Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Uczucia Życie

List

To jest, taki krótki list. Z frontu, do Ciebie i mnie. Którego nie wolno mi wysłać. Już raz straszyłaś konsekwentnie. Zapamiętałem. Nic Ci nie zrobiłem. Nie mógł bym, nikomu. Poza czasem pomocy, wymagającym poświecenia duszy i rozumu. Będę spalany w piekle. Za to, że mi nie nakazano, że sam wybrałem. Kiedyś. Poczułem się jak zbrodniarz, morderca i chłam. Stałem. Udawałem że odszedłem. Wróciłem. Siedziałem do rana. Widziałem Cię w oknie. Widzialem Cię zza węgła, ostatni raz. Poszedłem w to, co, czym, jestem teraz.

Wiem gdzie mieszkasz, znam adres. Nie mogę tam przyjść. Nie mogę wysłać. Jednak. Wśród Twoich znajomych mam szpiegów. Przyjaciół także. Do granicy. Zdradzili mi punkt kontaktu. Nie powiedzą nic o Tobie. Za to ich lubię. Są Twoi. Nie będziesz wiedziała, że to oni. Wysyłali Ci wiadomości. Powiedzieli mi wczoraj. Nie podoba mi się to. Przechodzą na moją stronę. Na Naszą. Nie wiem po co? Skoro kochając, nie kochasz. Boisz się. Mniej więcej jesteśmy w tym samym miejscu. Gotuję Ci obiad, bezmięsny. Sobie. Sam go zjem, mogłabyś spróbować. Nie będzie ostry. Nie paliliśmy trawy razem. Tylko razem byliśmy intymni.

Bezgraniczność oddania. Nikt Cię nigdy nie umiłuje, jak ja. Wiesz. Powolną rzeczy sprawą, mojego nic nie znaczącego, rób to, masz to w sobie. Nie oddawaj. Co by się stało, gdyby Bóg pokazał mi co możesz, co chcesz. I powiedział by. To jeszcze nie teraz. Potem? Powiedział, tak. Niedługo.

Nie jesteś pięknem. Jesteś normalna. Odmieńcem. Jakim jestem. Moja szansa. Twoja. Będziesz wielka, jak ja, którym się nie stałem. Na miarę siebie i mirry.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.

Kategorie
Uczucia Życie

Ruina

No i staje się. Ginie mi gdzieś uczucie gwałtownie. Coraz rzadziej, gdy o Niej myślę, wiruje mi w głowie i w bezdechu słabnie serce, wyrywając się i krzycząc; zrób coś, nawet wbrew sobie, ale nie pozwól mi się tak męczyć, w spragnieni. Głodzisz mnie! No zrób. Jest piękna dziewczyna, dwie ulice dalej, czekająca jeszcze. Jest tyle innych! Głowa nie staje się nagle pustkowiem, z oazą jedyną, monopolowego stoiska i momentem zapomnienia. Do następnego, zawirowania, gdy ziemia wyrywie się spod nóg. Na trzeźwo. Jak choroba. Koszmar, majak. Żal mi tego. Starczyło by na wieczność, wyczerpuje się banalnie. Spokojniej. Nie mniej gorączkowo, ale zmysłów już nie tracę tak często.

Pojawia się jakaś pustka. Której dotąd nigdy nie doznałem. Ciężkawa i smutna. I ona zniknie. Za dobrze znam siebie. Obrzydzę sobie Tą, jak Inne. Dotąd nawet myślą jej nie obraziłem. Nie ma za co. Ale skurwysyn we mnie się budzi. Znajdę jakiś powód, jakieś niedostatki. I pójdzie. Odejdzie w szereg, rzadko wspominanych. Szkoda. Wiem, że to była miłość niepokorna, uzależniająca i mocna. I rozumiejąca. Dużo. Za dużo. Strachu. Tak jak powinno się kochać. Tylko raz. Było warto. Dlatego się męczę. Bez końca, bez początku. A byłem pewny, że to już wcześniej się stało.

Stałem dzisiaj przed domem w Mass Mechelen, małym miasteczku, niedalekim. Ruina. Kiedyś piękny. Umarły. Jak widmo, a był środek dnia. To ten ze zdjęcia. Przypomniałem sobie rodzinę, której ja nie chcę, równie jak oni mnie i naszą ruinę. Którą ciągnąłem jak kulę przy nodze, w każdej prawie minucie. Dotąd. Niedostosowanie, tylko udawanie, niech nikt się nie dowie. Jacy jesteśmy, jaki ja. Mam ochotę zostać tu na zawsze. Tęsknię, ale tyle lat przeżyłem poza Polską, że nawet nie wiem. Gdzie jest moje miejsce? Tylko tam, gdzie jestem. Tym razem uciekłem. Powracam kryjąc się, śpieszniej uciekam ponownie. Niedługo znowu przyjadę. Będę rozglądał się uważnie. Po to by zejść z oczu, prawie każdej znajomej twarzy. Czy Bóg może wie, czy jestem wciąż normalny? Czy wariatem się stałem, zwyczajnym? Pytam, bo nie wiem, czy Bóg mi to powie? Nie odpowie.

Ten dom, upadły, próchniejący, jest jak ja. Ja gnijący jak on, stojąc wciąż, lekko przekrzywiony i nie zawalę się, będąc tego świadom. Mnie nie będzie, a pozostawię krzywdy, żale i kolejne pokolenie, które pragnąłem uczynić odwrotnym. Moją nadzieją jest tylko jedno. Że zapamiętają mnie nie poddającym, przekornie, bo nie podoba mi się ten świat. Gdzie wewnętrznie eksploduję, nie tylko uczuciem miłosnym. Raczej świadomie. Ze niesprawiedliwi są pewni, że żyją godnie. Upadli, nigdy nie powstali, że to ich wina, sprawiedliwa. Niewinni są.

Przejebany rok. Zbliża się łaskawie, do pierdolonego końca. Rok kłamstw, propagandy wirusa, robienia z Nas głupców, nieodpowiedzialnych, niedojrzałych, nie dość solidarnych. Ja sobie go przejebałem osobiście. Nie pierwszy. Innym przejebano go wbrew ich woli. Czy kogoś obchodzi ile dzieci umiera każdego dnia z głodu? Ilu ludzi? Czy kogoś to interesuje ile talentów, prawdopodobnych, ginie, nawet nie splunąć? Czy kogoś interesują matki rodzące, zaraz umarłe dzieci. Czy kogoś interesują dzieci, patrzące na umierające matki, gdy powinny o nie dbać?

Zrujnowany dom, gdzie pleśń wadzi się z robactwem, kto jest jego panem i ostatecznie przeniosą się dalej.

Kategorie
Uczucia Życie

Komplementy

To ty jesteś dziwny. Oni wyglądają na swój wiek. Zdziadzieli. Taki usłyszałem komplement, nie komplement, komunikat, z ust mojego towarzysza, współlokatora, pracy i jazdy do niej, gdy skomentowałem Nowych na budowie, mniej więcej w moim wieku.

Przypomniałem sobie inne komplementy i ich inną dziwność. Ta stwierdziła, że pachnę jak jej, chyba matka, babka, ale nie ma w tym nic złego. Przypuszczam, że zapach brał się z płynu do kąpieli, dla dzieci, z księżniczkami na butelce, który podkradałem. Niesamowicie się pienił, ledwie mieścił się w wannie, po kilku pompowaniach i lakieru, mojej byłej, partnerki, z którą latami dzieliliśmy dużo, ale nie wspólne życie i łoże. Dwie tury. Ponad dwadzieścia lat, jedna od drugiej. Potem, wreszcie tylko szkiełko z zygotą. Ta nie usłyszała tego, co odpowiedziałem jej w duchu. Pachniesz wszędzie kobietą, ale twoje usta dziecinnie, jak mojej córki, tego samego imienia i jest w tym coś chyba złego, dla mnie, co nie pozwala mi Cię pocałować spontanicznie i gdy siedzisz na mnie okrakiem, na kolanach lub leżąc, nam ochotę się oswobodzić, czując Twój oddech. Zagadywałem. Uciekałem do innych Twoich warg. Choć kocham Cię bezgranicznie, mam w głowie tylko jedno. Pan to jest może? Pedofil. Tak nazwał mnie lekarz, dozujący mi chemię, zabójcę, zabójczego raka, komu o Tej się zwierzyłem. Zapytał z uśmiechem, perwersyjnie sardonicznym, jak to się robi? Od dawna pełnoletnia. Gdyby nie niemoc i sączące się płyny, rurkami do moich żył, rozjebał bym mu ten uśmiech, w drobny mak. Kiedyś dam mu po gębie. Nie wiem, jestem jaki jestem. Tylko to. Pierdolony głupiec. Tak kurwa jego mać, z Tą dzielił nas odstęp czasu, nie zboczenie. Ale ten zapach nie znika mi odtąd z pamięci. To mnie przerażało. Dotąd przeraża. Potem mogłem ją całować tylko, gdy pililiśmy i czasem zapaliła papierosa. I może taki tylko jeden wieczór, gdy zobaczyłem ją na scenie i jej talent zaskoczył mnie, mimo wiedzy, że go ma. Chciałem ją unieść do samych wrót Raju. A zaplątał mi się pocałunek, między nami, w mojego płaszcza, wysokim, wełną szorstkim kołnierzu. Rozczochrała mi włosy. Byłem najbliżej od Ziemi, na orbicie Marsa. Nie przeszkadza Ci to, że jestem starszy? Mam to w dupie. Lubisz, że jestem młodsza? Lubisz? Kurwa! Trochę tak. A naprawdę? Nie! Zmusiła mnie do polubienia Mary Spolsky. Nie byłem miłym panem do poznania. A ja to przecież to Sex, Drugs and Industrial. Jeb i Muza. Wolałbym abyś nie była aż tak młodsza. Twój wiek to nie fetysz. Anty. Nie pachę już tak. Nie zapachnę aż do sosnowej deski. Nic złego w tym nie znajdziesz. Może potem zapachnę żywicznie? Nie udało nam wspólnie. Teraz udaje się nie jej, ale będzie. Udaje się mnie. Razem byłoby pół na pół.

Mój Ojciec. Już wiem dlaczego podobasz się kobietom. Kobiety to nie jest wyzwanie. Ja ocieram się o ludzi Tato. Wióry czasami lecą. Nie. Ty jesteś miękki i twardy. Nie Ojcze, jestem takim, jakim zawsze powinieneś być. Tylko nie starcza Ci wolności, zabierasz ją sobie. Jebanie i rżnięcie, to nie jest poznanie. Tylko Tobie się wydaje, że coś masz. A tylko masz Nic. Tylko chwile. Tyleż oczywiste, jak rano z kobietami, które tylko czekają na na powrót do domu. Gdyby chciały, zostały by na długo. Jak ze mną zostają, nie dając mi spokoju. Ludzie Tato. Ludzie.

Przypominając, dojechaliśmy do sklepu. Maseczki, wycieranie wózków, płyn jak spirytus. Wcierać w dłonie, czy pić? Wewnętrznie może być skuteczniejszy? Wychodząc za wcześnie, zdjąłem gówno z mordy. W Belgii to mond lub mord masker. Dziewczyna przy drzwiach wykonała gest okrężny wokół twarzy. Przeprosiłem. Duszę się w tym. A ona, że podobają się jej moje snake bajty. Przystanąłem, też je masz? Maska w dół. Miała. Mnie też się podobasz. I tak nawiązała się rozmowa. Od węża do słowa. Idziemy razem na koncert. Pa. Pa. To pa. Pa. Pędem wyjechałem wózkiem na parking. Jest siódma. Trzeba wracać. Po chwili stop. Obiecałem domownikom pizzę. Zapomniałem o pergaminie. Nie da się inaczej bez niego w zwykłym piekarniku. W tył zwrot. Kobieta, już nie dziewczyna, przy kasie, coś powiedziała po holendersku i znalazłem się pierwszy w kolejce. Dziękuję, a ona coś szepcze. Nie rozumiem. Szum. Powtarza. Jesteś bardzo interesujący. Thanks. Już nie pędziłem, wystrzeliło mnie do samochodu.

Pozostaje mi okablować się w pracy. Naelektryzować. W miejscu wypoczynku najebiemy się, jak co weekend, jak psy. Tanią wódką z Niemiec. Poza tym oczy w dół. Wypierdoliłem z Polski, bo się zakochałem, miłością może odwzajemnianą, ale wystraszoną. Ja Tą, Ta mnie. I tak zakończył się dzień komplementów. Wzajemnie, nie odwzajemnionych.

Kategorie
Religia Toksyczny Uczucia

Nie Abraham

Znowu sam, na placu boju. Z imiennikiem. Mężczyźni jak lalki. Cudowni. Nie czułem tego od lat. Dobrzy. Nic z niedzieli. Panie Kochanku. Walenie wódy od rana. Tęsknią. Ja z nimi. Oni cieplutko, ja mroźnie. Upiekę im chleby, zakwas się już robi. Za dwa tygodnie. Pojedzą. Potrafię piec.

Powiedziałem im o Tobie. Popłakali się. Najczulej. Wiał gorący wiatr. Czułem od okna. Ja w sobie, wiejący. Tym zimnym żarem. Tylko męskie towarzystwo, dobrze mi robi. Zupełny brak krytyki. Rób co chcesz, rób jak chcesz. Tylko ty jesteś odpowiedzialny. Stojąc o dziewiątej rano, w kręgu nad stołem, z kieliszkiem w ręku, chciałem im wpaść w ramiona, dziękować. Za szczerość. Czemuś to wszystko zrobił? Zapytał kolega, o piastowskim imieniu. Bo się przestraszyłem. Bo mnie dotknęła, jak nigdy nikt. I była, jakiej bałem się spotkać. Prosta. Nie krzywa. Nie idealna, ale w twarz. Za krótko to było, abym mógł ją poznać. Poznaję zza wykopanego szańca. Którego miejsce sam wskazałem. I wykonałem go jej poczuciem, tak jak chciałem. Siłą bezradności.

Mój niezaprzeczalny Bóg. Pokłóciłem się o Niego. Że Bóg to nie jest człowiek, nie jest ojcem, tylko Ojcem jest. Jebie mnie studiowanie filozofii. Mrowiska wizji i urojeń, ustawionych na banalnych rozstajach, rozwleczonych w czas i treść. Tych powtórzeń, wędzideł i steku poszukiwawczych, pretensjonalnych, często bzdur. Logicznie Boga nie ma. Logika to nie jedyne wyzwanie. Pokażcie mi człowieka, który nie modlił się choć raz. To nie ja mam się z Boga śmiać, tylko ci, którym z Bogiem niezręcznie. Bóg to idea, nie jej treść. Można to łatwo zrozumieć. Ja kaznodzieją nie jestem. Wierzysz to wierz i nie przeszkadzaj nikomu. I dobrze mi z tym. To nie są żarty. Goreję, jak krzak. Kurwa. Ja zakochany. Pierdolę. Niezmiennie. Ze mnie nic, dla Tej wszystko. Anim to sobie ja wymyślił. Nie On nawet. Nad Nim też jest inny On lub Ona. Nie Abraham i jego nóż. Dzieci nie oddam. Nie są tylko moje. O naszych Luba, też napisał bym to samo. Nie oddam. A oddałem. Dla Ciebie. Idei. I egoistycznej wiary. W Nas. W Ciebie. I siebie.

Kategorie
Uczucia Życie

Myśl

Myśli wpływają na mnie. Ja na nie. Jak niepodlewane kwiaty one, jak woda dla nich, ja. Mogłyby uschnąć, ja wyschnąć. Myśli z teraz i utracone. Nie tylko róże z kolcami, ale i fiołki, kaczeńce i wrzosy. Każdego koloru, kształtu, zapachu i z jego brakiem, polne i krzyżowane. Chwasty i zioła. Woda się toczy raz wartko, raz wolno, czasem strumyk, czasem potop i rozwścieczony sztorm. I słodka i słona.

Pomyślałem że nigdy nie byłem tak długo sam. Niedługo rozwiązanie. Może nigdy nie kochałem, tylko z Tobą mi się tak wreszcie zdarzyło. Tylko tak sobie wmawiałem? A co z zazdrością? Czy nie powinien to być znak, że jednak tak? O Ciebie inaczej jestem zazdrosny. Jeżeli to ona, to dziwnej jest urody. Spokojna, nie gniewna. Raczej o czas, niespędzony i niespełniony. Bóg jeden wie, że nie zdradziłbym Cię wcale. Czynem, mową. Myślą. Nadzieją, że uda Ci się, co tylko pomyślisz i chcesz. Dobrze jest kochać, nawet tylko tak.

Piszę o myśli siedząc w kiblu. Mamy w tym domu ich dwa. Przyniosłem sobie krzesło, palę, strzepując popiół do brudnej umywalki. Opieram nogi na sedesie, klapy brak. Nikt tu prawie nie zagląda. Zrobię sobie tu świątynię myślenia. Mój Erem, wśród ludzi, a samotnie.

Nauczyłem się myśli zapamiętywać, na małych karteczkach. Mam ich pełne kieszenie, których jest mnóstwo w robotniczych spodniach. Część zapominam, drąc jak najdrobniej, niektóre zapisuję, nawet tutaj, dla takich jak ja.

Mamy wreszcie od dzisiaj Internet. Będę mógł korzystać do woli. Skończą się rachunki, pięćset złotowe, telefonicznie pazerne. Może powrzucam coś na You Tube? Podzielę się, tym co lubię? Tylko że znowu coś, na moje nazwisko. Podobno Polacy za granicą to świnie. Przekonam się.

Myślę o przyjacielu, który nigdy nie powinien nim się stać. A jest. Przygarnął mnie, gdy nie chciałem, aby ktokolwiek to zrobił. Pozwolił mi mieszkać podziemnie, na Rynku, wiedział, że nigdy bym się nie zgodził z nim. Podziemnie słuchałem hejnału, prawie nad głową. Wychodziłem z lochu na pustkę, czasami mignęła maseczka. Przez dwa miesiące mnie żywił, prał i nawet upijał. Gdy świat narzekał na pandemię, że nudna i zła. Tydzień temu, nie mogliśmy utrzymać się na nogach, piliśmy i jedliśmy za moje. Pocałowałem go w rękę. Publicznie. Zamiast Tą. Łatwiej bo gej. Takie to mam myśli. Tak się to toczy.

Odnajduję się. Raz bardziej, innym razem mniej. Myślę, że się zmieniłem, zmieniam. Na inne, może lepsze? Nie mam już oporów być sobą. Nie zostawiam siebie wychodząc z domu. Ktoś tak napisał. Może dlatego, że na swój prawdziwy, będę musiał poczekać. I tak myślę, kto wie, może dom z Tą? Może samodzielnie?

Kategorie
Uczucia Życie

Sens

Nici ze spania. Przed hotelem pojawiły się dwa autobusy. Jeden pełen pieśniarek ukraińskich. Chóralnych. Nocnych. Momentami nieźle im idzie. Tylko że, ich mać, momentami. Dumki zawywają, albo coś cerkiewnego. Niesie się to echem. Mam wprawdzie baterię piw i klamkę w oknie. Przecież tego dla spokoju nie wypiję, ani się nie powieszę, twarzą przy szybie. Niech śpiewają.

Zrobiłem już prawie porządek z tym blogiem. Napoprawiałem. Mocno się przeraziłem, czytając go od początku. Ileż we mnie goryczy, żalu i smutku? Nie wiedziałem. Przecież ja na to, nigdy nie zważałem. Może to nie ja, to pisałem? Niestety ja. Poznaję styl.

Ja prawie zawsze się uśmiecham, nawet przez łzy. Bywam wściekły, miewam kamienną twarz, ale na krótko. Nawet katorgę miłości, przegapionych szans i czynów wstydliwych, gorszących i złych, zadanych sobie razów, walk ze sobą, eksperymentów całkiem niepotrzebnych, traktuję z dystansem. To miał być tylko sposób na czucie, mocniejsze i wyraźniejsze. Nie jakiś ból i płacz. Czyiś i mój.

Kiedy ja się nauczyłem narzekać? Jestem dla siebie wzorem optymizmu. Każdemu powiem, że będzie dobrze, nawet to wytłumaczę, opiszę i wyłożę, jak kawę na stół. Sobie fatalizm? Innym kojenie? A potem walę na oślep, w niego pięścią?

Ja wiele nie potrzebuję. Odrobiny zrozumienia. Nie przypierdalania się. Braku tresury. Nie naciskania. Rób, rób… Nie, rób co chcesz, jak chcesz, to rób. Kilku słów miłych, uczciwych. Może pochwały, dziękuję i jakiegoś kocham cię. Nie tylko siebie kochania, ale mnie też. Mimo wszystko.

Dziwnie mi, po tym czytaniu. Starzeję się, a zmieniam nieustannie. Wciąż jednak ten sam. Mam zapas tego, co chciałem i nie zrobiłem. Z tego zapasu, czerpię jak wodę ze studni i idę, i pcham, czasem wzlatam. To aż tak źle?

Przecież nie chcę być inny. Nie umiem. Jestem toksyczny, bo jestem prawdziwy. Bo mówię i słucham i chcę pozostać wolny? Czy to tak trudno zrozumieć. Wolność to nie anarchia. Być może chaos. Ale czy nie jest nim życie. Gdyby nie było, dlaczego od zawsze, tak usilnie starano się go porządkować? Trawa za wysoka, zbyt dziki las, rzeka nie płynie równo, szereg nie zwarty, wiara za płytka, słowa niejasne, ambicja za duża, albo jej brak?

Czym ja się tak przejmuję. Po co piszę. Po co się staram? Po co inni się starają? Powinienem przestać? Tylko, że tak słucham tych wywodów o prawie wyboru. Czy ja zabraniam nie wierzyć? Odmawiam zmian, prac, zajęć, dróg? I mnie rozpierdala. Że ja tego nie robię, ale gdy nie pozwolę komuś tego też, mnie lub innym, to zawsze jestem najgorszym z wrogów. Kurwa. Gdzie tu sens?

Kategorie
Uczucia Życie

Ojciec

Mój ojciec był szczurem. Miał tę zdolność przetrwania, której nie posiadł żaden z nas. Siedział w pierdlu, za siostrę. Manko, socjalistycznej ajencji. Babka ją kochała najbardziej, z wielorga. Więc on się podłożył. Dla matki i niej. Złamali mu życie. Potem i mnie. Zdechły. Babka staro, a walczyła jak mężczyzna, w AK. W lasach Janowa, wytargała męża z błota. Nadludzkim wysiłkiem. Zabijając SS-manów nad jego głową. Nie dostała Virtuti, bo ratowała dziadka. Poza tym był faszystą, ONR. Gdy ją rozbierali do trumny, miała przy sobie pistolet. Naprawdę. Siostra młodziej. Zjadł ją rak. Byłem i widziałem, nie odczułem żalu. Dobrze kurwo ci tak, myślałem, gdy ledwie łykała tlen. Stałem nad nią. Uduszę cię. Nie. Zamęcz się. I tak się stało. To przez nią mam rodzeństwo, duchowe. To ona namawiała, jak namówili mnie, bym odrzucił, Tą.

Mój ojciec był wierny. Był psem. Kochał matkę, tylko ją. Ona o tym wiedziała. Więc nawiedzała go. Gdy czegoś chciała. Ona też tylko jego kochała, choć był rozwód, a końca nigdy nie było. A z nimi ja. Znosiłem ich intymne chwile, tuż obok. Bo były powroty i jego nadzieje, jej zabór. Ja nie umiałbym. Cóż. Oni to oni, ja, to ja. Mam więcej wstydu, choć bezwstydnie żyłem.

Mój ojciec był dobrem, zaklętym w źle. Nauczyli go w więzieniu grypsery. Był sędzią, nawet w porachunkach, morderczych skazańców. Zabijali się, na mocy jego wyroku. Straszne. Wiem, że się bał. Powiedział mi. Mamy skłonność podobną. Do wódki. Jednak on musiał, ja tylko chcę, gdy chcę. On nie mógł inaczej. W tym byliśmy nietożsami. Po wynurzeniach ojca, nie zostałem prawnikiem, byłbym jak on. Zawsze wątpiący. W siebie. I wyrokowanie.

Mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki. Był magiem. Przemoc, to była domena matki. Bluźnierki. Pizdy. Nauczycielki. Kłamcy i pchły. Jakże mnie biła, z wypiekami na pryszczatej twarzy. Czarował, innych i mnie. Tak słowa obracał, jakby tylko on znał ich sens. Tak pięknie mi czytałeś. Tato. Gdzie ty jesteś, w zaświatach? Tak rzadko o tobie śnię. Dobrze Ci tam? Czemuś to ty odszedł, nie z nazwy rodzicielka, Jagusia, Jagoda, twój narkotyk?

Mój ojciec miał błękitne oczy. Jak anioł. Patrzył nimi na wskroś. W złości stawały się granatowe, prawie. Przepraszam cię stary, postawię ci lepszy pomnik. Nie ten, byle jaki. Batowicki, nie Rakowicki. Dzwoniłem do ciebie. Który to raz? Jak popiję, tak mam. Szlocham, ty nic. Jakbyś się zapadł pod ziemię, gdzie pewnie pozostały po tobie kości.

Tatuś. Ja mam przejebane. Brakowało mi ciebie, gdy byłeś. Jak cię nie ma, brakiem staje się grób. Tato mój.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.