiem, że cię to gryzie. Nawet słowa o niej nie powiedziałeś, cały miesiąc. Poleciałeś do niej, do Wrocławia i nawet jej nie spotkałeś. W ogóle już nie śpisz. Przecież ja to widzę. Architektce na ostatniej budowie powiedziałeś, że jesteś gejem. Dziewczynie ze sklepu tak samo. Siostrze mojego kumpla kazałeś zabrać rękę, bo ci ją położyła na udzie. Aż podskoczyła, czerwona jak rak. Trzeba było z nimi nie rozmawiać. Nie patrzeć, nie okazywać zainteresowania. Albo za młode, albo za stare. Nie chcesz Polek, nie chcesz nie Polek. Jak pijesz to ci przeszkadza, że ktoś nie pije. Nie pijesz, ktoś pije za dużo. Tylko powtarzasz, że nie chcesz nikomu robić krzywdy i chcesz być sam. Robisz krzywdę sobie. Dlaczego się nie przyznasz, że jesteś dobry? Myślisz, że nie wiem, że pomagasz bezdomnej murzynce? Widziałem jak zanosisz jej jedzenie i dajesz kasę. Pytam jeszcze raz. Odkochałeś się, czy nie? Nie wiem, odpowiedziałem. Nawet, czy byłem zakochany. Nie chcę być sam. Chcę? Chciałbym mieć wszystko wspólne jak ty, z twoją z żoną, nie mieć tajemnic, jakichś głupich tabu. Zamilkłem. Na dobre. Cały ty, kurwa. Wydarł się na mnie. Potrafisz napierdalać jak nie potrzeba, jak potrzeba cisza. Nie pójdziesz z tą Słowaczką? Nie. Wolisz walić konia? Nie odczuwam potrzeby. Sam sobie zwal. Poszedł. Ja też, na długi spacer. Bezmyślny, bezsłowaczny. Bez czegokolwiek i kogokolwiek. Tylko z normalną muzyką, w obu uszach. Wróciłem rano.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Uczucia Życie

List

To jest, taki krótki list. Z frontu, do Ciebie i mnie. Którego nie wolno mi wysłać. Już raz straszyłaś konsekwentnie. Zapamiętałem. Nic Ci nie zrobiłem. Nie mógł bym, nikomu. Poza czasem pomocy, wymagającym poświecenia duszy i rozumu. Będę spalany w piekle. Za to, że mi nie nakazano, że sam wybrałem. Kiedyś. Poczułem się jak zbrodniarz, morderca i chłam. Stałem. Udawałem że odszedłem. Wróciłem. Siedziałem do rana. Widziałem Cię w oknie. Widzialem Cię zza węgła, ostatni raz. Poszedłem w to, co, czym, jestem teraz.

Wiem gdzie mieszkasz, znam adres. Nie mogę tam przyjść. Nie mogę wysłać. Jednak. Wśród Twoich znajomych mam szpiegów. Przyjaciół także. Do granicy. Zdradzili mi punkt kontaktu. Nie powiedzą nic o Tobie. Za to ich lubię. Są Twoi. Nie będziesz wiedziała, że to oni. Wysyłali Ci wiadomości. Powiedzieli mi wczoraj. Nie podoba mi się to. Przechodzą na moją stronę. Na Naszą. Nie wiem po co? Skoro kochając, nie kochasz. Boisz się. Mniej więcej jesteśmy w tym samym miejscu. Gotuję Ci obiad, bezmięsny. Sobie. Sam go zjem, mogłabyś spróbować. Nie będzie ostry. Nie paliliśmy trawy razem. Tylko razem byliśmy intymni.

Bezgraniczność oddania. Nikt Cię nigdy nie umiłuje, jak ja. Wiesz. Powolną rzeczy sprawą, mojego nic nie znaczącego, rób to, masz to w sobie. Nie oddawaj. Co by się stało, gdyby Bóg pokazał mi co możesz, co chcesz. I powiedział by. To jeszcze nie teraz. Potem? Powiedział, tak. Niedługo.

Nie jesteś pięknem. Jesteś normalna. Odmieńcem. Jakim jestem. Moja szansa. Twoja. Będziesz wielka, jak ja, którym się nie stałem. Na miarę siebie i mirry.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.

Kategorie
Uczucia Życie

Ruina

No i staje się. Ginie mi gdzieś uczucie gwałtownie. Coraz rzadziej, gdy o Niej myślę, wiruje mi w głowie i w bezdechu słabnie serce, wyrywając się i krzycząc; zrób coś, nawet wbrew sobie, ale nie pozwól mi się tak męczyć, w spragnieni. Głodzisz mnie! No zrób. Jest piękna dziewczyna, dwie ulice dalej, czekająca jeszcze. Jest tyle innych! Głowa nie staje się nagle pustkowiem, z oazą jedyną, monopolowego stoiska i momentem zapomnienia. Do następnego, zawirowania, gdy ziemia wyrywie się spod nóg. Na trzeźwo. Jak choroba. Koszmar, majak. Żal mi tego. Starczyło by na wieczność, wyczerpuje się banalnie. Spokojniej. Nie mniej gorączkowo, ale zmysłów już nie tracę tak często.

Pojawia się jakaś pustka. Której dotąd nigdy nie doznałem. Ciężkawa i smutna. I ona zniknie. Za dobrze znam siebie. Obrzydzę sobie Tą, jak Inne. Dotąd nawet myślą jej nie obraziłem. Nie ma za co. Ale skurwysyn we mnie się budzi. Znajdę jakiś powód, jakieś niedostatki. I pójdzie. Odejdzie w szereg, rzadko wspominanych. Szkoda. Wiem, że to była miłość niepokorna, uzależniająca i mocna. I rozumiejąca. Dużo. Za dużo. Strachu. Tak jak powinno się kochać. Tylko raz. Było warto. Dlatego się męczę. Bez końca, bez początku. A byłem pewny, że to już wcześniej się stało.

Stałem dzisiaj przed domem w Mass Mechelen, małym miasteczku, niedalekim. Ruina. Kiedyś piękny. Umarły. Jak widmo, a był środek dnia. To ten ze zdjęcia. Przypomniałem sobie rodzinę, której ja nie chcę, równie jak oni mnie i naszą ruinę. Którą ciągnąłem jak kulę przy nodze, w każdej prawie minucie. Dotąd. Niedostosowanie, tylko udawanie, niech nikt się nie dowie. Jacy jesteśmy, jaki ja. Mam ochotę zostać tu na zawsze. Tęsknię, ale tyle lat przeżyłem poza Polską, że nawet nie wiem. Gdzie jest moje miejsce? Tylko tam, gdzie jestem. Tym razem uciekłem. Powracam kryjąc się, śpieszniej uciekam ponownie. Niedługo znowu przyjadę. Będę rozglądał się uważnie. Po to by zejść z oczu, prawie każdej znajomej twarzy. Czy Bóg może wie, czy jestem wciąż normalny? Czy wariatem się stałem, zwyczajnym? Pytam, bo nie wiem, czy Bóg mi to powie? Nie odpowie.

Ten dom, upadły, próchniejący, jest jak ja. Ja gnijący jak on, stojąc wciąż, lekko przekrzywiony i nie zawalę się, będąc tego świadom. Mnie nie będzie, a pozostawię krzywdy, żale i kolejne pokolenie, które pragnąłem uczynić odwrotnym. Moją nadzieją jest tylko jedno. Że zapamiętają mnie nie poddającym, przekornie, bo nie podoba mi się ten świat. Gdzie wewnętrznie eksploduję, nie tylko uczuciem miłosnym. Raczej świadomie. Ze niesprawiedliwi są pewni, że żyją godnie. Upadli, nigdy nie powstali, że to ich wina, sprawiedliwa. Niewinni są.

Przejebany rok. Zbliża się łaskawie, do pierdolonego końca. Rok kłamstw, propagandy wirusa, robienia z Nas głupców, nieodpowiedzialnych, niedojrzałych, nie dość solidarnych. Ja sobie go przejebałem osobiście. Nie pierwszy. Innym przejebano go wbrew ich woli. Czy kogoś obchodzi ile dzieci umiera każdego dnia z głodu? Ilu ludzi? Czy kogoś to interesuje ile talentów, prawdopodobnych, ginie, nawet nie splunąć? Czy kogoś interesują matki rodzące, zaraz umarłe dzieci. Czy kogoś interesują dzieci, patrzące na umierające matki, gdy powinny o nie dbać?

Zrujnowany dom, gdzie pleśń wadzi się z robactwem, kto jest jego panem i ostatecznie przeniosą się dalej.

Kategorie
Uczucia Życie

Komplementy

To ty jesteś dziwny. Oni wyglądają na swój wiek. Zdziadzieli. Taki usłyszałem komplement, nie komplement, komunikat, z ust mojego towarzysza, współlokatora, pracy i jazdy do niej, gdy skomentowałem Nowych na budowie, mniej więcej w moim wieku.

Przypomniałem sobie inne komplementy i ich inną dziwność. Ta stwierdziła, że pachnę jak jej, chyba matka, babka, ale nie ma w tym nic złego. Przypuszczam, że zapach brał się z płynu do kąpieli, dla dzieci, z księżniczkami na butelce, który podkradałem. Niesamowicie się pienił, ledwie mieścił się w wannie, po kilku pompowaniach i lakieru, mojej byłej, partnerki, z którą latami dzieliliśmy dużo, ale nie wspólne życie i łoże. Dwie tury. Ponad dwadzieścia lat, jedna od drugiej. Potem, wreszcie tylko szkiełko z zygotą. Ta nie usłyszała tego, co odpowiedziałem jej w duchu. Pachniesz wszędzie kobietą, ale twoje usta dziecinnie, jak mojej córki, tego samego imienia i jest w tym coś chyba złego, dla mnie, co nie pozwala mi Cię pocałować spontanicznie i gdy siedzisz na mnie okrakiem, na kolanach lub leżąc, nam ochotę się oswobodzić, czując Twój oddech. Zagadywałem. Uciekałem do innych Twoich warg. Choć kocham Cię bezgranicznie, mam w głowie tylko jedno. Pan to jest może? Pedofil. Tak nazwał mnie lekarz, dozujący mi chemię, zabójcę, zabójczego raka, komu o Tej się zwierzyłem. Zapytał z uśmiechem, perwersyjnie sardonicznym, jak to się robi? Od dawna pełnoletnia. Gdyby nie niemoc i sączące się płyny, rurkami do moich żył, rozjebał bym mu ten uśmiech, w drobny mak. Kiedyś dam mu po gębie. Nie wiem, jestem jaki jestem. Tylko to. Pierdolony głupiec. Tak kurwa jego mać, z Tą dzielił nas odstęp czasu, nie zboczenie. Ale ten zapach nie znika mi odtąd z pamięci. To mnie przerażało. Dotąd przeraża. Potem mogłem ją całować tylko, gdy pililiśmy i czasem zapaliła papierosa. I może taki tylko jeden wieczór, gdy zobaczyłem ją na scenie i jej talent zaskoczył mnie, mimo wiedzy, że go ma. Chciałem ją unieść do samych wrót Raju. A zaplątał mi się pocałunek, między nami, w mojego płaszcza, wysokim, wełną szorstkim kołnierzu. Rozczochrała mi włosy. Byłem najbliżej od Ziemi, na orbicie Marsa. Nie przeszkadza Ci to, że jestem starszy? Mam to w dupie. Lubisz, że jestem młodsza? Lubisz? Kurwa! Trochę tak. A naprawdę? Nie! Zmusiła mnie do polubienia Mary Spolsky. Nie byłem miłym panem do poznania. A ja to przecież to Sex, Drugs and Industrial. Jeb i Muza. Wolałbym abyś nie była aż tak młodsza. Twój wiek to nie fetysz. Anty. Nie pachę już tak. Nie zapachnę aż do sosnowej deski. Nic złego w tym nie znajdziesz. Może potem zapachnę żywicznie? Nie udało nam wspólnie. Teraz udaje się nie jej, ale będzie. Udaje się mnie. Razem byłoby pół na pół.

Mój Ojciec. Już wiem dlaczego podobasz się kobietom. Kobiety to nie jest wyzwanie. Ja ocieram się o ludzi Tato. Wióry czasami lecą. Nie. Ty jesteś miękki i twardy. Nie Ojcze, jestem takim, jakim zawsze powinieneś być. Tylko nie starcza Ci wolności, zabierasz ją sobie. Jebanie i rżnięcie, to nie jest poznanie. Tylko Tobie się wydaje, że coś masz. A tylko masz Nic. Tylko chwile. Tyleż oczywiste, jak rano z kobietami, które tylko czekają na na powrót do domu. Gdyby chciały, zostały by na długo. Jak ze mną zostają, nie dając mi spokoju. Ludzie Tato. Ludzie.

Przypominając, dojechaliśmy do sklepu. Maseczki, wycieranie wózków, płyn jak spirytus. Wcierać w dłonie, czy pić? Wewnętrznie może być skuteczniejszy? Wychodząc za wcześnie, zdjąłem gówno z mordy. W Belgii to mond lub mord masker. Dziewczyna przy drzwiach wykonała gest okrężny wokół twarzy. Przeprosiłem. Duszę się w tym. A ona, że podobają się jej moje snake bajty. Przystanąłem, też je masz? Maska w dół. Miała. Mnie też się podobasz. I tak nawiązała się rozmowa. Od węża do słowa. Idziemy razem na koncert. Pa. Pa. To pa. Pa. Pędem wyjechałem wózkiem na parking. Jest siódma. Trzeba wracać. Po chwili stop. Obiecałem domownikom pizzę. Zapomniałem o pergaminie. Nie da się inaczej bez niego w zwykłym piekarniku. W tył zwrot. Kobieta, już nie dziewczyna, przy kasie, coś powiedziała po holendersku i znalazłem się pierwszy w kolejce. Dziękuję, a ona coś szepcze. Nie rozumiem. Szum. Powtarza. Jesteś bardzo interesujący. Thanks. Już nie pędziłem, wystrzeliło mnie do samochodu.

Pozostaje mi okablować się w pracy. Naelektryzować. W miejscu wypoczynku najebiemy się, jak co weekend, jak psy. Tanią wódką z Niemiec. Poza tym oczy w dół. Wypierdoliłem z Polski, bo się zakochałem, miłością może odwzajemnianą, ale wystraszoną. Ja Tą, Ta mnie. I tak zakończył się dzień komplementów. Wzajemnie, nie odwzajemnionych.

Kategorie
Religia Toksyczny Uczucia

Nie Abraham

Znowu sam, na placu boju. Z imiennikiem. Mężczyźni jak lalki. Cudowni. Nie czułem tego od lat. Dobrzy. Nic z niedzieli. Panie Kochanku. Walenie wódy od rana. Tęsknią. Ja z nimi. Oni cieplutko, ja mroźnie. Upiekę im chleby, zakwas się już robi. Za dwa tygodnie. Pojedzą. Potrafię piec.

Powiedziałem im o Tobie. Popłakali się. Najczulej. Wiał gorący wiatr. Czułem od okna. Ja w sobie, wiejący. Tym zimnym żarem. Tylko męskie towarzystwo, dobrze mi robi. Zupełny brak krytyki. Rób co chcesz, rób jak chcesz. Tylko ty jesteś odpowiedzialny. Stojąc o dziewiątej rano, w kręgu nad stołem, z kieliszkiem w ręku, chciałem im wpaść w ramiona, dziękować. Za szczerość. Czemuś to wszystko zrobił? Zapytał kolega, o piastowskim imieniu. Bo się przestraszyłem. Bo mnie dotknęła, jak nigdy nikt. I była, jakiej bałem się spotkać. Prosta. Nie krzywa. Nie idealna, ale w twarz. Za krótko to było, abym mógł ją poznać. Poznaję zza wykopanego szańca. Którego miejsce sam wskazałem. I wykonałem go jej poczuciem, tak jak chciałem. Siłą bezradności.

Mój niezaprzeczalny Bóg. Pokłóciłem się o Niego. Że Bóg to nie jest człowiek, nie jest ojcem, tylko Ojcem jest. Jebie mnie studiowanie filozofii. Mrowiska wizji i urojeń, ustawionych na banalnych rozstajach, rozwleczonych w czas i treść. Tych powtórzeń, wędzideł i steku poszukiwawczych, pretensjonalnych, często bzdur. Logicznie Boga nie ma. Logika to nie jedyne wyzwanie. Pokażcie mi człowieka, który nie modlił się choć raz. To nie ja mam się z Boga śmiać, tylko ci, którym z Bogiem niezręcznie. Bóg to idea, nie jej treść. Można to łatwo zrozumieć. Ja kaznodzieją nie jestem. Wierzysz to wierz i nie przeszkadzaj nikomu. I dobrze mi z tym. To nie są żarty. Goreję, jak krzak. Kurwa. Ja zakochany. Pierdolę. Niezmiennie. Ze mnie nic, dla Tej wszystko. Anim to sobie ja wymyślił. Nie On nawet. Nad Nim też jest inny On lub Ona. Nie Abraham i jego nóż. Dzieci nie oddam. Nie są tylko moje. O naszych Luba, też napisał bym to samo. Nie oddam. A oddałem. Dla Ciebie. Idei. I egoistycznej wiary. W Nas. W Ciebie. I siebie.

Kategorie
Uczucia Życie

Myśl

Myśli wpływają na mnie. Ja na nie. Jak niepodlewane kwiaty one, jak woda dla nich, ja. Mogłyby uschnąć, ja wyschnąć. Myśli z teraz i utracone. Nie tylko róże z kolcami, ale i fiołki, kaczeńce i wrzosy. Każdego koloru, kształtu, zapachu i z jego brakiem, polne i krzyżowane. Chwasty i zioła. Woda się toczy raz wartko, raz wolno, czasem strumyk, czasem potop i rozwścieczony sztorm. I słodka i słona.

Pomyślałem że nigdy nie byłem tak długo sam. Niedługo rozwiązanie. Może nigdy nie kochałem, tylko z Tobą mi się tak wreszcie zdarzyło. Tylko tak sobie wmawiałem? A co z zazdrością? Czy nie powinien to być znak, że jednak tak? O Ciebie inaczej jestem zazdrosny. Jeżeli to ona, to dziwnej jest urody. Spokojna, nie gniewna. Raczej o czas, niespędzony i niespełniony. Bóg jeden wie, że nie zdradziłbym Cię wcale. Czynem, mową. Myślą. Nadzieją, że uda Ci się, co tylko pomyślisz i chcesz. Dobrze jest kochać, nawet tylko tak.

Piszę o myśli siedząc w kiblu. Mamy w tym domu ich dwa. Przyniosłem sobie krzesło, palę, strzepując popiół do brudnej umywalki. Opieram nogi na sedesie, klapy brak. Nikt tu prawie nie zagląda. Zrobię sobie tu świątynię myślenia. Mój Erem, wśród ludzi, a samotnie.

Nauczyłem się myśli zapamiętywać, na małych karteczkach. Mam ich pełne kieszenie, których jest mnóstwo w robotniczych spodniach. Część zapominam, drąc jak najdrobniej, niektóre zapisuję, nawet tutaj, dla takich jak ja.

Mamy wreszcie od dzisiaj Internet. Będę mógł korzystać do woli. Skończą się rachunki, pięćset złotowe, telefonicznie pazerne. Może powrzucam coś na You Tube? Podzielę się, tym co lubię? Tylko że znowu coś, na moje nazwisko. Podobno Polacy za granicą to świnie. Przekonam się.

Myślę o przyjacielu, który nigdy nie powinien nim się stać. A jest. Przygarnął mnie, gdy nie chciałem, aby ktokolwiek to zrobił. Pozwolił mi mieszkać podziemnie, na Rynku, wiedział, że nigdy bym się nie zgodził z nim. Podziemnie słuchałem hejnału, prawie nad głową. Wychodziłem z lochu na pustkę, czasami mignęła maseczka. Przez dwa miesiące mnie żywił, prał i nawet upijał. Gdy świat narzekał na pandemię, że nudna i zła. Tydzień temu, nie mogliśmy utrzymać się na nogach, piliśmy i jedliśmy za moje. Pocałowałem go w rękę. Publicznie. Zamiast Tą. Łatwiej bo gej. Takie to mam myśli. Tak się to toczy.

Odnajduję się. Raz bardziej, innym razem mniej. Myślę, że się zmieniłem, zmieniam. Na inne, może lepsze? Nie mam już oporów być sobą. Nie zostawiam siebie wychodząc z domu. Ktoś tak napisał. Może dlatego, że na swój prawdziwy, będę musiał poczekać. I tak myślę, kto wie, może dom z Tą? Może samodzielnie?

Kategorie
Uczucia Życie

Sens

Nici ze spania. Przed hotelem pojawiły się dwa autobusy. Jeden pełen pieśniarek ukraińskich. Chóralnych. Nocnych. Momentami nieźle im idzie. Tylko że, ich mać, momentami. Dumki zawywają, albo coś cerkiewnego. Niesie się to echem. Mam wprawdzie baterię piw i klamkę w oknie. Przecież tego dla spokoju nie wypiję, ani się nie powieszę, twarzą przy szybie. Niech śpiewają.

Zrobiłem już prawie porządek z tym blogiem. Napoprawiałem. Mocno się przeraziłem, czytając go od początku. Ileż we mnie goryczy, żalu i smutku? Nie wiedziałem. Przecież ja na to, nigdy nie zważałem. Może to nie ja, to pisałem? Niestety ja. Poznaję styl.

Ja prawie zawsze się uśmiecham, nawet przez łzy. Bywam wściekły, miewam kamienną twarz, ale na krótko. Nawet katorgę miłości, przegapionych szans i czynów wstydliwych, gorszących i złych, zadanych sobie razów, walk ze sobą, eksperymentów całkiem niepotrzebnych, traktuję z dystansem. To miał być tylko sposób na czucie, mocniejsze i wyraźniejsze. Nie jakiś ból i płacz. Czyiś i mój.

Kiedy ja się nauczyłem narzekać? Jestem dla siebie wzorem optymizmu. Każdemu powiem, że będzie dobrze, nawet to wytłumaczę, opiszę i wyłożę, jak kawę na stół. Sobie fatalizm? Innym kojenie? A potem walę na oślep, w niego pięścią?

Ja wiele nie potrzebuję. Odrobiny zrozumienia. Nie przypierdalania się. Braku tresury. Nie naciskania. Rób, rób… Nie, rób co chcesz, jak chcesz, to rób. Kilku słów miłych, uczciwych. Może pochwały, dziękuję i jakiegoś kocham cię. Nie tylko siebie kochania, ale mnie też. Mimo wszystko.

Dziwnie mi, po tym czytaniu. Starzeję się, a zmieniam nieustannie. Wciąż jednak ten sam. Mam zapas tego, co chciałem i nie zrobiłem. Z tego zapasu, czerpię jak wodę ze studni i idę, i pcham, czasem wzlatam. To aż tak źle?

Przecież nie chcę być inny. Nie umiem. Jestem toksyczny, bo jestem prawdziwy. Bo mówię i słucham i chcę pozostać wolny? Czy to tak trudno zrozumieć. Wolność to nie anarchia. Być może chaos. Ale czy nie jest nim życie. Gdyby nie było, dlaczego od zawsze, tak usilnie starano się go porządkować? Trawa za wysoka, zbyt dziki las, rzeka nie płynie równo, szereg nie zwarty, wiara za płytka, słowa niejasne, ambicja za duża, albo jej brak?

Czym ja się tak przejmuję. Po co piszę. Po co się staram? Po co inni się starają? Powinienem przestać? Tylko, że tak słucham tych wywodów o prawie wyboru. Czy ja zabraniam nie wierzyć? Odmawiam zmian, prac, zajęć, dróg? I mnie rozpierdala. Że ja tego nie robię, ale gdy nie pozwolę komuś tego też, mnie lub innym, to zawsze jestem najgorszym z wrogów. Kurwa. Gdzie tu sens?

Kategorie
Uczucia Życie

Ojciec

Mój ojciec był szczurem. Miał tę zdolność przetrwania, której nie posiadł żaden z nas. Siedział w pierdlu, za siostrę. Manko, socjalistycznej ajencji. Babka ją kochała najbardziej, z wielorga. Więc on się podłożył. Dla matki i niej. Złamali mu życie. Potem i mnie. Zdechły. Babka staro, a walczyła jak mężczyzna, w AK. W lasach Janowa, wytargała męża z błota. Nadludzkim wysiłkiem. Zabijając SS-manów nad jego głową. Nie dostała Virtuti, bo ratowała dziadka. Poza tym był faszystą, ONR. Gdy ją rozbierali do trumny, miała przy sobie pistolet. Naprawdę. Siostra młodziej. Zjadł ją rak. Byłem i widziałem, nie odczułem żalu. Dobrze kurwo ci tak, myślałem, gdy ledwie łykała tlen. Stałem nad nią. Uduszę cię. Nie. Zamęcz się. I tak się stało. To przez nią mam rodzeństwo, duchowe. To ona namawiała, jak namówili mnie, bym odrzucił, Tą.

Mój ojciec był wierny. Był psem. Kochał matkę, tylko ją. Ona o tym wiedziała. Więc nawiedzała go. Gdy czegoś chciała. Ona też tylko jego kochała, choć był rozwód, a końca nigdy nie było. A z nimi ja. Znosiłem ich intymne chwile, tuż obok. Bo były powroty i jego nadzieje, jej zabór. Ja nie umiałbym. Cóż. Oni to oni, ja, to ja. Mam więcej wstydu, choć bezwstydnie żyłem.

Mój ojciec był dobrem, zaklętym w źle. Nauczyli go w więzieniu grypsery. Był sędzią, nawet w porachunkach, morderczych skazańców. Zabijali się, na mocy jego wyroku. Straszne. Wiem, że się bał. Powiedział mi. Mamy skłonność podobną. Do wódki. Jednak on musiał, ja tylko chcę, gdy chcę. On nie mógł inaczej. W tym byliśmy nietożsami. Po wynurzeniach ojca, nie zostałem prawnikiem, byłbym jak on. Zawsze wątpiący. W siebie. I wyrokowanie.

Mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki. Był magiem. Przemoc, to była domena matki. Bluźnierki. Pizdy. Nauczycielki. Kłamcy i pchły. Jakże mnie biła, z wypiekami na pryszczatej twarzy. Czarował, innych i mnie. Tak słowa obracał, jakby tylko on znał ich sens. Tak pięknie mi czytałeś. Tato. Gdzie ty jesteś, w zaświatach? Tak rzadko o tobie śnię. Dobrze Ci tam? Czemuś to ty odszedł, nie z nazwy rodzicielka, Jagusia, Jagoda, twój narkotyk?

Mój ojciec miał błękitne oczy. Jak anioł. Patrzył nimi na wskroś. W złości stawały się granatowe, prawie. Przepraszam cię stary, postawię ci lepszy pomnik. Nie ten, byle jaki. Batowicki, nie Rakowicki. Dzwoniłem do ciebie. Który to raz? Jak popiję, tak mam. Szlocham, ty nic. Jakbyś się zapadł pod ziemię, gdzie pewnie pozostały po tobie kości.

Tatuś. Ja mam przejebane. Brakowało mi ciebie, gdy byłeś. Jak cię nie ma, brakiem staje się grób. Tato mój.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Krzyż

Wkurwia mnie to pisanie. Wolałbym mówić. A nie mam do kogo. Mowa wymaga przestanku. Na zebranie słów. Ze sobą mogę prowadzić potyczki, pisząc poprawiam, a w nich są one, nie ja. Zazdroszczę wam czasu. Te tyrady na cale, na strony, na metry. Lata nade mną mucha. Musi byś duża, słyszę jej skrzydła.

Wracając. Wóda, coś popić. Zapalić, coś. Co to obchodzi? Pisanie, wyrwane z ostatnich ruchów na klawiaturze, palców zniszczonych, jak jasny chuj. Przespałem i przepisałem całą sobotę. Wiersze, książki, sen i ból. Zobaczyłem ją znowu. Elektronicznie. Chcę pić, zapić się. Nie pić, w trzeźwości być. W odwrocie będąc. Ona będzie mną. Już jest. Ma więcej odwagi, nie takiej jak moja.

Trzymam w ręce różaniec. Zginął z niego bóg. Wypadł, gdy srałem. Noszę go na szyi, postronkowym zwyczajem. Spadł mi Jezus pomiędzy kolanami, w gówniany, porcelanowy dół. Nie zawalił się dach. Nie zawył kamieniem, lawiną świat. Chce mi się pieprzyć. Przerznąć kogoś, na pół. Współ. Jęcząco. Jest niedaleko Margo, czekająca. Do niej nie pójdę. Ona chce miłości, ja już ją mam. Zbyt jest piękna. Chcę się wyżyć, jak zawsze, jak dotąd. Zapomnieć. Wstać i iść. Nie chcę uczuć.

Nieprawda. W zwoju dni i nocy, gdy pamiątkami eksploduje mi mózg, wymuszam w sobie, ją. Jej nie będzie, a mnie już nie ma. Został tylko wieszak, komórek i odradzających się, cielesnych mar. Jak mogłem tak się zakochać? Lęk, upór, wstyd? Aż tak? Tak. Dokładnie. Nie umrę młodo. Losem nieznanym, będę starym. U nas tak już jest. Żyjemy za długo. Tylko ja skracam ten czas.

Dziesięć lat się wzdragałem. Od Calalis do Słubic i dalej na północ i wschód. A nagle, w przysiadającym się amoku, poznałem Raj. Nieznany. Ciebie. Której nawet dobrze nie pocałowałem. W krzyż.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Wiem?

Przeraziłem się dzisiaj. Bardziej niż w Alei Krwi. Sobą. Poznałem niepoznane, podglądane, gdzie granicą jest oczekiwanie, gdzie jest, gdzie nic, jest nic, jak jest, a nic to nic. Moja droga, powikłana. Moja Droga, bezimienna. Będę trzymał kciuki, do zbielenia kłykciów i iskrzenia paznokci. Do mojego, twojego, niczego, wszystkiego, do kilku słów, do ciebie, siebie, do migotania serc. Ja, niedobry, nienawistny, nieroztropny i zazdrosny, wewnętrzny. Na pokaz głaz. Ty. Ty to ty. Ty to Ta. Tylko Ty. Przepraszam. Chciałbym inaczej.

Gdy Miła, przecierałaś oczy w takt muzyki, robiąc gest, chciałem pod tobą trwać w nieskończoność. Śmiałem się. Poigrywałem, bylebyś była, była i była, będącą jak byt.

Topię się w tę noc, jak wosk, w lepkim pocie. Jak w dzień, gdy złamałem wszystkie przykazy. Tylko moim, dla Ciebie. Nie w złości. W czymś. To może być tak? Wypełniłem się, jak dopełnia się połączonych naczyń kres obojętności. Jest upalnie. Wtedy grudniowa była świąteczność. Chciałem ciebie, nie ich. Starali się. Ja już nie.

Mój płacz, Twoje nie wiedziałam. A skąd mogłem wiedzieć i ja? Minutami stały się godziny, latami sekundy, twardością ciężkość, miękkością stal. Odleciałem ptakiem uwolnionym, latawcem, który nie wie gdzie, niewidocznie, przebija chmur zwartość. Tak zobaczą go z dala. A mknie niezrażony.

Wielokrotnością staje się pewność. Poranną kawą, z Tobą w moim ręku, zdjęcia, telefon i miłość. Powtarzalnie. Gdy słyszę trel. Wiem. Czy wiem? Co wiem?

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Wstyd

Patrzę na twoje zdjęcia. Nie mogę się oprzeć. Robię to kilkadziesiąt razy. Każdego dnia. Jak opętany. Staram się powstrzymać. To na nic. Nadal cię kocham. Bezwzględnie.

Zapytałaś, gdy leżeliśmy, przy ciele ciało. Objęłaś mnie. Nikt nigdy nie objął mnie, nie że nigdy, tylko jak wtedy ty. Łatwo, za głowę i kark. Uniosłem się, jak puch. Lekko. Poleciałem. Jak chcesz mi przypierodlić? Wal, mów. Nie mogłem. Teraz tak. Aniś piękna, aniś taka, jaką się widzisz. Żadna. Jesteś niezwykła. Z milionem twarzy. Tylko ty. I będziesz do ostatniego dnia. Nigdy takiego nie poznasz. Jestem tylko twój. Wtedy mówiłem nic.

Bez ciebie mnie mniej. Nie umiem jak ty, trwać i rzeczom się przeciwstawić. Brak mi Ciebie, bardzo brak. Tik tok, po kroku krok. Wiesz ten język jest piękny, ale ja znam tylko kilka słów. Powtarzalnych. Gdyby nie moje szaleństwo, moglibyśmy wciąż być. W objęciach żyć. A ty gdzieś, ja tu.

Wybuduję nam dom. Do którego nigdy nie wejdziesz. Będzie tam pokój, specjalnie dla ciebie. Moc luster, podest i miękkość snu. I krzesło. Będę na nim siedział, patrząc na nic, na nieobecność. Wolno mi kochać. Kogo tylko chcę. Nauczyłem się Boga. Jest równie daleki ja ty. Jedyne drzwi, gdzie będzie klucz. Będę szafarzem, klucznikiem dusz.

Powiedziałaś, że gdy mnie zabraknie, zostaniesz ty i dzieci nasze. Chwyciłaś moje nogi, ubrana prawie w nic. Parzyłem na ciebie w zgięciu. Gdzieś w grób. Ty możesz wszystko, ja tylko na trochę.

Przepraszam. Pogubiły mi się myśli. Jak z kieszeni wypadły brud. Gdybym wiedział. Teraz wiem.

Głupio tak pisać. Gdy wiem, że przeczyta każdy, tylko nie ty. Bo widzisz ja leczę rany, samemu sobie zadane, nie tobie. Ty masz siłę, ja reguł mam ciężar. Musiało tak być. Lecz bym cię wzniósł, nawet na chwilę, by znowu móc z tobą być. Bo mi ucieka. Twój smak i mój wstyd.

Kategorie
Rodzina Uczucia Życie

Córka

Malutka. Skarbie. Proszę, nie miej żalu. Taty nie ma tylko na chwilę. Taty nie będzie, już takim jak dotąd był. Jest inny. Gdyby nie ty, gdyby nie dla ciebie, pozostał by w szarości samego siebie. Dla ciebie się zmienia, innym się staje. Dzień w dzień.

Kiedyś kochana, gdy wyrosną ci piersi, zaokrąglą się biodra, przyspieszy czas, gdy zauroczy cię świat, będziesz wiedziała. Poznasz dlaczego. Kto jest jakim i kto kim. Będziemy się bawić słowami, myślą nieznaną, ideą poznaną, jak lalką, toczącą się piłką i snem. Oby.

Zasypiam często myśląc o tobie. Prawie każdego dnia. Dla ciebie się modlę, choć żałuję, że brak mi wiary. Nie wykrzesam ognia z płaczącego nieba. Nie zamienię chmur w błękit i niczego w byt. Będziesz się męczyła, jak ja. Kaskadą nocy i dni, przeplatanych. Dziecko. Jesteśmy podobni i jest mi cię żal. Miałaś być zwykła. Nie jesteś.

Oni tego nie zrozumieją. Dla nas były perły i złota blask. A pozostanie nic. Ja tego nie zmienię. Nie odmienię na coś niczego i większą nawet nadzieję i pustkowia w mit. Byliśmy więksi, jesteśmy ot. Pomarli. Musiało tak być. Nie dziwię się nawet. Krew za krew. Ale nie na sprzedaż. Chyba że chcesz. Nie dzisiejsza. Kiedyś. Rozgrzeszam za wczas.

Przejmuję się za często. Nikt od nas nie wymaga udręki. Nie ma już powstań i wojen. Jest obojętne coś. Już z nas się śmieją. I kowal i chłop. A jesteśmy. Do nas już nic nie należy. Wszystko jest ich. Niech będzie i tak. Roztropnie wżeń się najdroższa, lub potęguj swój spryt. W mamonę i chamski blichtr. Będzie ci lepiej. Mnie mniej. Wtedy mnie już nie będzie.

Upadając z marzeń, jak Ikar w locie, tuż przed ziemią, gdy czułem lęk i strach, dodałem sobie ból. Ja, mój skowronku, nie umiem inaczej. Nie oddam. Nie chcę i już. Sprawiedliwi nie siedzą po prawicy. Zepchnięto mnie mała, poza skraj. W dół.

Mylą się. Nas nie da się zepchnąć. My będziemy być. Bez nas nie będzie nas, nie będzie ich.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Sardanapal

Chyba się poddaję. Na chwilę. Mam już trochę dosyć. Od miesiąca dojeżdżam do pracy, po 120 kilometrów, od trzech dni sam, do miasta, którego nawet nie widziałem. Rzęchem, którego biegi kończą się na czwórce. Jadę tak dziewięćdziesiątką. Pomiędzy Tirami. 3500 obrotów silnika. Diesel pije po 10 litrów paliwa na setkę. Nie działają migacze. Przyłapałem się, że się zapętliłem, na wierzę w Boga ojca naszego, jedząc jabłko, niedojedzone kanapki ze śniadania i paląc papierosa. Słyszałem to, wierzę w Boga, jak jazgot jakiś mechaniczny, piłujący mi głowę. Nie wiem kiedy zacząłem się tak modlić? Coś musiało się stać i nawet na to nie zwróciłem uwagi.

Jestem zły. Na wszystko i wszystkich i na siebie. Znowu wstawiłem zdjęcie miłości, o której mam zapomnieć, na telefon. Musiałem zrobić to w nocy. Nie pamiętam. Śpię po trzy godziny na dobę. Wciskam guzik z boku, potrzebuję nawigacji i znowu, kurwa mać. Ona. Jak się maluje. Wczoraj jej nie było. Był Sardanapal. Przed południem dzwoni do mnie jakiś ktoś, nie przedstawia się. Pyta o nią? Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem jej od stycznia! Zaczynam pokrzykiwać. Przecież nikt jej nazwiska, nawet imienia, ze mną nie kojarzy. Co to jest? Inwigilacja, kurwa? Pełno jej w internetach, ale nie ze mną! Stary słyszę, to ja. Nie poznajesz? Jaki ja? Stoję jak kompletny matoł, na drabinie, w tych brudnych łachach, niebieskim kasku, ze śrubokrętem w garści i próbuję złapać myśli. Nie wiem… Przecież prosiłeś mnie o przysługę, wszystko zorganizowałem. Chcą jej się przyjrzeć. No tak. Wiem kto. Nie, za późno. Poradzi sobie beze mnie. Ale co się stało? No spierdoliłem. Narobiło się. Chcesz, to poczytaj bloga. Tylko nie mów nikomu, że to ja. Skończyłeś książkę? Nie, ale piszę nocami. Wyjechałem. Udaję elektryka. Pojebało cię? Już dawno. Na razie, kończę o siedemnastej. Oddzwania jak zasiadam w rzęchu, punkt kurwa, siedemnasta. Przeczytał. No to odpierdoliłeś bombę. Ty się zakochałeś! Normalnie. Jak facet! Nie dzieciak, albo zjeb. Musisz jej o tym powiedzieć. Musisz się z nią spotkać. Nie da rady. To ja jej powiem. Ani się waż. Przysięgaj. Przysiągł. Jutro wstanę o czwartej. Niech to zdjęcie zostanie. Jest mi to obojetne. Jestem już tym zmęczony.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Margo

Miło było i niezręcznie. Amazonka Margo, Małgorzata, drugiego imienia, jak ją nazywam, nawet się o to nie złości, ale ujmuje, bo to pieszczące podobno zdrobnienie, zaprosiła mnie do deSingel. Tam gra i scenografuje. Przyjechała po mnie do pracy. Nie miałem ubrania na zmianę, wymyłem tylko twarz i ręce, przeczesałem dłońmi włosy. Wyszedłem prosto z budowy. Popatrzyła na mnie zwątpiona. Cóż, umówiliśmy się dopiero na jutro. To nie moja niespodzianka. Który to twój samochód? Ten. Pożyczony. Wywróciła oczami. Moim nie pojedziesz. Chyba coś zaklęła pod nosem, przeszła na drugą stronę ulicy, kupiła kilka gazet. Rozłożyła na siedzeniu, wsiadła i czeka. Wsiadłem i ja. Grzmotnąłem drzwiami, inaczej się nie zamykają i siedzę. Dokąd? Podała mi adres. To może na Krupniczą? Jaką? To w Krakowie, nie znam Antwerpii. Dobra poprowadzę. Wysiedliśmy. Przełożyła gazety, też walnęła drzwiami. Czemu nie działa stacyjka? Jest popsuta. Pokręć kilka razy. Rusza. Uważaj, nie ma piątego biegu. Zatrzymała się. Nie, ty prowadź, pokażę ci drogę. Powtórzyliśmy rytuał. Gazety, jebnięcie, kluczyk, zgrzyt.

W drodze milczymy. Tylko w lewo, prawo, na wprost. Pod teatrem Margo pyta, czy zrobiłem to specjalnie? Co? To jak wyglądam. Nie. Nie szata zdobi człowieka. Trudno to przetłumaczyć. Nie wysilam się. Odwieźć cię? Pojebana myślę, odwiozę. Wolę wypocząć. Od rana napierdalają mnie wrzody. Belgijskie leki nie działają, czekam na prawdziwe z Polski. Łaskę mi robisz? Zaraz odjadę. Ale spokój. Nie rób gówna. Nie bądź gnojem.

Teatr świetny. Zamknięty tymczasowo. Wirus. Mogę go zwiedzić, uważając, aby o nic się nie otrzeć. Ma talent. Scenografia ugina kolana. Będziesz grać? Tak. Wchodzi na scenę. Bajka. Nie znam francuskiego, ale czuję uśmiech na twarzy. Śpiewa. Jest dobra. Jest wspaniała. Wygugluję ją.

Zostaniesz u mnie? Mam trochę ubrań brata. Brata? Nie, byłego. Będą pasowały. Mogłam skłamać. Skłamałaś, miały być brata. Czuję jak mi knebel ze stóp, sztormem leci do gardła. Duszę się. Skręcam papierosa. Zaciągam się głęboko. Nie bądź świrem. Przeszło. Jestem spokojny. Odwracam się. Podchodzi do mnie. Jezu. Chce pocałować. Odsuwam się gwałtownie. Nie chce cię pierdolić, mówię po polsku. Odejdź, ja kogoś kocham. Jest jej przykro, łamie się jej uśmiech i ramiona.

Wracamy. Znowu milcząco. Nienawidzę ciszy. Cisza to rak. To miało być na jedną noc? Nie. Lubię Cię. Tym gorzej. Często tak robisz? Nigdy. Jeszcze gorzej. Nie znasz mnie. Po co ci to? Bo jesteś inny. Chcę cię. Wiem. Nie jesteś pierwsza, która to mówi. To żadna atrakcja. To tylko niewiadoma. Wydaje ci się. Wysiada. Spotkamy się jeszcze? Nie wiem. Na rolkach? Kupiłam K2. Tak K2. Pa. To pa. Nie sądzę. Nie spotkamy się tak już.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Uczucia Życie

Szukam

Szukam Ciebie,

wśród twarzy, które chciałbym zapomnieć

i najbardziej mi bliskich.

Ustach, których smaku nie mogę rozpoznać,

a które smakują jak wiosna.

Słowach zbyt krótko słyszanych.

W nie poznanych myślach,

szukam Ciebie.

Nie szukam Ciebie,

wśród ciał, które chciałbym zapomnieć

i najlepiej mi znanych.

Pamięci, której nie wolno odwiedzać,

w dawnej świeżości wspomnień.

Zapachu zmieszanym z innymi.

W niewyrażonych gestach,

nie szukam Ciebie.

Nie wolno Cię szukać,

w splotach miejsc, które muszę zapomnieć,

twoich, naszych, ich, gdzie nie dotarłem.

Nadziei, której zapas musiałem wyczerpać,

stopami kreślonych kształtach.

Objęciach pociechy i dni i dat.

W kwiatach danych i nie zebranych,

nie wolno Cię szukać.

Jeśli Cię spotkam,

wśród ludzi znanych i nieznanych,

nawet nie poznam, nie poznasz Ty.

Mnie zatrze nowe starym.

Jeśli Cię spotkam. Nie.

Wiersz co dekadę. Dla przyjaciela, którego straciłem na zawsze.

Kategorie
Psychika Uczucia

Nienawiść

Nie ma silniejszego uczucia niż nienawiść. Jest łatwa w pielęgnacji, jak chwast. Wystarczy jej byle jaka pożywka. Trochę zawodu, odrobina zawiści, kilka kropel zazdrości, strachu i obrzydzenia, szczypta nietolerancji i rośnie dziko w siłę. Potrafi być niepowstrzymana, wrasta w serce, kieruje życiem. Szuka przyjaciółek, które w innych duszach uczyniły sobie ogrody. Ma różne oblicza. Nie zawsze jest najbrzydszym z uczuć. Może być piękna, szlachetna i pociągająca. Wystarczy, że wzrosła z idei religii, kultury, sztuki, które potrafi narzucić. Nie zawsze jest też naiwna i głupia. Może być wykształcona, logiczna i twórcza. Wie, że każdy nosi w sobie jej zarodek. Wytrwale czeka. Buduje imperia, wywołuje wojny, podpala śpiące domy.

Jesteśmy dziwnym gatunkiem. Z małego, wielkości psa gada, po dwustu milionach lat ewolucji, staliśmy się istotami myślącymi, świadomymi własnego istnienia. Zmieniliśmy się nie do poznania. Stoimy dumnie na dwóch nogach, podbiliśmy świat, który z zamiłowaniem niszczymy, szykujemy się na podbój wszechświata, wierząc (bo wymyśliliśmy sobie wiarę, połączenie zdolności nauki na błędach i niezdolności przewidywania przeszłości), że natura, nawet my sami jej rękami, dokona kolejnej zmiany i uczyni nas doskonałymi, nie pozwalając nam na dalszą destrukcję, także własną. To jest nasz gatunkowy optymizm. Na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli tego dokonać. Nadal mamy w sobie padlinożerne i drapieżne zwierze, który robi wszystko byleby przetrwać i płodzić, niewiele różniące się od niego potomstwo. Nienawiść, połączona z gniewem i wściekłością pomagają to osiągnąć. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu, skoncentrowani, nasze mózgi pracują ze zwiększoną wydajnością, intelektualnie i fizycznie jesteśmy sprawniejsi. Wygrywają najsilniejsi, którzy zawsze gotowi są do ataku i na atak przygotowani. Są ambitni, nie cofają się przed niczym.

To co napisałem może się nie spodobać. Wiem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Tak na ludowo, z przytupem. Pewnie prawda, kto jednak nie zgodzi się z tym, że z ruin powstaje, czasem opornie, nowa, wyższa jakość. Po koszmarze ostatniej wojny żyjemy inaczej. Postęp który po niej nastąpił, przeniósł nas do nieznanej wcześniej, liberalnej, technologicznie zaawansowanej rzeczywistości, z opieką społeczną, powszechnym szkolnictwem i służbą zdrowia. Korzystają z tego wszyscy, także pacyfiści i każdy zawzięcie medytujący jogin. Czy to mogło by powstać bez nienawiści? Wątpię. Czuli ją równie mocno nazistowscy Niemcy, jak i ich przeciwnicy, których przed mordowaniem milionów ludzi, nie w obozach koncentracyjnych lecz w wyniku nalotów, nie powstrzymywała chrześcijańska miłość bliźniego. Decyzja zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta, z drewnianą zabudową, gdzie nikt nie miał szans znalezienia schronienia, nie zapadła z wyższych pobudek, ale była aktem nienawiści w czystej formie. Ktoś mi zarzuci, że jest to sytuacja wyjątkowa, ludzkość się opamiętała, a przecież codziennie ktoś ginie w kolejnych wojnach, codziennie dokonywane są morderstwa, gwałty, okaleczani są ludzie. Nie zaprzeczę. Jednak nie słyszałem o państwie, które zrezygnowałoby z posiadania armii, produkcji broni na użytek własny i na sprzedaż. Nie słyszałem o zakazie kręcenia filmów, pisania książek, malowania obrazów, czy tworzenia gier, które zawierają akty przemocy. Pozwalamy na nienawiść, sycimy się nią i żyjemy z nią wszyscy, mimo że krytykujemy i nie wiemy jak na nią reagować.

Nie wierzę, że możemy pozbyć się nienawiści. Musimy ją zaakceptować i nauczyć się ją kontrolować. Szukać uczuć, które pozwolą nam na życie w równowadze. Choćby altruizmu, bezinteresownej pomocy, miłosierdzia. Niekontrolowana rzeczywiście nas zniszczy, albo ci, którzy mają jej więcej.

Kategorie
Rodzina Uczucia

Po prostu matka

Dzień przed moimi ostatnimi urodzinami zadzwoniła do mnie matka. Nie rozmawiamy ze sobą od lat, poza krótkimi okresami, kończącymi się kłótnią. Odebrałem połączenie, bo był to numer babciny. Usłyszałem głos matki, zdziwiłem się, że jest w Polsce, mieszka na innym kontynencie. Nie był to telefon urodzinowy. Dotarła do mnie wściekłość, sapanie i przekaz. Trzymaj się z dala od mojej rodziny. Tylko tyle. Nie wiem o jakiej rodzinie mówiła. Chyba nie o matkach moich dzieci, które nie nie lubią jej prawie równie mocno jak ja? Nie o moich dzieciach, z którymi rozmawia tak rzadko, że nie wiedzą nawet kto mówi, z pretensjami, że się o niej nie pamięta. Nie o ciotkach i wujkach, z którymi widuję się od święta. Mogła mówić tylko o swojej matce, z pewnością nie o kolejnym, tym razem wyjątkowo narzucającym się mężu. Nikt bliższy już nie pozostał. Stałem wtedy na przystanku, czekałem na tramwaj. Zacząłem się pocić, musiałem słabo wyglądać, jakiś starszy pan zapytał czy dobrze się czuję. Nic mi nie jest, zaraz mi przejdzie. Ale nie przechodziło, narastał we mnie gniew, ogarniał mnie z taką siłą, że ledwie mogłem oddychać. Minęło kilka godzin zanim się uspokoiłem. Myślałem, że się uodporniłem, okazało się, że wciąż nie.

Kim jest moja matka? Nie wiem. Wyjechała z Polski trzydzieści lat temu. Pomagać, czego nigdy nie zrobiła. Kiedy miałem pięć lat zamieszkałem z dziadkami, widywałem matkę czasami raz w tygodniu, czyli częściej niż ojca, z nim spotykałem się co miesiąc. Dziadkowie stali się moimi rodzicami. Kochali mnie miłością zupełnie bezgraniczną, chociaż nie zawsze byłem uosobieniem anioła. Nie jestem nim do dzisiaj. Raz tylko mieszkałem z matką, niecały rok, nie wspominam go dobrze. Kim ja jestem dla matki? Także nie wiem. Ona twierdzi, że mnie zna. Nie jest to możliwe, skoro tak niewiele spędziliśmy ze sobą czasu. Jesteśmy sobie prawie obcy.

Nie patrzę już na matkę z perspektywy dziecka. Nie boję się jej. Pamiętam jednak prawie cotygodniowe lania, albo szarpania, gdy czekała aż zostaniemy sami, musiałem być nagi. Jako nastolatek, dostawałem już tylko w twarz, do dnia, gdy połamała sobie palce na mojej ręce, którą się zasłoniłem. A wszystko to działo się w domu, któremu patologii nikt by nie zarzucił. Nikomu o tym nie mówiłem. Nie mogłem. Teraz muszę, jako ostrzeżenie. Może ktoś, czytając co piszę, odważy się przerwać milczenie.

Moja matka jest nieszczęśliwym człowiekiem. Manipulantką, która tak się pogubiła, że zapomina, że można ją przejrzeć, że nie otaczają jej głupcy. Gdy dorosłem zacząłem rozmawiać z jej przyjaciółmi, których odrzuciła, bo byli wobec niej szczerzy, ojcem, z którym zerwała kontakt, podobno jedynym mężczyźnie którego kochała. Wyłaniający się obraz przytłaczał, tym mocniej, że wydawała się zupełnie inna. Wieczna pogoń za miłością, uznaniem, ciągłe kłamstwa, zdrady, chorobliwa ambicja i zazdrość, o młodszą siostrę, o mnie, o facetów z którymi się spotykała, jawnie lub w tajemnicy. Dowiedziałem się o rodzeństwie, którego nie miałem, ale ono jednak krąży w moich żyłach. Przypadkowo odnalazłem pisma rozwodowe, które zawierały nie fakty, ale rzucane kalumnie. Kiedy urodziły się moje dzieci, mój stosunek do matki stał się jeszcze chłodniejszy. Nigdy nie mógłbym ich bić, poniżać, ani wywoływać poczucia winy. Wreszcie niedawno, zdecydowałem się na psychoterapię. Szybką, nie dałbym się dręczyć miesiącami. Późno, gdybym zrobił to wcześniej, zaoszczędziłbym sobie i bliskim mi ludziom wielu przykrości i rozczarowań. Dzisiaj nawet nie oczekuję od matki przeprosin, nie potrzebuję od niej niczego i choć nie jest to przyjemne, tak jest najlepiej. Jeżeli kiedyś z nią jeszcze porozmawiam, zapytam tylko o coś błahego, co nic nie znaczy. Mam wciąż matkę, ale jakbym nigdy jej nie miał. To już nie ważne. Mam to w dupie.

Kategorie
Uczucia

Zabić miłość

Nie jest wcale łatwo. Szczególnie, gdy zachowało się chociaż resztkę miłości własnej i szacunku do samego siebie. Nikt nas nie zmusza do kochania, zakochiwania, pokochania także nie. To przychodzi samo, nawet gdy się przed tym bronimy, jesteśmy ostrożni i unikamy. Bywają miłości, które nie powinny się pojawić, miłości skomplikowane, przed którymi nie potrafimy uciec, które rozwijają się bez naszej woli. Są też i takie, które nie pozwalają nam bez niej się obejść, obezwładniają, odbierają rozsądek. I są miłości nie rozpoznane w pełni na czas, ukrywające się w naszej świadomości, aby z niej wyjść, gdy powiemy im nie, albo tracimy kogoś na zawsze.

Kochać można różnie, platonicznie, bez wzajemności lub wzajemnie, ale nie mocno lub słabiej. Mówiąc o miłości musimy tylko pamiętać. Nie ma w niej miejsca na egoizm, kłamstwo i obłudę. Inaczej nie jest to miłość. Jeżeli jest, stajemy przed siłą, która może zostać przyjacielem lub wrogiem, wybór należy do nas. Nasze życie się zmieni i może zmienić się życie innych.

Miłość, jak wielu twierdzi, jest najwspanialszym uczuciem. Niczego nie można z nią porównać. Ale jak ją rozpoznać? Po szybszym biciu serca? Po nieznanej dotąd, nieodpartej potrzebie przebywania z osobą kochaną? Zazdrości, która pojawia się znikąd i zatruwa myśli? Szczerości, albo próbie ukrycia niedostatków? Przywiązaniu, tęsknocie? Poczuciu szczęścia, dzieleniu się nim, oddaniem? A może po tym, że się ją po prostu czuje.

Co z miłością, której nie powinno być? Której nie wolno pozwolić na istnienie? Czy w ogóle jest taka? A jeżeli tak, to jak się jej skutecznie pozbyć? Miłość nie poddaje się bez walki, nawet gdy odpowiedzialnie nie chcemy jej przyjąć. Mając rodzinę, dzieci, stabilne życie, niespłaconą pożyczkę, ostatnim uczuciem, które jest nam potrzebne to miłość, nie do swojego partnera. Dramat. Wcale nie jest łatwiej, gdy nie mamy dzieci lub jesteśmy samotni i wiemy, że kochamy kogoś z kim nie dane nam będzie miłości dzielić, albo pozostanie nie odwzajemniona, nawet gdy zauważona. Kogoś pozycja, wykształcenie, różnica wieku jest na tyle duża, że ujawnienie miłości wywoła burzę, której chcemy uniknąć. Prawdziwa miłość z dziecinną prostotą podpowie, że tak naprawdę nie kochamy swojej żony, męża, dziewczyny, narzeczonego. Że ktoś dla nas nie zrezygnuje ze swojego związku, że nie jesteśmy dla kogoś atrakcyjni, że jesteśmy tchórzliwi i bardziej dbamy o wizerunek niż szczęście własne i czyjeś. Czujemy się podle, nie ważne ile mamy lat, czy jesteśmy doświadczeni, inteligentni, uczciwi, prawi, czy nie i wiemy, że za wszelką cenę, tak naprawdę pragniemy tej miłości.

Trudno się przyznać, ale byłem w podobnych sytuacjach i udało mi się uczucie to zabić. Byłem pewien, że działam racjonalnie, nawet za szkodliwą namową. Podejmowałem decyzje, nie słuchając serca, z obawy i źle pojętego rozsądku, ale nie zdołałem zepchnąć tego w niepamięć. Wystarczy zapach, smak, miejsce, podobny głos, zdanie, sylwetka, cokolwiek. Tych miłości było kilka, pamiętam je dobrze, jednej jednak nie zdołam sobie podarować i żałuję jej do dzisiaj, mimo że nie była łatwa.

Jak tego dokonałem? Manipulacją i kłamstwem. Miałem dobrego nauczyciela, matkę. Nie umiejąc zrezygnować z miłości sprawiłem, że ktoś zrobił to za mnie. Z premedytacją budowałem bariery nie do pokonania, obrzydzałem się w czyich oczach, zawodziłem zaufanie, poniżałem się i wywoływałem wrażenie bycia niebezpiecznym. Przekraczałem granicę, za którą nie było już powrotu. Zadałem ból, którego nikt nie wybaczył. Aby pozbyć się własnego, wyszukałem każdą wadę w ukochanej osobie i okoliczności, które usprawiedliwiały moje czyny. Resztę pozostawiłem czasowi.

Nie jestem z siebie dumny. Raczej odczuwam wstyd, że byłem do tego zdolny. Miałem to robić z odpowiedzialności za siebie i innych. Błąd. Robiłem to ze strachu przed miłością i życiem, na którego wyzwania nie byłem gotowy. Spotkałem kogoś, komu to uczyniłem. Długo rozmawialiśmy. Zorientowała się, że to była gra, kiedy opadły emocje rozstania. Zapytała czy żałuję? Tak, odpowiedziałem. To dobrze odparła, inaczej straciłabym czas na dupka, a tak, straciłam tylko na kretyna.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Bezdomność

Ilu ludzi zna bezdomność? Nie tą widywaną, ale tą z którą się żyło? Zbyt wielu. Powinna pozostać nieznana. Do mnie przyszła zaproszona. Sam ją zawołałem i była moją towarzyszką przez jakiś czas. Odeszła do innego, bardzo niechętnie, mam nadzieję, że odrzucona umrze w zapomnieniu. Żałowała, że nie poznaliśmy się za dobrze. Ostrzegła, że zawsze pamięta o swoich wybrankach, każdego z nich darzy uczuciem, nie pozwoli o sobie zapomnieć i chciałaby wrócić. Dziwka

Poza chorobą i wojną, nie ma niczego gorszego od bezdomności. To samotność dzielona z innymi samotnymi. Nigdy nie spotkałem ludzi równie nieszczęśliwych, którzy potrafią się do tego dostosować. Kilka miesięcy na ulicy, czasami na zmianę w hostelach i noclegowniach, żebranina, szukanie jedzenia w sklepowych śmietnikach, dorywcza praca za kilka groszy, zmienia ludzi w cienie samych siebie. Niepewność kolejnego dnia. Nawet tych, których natura nie obdarzyła bystrością. Inteligentnych potrafi zmienić jeszcze szybciej. Dzień, gdy staną w kolejce po darmową zupę lub poproszą o wsparcie, jest oficjalnym przyznaniem się do porażki. Upokorzenie w końcu znika, pozostaje przetrwanie. Jakby coś kliknęło w maszynie mózgu, albo jakby z poczwarki ludzkiej wyłaniał się ktoś nowy, bezdomny.

Historie życia, które wysłuchałem były najsmutniejszymi z którymi się spotkałem. Chciało mi się ryczeć nad ludźmi, których dotąd uważałem za nieudaczników. Oni też mieli rodziny, często równie duże jak moja, dzieci które na nich czekały. Na niektórych nie czekał nikt, od zawsze byli niechciani. Niektórzy mieli poszukiwane zawody, inni wykształcenie i doświadczenie, którego można by pozazdrościć. Niektórzy byli sobie może winni, inni nawet nie rozumieli dlaczego są w takiej sytuacji, mieli życiowego pecha. Wcale nie wszyscy byli alkoholikami, niewielu wybrało takie życie. Było między nimi jedno podobieństwo, zanik twórczego myślenia, kierowała nimi inna logika. Jakby pomiędzy nimi i mną stał przeźroczysty mur, mogliśmy się zobaczyć, ale już nie usłyszeć. Byłem przerażony. Byłem wkurwiony. To nie był film, nie byli Nędznicy, książka Wiktora Hugo. To działo się naprawdę i ja w tym brałem udział. Musiałem się z tego wydostać.

Moja bezdomność była krótka. Wprawdzie nie brałem jej pod uwagę, ale z chwilą gdy podjąłem decyzję o zmianie dotychczasowego życia, okazała się rzeczywistością. Rzuciłem pracę, zerwałem związek którego nie potrafiłem kontynuować, innego nie umiałem nawiązać, w rodzinie powiedzieliśmy wzajemnie co o sobie myślimy, spaliłem za sobą mosty. Miałem wyjechać za granicę, do mojej Anglii, bałem się, że już nie wrócę. Zostałem ze względu na córkę i tą nadzieję. Potem pojawiły przeszkody, których nie mogłem przewidzieć i stało się. Zostałem sam, bez domu, choć powinienem go mieć, bez pieniędzy, choć mogłem je zarabiać. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Na przyjaciół, już byłych, nie mogłem liczyć. Na najbliższych także, co do dzisiaj jednak mnie boli. Są jak banki, oferują tylko wtedy, gdy tego nie potrzebujemy. Pomogli mi ludzie, którzy sami mają problemy, albo których kiedyś obraziłem, ale nigdy na mnie nie postawili kreski. Ci którym pomogłem, mieli tylko jedno do powiedzenia. Trzymamy kciuki. Możecie sobie je teraz powkładać, wiecie gdzie?

Nie jest idealnie. Trochę potrwa zanim wyjdę na prostą. Ale nie odciąłem się od bezdomnych. Pomagam im. Jestem wolontariuszem. Dzielę się czym mogę, wpłacam co mogę, gotuję dla nich, wożę im potrzebne środki w miejsca, gdzie śpią i koczują. A są to miejsca nieludzkie. Doprowadzają mnie czasem do szewskiej pasji, ale ich rozumiem. Poznałem ich i wiem, że poza jedzeniem i ubraniem potrzebują pomocy duchowej. Może uda się stworzyć kiedyć taką. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest. Każdy powinien mieć dach nad głową, a jego utrata nie może być karą. Chętnie wysłałbym na taki turnus, jak mój, każdego kto pozostaje obojętny. Bezdomność miała rację, nie pozwala o sobie zapomnieć.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.