Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Uczucia Życie

Szukam

Szukam Ciebie,

wśród twarzy, które chciałbym zapomnieć

i najbardziej mi bliskich.

Ustach, których smaku nie mogę rozpoznać,

a które smakują jak wiosna.

Słowach zbyt krótko słyszanych.

W nie poznanych myślach,

szukam Ciebie.

Nie szukam Ciebie,

wśród ciał, które chciałbym zapomnieć

i najlepiej mi znanych.

Pamięci, której nie wolno odwiedzać,

w dawnej świeżości wspomnień.

Zapachu zmieszanym z innymi.

W niewyrażonych gestach,

nie szukam Ciebie.

Nie wolno Cię szukać,

w splotach miejsc, które muszę zapomnieć,

twoich, naszych, ich, gdzie nie dotarłem.

Nadziei, której zapas musiałem wyczerpać,

stopami kreślonych kształtach.

Objęciach pociechy i dni i dat.

W kwiatach danych i nie zebranych,

nie wolno Cię szukać.

Jeśli Cię spotkam,

wśród ludzi znanych i nieznanych,

nawet nie poznam, nie poznasz Ty.

Mnie zatrze nowe starym.

Jeśli Cię spotkam. Nie.

Wiersz co dekadę. Dla przyjaciela, którego straciłem na zawsze.

Kategorie
Psychika Uczucia

Nienawiść

Nie ma silniejszego uczucia niż nienawiść. Jest łatwa w pielęgnacji, jak chwast. Wystarczy jej byle jaka pożywka. Trochę zawodu, odrobina zawiści, kilka kropel zazdrości, strachu i obrzydzenia, szczypta nietolerancji i rośnie dziko w siłę. Potrafi być niepowstrzymana, wrasta w serce, kieruje życiem. Szuka przyjaciółek, które w innych duszach uczyniły sobie ogrody. Ma różne oblicza. Nie zawsze jest najbrzydszym z uczuć. Może być piękna, szlachetna i pociągająca. Wystarczy, że wzrosła z idei religii, kultury, sztuki, które potrafi narzucić. Nie zawsze jest też naiwna i głupia. Może być wykształcona, logiczna i twórcza. Wie, że każdy nosi w sobie jej zarodek. Wytrwale czeka. Buduje imperia, wywołuje wojny, podpala śpiące domy.

Jesteśmy dziwnym gatunkiem. Z małego, wielkości psa gada, po dwustu milionach lat ewolucji, staliśmy się istotami myślącymi, świadomymi własnego istnienia. Zmieniliśmy się nie do poznania. Stoimy dumnie na dwóch nogach, podbiliśmy świat, który z zamiłowaniem niszczymy, szykujemy się na podbój wszechświata, wierząc (bo wymyśliliśmy sobie wiarę, połączenie zdolności nauki na błędach i niezdolności przewidywania przeszłości), że natura, nawet my sami jej rękami, dokona kolejnej zmiany i uczyni nas doskonałymi, nie pozwalając nam na dalszą destrukcję, także własną. To jest nasz gatunkowy optymizm. Na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli tego dokonać. Nadal mamy w sobie padlinożerne i drapieżne zwierze, który robi wszystko byleby przetrwać i płodzić, niewiele różniące się od niego potomstwo. Nienawiść, połączona z gniewem i wściekłością pomagają to osiągnąć. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu, skoncentrowani, nasze mózgi pracują ze zwiększoną wydajnością, intelektualnie i fizycznie jesteśmy sprawniejsi. Wygrywają najsilniejsi, którzy zawsze gotowi są do ataku i na atak przygotowani. Są ambitni, nie cofają się przed niczym.

To co napisałem może się nie spodobać. Wiem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Tak na ludowo, z przytupem. Pewnie prawda, kto jednak nie zgodzi się z tym, że z ruin powstaje, czasem opornie, nowa, wyższa jakość. Po koszmarze ostatniej wojny żyjemy inaczej. Postęp który po niej nastąpił, przeniósł nas do nieznanej wcześniej, liberalnej, technologicznie zaawansowanej rzeczywistości, z opieką społeczną, powszechnym szkolnictwem i służbą zdrowia. Korzystają z tego wszyscy, także pacyfiści i każdy zawzięcie medytujący jogin. Czy to mogło by powstać bez nienawiści? Wątpię. Czuli ją równie mocno nazistowscy Niemcy, jak i ich przeciwnicy, których przed mordowaniem milionów ludzi, nie w obozach koncentracyjnych lecz w wyniku nalotów, nie powstrzymywała chrześcijańska miłość bliźniego. Decyzja zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta, z drewnianą zabudową, gdzie nikt nie miał szans znalezienia schronienia, nie zapadła z wyższych pobudek, ale była aktem nienawiści w czystej formie. Ktoś mi zarzuci, że jest to sytuacja wyjątkowa, ludzkość się opamiętała, a przecież codziennie ktoś ginie w kolejnych wojnach, codziennie dokonywane są morderstwa, gwałty, okaleczani są ludzie. Nie zaprzeczę. Jednak nie słyszałem o państwie, które zrezygnowałoby z posiadania armii, produkcji broni na użytek własny i na sprzedaż. Nie słyszałem o zakazie kręcenia filmów, pisania książek, malowania obrazów, czy tworzenia gier, które zawierają akty przemocy. Pozwalamy na nienawiść, sycimy się nią i żyjemy z nią wszyscy, mimo że krytykujemy i nie wiemy jak na nią reagować.

Nie wierzę, że możemy pozbyć się nienawiści. Musimy ją zaakceptować i nauczyć się ją kontrolować. Szukać uczuć, które pozwolą nam na życie w równowadze. Choćby altruizmu, bezinteresownej pomocy, miłosierdzia. Niekontrolowana rzeczywiście nas zniszczy, albo ci, którzy mają jej więcej.

Kategorie
Rodzina Uczucia

Po prostu matka

Dzień przed moimi ostatnimi urodzinami zadzwoniła do mnie matka. Nie rozmawiamy ze sobą od lat, poza krótkimi okresami, kończącymi się kłótnią. Odebrałem połączenie, bo był to numer babciny. Usłyszałem głos matki, zdziwiłem się, że jest w Polsce, mieszka na innym kontynencie. Nie był to telefon urodzinowy. Dotarła do mnie wściekłość, sapanie i przekaz. Trzymaj się z dala od mojej rodziny. Tylko tyle. Nie wiem o jakiej rodzinie mówiła. Chyba nie o matkach moich dzieci, które nie nie lubią jej prawie równie mocno jak ja? Nie o moich dzieciach, z którymi rozmawia tak rzadko, że nie wiedzą nawet kto mówi, z pretensjami, że się o niej nie pamięta. Nie o ciotkach i wujkach, z którymi widuję się od święta. Mogła mówić tylko o swojej matce, z pewnością nie o kolejnym, tym razem wyjątkowo narzucającym się mężu. Nikt bliższy już nie pozostał. Stałem wtedy na przystanku, czekałem na tramwaj. Zacząłem się pocić, musiałem słabo wyglądać, jakiś starszy pan zapytał czy dobrze się czuję. Nic mi nie jest, zaraz mi przejdzie. Ale nie przechodziło, narastał we mnie gniew, ogarniał mnie z taką siłą, że ledwie mogłem oddychać. Minęło kilka godzin zanim się uspokoiłem. Myślałem, że się uodporniłem, okazało się, że wciąż nie.

Kim jest moja matka? Nie wiem. Wyjechała z Polski trzydzieści lat temu. Pomagać, czego nigdy nie zrobiła. Kiedy miałem pięć lat zamieszkałem z dziadkami, widywałem matkę czasami raz w tygodniu, czyli częściej niż ojca, z nim spotykałem się co miesiąc. Dziadkowie stali się moimi rodzicami. Kochali mnie miłością zupełnie bezgraniczną, chociaż nie zawsze byłem uosobieniem anioła. Nie jestem nim do dzisiaj. Raz tylko mieszkałem z matką, niecały rok, nie wspominam go dobrze. Kim ja jestem dla matki? Także nie wiem. Ona twierdzi, że mnie zna. Nie jest to możliwe, skoro tak niewiele spędziliśmy ze sobą czasu. Jesteśmy sobie prawie obcy.

Nie patrzę już na matkę z perspektywy dziecka. Nie boję się jej. Pamiętam jednak prawie cotygodniowe lania, albo szarpania, gdy czekała aż zostaniemy sami, musiałem być nagi. Jako nastolatek, dostawałem już tylko w twarz, do dnia, gdy połamała sobie palce na mojej ręce, którą się zasłoniłem. A wszystko to działo się w domu, któremu patologii nikt by nie zarzucił. Nikomu o tym nie mówiłem. Nie mogłem. Teraz muszę, jako ostrzeżenie. Może ktoś, czytając co piszę, odważy się przerwać milczenie.

Moja matka jest nieszczęśliwym człowiekiem. Manipulantką, która tak się pogubiła, że zapomina, że można ją przejrzeć, że nie otaczają jej głupcy. Gdy dorosłem zacząłem rozmawiać z jej przyjaciółmi, których odrzuciła, bo byli wobec niej szczerzy, ojcem, z którym zerwała kontakt, podobno jedynym mężczyźnie którego kochała. Wyłaniający się obraz przytłaczał, tym mocniej, że wydawała się zupełnie inna. Wieczna pogoń za miłością, uznaniem, ciągłe kłamstwa, zdrady, chorobliwa ambicja i zazdrość, o młodszą siostrę, o mnie, o facetów z którymi się spotykała, jawnie lub w tajemnicy. Dowiedziałem się o rodzeństwie, którego nie miałem, ale ono jednak krąży w moich żyłach. Przypadkowo odnalazłem pisma rozwodowe, które zawierały nie fakty, ale rzucane kalumnie. Kiedy urodziły się moje dzieci, mój stosunek do matki stał się jeszcze chłodniejszy. Nigdy nie mógłbym ich bić, poniżać, ani wywoływać poczucia winy. Wreszcie niedawno, zdecydowałem się na psychoterapię. Szybką, nie dałbym się dręczyć miesiącami. Późno, gdybym zrobił to wcześniej, zaoszczędziłbym sobie i bliskim mi ludziom wielu przykrości i rozczarowań. Dzisiaj nawet nie oczekuję od matki przeprosin, nie potrzebuję od niej niczego i choć nie jest to przyjemne, tak jest najlepiej. Jeżeli kiedyś z nią jeszcze porozmawiam, zapytam tylko o coś błahego, co nic nie znaczy. Mam wciąż matkę, ale jakbym nigdy jej nie miał. To już nie ważne. Mam to w dupie.

Kategorie
Uczucia

Zabić miłość

Nie jest wcale łatwo. Szczególnie, gdy zachowało się chociaż resztkę miłości własnej i szacunku do samego siebie. Nikt nas nie zmusza do kochania, zakochiwania, pokochania także nie. To przychodzi samo, nawet gdy się przed tym bronimy, jesteśmy ostrożni i unikamy. Bywają miłości, które nie powinny się pojawić, miłości skomplikowane, przed którymi nie potrafimy uciec, które rozwijają się bez naszej woli. Są też i takie, które nie pozwalają nam bez niej się obejść, obezwładniają, odbierają rozsądek. I są miłości nie rozpoznane w pełni na czas, ukrywające się w naszej świadomości, aby z niej wyjść, gdy powiemy im nie, albo tracimy kogoś na zawsze.

Kochać można różnie, platonicznie, bez wzajemności lub wzajemnie, ale nie mocno lub słabiej. Mówiąc o miłości musimy tylko pamiętać. Nie ma w niej miejsca na egoizm, kłamstwo i obłudę. Inaczej nie jest to miłość. Jeżeli jest, stajemy przed siłą, która może zostać przyjacielem lub wrogiem, wybór należy do nas. Nasze życie się zmieni i może zmienić się życie innych.

Miłość, jak wielu twierdzi, jest najwspanialszym uczuciem. Niczego nie można z nią porównać. Ale jak ją rozpoznać? Po szybszym biciu serca? Po nieznanej dotąd, nieodpartej potrzebie przebywania z osobą kochaną? Zazdrości, która pojawia się znikąd i zatruwa myśli? Szczerości, albo próbie ukrycia niedostatków? Przywiązaniu, tęsknocie? Poczuciu szczęścia, dzieleniu się nim, oddaniem? A może po tym, że się ją po prostu czuje.

Co z miłością, której nie powinno być? Której nie wolno pozwolić na istnienie? Czy w ogóle jest taka? A jeżeli tak, to jak się jej skutecznie pozbyć? Miłość nie poddaje się bez walki, nawet gdy odpowiedzialnie nie chcemy jej przyjąć. Mając rodzinę, dzieci, stabilne życie, niespłaconą pożyczkę, ostatnim uczuciem, które jest nam potrzebne to miłość, nie do swojego partnera. Dramat. Wcale nie jest łatwiej, gdy nie mamy dzieci lub jesteśmy samotni i wiemy, że kochamy kogoś z kim nie dane nam będzie miłości dzielić, albo pozostanie nie odwzajemniona, nawet gdy zauważona. Kogoś pozycja, wykształcenie, różnica wieku jest na tyle duża, że ujawnienie miłości wywoła burzę, której chcemy uniknąć. Prawdziwa miłość z dziecinną prostotą podpowie, że tak naprawdę nie kochamy swojej żony, męża, dziewczyny, narzeczonego. Że ktoś dla nas nie zrezygnuje ze swojego związku, że nie jesteśmy dla kogoś atrakcyjni, że jesteśmy tchórzliwi i bardziej dbamy o wizerunek niż szczęście własne i czyjeś. Czujemy się podle, nie ważne ile mamy lat, czy jesteśmy doświadczeni, inteligentni, uczciwi, prawi, czy nie i wiemy, że za wszelką cenę, tak naprawdę pragniemy tej miłości.

Trudno się przyznać, ale byłem w podobnych sytuacjach i udało mi się uczucie to zabić. Byłem pewien, że działam racjonalnie, nawet za szkodliwą namową. Podejmowałem decyzje, nie słuchając serca, z obawy i źle pojętego rozsądku, ale nie zdołałem zepchnąć tego w niepamięć. Wystarczy zapach, smak, miejsce, podobny głos, zdanie, sylwetka, cokolwiek. Tych miłości było kilka, pamiętam je dobrze, jednej jednak nie zdołam sobie podarować i żałuję jej do dzisiaj, mimo że nie była łatwa.

Jak tego dokonałem? Manipulacją i kłamstwem. Miałem dobrego nauczyciela, matkę. Nie umiejąc zrezygnować z miłości sprawiłem, że ktoś zrobił to za mnie. Z premedytacją budowałem bariery nie do pokonania, obrzydzałem się w czyich oczach, zawodziłem zaufanie, poniżałem się i wywoływałem wrażenie bycia niebezpiecznym. Przekraczałem granicę, za którą nie było już powrotu. Zadałem ból, którego nikt nie wybaczył. Aby pozbyć się własnego, wyszukałem każdą wadę w ukochanej osobie i okoliczności, które usprawiedliwiały moje czyny. Resztę pozostawiłem czasowi.

Nie jestem z siebie dumny. Raczej odczuwam wstyd, że byłem do tego zdolny. Miałem to robić z odpowiedzialności za siebie i innych. Błąd. Robiłem to ze strachu przed miłością i życiem, na którego wyzwania nie byłem gotowy. Spotkałem kogoś, komu to uczyniłem. Długo rozmawialiśmy. Zorientowała się, że to była gra, kiedy opadły emocje rozstania. Zapytała czy żałuję? Tak, odpowiedziałem. To dobrze odparła, inaczej straciłabym czas na dupka, a tak, straciłam tylko na kretyna.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Bezdomność

Ilu ludzi zna bezdomność? Nie tą widywaną, ale tą z którą się żyło? Zbyt wielu. Powinna pozostać nieznana. Do mnie przyszła zaproszona. Sam ją zawołałem i była moją towarzyszką przez jakiś czas. Odeszła do innego, bardzo niechętnie, mam nadzieję, że odrzucona umrze w zapomnieniu. Żałowała, że nie poznaliśmy się za dobrze. Ostrzegła, że zawsze pamięta o swoich wybrankach, każdego z nich darzy uczuciem, nie pozwoli o sobie zapomnieć i chciałaby wrócić. Dziwka

Poza chorobą i wojną, nie ma niczego gorszego od bezdomności. To samotność dzielona z innymi samotnymi. Nigdy nie spotkałem ludzi równie nieszczęśliwych, którzy potrafią się do tego dostosować. Kilka miesięcy na ulicy, czasami na zmianę w hostelach i noclegowniach, żebranina, szukanie jedzenia w sklepowych śmietnikach, dorywcza praca za kilka groszy, zmienia ludzi w cienie samych siebie. Niepewność kolejnego dnia. Nawet tych, których natura nie obdarzyła bystrością. Inteligentnych potrafi zmienić jeszcze szybciej. Dzień, gdy staną w kolejce po darmową zupę lub poproszą o wsparcie, jest oficjalnym przyznaniem się do porażki. Upokorzenie w końcu znika, pozostaje przetrwanie. Jakby coś kliknęło w maszynie mózgu, albo jakby z poczwarki ludzkiej wyłaniał się ktoś nowy, bezdomny.

Historie życia, które wysłuchałem były najsmutniejszymi z którymi się spotkałem. Chciało mi się ryczeć nad ludźmi, których dotąd uważałem za nieudaczników. Oni też mieli rodziny, często równie duże jak moja, dzieci które na nich czekały. Na niektórych nie czekał nikt, od zawsze byli niechciani. Niektórzy mieli poszukiwane zawody, inni wykształcenie i doświadczenie, którego można by pozazdrościć. Niektórzy byli sobie może winni, inni nawet nie rozumieli dlaczego są w takiej sytuacji, mieli życiowego pecha. Wcale nie wszyscy byli alkoholikami, niewielu wybrało takie życie. Było między nimi jedno podobieństwo, zanik twórczego myślenia, kierowała nimi inna logika. Jakby pomiędzy nimi i mną stał przeźroczysty mur, mogliśmy się zobaczyć, ale już nie usłyszeć. Byłem przerażony. Byłem wkurwiony. To nie był film, nie byli Nędznicy, książka Wiktora Hugo. To działo się naprawdę i ja w tym brałem udział. Musiałem się z tego wydostać.

Moja bezdomność była krótka. Wprawdzie nie brałem jej pod uwagę, ale z chwilą gdy podjąłem decyzję o zmianie dotychczasowego życia, okazała się rzeczywistością. Rzuciłem pracę, zerwałem związek którego nie potrafiłem kontynuować, innego nie umiałem nawiązać, w rodzinie powiedzieliśmy wzajemnie co o sobie myślimy, spaliłem za sobą mosty. Miałem wyjechać za granicę, do mojej Anglii, bałem się, że już nie wrócę. Zostałem ze względu na córkę i tą nadzieję. Potem pojawiły przeszkody, których nie mogłem przewidzieć i stało się. Zostałem sam, bez domu, choć powinienem go mieć, bez pieniędzy, choć mogłem je zarabiać. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Na przyjaciół, już byłych, nie mogłem liczyć. Na najbliższych także, co do dzisiaj jednak mnie boli. Są jak banki, oferują tylko wtedy, gdy tego nie potrzebujemy. Pomogli mi ludzie, którzy sami mają problemy, albo których kiedyś obraziłem, ale nigdy na mnie nie postawili kreski. Ci którym pomogłem, mieli tylko jedno do powiedzenia. Trzymamy kciuki. Możecie sobie je teraz powkładać, wiecie gdzie?

Nie jest idealnie. Trochę potrwa zanim wyjdę na prostą. Ale nie odciąłem się od bezdomnych. Pomagam im. Jestem wolontariuszem. Dzielę się czym mogę, wpłacam co mogę, gotuję dla nich, wożę im potrzebne środki w miejsca, gdzie śpią i koczują. A są to miejsca nieludzkie. Doprowadzają mnie czasem do szewskiej pasji, ale ich rozumiem. Poznałem ich i wiem, że poza jedzeniem i ubraniem potrzebują pomocy duchowej. Może uda się stworzyć kiedyć taką. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest. Każdy powinien mieć dach nad głową, a jego utrata nie może być karą. Chętnie wysłałbym na taki turnus, jak mój, każdego kto pozostaje obojętny. Bezdomność miała rację, nie pozwala o sobie zapomnieć.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.