Kategorie
Psychika Toksycznym

Alkoholik

Mój ojciec był alkoholikiem. Wysokofunkcjonującym, jak dobrze naoliwiony zegarek. Czas na pracę, czas na wódę. Napić się, wytrzeźwieć, prowadzić samochód, napić się, zjeść, napić się, wziąć prysznic, zasnąć, obudzić się, napić. Wszyscy wiedzieli, że pije, ale ile i jak, prawie nikt, nawet ja przez wiele lat. Piłby tak pewnie do dzisiaj, ale pewnego dnia, w samotności zdarzył mu się wylew. Był twardy, przeleżał pięć dni przy drzwiach do mieszkania, których nie zdążył otworzyć. Kiedy je wyważono wciąż żył, cały w gównie. Myłem mu z tego ręce. Gdyby nie błędy lekarzy, mało brakowało, mógłby żyć nadal.

I ja zapowiadałem się na alkoholika. Byłem przekonany, że nim się stałem. Wypijałem dziennie nawet litr kolorowej wódki, grejpfrutowej. Nie śmierdziałem nią, żułem miętową gumę. W precyzyjnie odliczonym czasie otwierałem kolejną setkę i łyk, łyk, na dwa razy. Jeżeli wypiłem mniej, mogłem sobie pozwolić na kilka piw po pracy. Bo piłem dużo tylko w pracy. W dni wolne nie piłem prawie wcale, nie piłem opiekując się dzieckiem, nie piłem dla relaksu.

Zdarzało mi się jednak przesadzić. Pewnego dnia postanowiłem popełnić samobójstwo. Prawie tego nie pamiętam. Wiem, że sam zadzwoniłem na pogotowie, pozwoliłem się zamknąć w szpitalnej izbie wytrzeźwień. Rano zostałem dokładnie zbadany, przyszedł psycholog i lekarz, przesłuchali mnie i pozwolili wyjść. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, kupiłem alkohol i miętówki. Pojechałem do psychiatry. Rozwiązałem testy, opowiedziałem o dramatycznym przeżyciu i czekałem na wyrok, którego się spodziewałem. Psychiatra, o wyglądzie świra, nie orzekł jednak alkoholizmu ani choroby psychicznej. Prawie wyrzucił mnie z gabinetu mówiąc, że Kraków pełny jest pijących, nie każdy jest alkoholikiem, bo tak jest wygodnie i to dotyczy także mnie. Mogę się zapić, bo traktuję picie jak lekarstwo. Mogę się zabić, ale tylko w stanie zamroczenia. Mam się nauczyć pić, albo nie pić wcale. Padła kurwa, idź już pan stąd, weź się pan w garść, poszukaj księdza albo psychologa i im zawracaj pan głowę. To poszedłem, znowu do sklepu, znowu po wódeczkę, po gumę i znalazłem się w ośrodku interwencji kryzysowej. Zasiadłem z psycholożką, znowu opowiedziałem o poprzedniej nocy, nawet się popłakałem. Umówiliśmy się na terapię. Z księdzem się nie spotkałem. Usiadłem na ławce, zadzwoniłem do AA i dowiedziałem się, że oni nie pomagają w kontrolowaniu picia, pomagają przestać. Jeżeli tego chcę, to mnie zapraszają. Nie, dziękuję. Potem przeszedłem wszerz i wzdłuż całe miasto, wypijając jeszcze więcej. Nigdy w życiu tyle nie wypiłem. Pozwoliłem sobie na pijacką szczerość, wysyłając wiadomości, tracąc w ten sposób szczerego przyjaciela, do domu już nie wszedłem. Był to ostatni dzień mojego alkoholizmu.

Spotkałem się kilka razy z panią psycholog. Dobrze, że nie uzależniłem się od niej. Bardziej niż na kacu, trzęsły mi się ręce, kiedy jej płaciłem za sesję. Picie jest zdecydowanie bardziej ekonomiczne. Odwiedziłem neurologa, znajomą buddystkę, która tym razem, na poważnie, poinstruowała mnie jak medytować, zbadałem wątrobę i wszystkie narządy, które mogłem uszkodzić. Mam żelazne zdrowie. Mam szczęście. Wysłuchałem kolegi, który jako alkocholik chciał mnie przekonać, że i ja nim jestem. Był nie do poznania, z wesołego imprezowicza stał się kaznodzieją. Nie lubię takich ludzi, nie ufam im. Nie przekonał mnie. Przeczytałem górę książek na wiadomy temat, poszerzając go o filozofię i logikę. Przygotowałem się do innego picia, kiedy chcę, nie kiedy muszę, bo dopada mnie stres. I działa. Teraz zająłem się paleniem. Też działa, ale oporniej. Nie zmuszam się. W głowie siedzi mi jednak jedno krótkie zdanie, które usłyszałem od kogoś bardzo dla mnie ważnego, gdy przyznałem się, że za dużo piję: to nie pij. To nie piję.

Kategorie
Rodzina Życie

Aktor

Nie umiałem nim zostać i do dzisiaj trochę tego żałuję. Mając dziewiętnaście lat zdałem egzamin do szkoły teatralnej. Prawie, bo nie pojawiłem się na jego trzeciej części, pisemnej. Chcąc być absolutnie szczery, to musiałem o to poprosić. Etapy praktyczne przeszedłem nadspodziewanie dobrze. Pierwszy wręcz mnie uskrzydlił. Opijałem już studia ze znajomymi w aktorskim akademiku, dla których było oczywiste, że spotkamy się jesienią w szkole. Przed drugim pojawiły się wątpliwości. Miałem już żonę, którą poślubiłem zresztą przed maturą, ku zgrozie nauczycieli. Była w ciąży, jeszcze bardziej zagubiona niż ja, chciałem jej pomóc. Znałem zaborczość mojej rodziny i brak akceptacji jej, dla nas jako małżeństwa. Wiedziałem, że przez następne cztery lata będę rzadkim gościem w domu, potem nie będzie inaczej, a chciałem być ojcem mojego dziecka na co dzień. Bez przekonania stanąłem przed tłumną komisją. Pokazałem zęby, sprawdzali zgryz, pazur talentu już mniej. Jednak znalazłem się w liczbie czternastu, czy szesnastu, dla których było miejsce na wydziale.

Popełniłem błąd, szybko do tego doszedłem. Rok później chciałem to naprawić. Niestety, tym razem usłyszałem, że miałem miejsce rok wcześniej, w tym nie zrobiłem postępów i pa. Pojechałem jeszcze do Warszawy, tam Krakusów nie lubią, efekt był do przewidzenia i zdałem egzamin do szkoły prywatnej, ale to nie było PWST, tylko namiastka (akurat okazała się niezła, znowu się pomyliłem). Musiałem się zmierzyć z zawodem, który sprawiłem zaprzyjaźnionej aktorce, która mnie przygotowywała do egzaminu. Jej pytanie, coś ty zrobił, jak to się nie dostałeś, słyszę jak wyrzut sumienia. Jednak zadowolenie kilku osób było mało przyjemne, w tym ojca, który z jakimś sadyzmem powtarzał, że i tak się nie nadawałem, czas zająć się czymś innym, bo i tak już przejebałem życie. Musiało minąć ładnych kilka lat abym zdał sobie sprawę z własnego talentu. Poparty pracą, której smak już znałem, mógł ze mnie zrobić artystę. Pewnie byłbym unikalny. Jeżeli przeczyta to aktor i poczuje się urażony, to nie mogę przeprosić. Większość aktorów to ukryci debile. Słuchanie wywodów niektórych z nich wywołuje u mnie niesmak. Może nie wiedzą, że poza zdolnością do odczuwania i wczucia się w rolę (także, gdy zabiera się głos publicznie, na tak zwane ważne tematy), trzeba by ją zrozumieć, warsztat to za mało.

Kocham teatr. Mieszkając przez długi czas w Londynie wydałem majątek na bilety. Oglądałem na scenach aktorów ogromnych w swoim zawodzie. Jeżeli gdziekolwiek, to tam przeżywałem katharsis. Wbijali w fotel. Podobnie jak scenografia, muzyka, nawet zapach. Angielskie teatry nie pachną kurzem i perfumami starszych pań, jak nasze (mam skojarzenia z zapachem kościołów), ale jak drogie limuzyny, do których wsiadasz i wiesz, że to będzie jazda, nie wleczenie się po ulicach. Bywam zażenowany, prawie nigdy się nie wstydzę, ale serce mocno mi biło, gdy mogłem z tymi potęgami rozmawiać. Życie ciągle stawia mi na drodze artystów. Moja druga żona była tancerką, jedna z byłych dziewczyn jest świetną dziennikarką i dzięki niej poznałem ludzi, o których mógłbym tylko poczytać w jej gazetach. Gdybym napisał kogo, pewnie nikt by nie uwierzył. Zakochuję się w artystkach, przypadkowo dosiadam się do artystów, nawet w samolotach. Dobrze się rozumiemy, może dlatego, że sam jestem niedoszłym, ale jakoś jestem. Nie mam już do siebie pretensji, że kiedyś rozminąłem się z powołaniem. Czasem, może, coś sentymentalnie mnie chwyci i przez chwilę wyobrażam sobie, co by było, jak by to jednak było.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Stres pourazowy

Nie napisałbym o tym, gdyby nie seria artykułów, które ostatnio przeczytałem. Dowiedziałem się, że kwarantanna, przymus spędzania czasu z bliskimi, nawet samotnie, w domu, z dostępem do telewizji, internetu, żywności, w wygodzie, na pewno doprowadzi do stresu pourazowego u bardzo dużego procenta ludzi. Czytając początek pierwszego artykułu myślałem, że będzie chodziło o przypadki, gdy w rodzinie, za zamkniętymi drzwiami dochodzi do przemocy, załamań, umiera ktoś albo gwałtownie rozwija się u niego uzależnienie, choroba psychiczna, dotykające innych jej członków. Nie. Powodem ma być izolacja. Poszukałem następnych. To samo.

Czy piszący to dziennikarze zdają sobie sprawę, czym jest zespół stresu pourazowego? Nie wiedzą! Ja wiem, bo od ponad dwudziestu lat muszę z tym żyć. Ciekawych odsyłam do definicji, nie będę także wywodził przyczyny u mnie, zachowam ją dla siebie.

Stres pourazowy to bardzo nieprzyjemne kurewstwo. Niby nie dzieje się nic (przynajmniej w moim przypadku, a bywa różnie), nawet przez długi czas, do momentu, gdy wpada się w otchłań i to dosłownie. Przeżywa się tragiczne wydarzenia na nowo, prawie jakby stały się chwilę wcześniej. Emocje które temu towarzyszą są trudne do zniesienia. Wspomnienia nie pozwalają normalnie żyć, spać, uspokoić się, zrelaksować. Nie ważne, czy o nich mówimy, czy trzymamy je w sobie. Pojawia się rodzaj pustki, braku uczuć, poza złością i niewiarygodne wręcz zmęczenie stresem, poza który niewiele dociera. Ja radziłem sobie do jakiegoś momentu za pomocą popijania. Leki które mi kiedyś przepisano, zmieniały mnie w intelektualną roślinę. Nie tylko nie mogłem się skupić, ale oddalałem się od otaczającego świata, całkowicie się zamykając. Alkohol działał lepiej, ale decyzje, które podejmowałem były nieracjonalne i doprowadzały do dramatycznych efektów. Nie chciałem się tak czuć, przerwałem leczenie i jakoś przeszło. Byłem twardy. Zakładałem, że sobie poradziłem.

Drugi epizod zaczął się niby znienacka. Tak przynajmniej myślałem. Powinienem zauważyć, że zacząłem opowiadać o moim problemie, mimo że długo o tym nie wspominałem. Zupełnie spokojnie i obiektywnie. Czułem tylko jakiś niepokój, robiłem rzeczy których unikam, byle poprawić sobie nastrój. Zaczęło się od snów. Po pierwszym zacząłem już pić, na wszelki wypadek. Pogarszało się z każdym dniem. Wytrzymałem prawie trzy miesiące, dokąd miałem choć kilka godzin spokoju. Starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, nie wpływać negatywnie na innych. Ale różnie z tym było. Potem przyszło załamanie, dosłownie w kilka minut. Siedziałem w knajpie, ale równocześnie znalazłem się w czarnej dziurze, jakby okopie, wypełnionym czymś lepkim, z którego nie mogłem się wydostać. Tym razem nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Nie dość, że byłem pijany, to patrzyłem na kogoś z kim rozmawiałem, nie wiedząc dokładnie kim jest ta osoba, czy to na pewno ona i co tam robię? Wybiegłem na ulicę, ale nie byłem pewny gdzie jestem. Zalała mnie fala wspomnień, całkowicie pomieszanych. Pamiętam łzy, nie mogłem się poruszyć, próbowałem przez telefon prosić o ratunek, ale mówiłem coś nieskładnie. Wróciłem do domu, nie wiem jak? Następne dni były koszmarem. Przypuszczam, że nikt z mojego otoczenia do dzisiaj nie rozumie co się stało wtedy, ani co działo się ze mną przez poprzednie miesiące. Straciłem przy tym ludzi na których mi zależało.

Powiedziałem o wszystkim przyjaciółce sprzed lat, która również ma PTSD. Zorganizowała mi psychologa i psychiatrę, którzy zabrali się za mnie nieomal natychmiast, którym jestem za to dozgonnie wdzięczny, dokonali cudu. Nie zrobili tego wprawdzie bezinteresownie, ale wiedziałem o tym od początku, zostałem człowiekiem doświadczalnym. Przeszedłem ekspresową terapię, długo godzinną i wyczerpującą. Nauczyłem się panować nad sobą. Przestałem się wstydzić, że potrzebowałem pomocy. A tych dziennikarzy, to bym…

Kategorie
Rodzina Życie

Poezja nie gryzie

Miały być matury. Nie ma, bo jest wirus. Wczoraj syn znajomych, maturzysta, zapytał mnie czy czytałem Dziady Mickiewicza i czy też uważam że są beznadziejne? Zamarłem. Nic mi nie opadło, ale przez długą chwilę milczałem. W końcu odpowiedziałem że tak i III część czytałem pewnie ze dwadzieścia razy, II niewiele mniej. Uważam je za jedno z najważniejszych dzieł literatury europejskiej. Popatrzył na mnie jakbym był w kaftanie. Jego ojciec, mój dobry kolega, szybko podpowiedział, że to pewnie dlatego, że w liceum bawiłem się w aktorstwo i mimo pozorów zawsze byłem romantyczny. Wtedy ja popatrzyłem na niego, jak jego syn na mnie i milczeliśmy tak we troje, stojąc na Rynku, sto metrów (dosłownie) od Adasia. W końcu zamaskowani zaczęliśmy rozmowę o niczym. O pandemii, o wyborach, o pierdołach. Normalnie pogadamy jak nam otworzą Klub Kulturalny, nie przy dzieciach, w każdym razie swoich. Wtedy go zapytam o ten mój romantyzm, bo lekko mnie tym wkurwił.

Chłopakowi, może raczej młodemu mężczyźnie, bo przerósł już swojego ojca i mnie o głowę, wyhodował też prawdziwą brodę, której mu odrobinę zazdroszczę, jednak Dziady nie dawały spokoju. Mieliśmy się już pożegnać, gdy wypalił: nie rozumiem ile razy można czytać jedną książkę i to do tego nudną poezję? Nie mogłem mu przecież robić wykładu, nie jestem polonistą, więc popytałem: przeczytałeś te Dziady? Nie! Dlaczego? Tylko fragmenty były obowiązkowe. OK. Byłeś kiedyś zakochany? Tak. Miałeś złamane serce? Tak. Chciałeś kiedyś czegoś tak bardzo, że to było ważniejsze od ciebie? Tak, ale popatrzył najpierw na kumpla. Ciekawe czego on tak chciał? Nienawidziłeś kogoś? Tak. Masz przyjaciół? Tak. Biłeś się kiedyś? Tak. Zrobiłeś komuś coś naprawdę przykrego? Tak. Przeprosiłeś? Tak. Dostałeś kiedyś w skórę od rodziców? Tak, chrząknięcie i ucieczka wzrokiem. Ale jak by im się coś stało, to byś im pomógł? Tak. Pogodziłeś się z kimś? Tak. Myślisz, że się zmieniłeś przez ostatnie parę lat? Tak. Taka metamorfoza? Tak. Wierzysz w coś? Tak. Oglądałeś horrory? Tak. Bywasz ponury? Tak. Bawi cię czarny humor? Tak. Słuchasz muzyki (głupie pytanie, słuchamy tej samej ku zgrozie ojca, który jest skrzypkiem, sam jestem temu winny, kupowałem mu płyty)? No pewnie. Piosenki mają rymy? Tak. Słuchasz niektórych kawałków przez kilka dni w kółko? Tak. No to masz Dziady, znajdziesz w nich to wszystko, ale będzie opisane lepiej niż sam to wyrazisz. Jak się wczytasz to poczujesz. Jak nie, to albo masz większy talent, albo to zostaw. Nie zmuszaj się. Szkoła i tak się zaraz kończy. Nie wszystko musi ci się podobać, tak jak innym nie musi się podobać to co tobie, warto wiedzieć dlaczego. Byli tacy co palili książki, poezję też, zakończyłem. Kolega do mnie mrugnął, chłopak zaczął się zastanawiać i się rozeszliśmy. Popatrzyłem jeszcze za nimi. Znam ich prawie całe życie, są jak rodzina. Jakoś mi się dziwnie na sercu zrobiło. Może młody jednak kiedyś przeczyta? A jak nie, to nie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Chemia

Choroba uczy pokory. Ale tylko niektóre swoje ofiary. Mnie nie nauczyła. Niczego. Nie zmieniłem się w płaczliwego starca za młodu, który odbiera siły każdemu z kim się zetknie. Nie pytałem Boga dlaczego ja, w nieustannej modlitwie. Nie przyjąłem jej jako kary. Zachowywałem ją dla siebie długo, podzieliłem się nią kiedy już wiedziałem, że albo mnie zmogła, albo z nią wygrałem. Mam do niej jednak żal, zabrała ludzi którzy powinni pozostać, zamiast mnie. Ja żyję, pozostałem. Ich nie ma, ja jestem. Nie stałem się ani silniejszy, ani słabszy, może tylko mniej pewny jutra. Nie wiem czy znowu nie wróci, bo jej w charakterze są właśnie powroty.

Poszedłem na badania. Zasłabłem w pracy. Miało być rutynowo. Atak paniki. Jaki atak? Byłem przemęczony. Okazało się, że nie. Zadzwonił do mnie lekarz, poprosił abym wrócił do szpitala. Posadził mnie na krześle i powiedział: I am really sorry, you have cancer. Lungs. Włosy stanęły mi dęba, czułem to. O jasna cholera, co on kurwa do mnie mówi? Zapytałem czy mogę wrócić jutro. Nie ma problemu, o której godzinie? Może rano? Dziewiąta? Ok. Ok. Wyszedłem z tego szpitala. Nienawidziłem go. Whittington Hospital. Straciłem w nim dwoje dzieci. Jedno urodziło się martwe, wcześniej drugie usunęła kobieta, która wybrała karierę, nie macierzyństwo. Ona jedna złamała mi serce. Właśnie tym.

Powoli wracałem do domu. Wolniej się nie dało. Dwa kilometry zajęły mi resztę dnia i pół nocy. Do wieczora popijałem w parku, zastanawiając się ilu statystycznie, mijających mnie ludzi ma raka. Potem siedziałem w pubie, tępo wpatrując się w telewizor, udając że podniecam się piłką nożną. Stanąłem w drzwiach, wytłumaczyłem się czymś, padłem na kanapę, zasnąłem, wstałem z trudem. O ustalonej porze spotkałem się ze znanym mi już doktorem. Kac straszliwy, kolejne badania, długa rozmowa, analizowaliśmy szanse, ustaliliśmy terapię i to, że w tym miejscu leczyć się nie będę.

Postanowiłem zmienić pracę na lżejszą. Znalazłem tuż obok szpitala, gdzie miałem się leczyć. Zbieg okoliczności? Nie wierzę, musiałem dobrze szukać. Byłem managerem, nikt o nic nie pytał, wychodziłem na przerwach. Kroplówka, chemia, kroplówka, powrót, zombie, udawanie. Pojawiła się terapia w fazie badawczej. Jasne że spróbuję. Przestałem łysieć. Zadziałała. Naświetlania sprzętem, jakby mnie wysyłali w kosmos. Wreszcie operacja, w innym kraju. Powiedziałem przed wyjazdem co się dzieje. Udało się. Dwie małe okrągłe blizny, zamiast wielkiego cięcia na pół pleców. Mediolański dizajn.

Dziesięć lat później. Boli mnie brzuch. Pewnie niestrawność. Ale całymi miesiącami? Kiedy inny lekarz sadzał mnie na krześle, nie czekałem. Wrzody i rak? Tak, skąd pan wie? To nie pierwszy raz. Jaki? Taki? Inny? Tak. To nie przerzuty? Nie. Po tylu latach? No tak, nie możliwe. Tym razem nie wybrzydzałem. Znowu chemia, znowu o tym nie mówię. Powiedziałem szefowi, który stał się moim przyjacielem i dziewczynie, którą przypadkowo spotkałem i stała się na chwilę najbliższą mi osobą. I jej i jemu obiecałem, że nigdy ich nie okłamię. Dotrzymałem słowa. Znowu się udało. Ale nie będę czekał na, do trzech razy sztuka. Śmierć nie puka trzy razy.

Kategorie
Toksycznym Życie

Żyd

Słowo klucz. Powiesz je głośno i zaczynasz czuć jego siłę. To słowo ma bliskoznaczne odpowiedniki: Cygana, Murzyna, Chińczyka, Araba, Homoseksualistę i ostatnio Ukraińca. One znowu mają swoje: Rumuna, Żydóweczkę, Mośka, Czarnucha, Asfalta, Żółtka, Bambusa, Pedzia, Ruska, Banderowca. Słownik stale się powiększa.

Mam żydowskie korzenie, dalekie, ale mam. Nie tylko te. Po trosze jestem Tatarem, Rusinem, Czechem, Austriakiem, Litwinem, Szwedem i oczywiście Polakiem. Podobno także Rosjaninem, Szkotem, Ormianinem, Francuzem i Węgrem, co jednak nie wywołuje wrażenia. Ważny jest Żyd. Kiedy o tym wspomnę pojawia się zgrzyt, nawet u ludzi, których znam od dawna. Jakbym ich oszukał, nie uprzedzając zawczasu. Zaczynają na mnie patrzeć inaczej. Jakbym sparszywiał.

Zawsze mnie dziwiło, dlaczego kraj w którym się urodziłem, stał się rasistowski, homofobiczny i antysemicki. Nie był taki przez większość swojego istnienia. Raczej odwrotnie, był oazą tolerancji. Niektórzy z moich przodków, nie żyli przecież w strachu przed linczem, a byli protestantami, muzułmanami, prawosławnymi, unitami, wyznawcami judaizmu, w katolickim i wielonarodowościowym państwie, które określiło się przedmurzem chrześcijaństwa, gdzie chrześcijanie stanowili marginalną większość. Skąd ta ksenofobia? Czemu mi ją wpajano, nawet przy rodzinnym stole, gdzie wszyscy mieliśmy mieszane pochodzenie, pozwalając sobie na żenujące żarty i komentarze, zupełnie nie licujące z prezentowanym na co dzień dystansem i grzecznością? Jak to mam wytłumaczyć moim dwóm synom, którzy mają matki, Finkę i Włoszkę? Jak przestrzec przed tym syna i córkę, Polaków z krwi i kości, jak ja? Co byłoby, gdyby matki moich dzieci nie były Europejkami, ale należały do innych ras? Co byłoby, gdyby nie to, że prawie każdy Polak ma w sobie Żyda?

Odpowiedź mogę znaleźć tylko w historii. Nasz naród ma ją wyjątkowo skomplikowaną i trudną. Prawie sto pięćdziesiąt lat podległości trzem zaborcom, którzy chcieli nas pozbawić szacunku do siebie samych i kolejne pięćdziesiąt, w których chciano nas wyniszczyć biologicznie i odebrać nam prawo do własnych przekonań i wiary. Jedenaście pokoleń, z przerwą na jedno, urodzone w wolnym kraju, uczyło się nienawiści i wyboru, albo z nimi, albo nim przeciw. Zanik klas, koniec panów i poddaństwa, emancypacja, powszechny nacjonalizm i wojny, brak oświaty dokonały reszty. Jedynie Żydzi wciąż rozproszeni w diasporach, bez własnej ojczyzny, trzymali się z boku, pracując jednak wytrwale dla siebie i innych. Chcąc zachować tożsamość, w większości opierali się asymilacji, nawet za cenę pogromów wiedząc, że największy lęk wywołuje nieznane. Zaiste odważny naród.

Ponad połowę dorosłego życia spędziłem poza Polską. Chociaż nie odczułem prawie nigdy wyalienowania ze społeczeństwa w którym żyłem, nauczyłem się jednego. Najpierw ja, potem ja, dopiero na końcu naród, nawet narody. Mogę być Żydem. Chcę być Żydem!

Kategorie
Rodzina Życie

Starość

Przyglądam się jej. Ma ponad 90 lat. Jest moją babcią. Zastępowała mi, obecną na peryferiach dzieciństwa matkę, zapracowaną, zajętą własnymi sprawami. Odkąd pamiętam była siwa, całkiem albo odrostami. Marszczyła się coraz bardziej z dekady na dekadę. Zmniejszała się, aż stała się skórą i gnatem, lżejszym wydaniem siebie, tej gdy biegaliśmy po Rabczańskich ścieżkach zdrowia, godzinami graliśmy w karty, prowadziliśmy rozmowy o sprawach najważniejszych z ważnych. Dzisiaj jest biało-żółta, krucha, dotąd zawsze mocna, przykuła się do łóżka, oczekuje opieki. Nie jest już doświadczoną lisicą z zaczepnym błyskiem w oku. Znam ją lepiej niż ktokolwiek inny, wiek ją zabiera dzień po dniu. Poznałem jej tajemnice, nawet te bezwstydne, opowiedziane z naiwnością młodej dziewczyny, wiem kogo pragnęła, kogo nie lubi, przed kim udaje. I ona zna mnie najlepiej, nigdy przed nią niczego nie ukrywałem. Zazdrościmy sobie nawzajem. Ona mojej nieodpowiedzialności i przygód, ja jej zdolności przewidywania, perspektywy i zaskórniaków. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Kochamy się, jak tylko może dwoje ludzi. Jedynie ona mogła mi powiedzieć, kiedy jej wyznałem, że pokochałem, znalazłem i straciłem przyjaciela, takiego jak ona, że to czas najwyższy, nauczę się wreszcie pokory i zdam się na kogoś, bo bez niej zawsze będę samotny i mam nie dbać o to, co pomyślą ludzie i mieć nadzieję, bo przecież nie jestem taki zły, jak mnie malują. Tylko ja jej mogłem odpowiedzieć, że nie jest lepsza, zawsze uciekała przed ryzykiem w bezpieczeństwo oczekiwań i gdyby nie ja, wierzyła by, że inaczej nie można. Z trudem przyjmuję, że pewnego dnia odejdzie. Jej brak zabli. Wolałbym jednak, by nie czekała na to, leżąc na wznak z poduszkami pod głową, nigdy nie ułożonymi jak należy, wpatrując się w galerię świętych obrazków i krzyży, których tak naprawdę nie znosi, a które przynoszą jej dziesiątkami ciotki i sąsiedzi, ale z energią, właściwą jej postaci. Żałuję, że nie mogę spędzać z nią tyle czasu ile bym chciał, mój optymizm stał się dla niej niebezpieczny, upór stawiania jej na nogi, po upadkach i wypadkach jest ponad jej siły.

Zżyłem się ze starością, nie ma w niej niczego, czego bym nie poznał. Można ją oswoić, ale nie jest to dziki koń stepowy, przyzwyczajony do wolności, którego można złamać. Jest ostrożna i polubowna, wciąż ma jednak charakter. Spłoszy się, gdy do czegoś się ją zmusi. Jest pamiętliwa, łatwo się obraża. Ma tę pamięć bardzo wybiórczą. Ograniczoną do rzeczy ważnych, tylko da niej. Wszystko zależy od jej sprawności i to w każdym wymiarze. Jej dni mogą być długie i nudne, nawet wypełnione bólem zużytego ciała, mogą być też krótkie, gdy odwiedza ją młodość i poza ekscytacją wprawia w senność, męczy swoim nadmiarem.

Znam ją, ale wolałbym, by nigdy nie nadeszła. Nie wiem czy jest ktoś, kto jest na nią przygotowany. Ja nie będę na pewno. Chociaż już ją prawie widzę, machającą do mnie z ławek w parkach, rękami mojej malutkiej córki, która mnie zapytała kilka razy; Tatku, czy ty jesteś stary? Dziecko. Jeszcze nie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Infantylność dojrzałości

Nie znoszę dojrzałości. Odkąd musiałem dojrzeć, bo przystawało to z wiekiem, buntuje się we mnie dziecko, którym jestem do dzisiaj. Nagle, z dnia na dzień prawie, zabroniono mi naiwnej ciekawości, prawa do popełniania błędów, radosnych podskoków, gdy udało mi się nieosiągalne, niczym nie skrępowanego śmiechu z byle powodu, rzucania się głową w nieznane, pozostawiania niedokończonych planów, o których zapominałem, zawodu, bo ktoś mnie zranił. Zastąpiono to odpowiedzialnością, złotem milczenia, dostosowaniem i rolami, których nie wybrałem, siłą charakteru, umiejętnością liczenia zysków i strat, wybaczaniem i wyrozumiałością, trzymaniem reszty mocno pomiędzy pośladkami. Na wszelki wypadek, bo licho nie śpi, bo nie wolno dać sobie w kaszę dmuchać. Zabrano mi zabawki, dano kieliszek Wyborowej. Na początku było dobrze. Mogłem robić prawie wszystko na co miałem ochotę, albo pozwalała mi zawartość kieszeni, ewentualnie nie wkurwiłem doroślejszych ode mnie. Potem było boleśnie i to dosłownie, bo wdawałem się nieustanie w potyczki słowne, kończące się bójkami. To nie były uszczypnięcia, ale rozkwaszony nos, wybite zęby, połamane kości. Byłem drobny, ale zadziorny. Powody mogły być każde. Kto by przypuszczał, że z równą determinacją będę bronił zaczepioną dziewczynę kolegi, jak i książkę Marka Hłaski, której i tak nie przeczytał, dwa razy większy ode mnie zawodowy żołnierz. Zanim dostałem pierwszego sierpowego zaśpiewałem mu: czy to w zimie, czy to w lecie, poznasz chama po berecie. Na głowie miał czerwony. To go nie rozśmieszyło. Wylądowałem na pogotowiu, ale on w areszcie, bo wrócił do jednostki zakrwawiony i bez guzików przy mundurze. Chciałem mu odgryźć ucho. Zostaliśmy kumplami na jakiś czas. Ja wchodziłem cichaczem na wojskową siłownię, i wynosiłem mu wędliny na sprzedaż, on czytał wszystko co mu poleciłem.

Po dojrzałości przyszedł czas na dorosłość. Tej nie lubię równie mocno. Zmieniła mi się twarz. Przestałem być chłopięcy, chociaż pozostałem nadal szczupło chudy. Z ty, zmieniłem się na pan. Długo się ociągałem. Mając ponad trzydzieści lat nadal byłem proszony o dowód przy barze. W końcu alkohol, papierosy, praca i imprezowanie, nawet ponad siły, zrobiły swoje. Posiwiałem. Widzę już zmarszczki, przygarbienie zmienia się w garbatość. Może tylko pozostaje satysfakcja, gdy widzę zainteresowanie mną kobiet, czasami w niebezpiecznie młodym wieku i zazdrość dorastających mężczyzn, gdy pomykam na nartach albo rolkach, albo dam komuś w mordę. Z pewnością nie wiedzą, że jestem bardziej infantylny niż oni.

Nie wiem kiedy, ale przyjdzie czas na starość, jeżeli jej dożyję. Już czuję do niej niekłamaną niechęć. Nie chcę myśleć jak to będzie. Mam jeszcze sporo do zrobienia, muszę nadrobić czas dojrzewania i dorosłości. Mam wciąż dzieci, które chcę wychować i te którym chciałbym pomóc. Może pojawią się jeszcze nowe? Oby, nawet chyba wiem z kim. Nabrałem dystansu, ale dziwię się, że w lustrze nie widzę już małego chłopca, który ma ochotę znowu coś porządnie nabroić, dla zasady.

Kategorie
Psychika Rodzina Uczucia

Kiedy umiera dziecko

Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie w dzisiejszym tutaj i teraz. A jednak umierają. Jedno z moich dzieci zmarło zanim się urodziło, powinno żyć już od kilku dni. Piękna córka, jak jej matka. Wyglądała jakby zasnęła, była ciepła, pocałowałem ją. Pozwolili nam na chwilę z nią zostać. Byłem przy porodzie. Modliłem się jak opętany do matki Boga, trzymałem rodzącą matkę za rękę. Wypchnęła z siebie śmierć w piętnaście minut, modlitwy nie zostały wysłuchane. Był piękny poranek, bezchmurne niebo nad Highgate. Znienawidziłem błękitne dni z mocno grzejącym słońcem. Tego dnia dowiedziałem się, że jestem śmiertelny, że Bóg nie zawsze słucha, może go nawet nie ma, że nie zawsze mam szczęście, nawet w nieszczęściu. Nikt nie wiedział dlaczego tak się stało. Nadaliśmy imię, zamiast chrztu urządziliśmy stypę. Oswoiliśmy rozczarowanie. Zmieniliśmy się. Rozwiedliśmy się. Wróciliśmy do swoich krajów, ale mamy syna, dobrego, mądrego i pięknego jak jego matka.

Wiele lat potem urodziła się moja druga córka. Mocna jak rzepa, cudowna. Bałem się tej ciąży, nie tylko z powodu mojej przeszłości. Moja już była dziewczyna, także straciła dziecko, jej syn zmarł mając dziesięć lat. Walczył z najgorszym rakiem, od trzeciego roku życia. Bardzo dzielnie. Pewnego dnia się poddał. Dziewczyna bardzo chciała mieć jeszcze dzieci, ja także. Ona także się zmieniła. Nie po porodzie. Znamy się od dawna. Byliśmy kiedyś parą. To była nasza druga tura. Pamiętam ją jako wprawdzie bezczelną czasem, ale nadzwyczajnie inteligentną, zabawną i wrażliwą młodą kobietę. Z tej wrażliwości prawie nic nie pozostało. Życie z chorobą syna uczyniło ją twardą, stąpającą dosłownie tupnięciami po ziemi, często nieświadomie oschłą i bezlitosną. Obserwowałem ją latami, bywała jak walec rozjeżdżający wszystko przed sobą. Żarty stały się cyniczne i mroczne. Nie mogłem z nią wyśmiewać kogoś niepełnosprawnego, bo był niecodziennie ubrany. Wiedziałem, że gdyby to była osoba zwyczajna, w ogóle nie zwróciłaby na nią uwagi. Nie akceptowała, że można mieć inne przekonania niż ona, inną perspektywę, nie być ateistą. Będąc pod ręką, musiałem znosić próby uczynienia ze mnie chłopca do bicia i obiekt drwin, co z moim charakterem było raczej niewykonalne, prowadziło do walki, nie miałem jednak żalu, wiedziałem że to lęk nerwowowej niepewności, do którego nie chciała się przyznać. Obserwowałem także jej znajomych i przyjaciół, którzy próbowali tego samego, idąc za przykładem. Zaskakujące, ale wielu znałem z młodości, wstydzili się wtedy otworzyć przy mnie usta. Może karali mnie za sarkazm sprzed lat, kto wie? Odwracałem się na pięcie, ale przyniosło to skutek uboczny. Oddalaliśmy się w związku od siebie, aż przestaliśmy być razem, osobno żyjąc pod jednym dachem. Słowa kocham pojawiały się tylko, gdy groziłem rozstaniem. Seks zamiast zbliżać stawał się wyzwaniem. Miarka się przebrała.

Nie jestem idealny, dołożyłem nam i moje liczne wady. Moja dziewczyna musiała je znosić. Starała się pomagać, nie mogę jej tego odmówić, ma serce ogromne. Ze zdziwieniem odkryłem, że mnie chwaliła, jako ojca, za wytrwałość, za pracowitość, za optymizm. Wiem, że w głębi duszy jest wciąż pogodną, rozbawiającą mnie do łez dwudziestolatką. Czasami się pojawiała. Chciałbym aby pozwoliła jej wrócić. Trwanie przy nawykach, czyniącą ją silną w okolicznościach, które tego wymagały, a stały się niepotrzebne, jest niszczące i dla niej i dla innych. Nikt tego nie wytrzyma. Żałowałem tego związku na długo zanim się zakończył. Z uporem nie rezygnowałem i wierzę, że choć to koniec, jego powodem nie jest wzajemne rozczarowanie, brak zrozumienia, ale że spotkaliśmy się za wcześnie. Została nam córka, idealne połączenie nas dwojga, równie wspaniała jak jej matka, bo tak naprawdę jest właśnie taka.

Kategorie
Toksyczny

Pytanie

Dlaczego pytamy innych o zdanie w sprawach, które dotyczą tylko nas samych? Czy szukamy przyzwolenia, potwierdzenia? Dlaczego nie możemy się bez tego obyć? Przecież nikt nie zna naszych myśli, wie co czujemy, lepiej niż my. Ale i tak pytamy i za każdą odpowiedzią krytyczną, która nas nie zadowala, popadamy w zwątpienie. Rezygnujemy z planów, odkładamy decyzje, nawet pozbawiamy się życia takiego, które chcieliśmy wieść, niekiedy na zawsze, bezpowrotnie. Kulimy się potem, oblizujemy rany, których przecież nie odnieśliśmy, bo nie stanęliśmy twarzą w twarz z wyzwaniem i samymi sobą. Oddaliśmy walkę. Po czasie, refleksji, nagle zdajemy sobie sprawę, że po raz kolejny rozminęliśmy się z przeznaczeniem. I tak do następnego razu. Ile można mieć tych ważnych spraw? Skończoną ilość. Do cholery, nie żyjemy wiecznie.

Nauczono nas tego upewniania się. Od dziecka. Mama wie lepiej, tata też, dziadkowie to już na pewno, bo kochają nas nawet bardziej i niczego złego nam nie życzą. Czasem są to wychowawcy lub rodziny zastępcze, z takim samym skutkiem. Potem pojawiają są nauczyciele, duchowni, guru, samozwańczy mędrcy i kołczowie, całe tłumy. Przyjaciele, którym się możemy zwierzyć, psychologowie, którzy podobno są jak dentyści i wyleczą nas, jak nasze zęby, ze znieczuleniem. Książki, gazety, artykuły. Leje się z nas wartko ta potrzeba potwierdzenia, jak woda na kąpiel, po dalekiej, długiej podróży. Wreszcie dostrzegamy, że konsultanci żyją spokojnie dalej, lub już nie żyją, a my szukamy kolejnych. A każdy kolejny jest coraz mniej nami zainteresowany, mniejszy ma autorytet. Jeżeli mamy szczęście, trafi się wreszcie ktoś, kto wie o co pytamy. Kogo rada nie będzie trywialna, zlekceważona, ani nie pozostanie przy czczym moralizowaniu, kto nie będzie tak naprawdę radził samemu sobie. Dobrze nawet, gdy znajdziemy taką osobę, gdy jest za późno na jedną zmianę, dzięki niej może zdecydujemy się na kolejną, może wytrwamy i dokonamy tej niedokonanej. Trzeba jednak nauczyć się słuchać, nie łowić i zagadywać pytaniami.

Żyjemy w toksycznym świecie. Nieustanie musimy konkurować, porównywać się, odpowiadać na społeczne oczekiwania. Nawet w sprzeciwie wobec tego, jesteśmy natychmiast segregowani, otrzymujemy etykietę, nawet czasem kilka. Buntownik, odmieniec, niedostosowany, aspołeczny, ale bywają gorsze. Wystarczy, że nasz wygląd, sposób bycia, ubiór, przekonania, dieta, seksualność, orientacja, różnią się od uznanej za przeciętnie dozwoloną, a już przypisuje się nas do jakieś grupy, subkultury, z którą nie mamy, nawet nie chcemy mieć nic wspólnego. Więc poddajemy się dla świętego spokoju i upodabniamy się do uznanej średniej, udupiająć na całe lata. Znajdujemy łatwe usprawiedliwienie: chcąc przetrwać, musimy krakać jak wrony, wszystkie tak robią, nawet gdy bardziej przypominają orły. Posuwamy się nawet do tego, że wybieramy sobie ludzi, z którymi przyjdzie nam spędzić życie, którzy nieustannie będą nam o tym przypominać, czyniąc nas jeszcze bardziej niepewnymi.

A przecież nie musimy, ani pytać, ani się upodabniać, ani nawet szukać potwierdzenia. Jest inna droga. Możemy to po prostu mieć w dupie. Nie przejmować się. Nie usprawiedliwiać się asertywnością, która może zaboleć, bo nie musimy nikomu tłumaczyć się z naszych wyborów. Możemy robić to, na czym nam zależy, nikogo nie krzywdząc i nie rozczarowując. Poczekać na samych siebie, dać sobie czas i zbierać owoce własnego życia, nie cudzego, udając że jesteśmy zadowoleni. Nasze związki, jeżeli się na nie zdecydujemy, będą pełniejsze. Staniemy się partnerem, partnerów odnajdziemy, sami nas znajdą. Nasze przyjaźnie będą szczere, oparte na potrzebie ich posiadania, nie lęku przed samotnością. Wychowamy niezależne i wolne dzieci, które będą umiały powiedzieć nie, kiedy będą zmuszane do robienia czegoś wbrew sobie. Praca będzie nas cieszyć, nie będziemy wykonywanej narzuconej, ale tą wybraną. Uniezależnimy się od pokusy pytania.