Kategorie
Uczucia Życie

Myśl

Myśli wpływają na mnie. Ja na nie. Jak niepodlewane kwiaty one, jak woda dla nich, ja. Mogłyby uschnąć, ja wyschnąć. Myśli z teraz i utracone. Nie tylko róże z kolcami, ale i fiołki, kaczeńce i wrzosy. Każdego koloru, kształtu, zapachu i z jego brakiem, polne i krzyżowane. Chwasty i zioła. Woda się toczy raz wartko, raz wolno, czasem strumyk, czasem potop i rozwścieczony sztorm. I słodka i słona.

Pomyślałem że nigdy nie byłem tak długo sam. Niedługo rozwiązanie. Może nigdy nie kochałem, tylko z Tobą mi się tak wreszcie zdarzyło. Tylko tak sobie wmawiałem? A co z zazdrością? Czy nie powinien to być znak, że jednak tak? O Ciebie inaczej jestem zazdrosny. Jeżeli to ona, to dziwnej jest urody. Spokojna, nie gniewna. Raczej o czas, niespędzony i niespełniony. Bóg jeden wie, że nie zdradziłbym Cię wcale. Czynem, mową. Myślą. Nadzieją, że uda Ci się, co tylko pomyślisz i chcesz. Dobrze jest kochać, nawet tylko tak.

Piszę o myśli siedząc w kiblu. Mamy w tym domu ich dwa. Przyniosłem sobie krzesło, palę, strzepując popiół do brudnej umywalki. Opieram nogi na sedesie, klapy brak. Nikt tu prawie nie zagląda. Zrobię sobie tu świątynię myślenia. Mój Erem, wśród ludzi, a samotnie.

Nauczyłem się myśli zapamiętywać, na małych karteczkach. Mam ich pełne kieszenie, których jest mnóstwo w robotniczych spodniach. Część zapominam, drąc jak najdrobniej, niektóre zapisuję, nawet tutaj, dla takich jak ja.

Mamy wreszcie od dzisiaj Internet. Będę mógł korzystać do woli. Skończą się rachunki, pięćset złotowe, telefonicznie pazerne. Może powrzucam coś na You Tube? Podzielę się, tym co lubię? Tylko że znowu coś, na moje nazwisko. Podobno Polacy za granicą to świnie. Przekonam się.

Myślę o przyjacielu, który nigdy nie powinien nim się stać. A jest. Przygarnął mnie, gdy nie chciałem, aby ktokolwiek to zrobił. Pozwolił mi mieszkać podziemnie, na Rynku, wiedział, że nigdy bym się nie zgodził z nim. Podziemnie słuchałem hejnału, prawie nad głową. Wychodziłem z lochu na pustkę, czasami mignęła maseczka. Przez dwa miesiące mnie żywił, prał i nawet upijał. Gdy świat narzekał na pandemię, że nudna i zła. Tydzień temu, nie mogliśmy utrzymać się na nogach, piliśmy i jedliśmy za moje. Pocałowałem go w rękę. Publicznie. Zamiast Tą. Łatwiej bo gej. Takie to mam myśli. Tak się to toczy.

Odnajduję się. Raz bardziej, innym razem mniej. Myślę, że się zmieniłem, zmieniam. Na inne, może lepsze? Nie mam już oporów być sobą. Nie zostawiam siebie wychodząc z domu. Ktoś tak napisał. Może dlatego, że na swój prawdziwy, będę musiał poczekać. I tak myślę, kto wie, może dom z Tą? Może samodzielnie?

Kategorie
Uczucia Życie

Sens

Nici ze spania. Przed hotelem pojawiły się dwa autobusy. Jeden pełen pieśniarek ukraińskich. Chóralnych. Nocnych. Momentami nieźle im idzie. Tylko że, ich mać, momentami. Dumki zawywają, albo coś cerkiewnego. Niesie się to echem. Mam wprawdzie baterię piw i klamkę w oknie. Przecież tego dla spokoju nie wypiję, ani się nie powieszę, twarzą przy szybie. Niech śpiewają.

Zrobiłem już prawie porządek z tym blogiem. Napoprawiałem. Mocno się przeraziłem, czytając go od początku. Ileż we mnie goryczy, żalu i smutku? Nie wiedziałem. Przecież ja na to, nigdy nie zważałem. Może to nie ja, to pisałem? Niestety ja. Poznaję styl.

Ja prawie zawsze się uśmiecham, nawet przez łzy. Bywam wściekły, miewam kamienną twarz, ale na krótko. Nawet katorgę miłości, przegapionych szans i czynów wstydliwych, gorszących i złych, zadanych sobie razów, walk ze sobą, eksperymentów całkiem niepotrzebnych, traktuję z dystansem. To miał być tylko sposób na czucie, mocniejsze i wyraźniejsze. Nie jakiś ból i płacz. Czyiś i mój.

Kiedy ja się nauczyłem narzekać? Jestem dla siebie wzorem optymizmu. Każdemu powiem, że będzie dobrze, nawet to wytłumaczę, opiszę i wyłożę, jak kawę na stół. Sobie fatalizm? Innym kojenie? A potem walę na oślep, w niego pięścią?

Ja wiele nie potrzebuję. Odrobiny zrozumienia. Nie przypierdalania się. Braku tresury. Nie naciskania. Rób, rób… Nie, rób co chcesz, jak chcesz, to rób. Kilku słów miłych, uczciwych. Może pochwały, dziękuję i jakiegoś kocham cię. Nie tylko siebie kochania, ale mnie też. Mimo wszystko.

Dziwnie mi, po tym czytaniu. Starzeję się, a zmieniam nieustannie. Wciąż jednak ten sam. Mam zapas tego, co chciałem i nie zrobiłem. Z tego zapasu, czerpię jak wodę ze studni i idę, i pcham, czasem wzlatam. To aż tak źle?

Przecież nie chcę być inny. Nie umiem. Jestem toksyczny, bo jestem prawdziwy. Bo mówię i słucham i chcę pozostać wolny? Czy to tak trudno zrozumieć. Wolność to nie anarchia. Być może chaos. Ale czy nie jest nim życie. Gdyby nie było, dlaczego od zawsze, tak usilnie starano się go porządkować? Trawa za wysoka, zbyt dziki las, rzeka nie płynie równo, szereg nie zwarty, wiara za płytka, słowa niejasne, ambicja za duża, albo jej brak?

Czym ja się tak przejmuję. Po co piszę. Po co się staram? Po co inni się starają? Powinienem przestać? Tylko, że tak słucham tych wywodów o prawie wyboru. Czy ja zabraniam nie wierzyć? Odmawiam zmian, prac, zajęć, dróg? I mnie rozpierdala. Że ja tego nie robię, ale gdy nie pozwolę komuś tego też, mnie lub innym, to zawsze jestem najgorszym z wrogów. Kurwa. Gdzie tu sens?

Kategorie
Uczucia Życie

Ojciec

Mój ojciec był szczurem. Miał tę zdolność przetrwania, której nie posiadł żaden z nas. Siedział w pierdlu, za siostrę. Manko, socjalistycznej ajencji. Babka ją kochała najbardziej, z wielorga. Więc on się podłożył. Dla matki i niej. Złamali mu życie. Potem i mnie. Zdechły. Babka staro, a walczyła jak mężczyzna, w AK. W lasach Janowa, wytargała męża z błota. Nadludzkim wysiłkiem. Zabijając SS-manów nad jego głową. Nie dostała Virtuti, bo ratowała dziadka. Poza tym był faszystą, ONR. Gdy ją rozbierali do trumny, miała przy sobie pistolet. Naprawdę. Siostra młodziej. Zjadł ją rak. Byłem i widziałem, nie odczułem żalu. Dobrze kurwo ci tak, myślałem, gdy ledwie łykała tlen. Stałem nad nią. Uduszę cię. Nie. Zamęcz się. I tak się stało. To przez nią mam rodzeństwo, duchowe. To ona namawiała, jak namówili mnie, bym odrzucił, Tą.

Mój ojciec był wierny. Był psem. Kochał matkę, tylko ją. Ona o tym wiedziała. Więc nawiedzała go. Gdy czegoś chciała. Ona też tylko jego kochała, choć był rozwód, a końca nigdy nie było. A z nimi ja. Znosiłem ich intymne chwile, tuż obok. Bo były powroty i jego nadzieje, jej zabór. Ja nie umiałbym. Cóż. Oni to oni, ja, to ja. Mam więcej wstydu, choć bezwstydnie żyłem.

Mój ojciec był dobrem, zaklętym w źle. Nauczyli go w więzieniu grypsery. Był sędzią, nawet w porachunkach, morderczych skazańców. Zabijali się, na mocy jego wyroku. Straszne. Wiem, że się bał. Powiedział mi. Mamy skłonność podobną. Do wódki. Jednak on musiał, ja tylko chcę, gdy chcę. On nie mógł inaczej. W tym byliśmy nietożsami. Po wynurzeniach ojca, nie zostałem prawnikiem, byłbym jak on. Zawsze wątpiący. W siebie. I wyrokowanie.

Mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki. Był magiem. Przemoc, to była domena matki. Bluźnierki. Pizdy. Nauczycielki. Kłamcy i pchły. Jakże mnie biła, z wypiekami na pryszczatej twarzy. Czarował, innych i mnie. Tak słowa obracał, jakby tylko on znał ich sens. Tak pięknie mi czytałeś. Tato. Gdzie ty jesteś, w zaświatach? Tak rzadko o tobie śnię. Dobrze Ci tam? Czemuś to ty odszedł, nie z nazwy rodzicielka, Jagusia, Jagoda, twój narkotyk?

Mój ojciec miał błękitne oczy. Jak anioł. Patrzył nimi na wskroś. W złości stawały się granatowe, prawie. Przepraszam cię stary, postawię ci lepszy pomnik. Nie ten, byle jaki. Batowicki, nie Rakowicki. Dzwoniłem do ciebie. Który to raz? Jak popiję, tak mam. Szlocham, ty nic. Jakbyś się zapadł pod ziemię, gdzie pewnie pozostały po tobie kości.

Tatuś. Ja mam przejebane. Brakowało mi ciebie, gdy byłeś. Jak cię nie ma, brakiem staje się grób. Tato mój.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Krzyż

Wkurwia mnie to pisanie. Wolałbym mówić. A nie mam do kogo. Mowa wymaga przestanku. Na zebranie słów. Ze sobą mogę prowadzić potyczki, pisząc poprawiam, a w nich są one, nie ja. Zazdroszczę wam czasu. Te tyrady na cale, na strony, na metry. Lata nade mną mucha. Musi byś duża, słyszę jej skrzydła.

Wracając. Wóda, coś popić. Zapalić, coś. Co to obchodzi? Pisanie, wyrwane z ostatnich ruchów na klawiaturze, palców zniszczonych, jak jasny chuj. Przespałem i przepisałem całą sobotę. Wiersze, książki, sen i ból. Zobaczyłem ją znowu. Elektronicznie. Chcę pić, zapić się. Nie pić, w trzeźwości być. W odwrocie będąc. Ona będzie mną. Już jest. Ma więcej odwagi, nie takiej jak moja.

Trzymam w ręce różaniec. Zginął z niego bóg. Wypadł, gdy srałem. Noszę go na szyi, postronkowym zwyczajem. Spadł mi Jezus pomiędzy kolanami, w gówniany, porcelanowy dół. Nie zawalił się dach. Nie zawył kamieniem, lawiną świat. Chce mi się pieprzyć. Przerznąć kogoś, na pół. Współ. Jęcząco. Jest niedaleko Margo, czekająca. Do niej nie pójdę. Ona chce miłości, ja już ją mam. Zbyt jest piękna. Chcę się wyżyć, jak zawsze, jak dotąd. Zapomnieć. Wstać i iść. Nie chcę uczuć.

Nieprawda. W zwoju dni i nocy, gdy pamiątkami eksploduje mi mózg, wymuszam w sobie, ją. Jej nie będzie, a mnie już nie ma. Został tylko wieszak, komórek i odradzających się, cielesnych mar. Jak mogłem tak się zakochać? Lęk, upór, wstyd? Aż tak? Tak. Dokładnie. Nie umrę młodo. Losem nieznanym, będę starym. U nas tak już jest. Żyjemy za długo. Tylko ja skracam ten czas.

Dziesięć lat się wzdragałem. Od Calalis do Słubic i dalej na północ i wschód. A nagle, w przysiadającym się amoku, poznałem Raj. Nieznany. Ciebie. Której nawet dobrze nie pocałowałem. W krzyż.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Wiem?

Przeraziłem się dzisiaj. Bardziej niż w Alei Krwi. Sobą. Poznałem niepoznane, podglądane, gdzie granicą jest oczekiwanie, gdzie jest, gdzie nic, jest nic, jak jest, a nic to nic. Moja droga, powikłana. Moja Droga, bezimienna. Będę trzymał kciuki, do zbielenia kłykciów i iskrzenia paznokci. Do mojego, twojego, niczego, wszystkiego, do kilku słów, do ciebie, siebie, do migotania serc. Ja, niedobry, nienawistny, nieroztropny i zazdrosny, wewnętrzny. Na pokaz głaz. Ty. Ty to ty. Ty to Ta. Tylko Ty. Przepraszam. Chciałbym inaczej.

Gdy Miła, przecierałaś oczy w takt muzyki, robiąc gest, chciałem pod tobą trwać w nieskończoność. Śmiałem się. Poigrywałem, bylebyś była, była i była, będącą jak byt.

Topię się w tę noc, jak wosk, w lepkim pocie. Jak w dzień, gdy złamałem wszystkie przykazy. Tylko moim, dla Ciebie. Nie w złości. W czymś. To może być tak? Wypełniłem się, jak dopełnia się połączonych naczyń kres obojętności. Jest upalnie. Wtedy grudniowa była świąteczność. Chciałem ciebie, nie ich. Starali się. Ja już nie.

Mój płacz, Twoje nie wiedziałam. A skąd mogłem wiedzieć i ja? Minutami stały się godziny, latami sekundy, twardością ciężkość, miękkością stal. Odleciałem ptakiem uwolnionym, latawcem, który nie wie gdzie, niewidocznie, przebija chmur zwartość. Tak zobaczą go z dala. A mknie niezrażony.

Wielokrotnością staje się pewność. Poranną kawą, z Tobą w moim ręku, zdjęcia, telefon i miłość. Powtarzalnie. Gdy słyszę trel. Wiem. Czy wiem? Co wiem?

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Wstyd

Patrzę na twoje zdjęcia. Nie mogę się oprzeć. Robię to kilkadziesiąt razy. Każdego dnia. Jak opętany. Staram się powstrzymać. To na nic. Nadal cię kocham. Bezwzględnie.

Zapytałaś, gdy leżeliśmy, przy ciele ciało. Objęłaś mnie. Nikt nigdy nie objął mnie, nie że nigdy, tylko jak wtedy ty. Łatwo, za głowę i kark. Uniosłem się, jak puch. Lekko. Poleciałem. Jak chcesz mi przypierodlić? Wal, mów. Nie mogłem. Teraz tak. Aniś piękna, aniś taka, jaką się widzisz. Żadna. Jesteś niezwykła. Z milionem twarzy. Tylko ty. I będziesz do ostatniego dnia. Nigdy takiego nie poznasz. Jestem tylko twój. Wtedy mówiłem nic.

Bez ciebie mnie mniej. Nie umiem jak ty, trwać i rzeczom się przeciwstawić. Brak mi Ciebie, bardzo brak. Tik tok, po kroku krok. Wiesz ten język jest piękny, ale ja znam tylko kilka słów. Powtarzalnych. Gdyby nie moje szaleństwo, moglibyśmy wciąż być. W objęciach żyć. A ty gdzieś, ja tu.

Wybuduję nam dom. Do którego nigdy nie wejdziesz. Będzie tam pokój, specjalnie dla ciebie. Moc luster, podest i miękkość snu. I krzesło. Będę na nim siedział, patrząc na nic, na nieobecność. Wolno mi kochać. Kogo tylko chcę. Nauczyłem się Boga. Jest równie daleki ja ty. Jedyne drzwi, gdzie będzie klucz. Będę szafarzem, klucznikiem dusz.

Powiedziałaś, że gdy mnie zabraknie, zostaniesz ty i dzieci nasze. Chwyciłaś moje nogi, ubrana prawie w nic. Parzyłem na ciebie w zgięciu. Gdzieś w grób. Ty możesz wszystko, ja tylko na trochę.

Przepraszam. Pogubiły mi się myśli. Jak z kieszeni wypadły brud. Gdybym wiedział. Teraz wiem.

Głupio tak pisać. Gdy wiem, że przeczyta każdy, tylko nie ty. Bo widzisz ja leczę rany, samemu sobie zadane, nie tobie. Ty masz siłę, ja reguł mam ciężar. Musiało tak być. Lecz bym cię wzniósł, nawet na chwilę, by znowu móc z tobą być. Bo mi ucieka. Twój smak i mój wstyd.

Kategorie
Rodzina Uczucia Życie

Córka

Malutka. Skarbie. Proszę, nie miej żalu. Taty nie ma tylko na chwilę. Taty nie będzie, już takim jak dotąd był. Jest inny. Gdyby nie ty, gdyby nie dla ciebie, pozostał by w szarości samego siebie. Dla ciebie się zmienia, innym się staje. Dzień w dzień.

Kiedyś kochana, gdy wyrosną ci piersi, zaokrąglą się biodra, przyspieszy czas, gdy zauroczy cię świat, będziesz wiedziała. Poznasz dlaczego. Kto jest jakim i kto kim. Będziemy się bawić słowami, myślą nieznaną, ideą poznaną, jak lalką, toczącą się piłką i snem. Oby.

Zasypiam często myśląc o tobie. Prawie każdego dnia. Dla ciebie się modlę, choć żałuję, że brak mi wiary. Nie wykrzesam ognia z płaczącego nieba. Nie zamienię chmur w błękit i niczego w byt. Będziesz się męczyła, jak ja. Kaskadą nocy i dni, przeplatanych. Dziecko. Jesteśmy podobni i jest mi cię żal. Miałaś być zwykła. Nie jesteś.

Oni tego nie zrozumieją. Dla nas były perły i złota blask. A pozostanie nic. Ja tego nie zmienię. Nie odmienię na coś niczego i większą nawet nadzieję i pustkowia w mit. Byliśmy więksi, jesteśmy ot. Pomarli. Musiało tak być. Nie dziwię się nawet. Krew za krew. Ale nie na sprzedaż. Chyba że chcesz. Nie dzisiejsza. Kiedyś. Rozgrzeszam za wczas.

Przejmuję się za często. Nikt od nas nie wymaga udręki. Nie ma już powstań i wojen. Jest obojętne coś. Już z nas się śmieją. I kowal i chłop. A jesteśmy. Do nas już nic nie należy. Wszystko jest ich. Niech będzie i tak. Roztropnie wżeń się najdroższa, lub potęguj swój spryt. W mamonę i chamski blichtr. Będzie ci lepiej. Mnie mniej. Wtedy mnie już nie będzie.

Upadając z marzeń, jak Ikar w locie, tuż przed ziemią, gdy czułem lęk i strach, dodałem sobie ból. Ja, mój skowronku, nie umiem inaczej. Nie oddam. Nie chcę i już. Sprawiedliwi nie siedzą po prawicy. Zepchnięto mnie mała, poza skraj. W dół.

Mylą się. Nas nie da się zepchnąć. My będziemy być. Bez nas nie będzie nas, nie będzie ich.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Sardanapal

Chyba się poddaję. Na chwilę. Mam już trochę dosyć. Od miesiąca dojeżdżam do pracy, po 120 kilometrów, od trzech dni sam, do miasta, którego nawet nie widziałem. Rzęchem, którego biegi kończą się na czwórce. Jadę tak dziewięćdziesiątką. Pomiędzy Tirami. 3500 obrotów silnika. Diesel pije po 10 litrów paliwa na setkę. Nie działają migacze. Przyłapałem się, że się zapętliłem, na wierzę w Boga ojca naszego, jedząc jabłko, niedojedzone kanapki ze śniadania i paląc papierosa. Słyszałem to, wierzę w Boga, jak jazgot jakiś mechaniczny, piłujący mi głowę. Nie wiem kiedy zacząłem się tak modlić? Coś musiało się stać i nawet na to nie zwróciłem uwagi.

Jestem zły. Na wszystko i wszystkich i na siebie. Znowu wstawiłem zdjęcie miłości, o której mam zapomnieć, na telefon. Musiałem zrobić to w nocy. Nie pamiętam. Śpię po trzy godziny na dobę. Wciskam guzik z boku, potrzebuję nawigacji i znowu, kurwa mać. Ona. Jak się maluje. Wczoraj jej nie było. Był Sardanapal. Przed południem dzwoni do mnie jakiś ktoś, nie przedstawia się. Pyta o nią? Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem jej od stycznia! Zaczynam pokrzykiwać. Przecież nikt jej nazwiska, nawet imienia, ze mną nie kojarzy. Co to jest? Inwigilacja, kurwa? Pełno jej w internetach, ale nie ze mną! Stary słyszę, to ja. Nie poznajesz? Jaki ja? Stoję jak kompletny matoł, na drabinie, w tych brudnych łachach, niebieskim kasku, ze śrubokrętem w garści i próbuję złapać myśli. Nie wiem… Przecież prosiłeś mnie o przysługę, wszystko zorganizowałem. Chcą jej się przyjrzeć. No tak. Wiem kto. Nie, za późno. Poradzi sobie beze mnie. Ale co się stało? No spierdoliłem. Narobiło się. Chcesz, to poczytaj bloga. Tylko nie mów nikomu, że to ja. Skończyłeś książkę? Nie, ale piszę nocami. Wyjechałem. Udaję elektryka. Pojebało cię? Już dawno. Na razie, kończę o siedemnastej. Oddzwania jak zasiadam w rzęchu, punkt kurwa, siedemnasta. Przeczytał. No to odpierdoliłeś bombę. Ty się zakochałeś! Normalnie. Jak facet! Nie dzieciak, albo zjeb. Musisz jej o tym powiedzieć. Musisz się z nią spotkać. Nie da rady. To ja jej powiem. Ani się waż. Przysięgaj. Przysiągł. Jutro wstanę o czwartej. Niech to zdjęcie zostanie. Jest mi to obojetne. Jestem już tym zmęczony.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Margo

Miło było i niezręcznie. Amazonka Margo, Małgorzata, drugiego imienia, jak ją nazywam, nawet się o to nie złości, ale ujmuje, bo to pieszczące podobno zdrobnienie, zaprosiła mnie do deSingel. Tam gra i scenografuje. Przyjechała po mnie do pracy. Nie miałem ubrania na zmianę, wymyłem tylko twarz i ręce, przeczesałem dłońmi włosy. Wyszedłem prosto z budowy. Popatrzyła na mnie zwątpiona. Cóż, umówiliśmy się dopiero na jutro. To nie moja niespodzianka. Który to twój samochód? Ten. Pożyczony. Wywróciła oczami. Moim nie pojedziesz. Chyba coś zaklęła pod nosem, przeszła na drugą stronę ulicy, kupiła kilka gazet. Rozłożyła na siedzeniu, wsiadła i czeka. Wsiadłem i ja. Grzmotnąłem drzwiami, inaczej się nie zamykają i siedzę. Dokąd? Podała mi adres. To może na Krupniczą? Jaką? To w Krakowie, nie znam Antwerpii. Dobra poprowadzę. Wysiedliśmy. Przełożyła gazety, też walnęła drzwiami. Czemu nie działa stacyjka? Jest popsuta. Pokręć kilka razy. Rusza. Uważaj, nie ma piątego biegu. Zatrzymała się. Nie, ty prowadź, pokażę ci drogę. Powtórzyliśmy rytuał. Gazety, jebnięcie, kluczyk, zgrzyt.

W drodze milczymy. Tylko w lewo, prawo, na wprost. Pod teatrem Margo pyta, czy zrobiłem to specjalnie? Co? To jak wyglądam. Nie. Nie szata zdobi człowieka. Trudno to przetłumaczyć. Nie wysilam się. Odwieźć cię? Pojebana myślę, odwiozę. Wolę wypocząć. Od rana napierdalają mnie wrzody. Belgijskie leki nie działają, czekam na prawdziwe z Polski. Łaskę mi robisz? Zaraz odjadę. Ale spokój. Nie rób gówna. Nie bądź gnojem.

Teatr świetny. Zamknięty tymczasowo. Wirus. Mogę go zwiedzić, uważając, aby o nic się nie otrzeć. Ma talent. Scenografia ugina kolana. Będziesz grać? Tak. Wchodzi na scenę. Bajka. Nie znam francuskiego, ale czuję uśmiech na twarzy. Śpiewa. Jest dobra. Jest wspaniała. Wygugluję ją.

Zostaniesz u mnie? Mam trochę ubrań brata. Brata? Nie, byłego. Będą pasowały. Mogłam skłamać. Skłamałaś, miały być brata. Czuję jak mi knebel ze stóp, sztormem leci do gardła. Duszę się. Skręcam papierosa. Zaciągam się głęboko. Nie bądź świrem. Przeszło. Jestem spokojny. Odwracam się. Podchodzi do mnie. Jezu. Chce pocałować. Odsuwam się gwałtownie. Nie chce cię pierdolić, mówię po polsku. Odejdź, ja kogoś kocham. Jest jej przykro, łamie się jej uśmiech i ramiona.

Wracamy. Znowu milcząco. Nienawidzę ciszy. Cisza to rak. To miało być na jedną noc? Nie. Lubię Cię. Tym gorzej. Często tak robisz? Nigdy. Jeszcze gorzej. Nie znasz mnie. Po co ci to? Bo jesteś inny. Chcę cię. Wiem. Nie jesteś pierwsza, która to mówi. To żadna atrakcja. To tylko niewiadoma. Wydaje ci się. Wysiada. Spotkamy się jeszcze? Nie wiem. Na rolkach? Kupiłam K2. Tak K2. Pa. To pa. Nie sądzę. Nie spotkamy się tak już.