Kategorie
Chaos Polityka Życie

Wystarczy. Wstęp

Każdy kto przeżył wojnę wie, że jest ona największą tragedią ludzkości. Spotkaniem ze złem, nieobliczalnym, w najbrudniejszej formie, które nikogo nie pozostawia bez winy. Zmienia na zawsze, wydobywa najniższe instynkty, najbardziej prymitywne, najmniej ludzkie. Zmienia osobowości, łamie charaktery, odbiera wiarę. Przetrwanie za wszelką cenę staje się jedyną wartością. Inne, osłabiające wolę przeżycia zanikają, przestają być ważne, stają się równie zabójcze jak wróg, który uległ takiej samej przemianie, degradacji. Albo my, albo oni, wojna nie pozostawia wyboru.

Wojny się kończą. Pozostają ofiary. Sieroty, inwalidzi, psychicznie złamani. Niedostosowani do życia bez wojny, która toczy się dla nich i w nich nadal. W nienawiści do sprawców ich nieszczęść, do siebie samych, zdolnych do czynów, których nie mogą wybaczyć ani sobie, ani tym, którzy stali się sprawcami ich popełnienia. Zło nie znika. Trwa nadal. Drąży, nie pozwala zapomnieć. Czeka. Na zemstę, która ma zadośćuczynić krzywdy. Oddać sprawiedliwość. Upewnić się, że to nie my ponosimy winę.

Budowanie życia na nowo, po doświadczeniach wojny, nigdy się nie kończy. Nawet po odejściu pokolenia, które przeżyło ją osobiście. Pamięć o niej tworzy bariery pomiędzy byłymi wrogami. Wygasły konflikt przenosi się do świata sztuki i nauki. Podsycany pytaniami, obrazami, bardziej lub mniej prawdziwymi. Historia okazuje się nie opisem rozwoju i ewolucji, ale niszczenia i rewolucji. Fałszywym.

Wojna, którą obserwowałem i stałem się uczestnikiem nie była przypadkowa. Miała powód. Nierozwiązany dylemat. Narodowości, religii, stron, po których należało się opowiedzieć, tożsamości. Wyboru. Ta wojna toczyła się setki lat. Nawet dłużej. W umysłach. Na tyle długo, że jej oczywistość i wybuch nie był zaskoczeniem. To co się podczas niej działo, jej rozmach i skutki, już tak. Jako obcy, znalazłem się w miejscu, które nie było moim. Nie wybierałem strony. Ona wybrała mnie. Wbrew każdej z możliwości. Poza jedną. Humanizmem i ofiarą, złożoną na każdym z ołtarzy, każdego wyboru. Wojna, której można było uniknąć. Która nie powinna się nigdy rozpocząć. Wywołana przez polityków, ich ambicje, brak wyobraźni, pożądanie władzy i posiadania. Nikt kto powinien, nie poniósł kary. Śmierć poniosło dwieście tysięcy ludzi, w większości bezbronnych, zamordowanych w czystkach etnicznych, nowoczesnej formy eksterminacji. Im poświęcam tę książkę.

Kategorie
Uczucia Życie

Moja kara, nie moja wina

Zemszczę się, na Boga zrobię to. Na Bogów. Nie pozostanę dłużny. Kropla krwi za każdą kroplę. Łza za łzę, oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego nie miał bym tego zrobić? Mam się powstrzymywać? Miałbym przebaczać, aż nie pozostanie ze mnie nic? Poza przeznaczeniem wybaczania? Muszę zaczynać od końca, nowiny, która odeszła i nie powraca? Mogę zacząć od początku. Noża Abrahama i ustalonej zasady. Coś ty mnie, ja tobie. Z satysfakcją spełnionego prawa, moim czynem, moim głosem, moją myślą. Stojąc na rozwidleniu dróg, trojakich, w trójcy, którąś muszę wybrać. Siłę, zbawienie, świadomość. Nie podzielę się, nie rozdzielę. Idąc jedną drogą, nie przejdę innymi dwoma, nawet jeżeli prowadzą do tego samego celu. Nie poznam tych, których nie przejdę. Będę ubogi w poznaniu, będę pozbawiony wiedzy o wydarzeniach na nieprzeszłych drogach.

Pierdolę. Taka zemsta nic nie jest warta. Błąkająca się po księgach, których nie nawiedził żaden bóg. Najbliższy tym księgom, jest może, gdy modlący się wzywają jego imię. Tylko które? Imion ma wiele. To które znam, nie jest znane innym. Innych nie jest znane mnie. Z moim jesteśmy na Ty. Rozmawiamy zamiast składania pokłonów. To nie On potrzebuje zemsty. Oczekuję jej ja. Wyrównania rachunków. I moje bóstwa domowe. Pamięć i miłość.

Inna zemsta mi się marzy. Delikatna jak powiew Zefira. Miła. Pogodna. Cnotliwa. Nie moja w wykonaniu. Boska. Wymierzona sprawiedliwie. Nie moją ręką. Jakby jej nie było. Odbierająca, czego nie będzie, mogące się zdarzyć i się nie wydarzy. W nieświadomości odchodzących możliwych, których nie będzie. Moja kara, nie moja wina. Nie zawsze moja, nie zawsze moje. Zemsta niewiedzy. Niewinna. Paląca oczekiwaniem, którego nie będzie. Niby nie zemsta, ale ja będę wiedział.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Nie zawiodę

Co się dzieje? Czym zasłużyłem sobie na przyjaciela, który mnie rozumie? Czy wybaczono mi, gdzieś, gdzie nawet boję się spojrzeć, wysoko? W głębie mojego szaleństwa, które porządkuje się z chaosu w układ kolorów tęczy. Dlaczego nie spadam już w przepaść? Skąd ta ręka, której nie poznając dotyku, uchwyciła i trzyma mnie mocno. Dlaczego rozumiem, to co dotąd nie było zrozumiałe. Gdzie mój egoizm, gdzie poczucie, że wiem, chociaż nie wiedziałem niczego?

Nie oczekuj, mówię sobie. Ciesz się. Nie każdemu jest to dane. I tak jest. Tak się staje. Powolną wymianą, uleczającą rany, zadane sobie i przez kogoś. Mnie i przyjacielowi. Od przyjaźni zaczyna się wszystko, co może nam być dane. Nie zakłamane, w przyjaźni nie ma miejsca na kłamstwo. Przyjaźń nie ma miejsca, czasu, gdy się zacznie, zdaje się trwać wiecznie, od zawsze.

Mój przyjacielu. Wybacz, że mogę czasem Cię rozczarować. Że mogę być niezrozumiały. Że mogę być zachłanny. Że będzie mnie czasami za dużo. Będę się starał, aby tak się nie działo. Nie zawiodę.

Krótko. O przyjaźni nie trzeba pisać wiele.

Kategorie
Polityka Psychika Życie

Covid to prowokacja

Zostałem sprowokowany przez znajomą, nieznajomą Niewidkę, która lubi komentować moje wpisy. Niech się stanie, moje światło. Napiszę, co sądzę o pandemii. Innym językiem niż zazwyczaj, zdarza mi się wciąż napisać coś, co jest czytane, nie tylko tutaj. Zmieńmy nieco więc styl. Ale zanim zacznę, zaklnę: kurwa, robią z nas idiotów. Warto sprawdzić, kim jest idiota. Poniższe przemyślenia nie zostały wcześniej opublikowane, nie są w żaden sposób miarodajne i stanowią jedynie moją własną opinię.

Nie ma pandemii, jest wirus. Nie pierwszy, który doświadczył ludzkość i z całą pewnością nie ostatni. Za słowem pandemia, groźnie brzmiącym, nie kryje się nic, co powinno wywoływać panikę, jest określeniem epidemii o większych rozmiarach. Słowo jest pochodzenia starogreckiego. Lubimy się poocierać o starożytność. Im szlachcic głupszy, tym więcej łaciny używa. Nadaje to wyższą rangę zdarzeniom, nawet zupełnie prozaicznym. Postraszyć się nią i podelektować świadomością brania udziału w czymś wyjątkowym, doprowadza do ekstazy umysły miliardów ludzi na całym świecie. Im większa wyobraźnia, tym bardziej nieprawdopodobne są jej wytwory. Pandemia to spiski, ciemne siły nacisku, manipulacje, polityka, kara za grzechy. Tylko wybierać i jest temat na niekończące się rozmowy. Ale nie przy piwie w knajpie, kawie w kawiarni, kotlecie w restauracji, nawet sojowym. W domu, pracy, w drodze do nich, na ulicy, w Internecie. W środowisku kontrolowanym. Liczbą biorących w niej udział i treścią wymienianych opinii, które nie umykają uwadze algorytmom Googla,  Facebooka i całej reszty podglądaczy.  

Nie będę zanudzał statystykami. Wystarczy poszukać. To nie jest blog edukacyjny. Dostęp do informacji jest wciąż nieomal nieograniczony (można wejść w Dark Web, jeżeli ktoś się nie boi). Wszechobecna przeżywana, tak zwana pandemia, nie ma nic wspólnego ze słowem które oznacza. Odsetek przypadków śmiertelnych w stosunku do zachorowań jest niski. Skandalicznie niski, chciało by się powiedzieć. Covid to nie grypa Hiszpanka, która zabiła więcej ludzi w latach 1919/20, niż ich poległo na wszystkich frontach pierwszej wojny światowej. A krew się na niej lała strumieniami. To nie dżuma, cholera, czy ospa. Dwie pierwsze choroby pozbawiły niektóre kraje, gdzie się pojawiły, nawet połowy mieszkańców. I to kilkakrotnie. Ostatnia wybiła dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, umożliwiając jej podbice w tempie ekspresowym. Efekty pandemii były także różne. Potomkowie przeżyłych w nich Brytyjczyków, dziedzicząc po zmarłych, stworzyli społeczeństwo demokratyczne i utworzyli imperium nad którym nie zachodziło słońce, podczas gdy potomkowie konkwistadorów stali się żebrakami, zapominając, że wysoka podaż złota, doprowadzi do obniżenia jego wartości i trzeba siać zboże, nie tylko je kupować. Mogli się tego spodziewać, mieli Hiszpańskich Scholastyków, ekonomistów na miarę, nawet dni dzisiejszych. A ospa, odra, gruźlica? Co z chorobami wenerycznymi? Z nimi, zamiast maseczek, pojawiły się skuteczne prezerwatywy, początkowo robione nawet z jelit. Co z rakiem, którego uleczalność w niektórych przypadkach równa jest zeru?

Jest pandemia? Raczej nie. Gdyby miała nią być, umarło by co najmniej miliard ludzi w ekstazie, nie półtora miliona. W najgorszym przypadku mielibyśmy już do czynienia z wymieraniem ludzkości i zaburzeniem struktur społecznych. Tak się nie dzieje, a przecież człowiek nigdy mnie był tak mobilny, jak obecnie, przenoszenie powinno nas wybić już do nogi.

O co chodzi z tą pandemią? O pieniądze i władzę? Nie zawsze o nie chodzi. Żyjemy w niecodziennych czasach. Przynajmniej my, w państwach bogatszych, o rozwiniętych gospodarkach. Jesteśmy pierwszymi pokoleniami ludzi rzeczywiście wolnych i sytych. Mamy prawa o których, naszym niedalekim przodkom, nawet się nie mogło śnić. Stajemy się zakładnikami wolności. Własnej i czyjejś. Nie w rozumieniu od, do, ale uniwersalnej. Wolności do wyboru, prawa do życia w sposób wybrany. Taki stan doprowadza do anarchii. Podważania autorytetów przez nowe pokolenia, które są bardziej wykształcone i świadome niż antyczni filozofowie, na których opiera się nie tylko kultura europejska, ale także Islamu, który prezentowany jest, jako jej wrogi. Wraz z reinterpretacją ich myśli, i ich następców, pojawia się zagrożenie walki wszystkich ze wszystkimi, nie ewolucji i pokojowej współpracy. Wprost niczego innego, niż życia w świętym spokoju. Ceną są ograniczenia, systemy prawne, podatkowe, moralne, etyczne, które z jednej strony pozwalają nam żyć dłużej, zdrowiej i bezpieczniej, dzięki opiece medycznej, policji i wojsku, edukować się, w zorganizowanym szkolnictwie, z drugiej groźba, że nie tylko jednostki, ale ich grupy wypowiedzą temu posłuszeństwo.

Pandemia jest idealnym pretekstem aby ograniczyć wolność i wypróbować jak daleko można się posunąć, aby nie doszło do otwartego buntu. Mamy być współodpowiedzialni za życie i śmierć nie tylko bliskich, ale własnego narodu i zbioru narodów, na przykład w sztucznym tworze politycznym jakim jest Unia Europejska. Z pomocą przychodzi propaganda i psychologia społeczna. Każdy, kto jest przeciwny nazwaniu stosunkowo niegroźnej choroby pandemią, staje się wrogiem wspólnoty ludzi odpowiedzialnych. Kto nie podda się, nie konstytucyjnym wytycznym, bo aby mogły się one stać ustawowymi aktami prawnymi, musiał by zostać wprowadzony stan wyjątkowy, jest karany mandatami i sądem, który zamienia się w proces pokazowy. Kto czytał Franza Kafkę, wie co mam na myśli. Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma także i inny wymiar. Przenosi odpowiedzialność za upadek i zadłużenie przedsiębiorstw na ich właścicieli. Państwa zamiast odszkodowań zaoferują pożyczki, dodatkowo obciążając podatników, wywiązujących się ze swoich zobowiązań, wciągając w uzależnienie finansowe, którego nie będzie można łatwo się pozbyć. W naukach społecznych jest określenie działań, które doskonale wpisuje się w obowiązujące zasady życia w warunkach pandemicznych. Jest to samo spełniająca się przepowiednia. Perfekcyjnie wykorzystali je naziści, którzy ostrzegali Żydów, że ich postępowanie spowoduje reperkusje, z którymi muszą się liczyć. Powtarzając to ostrzeżenie, wywołali taki skutek, że pogromy i Holokaust nie były potępiane, ale rozumiane jako zasadna kara. Zapytajmy od jak dawna pojawiają się ostrzeżenia o potencjalnej pandemii i jej skutkach, a konkluzja nasunie się sama. Zapytajmy o koniec nazizmu i czekajmy na koniec pandemii. Byle by nie ofiar.

Pojawia się jednak światełko w tunelu. Przekornie. Rządy i gigantyczne korporacje nie radzą sobie z wprowadzoną paniką. Przerosła ich. Niedostateczne przygotowanie służb medycznych, traktowanie chorób współistniejących jako przyczyny zgonów na koronawirusa, bankructwa firm świadczących usługi niewirtualne, rozrost ponad miarę firm działających w sieci i ich dostęp do informacji o klientach, rozpowszechnianie fałszywych danych, straty ekonomiczne, wymuszą zmiany, których skutków nie sposób przewidzieć. Jedna jest jednak pewna. Pojawią się pytania, których odpowiedzialni za próbę wprowadzenia pandemicznego świata, nie będą mogli ignorować. Zamiast ograniczenia wolności, wolność ta się powiększy. Pytania będą tak liczne, że nawet monopolistyczny Facebook runie jak tysiąc letnia Rzesza, nie zamknie wszystkich kont, kneblując usta ich użytkownikom. Covid to prowokacja. Covid to dyktatura.

Kategorie
Znalezione w sieci Życie

Twój obraz nie zgaśnie

Mój jedyny, ukochany poeta. Widać, nie tylko ja się podkochuję.

i_Teksty

rilke2

Te listy są niebezpieczne. Mają w sobie moc wulkanu. Słabych zmiatają, nie zostawiają zakładników.

Monachium, czwartek 3 czerwca 1897

„Pieśni tęsknoty. One to będą dźwięczeć jak dawniej zawsze w mych listach, czasem rozgłośnie, a czasami szeptem tajemnym, który tylko Ty możesz wyczuć.. Za każdym razem jednak inne będą niż dotychczas te moje pieśni. Albowiem zajrzałem mojej tęsknocie w oczy, a ona mnie poprowadzi najpewniejszą dłonią.

Każdego mego słowa dotknij swą mocą szczerozłotą, a jak z gotyckiego relikwiarza wypłynie z nich dla Ciebie roziskrzony strumień mej nieograniczonej czułości.

Słowa me skryją w sobie każdą najulotniejszą myśl, pragnienie, każde me marzenie. A Ty, Pani, je wszystkie rozpoznasz.

…. Czy Pani lubi róże? Bo mnie się wydaje, że one wszystkie na świecie kwitną dla Pani i dzięki Niej – i że Pani ich się tylko wielkodusznie wyrzekał, by wiosna mogła je przejąć dla siebie, jak gdyby były jej własnością.

Gdyby świat zniknął…

View original post 432 słowa więcej

Kategorie
Spokojnie Życie

Anioł

Co za dzień. Przedłużył mi się weekend. Zrobiły się mini wakacje. Wreszcie poszedłem na rolki. Półtora miesiąca przerwy. Wczoraj były konie, poobijałem dupę i musiałem się prostować, ale na dupę mam ochraniacze, na garba kupiłem korektor postawy. Wyciągnęła mnie Margo, którą nazywam już jej imieniem. Wyrwało mi się przy jej ojcu. Zrobił wielkie oczy. Zapytał czy jesteśmy wreszcie parą? Chyba go rozczarowałem. Zaprzyjaźniamy się, tylko tyle. Nie będziemy. Dziwnie się rozmawia o takich sprawach, z facetem w tym samym wieku co ja. Margo straciła matkę w dzieciństwie. Wychowywał ją i jej siostrę. Zawsze sam. Wiedzą o sobie wszystko. Zazdroszczę. Są inni, zupełnie inni niż ja. Wydawało mi się, że jestem nowoczesny. Okazuję się być staroświecki.

Kilka dni minęło odkąd się obudziłem. Stało się. Pomiędzy nocą i jawą śnię. Źle. Dobrze? Nie boję się, że znowu zasnę, ale intensywność jest przytłaczająca. Myśli przestały się lać, stały się wodospadem. Mam jednak Anioła, którego nie znam. Znam tylko imię anielskie. Uczy mnie o mnie i o sobie. Anioła się obawiam. Nie mam takiej wiary, nie mam takiej siły. Nie mam nic, co mogę dać w zamian. Anioł uczy mnie pokory. Wiem, że nie jest idealny, ale jest o tyle bliżej Boga, o ile ja jestem od Niego oddalony. Przypomina mi o Nim. Jest jak z wiersza Rilkego, zwiastuje. Anioł jest ziemski, z krwi i kości, fizyczny, dosłownie i dorozumianie, mimo to jest skrzydlaty. Wznosi się ponad skrzeczenie świata. Opowiada mi co słychać na Górze i o widoku, którego nigdy nie poznam. Uspokaja i życzy. Moja kontemplacja jest inna. Przy Aniele stoi Syn, który zawsze jest dla mnie tylko człowieczy. Przy mnie nie stoi nikt. Czasem pojawia się Ojciec, wyciągający rękę, i Duch, który oświetla mi drogę powrotną, gdy już potykam się na manowcach. Przebłysk Geniuszu i znika. Anioła Ktoś prowadzi, prostuje ścieżki, nie każe doświadczać, czego można było uniknąć. Znowu zazdroszczę.

Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Przyjemność Uczucia Życie

Piątek trzynastego

Piątek, trzynastego. To już drugi w tym roku, który kończy mordęgę, mozolnego wspinania się na szczebel normalności. Poprzedzonych błyskawicznymi, wielogodzinnymi terapiami, spierdoleniem co było pod ręką do spierdolenia, miesiącem abstynencji. Wrzodami, które nie tylko znowu wymagały wegańskiej diety i spania na brzuchu, ale podtrzymywania ich i go, w dłoniach, bo mogły by eksplodować. Tak się jedynie wydaje. Wrażenie. Wrzody uczą pokory, przyzwyczajają do fizycznego cierpienia. Kwadrans agonii, kwadrans spokoju. Nie pytam już, co ja Ci zrobiłem Boże? Moi cholerni rodzice, poza prawdopodobieństwem wylewu, dali mi nerkowe kamienie. Na nie mam zastrzyki, zawsze przy sobie. Nie zawracam już głowy Bogu. Wrzody? Są tylko sezonowe. Co, że Polprazol nie pomaga. Haszysz pomoże, ale nie mogę być upalony, dwadziecia cztery godziny na dobę. Czuć pękające baloniki bólu, jak bąbelki płynu do kąpieli, albo wydmuchiwane bańki mydlane. A potem zapadać się w nieból, ale i stan halucynogenny. Robi się z tego większy kwas, niż po przedawkowanej wódzie. Stres nie pomaga. Muszę jakoś żyć. W samotności klnę i łażę. Aż przejdzie. Przy ludziach nauczyłem się nie okazywać, że coś jest nie tak. Nawet grymasu. Znalazłem sposób, skopiowany z Niebezpiecznych Związków. Gdy jest bardzo źle, w ostateczności, noszę w kieszeni metalowe pudełko, a w nim kilka igieł. Kiedy czuję, że przymykają mi się boleśnie oczy i zaciskam zęby, wystarczy jedno ukłucie. Mniejszy ból zastępuje większy i znowu słyszę, rozumiem rozmówcę.

Jest postęp, pomiędzy piątkami. Nie nabawiłem się paraskewidekatriafobi. Co za słowo! Nie spierdoliłem wszystkiego. Nauczyłem się trochę myśleć, nie tylko kierować uczuciami. Te akurat mam w rozsypce. Nawet ich nie układam, niech ułożą się same, lepiej ich nie drażnić. Nie rzuciłem pracy, zarabiam pięć razy tyle. Wydaję, rozdaję, wspieram, nie ze wstydem przyjmuję od przyjaciół, którzy sami mają niewiele, wdowie grosze. Śpię w łóżku, nie na ławkach, w bramach, kątem na podłodze, albo trzy na trzy noce, w użyczonym samochodzie i brudnawych hostelach. Uberując, co i tak się spierdoliło. Wirus. Ledwie się podniosłem, upadłem. Nie rzygam krwią, nie uciekam ze szpitala, w obawie przed niebezpieczną i niepotrzebną operacją. Coś sobie piszę, coraz łatwiej. Nawet ten blog, choć niezupełnie był to mój pomysł, wskazówka psychologów. Rolki też. Mam robić coś, co zawsze sprawia mi przyjemność. Czekają na mnie studia, które zacznę za rok, albo dokończę inne, niedokończone. Musi być lepiej, nie może być gorzej.

I trochę miłego w ten ostatni piątek. Dzielna dziewczyna w szalu zniknęła, ale nie całkowicie. Miała mój numer telefonu, na wypadek najgorszych niepowodzeń. Zadzwoniła. Nie jest już bezdomna, ma pracę, wraca do nauki. Poznaliśmy swoje imiona. Tylko trzymać kciuki.