Kategorie
Śmierć Życie

Anna Frank

http://chomikuj.pl/lauramalczewska/Ksic485c5bcki/F/Frank+Anne/Anne+Frank-+Dziennik,6935247950.zip(archive)

Przeczytałem. Pamiętnik. Napisany przez dziecko. Tylko to po nim pozostało. Nigdy nie dorosłe. Nie mogłem wcześniej. Miałem opory. I słusznie. Nie czytałem nigdy takiej książki. Poniżającej gatunek ludzki. Odbierającej mu niewinność. Resztki. Sypiam mało, po niej nie zmrużyłem oka.

Odkąd historia stała się moim chlebem, bez którego trudno mi przeżyć nawet jeden dzień, próbuję zrozumieć co mogło wstąpić w naszych, nie znowu dalekich przodków. Co wstępuje w moje pokolenia, pokrętnie dochodzace do prawa, posiadania podobnych racji. Wczoraj narodowcy, tylko z nazwy, podpalili mieszkanie, kogoś, kto wywiesił, na swoim balkonie, flagę wolności przekonań. Na Marszu Niepodległości. To już NSDAP, czy jeszce Falanga? Dziwnie się to pisze, był czas, gdy brałem faszyzm za wzór. Nie nazizm.

Rozumiem nacjonalizm, patriotyzm, wiosny, lata, ludów. Nie pojmuję wyższości, ras panów, bestialstwa, przemocy, uznanych i hołubionych przez Państwa, jakby to były zalety, cnoty. Arendt, Heidegger, Bullock i inni, których nie interesowało dlaczego, ale jak? Wszystko względne. Zbuntował się rozum, czytanie stało się zbędne, widok zdjęć, ze stosami zagłodzonych martwych, nieodróżnialnych ciał nieznośne. Jak długo można patrzeć na mękę, z pozycji widza, który jej nie przeżyje. Niezupełnie. Moje krótkie doświadczenie wojny i zbrodni, prawie w sąsiedztwie, nie pomogły mi wcale niczego zrozumieć. Obrzydziły mi ludzi i zmieniło w kłębek nerwów, które od czasu do czasu odmawiają posłuszeństwa. Nie da się intelektualnie przyjąć prawa do zabijania bliźniego, morderstwa, nie da się emocjonalnie uznać tego za zwyczajne. Widziałem obozy serbskie, podobno jenieckie, pełne poruszjących się wolno szkieletów. Wiem co było w pudełkach bośniackich ochotników.

Wczoraj coś jednak zrozumiałem. Dziecko mi o tym napisało, siedemdziesiąt lat temu. Nie wolno nikomu dać władzy nad życiem, odbierze je, bo może. Życie przestanie być dobrem najwyższym, stanie się towarem, który można w dowolny sposób mierzyć, ważyć, użyć. Wie o tym kat, wie o tym ofiara, dowiedziałem się i ja. Mam ciężkie serce, wszystko mnie dzisiaj boli, nic nie smakuje. Nie mogę jeść, chyba ze wstydu, że mogę. Mam szczęście, urodziłem się w spokojniejszych czasach, ale to co się stało raz, powtarza się ponownie, w innej formie, nie mniej straszliwej. Mam dzieci, może jeszcze będę miał. Wiem, że nie pomoże modlitwa. Cały drżę. Proszę bogów, aby nie napisały takiego pamiętnika, abym ja nie musiał go wydawać.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.

Kategorie
Życie

W miejscu

Co się zmieniło? Nie powstrzymywałem narastającej wściekłości, gotującej się do wybuchu, jak wulkan. Powstrzymała się sama. Czekałem na erupcję przekleństw, zaciskanie zębów i pięści. Na oczy ledwie widoczne w zmrużeniu, dudniące serce i pochylenie w przód, do ataku. Na coraz lepszą dykcję, napiętą przeponę i mięśnie ciała. Intonację słów i szał rozpędzający się jak lawina. Amok, w którym nakłada się na moją, szatańska twarz. Brakuje tylko zapachu siarki i piekielnego ognia. Rzadko się tak dzieje, muszę mieć naprawdę ważny powód. Zaskoczyłem samego siebie. Zamiast wściekłości poczułem głęboki oddech, usłyszałem spokojną, rozsądną rozmowę. Potem moje ciało zeszło po schodach, dłonie skręciły i włożyły w usta papierosa, płuca wciągnęły dym. Dogoniłem się dopiero po dłuższej chwili.

Stałem paląc, patrzyłem w jesienny deszcz. Nie byłem spokojny, byłem zdenerwowany, było mi przykro. Zdziwiłem się, że nie przeszkadzał mi nawet polski, chamski rap, dobiegający z czyjegoś telefonu. Powoli wróciłem do hotelowego pokoju, spojrzałem w niespokojne oczy mojego imiennika, który pierwszy raz, niestety samolubnie mnie zawiódł. Wcześniej wybaczyłem mu ździerstwo, za wożenie do pracy. Chciał się tłumaczyć. Tłumaczył. Milczałem. Wyglądał jak zbity pies, choć zawsze gra cwaniaka. Bokserski, czerstwy typ. Podpity. Zrobiłem herbatę, nie sięgnąłem po piwo. Usiadłem na łóżku i wreszcie mu odpowiedziałem, że rozumiem, że znam go na tyle, że wiem, że nie mógł inaczej, że wszystko się ułoży. Nawet się uśmiechnąłem. Uspokojony wyszedł.

Niedługo potem przyszedł kolega, z naszej czteroosobowej grupy, teraz współpracowników, dotąd współlokatorów, odkąd przyjechałem do Belgii. Przypadkowo podsłuchał, jak mój imiennik dzwonił do żony i mówił jej, że nikt go nie lubi, bo może zarobić więcej. To było w planie, ale nie to, że organizując nam lepszą pracę, nic na tym nie zyskam.  Poczułem żal. Nie musiałem tego wiedzieć. Od dzisiaj nie będzie tak samo. Skończy się cwaniakowanie, które mnie rozbawiało, pojawi się sprawdzanie kątem oka, czy wyczuwam fałsz. To będzie żałosne.

Czuję, że gdybym go miał, spakował bym się i wrócił do domu. Nie mam gdzie. Nie mogę. Nic nie mogę. Znowu się dałem wydymać. Opadły mi ręce. Kiedy ja się wreszcie czegoś nauczę? Niewesoła konstatacja. Tylko psuję i tracę. Stoję w miejscu. Sam. Nawet nie umiem się już porządnie wściec.

PS

Umiem. Nie chcę.

Kategorie
Bez kategorii nieznane Życie

Jaskinia niedomówień

Cieszę się, że zdołałem uciec. Nauczyć się, choć w stopniu niezaawansowanym, dokonywać własnych wyborów. Daleko mi jeszcze do biegłości. Pierwsze egzaminy zdałem. Niektóre ledwie, inne celująco. Muszę się jeszcze podciągnąć. Za dwa miesiące minie rok stażu, samotnika z wyboru. Choć kusiło i nadal kusi, przerwać to zadane sobie zadanie. Nie jest łatwo. Unikać, przewidywać konsekwencje, nie wyciągać ręki, odpychać, gdy za daleko i za szybko się gdzieś zaszło, albo zbyt głęboko spojrzało w oczy. Toksycznie lub grzecznie. Lizać rany, zadane na własne życzenie, pogodzić się, że nie jest się niepokonanym Tytanem, równie bezsilnym jak każdy. Ognia nie przyniosę. Mogę tylko powiew, cieplejszej nadziei. Częściej jest mi lepiej niż źle.

Dokładnie rok temu, o tej godzinie, siedziałem w ławce kościoła, nie poszedłem tam się modlić. Poszedłem siedzieć. Po chemii wlanej do żył. Ledwie doszedłem, przez plac Sikorskego, do Kapucynów. Odpoczywałem, przede mną było dwanaście godzin pracy, za rogiem i litr alkoholu, podzielonego na dziesięć małych buteleczek, trzy paczki gum miętowych, kupowanych w kilku pobliskich sklepach, żeby rozłożył się, nie wstydliwy fakt, mojej terapii stresu. Milczałem o kolejnym zagrożeniu. Nie chciałem litości i wsparcia ze strony kogoś, kto nigdy nie wiedział jak mnie wesprzeć. A miało być inaczej. Udało się, nic się nie stało. Goję się szybko, zdrowieję jeszcze szybciej. Teraz uczę się dbać o siebie.

Gdyby nie Ta, o której pisałem, nic by się nie zaczęło. Tej nie ma, ale trudno mi było niedawno słuchać, że nie była dla innych taką, jak dla mnie. Nie ośmielam się nigdy źle mówić o czyichś Przeszłych. Może Ta pokazała tylko mnie, jaka jest naprawdę? Nie chciałem i nie mogłem jej bronić. Odepchnąłem ją, dla racji, które nie miały znaczenia, godziny później. Gdyby nie Ta, nie wpadłbym w psychiczną dziurę, z której musiałem się wygrzebać. Z pomocą innych, którzy dynamicznie odprowadzili mnie daleko od jej brzegu, przy którym stałem przez pół życia. Wciąż dochodzą z niej nawoływania, jednak nie wracam. Mam tylko nawyk powrotu. Ta wiedziała, że muszę zmierzyć się ze sobą. Inną także odepchnąłem, dla racji, które nigdy nie miały znaczenia. Obie mnie nie poznały. Nikt dotąd. Ledwie cień mnie, rzucany na ściany jaskini niedomówień.

Czekam, na to, co zdarzy się w przyszłości. Nie oczekuję, tylko czekam. Aż z cienia wyjdę, za światłem.

Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Westa mi kazała

Poniedziałek. Jeden pijany, drugi upalony, trzeci chory, czwarty zastraszony. Wszyscy w cztery dupy. Na swój wyjątkowy sposób, nieobecni. Błyszczy telewizor. Satelitarnie. Wymęczam dialogi, które poprawię, mam na to niezliczoną ilość dni. Nie wiem ile ich mam, więc stają się niepoliczalne, i dialogi i dni na ich poprawianie. Ryczy mi w słuchawkach, tanich, ale dynamicznych, Slipknot. Z reklamami w języku, którego nie poznałem jeszcze. Poznaję. Lekcje. On-line. Flamandzki. Muszę klikać i czekać, 5, 4, 3, 2, już. Powraca muzyka. Cały świat zdaje się być zdalnie sterowany. Nie wiem co to jest? Doczekałem się totalitaryzmu, stadnego, w ramach wyznaczonych przez chorobę, która zabija tylko osłabionych, silnych zamienia w poczucie winy. Nie rób nic, czego mógłbyś żałować, nawet twój wydech może odebrać komuś oddech. Nie było tego dotąd w historii, którą jak dostrzegam, znam bardzo pobieżnie. Niezupełnie. Znam ją całkiem dobrze. Nie w pełni. Nikt nie ma pełni wiedzy, w żadnej dziedzinie. Tyle wiem. A wiem, każde ograniczenie niszczy kultury i postęp. Bądź odpowiedzialny, to nic innego, niż nie wolno ci. Nie pozwolimy na wolno. My, jacyś, znani kiedyś, świat był niewielki, w kolebkach. Tacyś, w ogromie świata, nie od świtu do zmroku, ale od wschodu do zachodu, nakazujemy, wymagamy, karzemy, nieznani. Mamy prawo. Przez ciebie nam nadane. Nie przypominam sobie? Nie? To zapytaj tych z boku. Kogo? Cieni własnych siebie? I ty niedługo będziesz cieniem. Mamy metody. Mandaty, sądy, edukacyjne więzienia, ciała i duszy. Kontrolę, którą samemu sobie wybrałeś, wędzidła, których nie powstydzi się, zbrodnia i kara inkwizycji. Cienie same pozbawią cię cielistości. Są nauczone bycia cieniami, nie własnymi, są nami, czekającymi w każdej szarości i w blasku światła. To już Franz Kafka?

Zapominacie kurwa, że ja was znam. Ilu was tam jest, udawanych bogów? Nie bogami jesteście. Szarpaniną własnych ambicji i zazdrości. W mściwym wyścigu. Zabrać, osaczyć, pozbawić, zmusić. Bogowie nie kierują się logiką, są dawcami. Wyboru. Nawet mój niedoskonały Bóg. Cieni, które chcecie mu odebrać, jak mnie. Nie może być bogiem, cokolwiek, co nie uniosło się ponad podrzędność, nad siebie, by stać się kimś, nadrzędnym. Pierdolone po renesansowe, po antyczne, nowoczesne teraz. Tarcze hoplitów, zwarte. Z napisem nakazującymi podległość. Astynomia stojąca naprzeciw idiotów, wykonującymi rozkazy idiotes. Usiąść, zapłakać i odejść. A właśnie nie! Wstać, zapierdolić i wygonić? Westa mi kazała. Pisać to i śnić. Nie żartuję. Stała nade mną. Wysoka dama. A może jednak to była tylko moja wyobraźnia? A może to tylko uktyty, ze mnie, nas, żart?

Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność

Najdzie mnie

Poczułem cię dzisiaj. Nad wodą. Sól i morze. Ziemia pozwoliła mi stać. W miarę prosto. Przypominałem sobie perfumy. Ktoś musiał używać podobnych. Wiało, w moją stronę. Przypomniałem sobie, ciebie. Szelest traw, ciało, długość nóg. I podobieństwo. Dłoni, uszu. I zawód. Ten, którego nie zapomnę. I moje wyjście szybkie, z brzydkiego dziesięciopiętrowca. I stania w sklepie, za szybą, w kącie, gdy patrzyłem, jak wybiegłaś. Chciałem podejść. Nie wyszedłem. Czekałem. Bardzo długo. Nie mogłem na ciebie patrzeć. Julio. Nawet, gdy jeszcze przychodziłaś, nie wiedziałem, po co. Nie wiem do dziś. Ja silny? Ty słaba? A gdy mnie brakowało siły? Czym miałem ją zastąpić. Twoją słabością? Po tobie nic nie miało być takie samo. Było. W odmianach. Innych. Wiesz czego mi brakuje? Śmiechu. Po tobie tylko pamiętam śmiech. I współczucie, gdy też stałem, na schodach. Free Pub i całkowite upalenie z głupkiem. Mieliście głowy na barze. To była pierwsza po południu. Musieliście tak siedzieć, od poprzedniego dnia. Żaden z niego artysta, żadna z ciebie. Idealne małżeństwo, idealnie żadne. Dużo zdrad i zamętu. Dlatego nie odbierałem przez te lata telefonu. Ze mną nie mogłabyś zdradzić jego. Jak nie zdradziłaś z nim mnie. Ale wiesz? Splunąłem przy drzwiach. Na Sławkowskiej. Trzykrotnie. Jak rozrzucam wodę święconą. Za wczoraj. Dzisiaj. I niech będzie, co ma być. Za drzwiami kościołów. Po mszach, gdy zanurzę rękę. Dla dusz czyśćcowych.

Droga, nie z Kapulettich. Dobrze wiesz, że Julii było dużo, w moim łóżku, bramach, gdzie można i się chce. Było. Ten czas się skończył. Nie jest mi wstyd, nie musi. Byłem taki i nie. Robiłem dobrze, robiłem źle. Teraz wybieram dobrze i nie. Z niczyjego powodu. Ale pamiętam. Nauczyłem się kochać. Już nie ciebie. Kiedyś znów pokocham. Jak pierwszy raz. I niech to będzie najpierwszy. Najdzie mnie. Bardzo bym chciał.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Niech pot wypływa na czoła innych

Męczyli się ze mną znowu. Pięć dni. Nie poszedłem do roboty. Mieliśmy sesje komputerowe. Tylko tak mogliśmy je mieć. Po sześć godzin. Trzydzieści. Od poniedziałku do dzisiaj. Wystarczy. Wymęczyli mnie i ja zmęczyłem ich. Czytanie, które przychodzi mi łatwo, nie oznacza przyswojenia wiedzy. Nocą? Nie śpię. Nie dociera. Brak snu nie jest tym samym, co stan skupienia. Dzisiaj było o osobowości z pogranicza. Wczoraj o psychozach i o paranoi. We środę o przytępieniu uczuciowym, depresji. We wtorek były testy. Nie wiem o co w nich chodzi. Pan nas zaskakuje. Czym? Że pan się nie kwalifikuje. Do czego? Do niczego. Kurwa. Macie mnie leczyć! Uleczcie mnie! Robicie mi już to pół roku! W poniedziałek przejebałem ponad trzy tysiące stron. Po nic. Zadanych. Chyba nie wierzyli, że przeczytam. Pamiętałem, nie rozumiałem. Ale się nauczyłem, jak z marchewki, majeranku, śmietany, ziemniaków i soli, zrobić smak kokosowy. Działa. S’il vous plait. Voila. Bez głupich liter. Nie moich. Podobny. Jak w zupie fasolowej, którą gotowałem podczas sesji z geniuszami psychologi. No sorry, z szacunkiem. Nie da się ciągle czytać kilometrów bzdur. Miałem ucieczki, kulinarne. Mogę mieć każdą psychozę, każdy stres, każde gówniane coś i nic. O jakiejkolwiek nazwie. Poddaję się. Zamknijcie mnie. Albo powiedźcie, że nic mi nie jest. Poza marnoczasem. Takie nowiutkie słówko. Jak z wachlarza naukowego, wybranych kart z tali, rzuconych na bakaratowy stół. Nie dziewięć? A toż! Mój stół. Mojej psychiki.

Nic mi nie jest. Fakt pocieszający. Dziwny. Czyli muszę się pogodzić, że nie jestem moralnie stabilny. Niemoralny. To nie stres pourazowy? Mogę się pomodlić. Podejść do konfesjonału. Wybacz proszę Boże. Puk, puk. Idź w pokoju. Położysz się kiedyś na wieki. Tam za śmiercią, pewnie nic nie ma. Ale czekaj chłopie. A Newton? A Voltaire! Po co się starasz? Po co dręczysz? Siądź i popuszczaj pasa. Saksońskim sposobem. Olej wszystko. Olej panie bracie. Ojej. I jest już dobrze? Dobrze? Czemu nie? Skoro tak łatwo.

Nic co jest łatwe, nie jest warte zabiegów. Nawet utracone, popsute, zabronione. Warto się starać, choćby dla siebie. Własnego starania. Dobrego zdania o sobie. Resztek zdania. Nadziei, która nie umiera wcale ostatnia. Nie umiera wcale. Prowadzi jak Vela. Gamma Velorum. Pokolenia. Do Aten. Do przejrzystych wód. Do Sowy. Promachos, dziewiczej. Umrę lub zginę przynajmniej z tarczą. Jest wile miejsc. Poturczyniec poczuje się tak jak w domu. Przecież i Illion to turecka wieś. I też tam leży trojański koń. Mnie podobny. Zdradliwy. Jad. Nie szlachetny, mimo to bojowy. Zostawię ten elektryczny żart innym. Nie zostawię. Minerwa mnie zrozumie.

I nie ma co popłakiwać. Nie ma co wspominać. Wypchnę to, na bok, z boku, w bok. Skośnie. Emotywistycznie. Wypluję. Oddam potem i siłami, których mi nie brakuje, ale nie chcę się nimi dzielić. Niech pot wypływa na czoła innych. Zetrę. Niech siły uchodzą. Podeprę. Niech się spocą skurwysyny. Gdyby mnie znali z kiedyś, pociliby się na mrozie. Teraz? Mam to w dupie. Niech im będzie wygodnie. Nawet ze mną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Dosyć

Nie lubię moich wad. Najbardziej tych, które dotąd ułatwiały mi życie. Bezpośredniej gadki o niczym, bawienia się słuchaniem o ludzkim losie, stronniczości, że wiem lepiej. Łatwości kontaktu, patrzenia, jakbym patrzył, a tylko się przyglądam. Szacunku, którego nie mam, ani dla siebie, ani dla nikogo. Lekka przesada. Wykorzystywania, jakbym pił ze źródła czyjegoś czasu. Analizy, która tylko zabiera. Niewiele daje w zamian. Zmagam się z nimi. Tacy jak ja, nie przymierzając, powinni być drapieżnikami. I aż za dobrze wiem, że dokładnie są tacy. Prawie identyczni. Jednak nie ja.

W czym problem? Nie w stresach, na które wystawiam się, wiedząc, że mi nie wolno. Nie w tym, że mimo katolem będąc, nie wierzę w kościół, watykańskie opowieści, że bez posiadania, nie będzie się czym dzielić. Nie w niechęci, do lewicy i prawicy, która zawsze, mając okazję, chce kontrolować i zabija, dosłownie lub intelektualnie. Rząd dusz. Jak liberalizm, pozostawiający człowieka samemu sobie. Kartka. Śmieć. Zmięta kartka. Nie w pretensjach do buddyzmu, że pozbawia poczucia osobowości, islamu, że każe kłaniać się, nie odkłaniając, hinduizmu za klasy, ludzi i podludzi. Jakbyśmy inaczej się rodzili i umierali.

Problem nie jest problemem wcale. Muszę zgodzić się na podziały. Które rozumiem, drapieżnymi cechami. Wspólnymi, naturalnymi, wyuczonymi, w zgodzie uznanymi. Od tysięcy lat. Nie podoba mi się to, nie lubię. Moich i wspólnych wad. Ale nie muszę ich współwyznawać.

Co takiego się zdarzyło? Że przestaliśmy być ludzcy, a staliśmy się ludzkością? Dlaczego nie człowiek? Dlaczego intelekt? Wyrachowanie, spryt i albo ja, albo ty. Działanie razem, lecz tylko gdy mnie to coś da, ty musisz zadowolić się razem. W mroku, nacisku i poddaniu się. Podziałom. Bezmyślny zabójca, nasycony, pozostawia ścierwo, padlinożercom. Zabójca robi dobrze, najadł się, dał najeść się żercom padliny. I to tłumaczenie? Tak skonstruowany jest świat! Ciesz się. Z czego mam się kurwa cieszyć? Też tak mogę. To nie jest jakiś dar. Nie talent. To obłęd.

Straszne to jest. Lepiej mi ma mojej wyspie. Przeklętej. Gdzie moje demony tylko czasami ściągają maski. Mnie odbierając. Nie innym. Dosyć…

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).