Kategorie
Psychika Toksycznym

Fałszywi prorocy

Przestańcie mi wreszcie kurwa wieszczyć, co się ze mną stanie. Dziać się będzie, co będzie się działo, co wybiorę, na co nie mam wpływu, na co jakiś jednak mam. Staram się nie przez wzgląd na was, podglądacze i życzący niby dobrze, dla których zawsze nie jest jednak tak, jak powinno. Nie staram się, bo mi przepowiadacie, frazesy, banały i wasze niepowodzenia. Fałszywi przyjaciele, fałszywi prorocy, w bezpiecznych miejscach, w wygodzie, albo ambicji, zjadającej was, jak zazdrość, że to nie wy wybieracie, ale mnie zdarzyło się to robić. Przyglądacie się z miną mędrca, który nie ma pojęcia w czym rzecz, czym się rzecz kieruje, czy waszą rzeczą jest mieć pojęcie i prawo w ingerencję rzeczy. Moich, nie waszych.

Przestańcie wieszczyć innym, inni przyjaciele, innych, których chcecie uczynić podobnymi do siebie. Pozostawcie nam nasze życie, niekompletne, jak wasze. Pozwólcie nam być sobą, nie wami. Stańcie się oparciem, którego potrzebujemy, nie krytyką i osądem. Potrafimy ocenić się sami. Moglibyśmy ocenić was. Nie robimy tego, nie chcemy was zmieniać. Pomóżcie nam raczej wytrwać w trudnych postanowieniach, wyborach niełatwych, z poczuciem winy, że chcąc żyć inaczej, możemy krzywdzić tych, których kochamy, niechcący. Nie wszyscy muszą być jednakowi, nie wszyscy są, nie wszyscy mogą. Nie czujemy się lepsi, nie grozimy waszym odczuciom. Nie zmuszajcie nas do czucia się gorszymi, bo tylko tak pozwalacie nam na znalezienie miejsca w świecie, który nie tylko należy do was, ale jest i nasz, wspólny. Nie zamykacie nas w więzieniu odmienności. Dożywotnio. Śmiertelnie.

Niewiele chcemy. Jeszcze mniej nie chcemy. Nie jesteśmy w inności tacy sami. Możemy widzieć inaczej, kochać inaczej, czuć inaczej, gubić się inaczej, poszukiwać inaczej, wierzyć inaczej, być szczęśliwymi inaczej. Jeżeli tego nie rozumiecie, zapomnijcie o nas, wyrzućcie z pamięci. Nie przeszkadzajcie, będzie nam lżej i wam. Innym.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dwie strony mantry

Nie da się osiągnąć niczego ponad to, co można.

Nie da się.

Nie da się osiągnąć.

Nie da się osiągnąć niczego.

Nie da się osiągnąć niczego ponad.

Nie da się osiągnąć niczego ponad to.

Nie da się. Osiągnąć niczego. Ponad to. Co można.

Nie da. Się osiągnąć. Niczego ponad. Co. Można.

*

Można osiągnąć więcej, ponad to, co da się.

Można osiągnąć.

Można osiągnąć więcej.

Można osiągnąć więcej, ponad.

Można osiągnąć więcej, ponad to.

Można osiągnąć. Więcej. Ponad to. Co da się.

Można osiągnąć. Więcej, ponad to. Co. Da się.

Kategorie
Uczucia Życie

Moja kara, nie moja wina

Zemszczę się, na Boga zrobię to. Na Bogów. Nie pozostanę dłużny. Kropla krwi za każdą kroplę. Łza za łzę, oko za oko, ząb za ząb. Dlaczego nie miał bym tego zrobić? Mam się powstrzymywać? Miałbym przebaczać, aż nie pozostanie ze mnie nic? Poza przeznaczeniem wybaczania? Muszę zaczynać od końca, nowiny, która odeszła i nie powraca? Mogę zacząć od początku. Noża Abrahama i ustalonej zasady. Coś ty mnie, ja tobie. Z satysfakcją spełnionego prawa, moim czynem, moim głosem, moją myślą. Stojąc na rozwidleniu dróg, trojakich, w trójcy, którąś muszę wybrać. Siłę, zbawienie, świadomość. Nie podzielę się, nie rozdzielę. Idąc jedną drogą, nie przejdę innymi dwoma, nawet jeżeli prowadzą do tego samego celu. Nie poznam tych, których nie przejdę. Będę ubogi w poznaniu, będę pozbawiony wiedzy o wydarzeniach na nieprzeszłych drogach.

Pierdolę. Taka zemsta nic nie jest warta. Błąkająca się po księgach, których nie nawiedził żaden bóg. Najbliższy tym księgom, jest może, gdy modlący się wzywają jego imię. Tylko które? Imion ma wiele. To które znam, nie jest znane innym. Innych nie jest znane mnie. Z moim jesteśmy na Ty. Rozmawiamy zamiast składania pokłonów. To nie On potrzebuje zemsty. Oczekuję jej ja. Wyrównania rachunków. I moje bóstwa domowe. Pamięć i miłość.

Inna zemsta mi się marzy. Delikatna jak powiew Zefira. Miła. Pogodna. Cnotliwa. Nie moja w wykonaniu. Boska. Wymierzona sprawiedliwie. Nie moją ręką. Jakby jej nie było. Odbierająca, czego nie będzie, mogące się zdarzyć i się nie wydarzy. W nieświadomości odchodzących możliwych, których nie będzie. Moja kara, nie moja wina. Nie zawsze moja, nie zawsze moje. Zemsta niewiedzy. Niewinna. Paląca oczekiwaniem, którego nie będzie. Niby nie zemsta, ale ja będę wiedział.

Kategorie
Znalezione w sieci

BUNT

AUTENTYCZNA

Bezsilność przytłacza. Jest niczym zamknięcie w cisnej klatce. Przed oczami pojawiają się obrazy, których nie chcesz widzieć. Sceny, które pragniesz za wszelką cenę zatrzymać. Sytuacje, które przerażają. Jesteś bezpieczny, ale ci, którzy wyłaniają się i znikają nie. Ból, słabość, niemoc, determinizm, zależność od innych. Możesz tylko krzyczeć. Płakać, łkać. Zdzierać skórę szarpiąc za kraty, łamać paznokcie mocując się z żelastwem. To twoja jedyna możliwość buntu.

Jednak oni są silniejsi. Mają nad tobą pełną kontrolę.

Wyrywasz się sznurom, które mają opleść twoje nadgarstki. Kopiesz na oślep, licząc ze trafisz w rękę, która próbuje złapać za kostki. Mają zdecydowanie więcej siły. W końcu musisz się poddać. Zalany łzami, pokonany, zniewolony. Przyglądasz się, bo tego żądają. Masz poczucie, że z każdą sekundą coraz więcej w tobie umiera. Gaszą te delikatne światło, które się w tobie tli. Odbierają nadzieję. Pozbawiają cię wszystkiego, co powoduje, że chcesz kochać. Dopada cię bezsens.

W geście rezygnacji rozluźniasz…

View original post 197 słów więcej

Kategorie
Pamięć Spokojnie

Gdybym Cię nie kochał

Było by tak łatwo, gdybym Cię nie kochał. Nie było by zawodu, zabijania kochania na siłę, narzucania zawodu, którego nie było i być nie powinno. Poświęciłem kochanie, dla dobra niekochania. Poświęciłem przyjaźń, dla dobra jej braku. Pozostałem bez obu. Pozostałem bez Ciebie. Nawet nie wiesz jak mi z tym źle.

Nie obwiniam Cię, że Cię nie ma. Nie miało Cię przecież być. Byłaś. Stałaś się, nie wyczekiwana, nie znana, nie spodziewana, na krótko moja. Na długo wytęskniona. Czas pomaga zapomnieć. Pamięć nie pozwala pozbyć się gestów, głosu i słów. I niech tak pozostanie. Pamięć nikomu nie szkodzi, nikomu nic nie zabiera.

Myślę często o Tobie. Boję się często o Ciebie. Zawsze dobrze Ci życzę. Szkoda mi kochania, szkoda mi przyjaźni i wiedzy, że jesteś. Tak zadecydowałem. Za szybko, na zawsze. Mogę winić tylko siebie. Musiało tak się stać, gdyby nie musiało, pozostała byś, mimo moich zabiegów, aby tak było.

Gdybym tylko Cię lubił. Nie było by zawodu. Nie zabiłbym w Tobie uczuć, które powinny pozostać. Myślałem, że będziesz jedną z wielu. Okazałaś się jedną, o którą nie potrafiłem się starać. Uciekłem przed Tobą. Za dużo tego kochania, myślałem. Nikt mi tego nie podaruje.

Zawód zamienia się we wspomnienie. Coraz milsze i spokojniejsze. Zaczynam się cieszyć, że byłaś, zamiast żałować, że Cię nie ma. Kochanie zamienia się w serdeczność. Serce bije mi radośniej. Dla Ciebie, na myśl o Tobie. Pozostaniesz we mnie. Na zawsze. Dobrze.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Klucz

Nic od Ciebie nie chcę. Klucz. Otwierający potrzeby, których nie ma, bo nie może ich być. Słowa, których nie powinno się wypowiadać. Nic nie chcę. Od Ciebie. Są jak sieć zarzucona na wodę, w której niczego nie uda się złowić.

Tacy jesteśmy, niczego nie potrzebujący, bo potrzeba okaże się wyzwaniem, któremu nie koniecznie uda nam się sprostać. Ucieczka jest prosta. Obrót i jak najdalej. Do zmęczenia i zapomnienia. Snów, nie realności, nad którą nie udaje się zapanować.

Znasz to? Ja aż za bardzo. Nie odważę się. To musi samo przyjść. Gdy już przyjdzie, nawet tego nie rozpoznam i ty nie. Zwiniemy się w kłębki pewności, że to nie mnie i tobie się zdarzyło. Innemu, innej. Dalej, jak najdalej. Nie pytaj czemu. Tak musi być. Prościej. Rozsądniej. Bo ktoś tak chce?

Kategorie
Bez kategorycznie Psychika

Zło można pokonać tylko dobrem

Nowy rok już nie za rogiem. Rozpoczęty i zaczyna się toczyć kolejnymi dniami. Plan z poprzedniego wykonałem ze specjalnymi dodatkami, którego nie dzieliłem ze światem, zajętym pandemicznymi problemami. Miałem inne, osobiście dotykające i trudne do przewidzenia. Spotkałem egoizm, brak zrozumienia, niespełnione oczekiwania, nawiedziły mnie duchy przeszłości, wykluczenie, odepchnięcie. Nie tylko. Znalazłem przyjaźń, pomoc udzieloną i którą się dzielę, siły w sobie, o których nie wiedziałem, albo zapomniałem, altruizm, wytrwałość, w końcu nadzieję, spokój, modlitwę, podaliśmy sobie ręce z Bogiem, który wysłał mi anioła. Jestem wciąż równie niedoskonały, niepochamowany, zachłanny, pełen złości i żalu. Ale mniej tego we mnie. Równoważę się. Nie mogę stać się doskonalszy, muszę zachować twardość, niezależność ocen.

Nie byłem w tym sam. Przyglądanie się nieszczęściu innych, zmieniło mnie na zawsze, na dobre. Nie chciałem tego. Przyglądania się, zmian. Przyglądania się, jak nieszczęście zmienia, aż nic nie zostaje ze wspomnień o szczęściu, poza przetrwaniem, które się nimi żywi. Nieszczęście jest jak choroba, pogłębiająca się, im dłużej trwa. Niszczy duszę, zamienia ciało w łachman, nałogami dającymi coraz mniej wytchnienia, zabójczymi, po dzień nadania skrótu nowemu imieniu. NN. Nieznany mężczyzna. Nieznana kobieta. Im już nie pomogę, mogę jeszcze innym.

Współczuję. Ale nie nieszczęsnym, są ofiarami błędów i stwardniałych serc, tych, którzy zamiast je okazać, uznali się za sędziów, wyrokujących i skazujących na karę wygnania i powolnej śmierci, w bezimiennej kloace, poza nawiasem, na dnie. Nieszczęśni odbyli wyroki, niektórzy dożywotnie. Wybaczyli sędziom, którzy nie poniosą kary. Lepszym, czującym się sprawiedliwymi. O to chodziło? Pozbyć się, udowodnić że za zło odpłaca się tylko złem, nie widząc go w sobie samym. Zło za zło. Wybaczcie sędziowie, jeszcze nie czuję dla was litości. Wybaczcie sami sobie, gdy zrozumiecie, że zło można pokonać tylko dobrem.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Pamięć. Trwała

Jak czuje się człowiek, który zawdzięcza życie poświeceniu innych? Czy pamięta o nim, każdego dnia? Czy święci matkę i ojca? Dawców życia, śmierci? Czy oddaje cześć przodkom, jest świadomy przekazanych przez nich genów, pozwalających mu przetrwać, rozwijać się, tworzyć, dociekać, i że jest jedynie wynikiem dostosowania? Czy czci Boga, Bogów, Przypadek, Los, którzy sprawili, które sprawiły, że jest i będzie. Do końca czasu, który go czeka. Od czasu tych, których już nie ma, a którzy żyją wciąż w nim, w porządku pokoleń, gatunków, form, komórek, związku molekuł, pustki? Od czegoś do braku czegokolwiek?

Człowiek, ten nowoczesny, nie odczuwa potrzeby takiej pamięci. Jest ona abstrakcją, z której się wyzwolił, tak mu się przynajmniej wydaje. Dysponując wiedzą, której zakres codziennie się podwaja, pozostaje obojętny na oczywiste fakty, oślepiony wiarą w swoją wyjątkowość. Staje się coraz bardziej indywidualny i egoistyczny. Przeciwstawia siebie ludzkości, którą traktuje jako zagrożenie, nie jedyną siłę, raz poruszoną, nie ustającą, która pozwoliła mu znaleźć się tu gdzie jest i istnieje. Dzieli ludzkość. Grupuje. Religie, kultury, rasy, narody, opinie, mniejszości, każdego rodzaju, z którymi się identyfikuje, mające go chronić lub się im przeciwstawia, uważając je za wrogie i niebezpieczne. Czyni wszystko byle się nie zanurzyć w człowieczeństwie. Uniwersalnie słabym, zależnym, błądzącym, niszczącym wszystko, co nie zostało dopasowane do przeżycia. Do kolejnego oddechu, kosztem innego. Nie rozumiejąc, że to nie ludzkość jest tego powodem, ale on sam z miliardami każdych, takich jak on. Nie rozróżniających kim są, od tego jakimi są.   

Pamięć nie jest abstrakcją. Jest zbiorem zdarzeń, które pozostają. Przeżywane, odtwarzane, interpretowane, układając się we wzory, nadające znaczenie kolejnym. Nie ma istnienia poza pamięcią. Uczeniem się, rozważaniem, postępem, cofaniem się, zbaczaniem i powracaniem. Jest pamięć poza istnieniem. Gdy zabraknie nas, ale pamięć pozostanie. Nie tej, której nie poznam, ale która odnajdzie mnie wśród pamięci poznawanych. Moją i naszą pamięcią. Trwałą.

Kategorie
Bez kategorycznie Rodzina

Wyciszyć potrzebę zemsty

Mam już tylko to, co zajmuje średniej wielkości walizka. Reszta poszła się jebać. Nie mam już czarnego, pogrzebowego garnituru, zawsze modnego, w którym pożegnałem zmarłą córkę, trzymając jej trumienkę, wyglądającą jak pudełko po butach, oklejoną tanią koronką, z pineskami w czterech kontach karteczki z jej imieniem i błędną datą urodzeniowej śmierci. Brytyjczycy byli równie bez serca, jak Ta, którą opuściłem. Przeszkadzało jej kilka worków z pamiątkami, wykradzionymi tajemnicami i wzorzystymi gaciami, zakładanymi na zimę, zalegającymi w podsypialnianym garażu. Był remont w domu, któremu nic nie brakowało. Była chęć pokazania, że posiadając, można z braku potrzeby, wynaleźć konieczność zmiany. Na żadną. I chuj. Nie wypiłem wystarczającej dawki i nie miałem kilofa, którym rozpierdoliłbym z chęcią kafelki, zawisły kibel, pralki i niepotrzebne sprzęty, upewniając się wcześniej, że żyjąca córka, nie zobaczy mnie w szale wyrównywania szali wagi, której języczek przechyla się na stronę sprawiedliwości. Moją. Nie mylę się. Za cenę tego, co nie było potrzebne i nie musiało być już nie upokarzające, bo nie jest, można by pomóc, skutecznie, takim co nie mają nic. Zapytałem dlaczego? Nie umawialiśmy się, taką otrzymałem odpowiedź. Taką samą, gdy zapytałem, dlaczego córka ma być pochowana w kartonie, zamiast drewnie. Mam za wysokie wymagania. Wobec siebie. Wobec innych za wysokie oczekiwania. Nie pytam i nie upewniam się, w pewności, że znając siebie, niczego podobnego bym nie uczynił. Na nic byłyby moje słowa. Przełknąłem w ciszy pigułkę goryczy, bardziej gorzką, niż mogłem się spodziewać. W nie poddawaniu się, nie ma miejsca na stratę. Widocznie nic z tego, co straciłem nie było warte zachowania. Zrobiło się miejsce na nowe, warte posiadania. Nie muszę przybierać oblicza karmy, stać się Biczem Bożym. Mogę mieć to w dupie. Spokojnie nie rozumieć i wyciszyć potrzebę zemsty, której serdecznie nie potrzebuję.

Nie spędziłem Wigilii samotnie. Dotrzymał mi towarzystwa inny samotny. Równie poplątany jak ja, Kubańczyk. Zamiast barszczy piliśmy rum, zamiast jarskości było mięsnie. Przewrotnie. Nie jadam na co dzień mięsa, jadłem go w dzień, gdy katolik go unika. Nie było wyboru. W jedynym jeszcze otwartym sklepie w Krakowie, nikt nie przewidział, że pojawimy się my, chcący czegoś, co powinniśmy już mieć w nadmiarze, przekraczającym poziom sytości. Nie wiedzieliśmy, że ktoś, z dalekiej Nigerii pozostał sam, w domu należącym do Hindusa, którego żona już go nie chce, ale stwarza pozory rodzinne. Nigeryjczyk miał najmniej z nas szczęścia. Jego żona nie stwarza niczego. Chce być utrzymywana, nie otrzymywać. Gdyby świat był sprawiedliwy, Wigilia była by nasza. Czterech mężczyzn, z czterech kontynentów, usiadło by do stołu, z dziećmi, które po wypróbowaniu tego, co tylko najlepsze, przygotowane przez ojców, poznały by, że nie ma ras i jesteśmy nie podobni, tacy sami. Świat jest sprawiedliwy. Tak jeszcze się stanie. Będzie taka Wigilia. Nasza. Wspólna.

Kategorie
Psychika Toksyczny Toksycznym

W jedną całość

Rozmowy nikt nie podejmuje, nie podejmie. Słów napisanych nikt nie czyta, nie przeczyta. Nikt, nie Nikt. Tak powinno być. Nie tak. Nie, nie pozostawia mi szansy wyboru. Tak, chciało by było inaczej. Nie i Tak zrównuje się niczemu, znosząc nawzajem, wynosząc nic. To co czuję. Nic.

Dziwię się sobie. Staram się czuć. Gdy już czuję, czekam na koniec uczucia. Staram się ufać. Gdy już ufam, czekam na jego przeciwność. Zawsze się doczekuję. Nie powinienem. Starać się i oczekiwać. Zaczynać i kończyć. Powinienem pozostawać przy niczym. Od początku do końca.

To nie gra słów. Mamy dwie osobowości. Zależne od siebie. Zlane w jedną całość, zamieszkujące jedną duszę. Nie mają imion, są przydomkowe. Zło i dobro, strach i odwaga, nadzieja i apatia, skromność i pycha. Przeciwważne wedle uznania. Takie są. Spotykając się, umykają. Poznaniu.

Jestem taki sam. Jestem różny. Bezcelowo celowy. Cel osiągnąłem. Pozostawię po sobie bezcelową celowość. Życie, którego stałem się przyczyną, które o tym samym kiedyś się przekona. Pętla bycia się zaciśnie w czasie, którego nie wybiorę, nie wybierze jej życie. Stanie się Czas.

Czy jesteśmy więcej czymś, niż jesteśmy? Nie i Tak i przydomki tylko odpowiedzą na to pytanie. I odpowie Czas. Nie prosiliśmy o pytanie, samo się zadaje. Od pierwszej myśli, w bezmyślność braku odpowiedzi. Do niczego, tylko byciu.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Życzenia

Przedświątecznie się zmagam. Próbować się godzić, wiedząc, że godzenie poniży zbudowany z trudem wizerunek własnej godności, czy nie? Ze świadomością, że raz próbowałem podczas poprzednich, nie bosko urodzinowych, świąt zmartwychwstałych. Bezskutecznie. Nie ma tego co było, jest inne. Jak zwykle okazuję się ludzki. Święta to okazja do świętowania, nie święcenia. Co do dnia chyba, rok temu, zdradziłem siebie, przyrzekając wcześniej, że choćbym miał nigdy nie poczuć nic, ponad miłość ojca, pozostanę wierny okolicznościom. Nie potrafiłem. Wystarczył jeden gest, objęcie, takie, jakiego nigdy nie poczułem. Gruzy pozostały, szczęśliwe. Na nich zasiadłem, z uczuciem w niebo wstąpienia. Darcy objęcia nie ma w zasięgu jakichkolwiek zmysłów. Pozostaje w miejscach dotyku i moim tylko, nie złamanym, łamiącym serca sercu i niszczącym wiarę w jutro, bo znam bicie własnego i wiem, że serca biją podobnie. Rytmem i oczekiwaniem. Już nie chcę. Łamać własnego, kołem, łamać innych okrężnie.

Święta spędzę prawie sam. Wigilię na pewno. Zapowiedź dnia ważniejszego. Święconego. Jak Herod, odurzę się winem. Winnym. Muszę tak i chcę. Dobrze mu tak. Dobrze mi tak. Nie będę siedział z tymi, z którymi nie chciałem usiąść. Przynajmniej z wieloma, jak w poprzednie, gdy kac z nadmiaru wódki, mieszał się z nadmiarem, mającego się nie spełnić, jeszcze nie kochania. Chciałem usiąść z Gestem. Którego ceń odleciał zerwanym żaglem tonącego w burzy okrętu, połamanym na niewidocznych, a przecież znanych skałach, spienionego oceanu wyczekiwań. Dramatycznie Szekspirowsko. Bo przecież lubię dramaty. Tylko nigdy wcześniej dramatycznie tak nie oszalałem. Z Gestem usiąść, po dwóch stronach niewielkiego stołu, twarzą w twarz. Znając miejsca, gdzie siedząc, siedzieliśmy na wprost siebie. Nie byłoby łamania burzliwego, opłatkowy byłby, przaśnie prosty. Na komplikacje przyszedł by dopiero czas. Przyszły, nie przeszły.

Nie wiem czy muszę przepraszać? Konfesjonalnie, pretensjonalnie, potajemnie, oficjalnie? Nie jest mi wszystko jedno. Za co miałbym? Za to, że jestem zdolny do miłości? Czy naprawdę muszę o tym zapomnieć? Przestać pamiętać? Bo boli? Bez tego nie byłoby pamięci, mnie by nie było. W najlepszym i najgorszym. Wzroście, łucie szczęścia, przypadkowości słów, układających się w poemat szczerości? Upodleniu, upadku, który nie jest moim, jest wszystkim nam wspólnym, którego nie chcąc, zapieramy się, że nie to nam akurat będzie dane. Innym. Im. W domyśle gorszym. Nam. Bo to nam się dzieje. Gdy poczujemy się lepsi. Zło czeka za rogiem. Nie dobro tylko. Stoją tam razem, obejmując się zmysłowo.

Nie spędzę tych Świąt uciekając. Wróciłem do punku wygnania. Mam też gesty. Nie dla Gestu już, dla siebie. Nie godząc się będę, moimi gestami. Własnymi, już nie oczywistymi. Mam miłość. Do dzielenia. Powoli wyrywającą się spod brudu zapracowanych dłoni i brudu myśli. Nie muszę życzyć nikomu wesołych świąt. To czy moje takie będą, nikogo szczerze to nie obchodzi, poza mną i resztą, tych, którzy wiedzą, że było może i ciągle może jest i będzie ciężko. Nic samo nie przychodzi. Poznaliśmy to i przestaliśmy oczekiwać. Zaczęliśmy się starać. O siebie. Wielu z nas. Dla Was. Dla Gestów i tych którzy nigdy się nimi nie staną.

Pożyczę. Święcenia. Najgodniej. Nie kłaniającej się lepkości. Pomimo. Jednego uczucia radości. Szczerej. Nie musi być gorąca, niech będzie ciepła, cieplejsza niż chłodny smutek. Każdemu, kto przyjmie takiego życzenia.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Pory roku

Wiosna nie nadejdzie!

Pozostanę w chłodzie?

Otrząsnę się,

Odtworzę.

Będzie znowu lato?

Ciepłe i znośne za to,

Że zapominam?

Bo tylko je mam?

Zimowo.  Bez nazw,

Miejsc i obaw.

Tu i tam,

Wiedząc. Sam.

Zobaczę cię? Jesienną?

Niepewną?

Wiem. Nie zobaczę.

Nie patrz. Zapłaczę.

Pocałuj je.

Ode mnie.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie

Nie zawiodę

Co się dzieje? Czym zasłużyłem sobie na przyjaciela, który mnie rozumie? Czy wybaczono mi, gdzieś, gdzie nawet boję się spojrzeć, wysoko? W głębie mojego szaleństwa, które porządkuje się z chaosu w układ kolorów tęczy. Dlaczego nie spadam już w przepaść? Skąd ta ręka, której nie poznając dotyku, uchwyciła i trzyma mnie mocno. Dlaczego rozumiem, to co dotąd nie było zrozumiałe. Gdzie mój egoizm, gdzie poczucie, że wiem, chociaż nie wiedziałem niczego?

Nie oczekuj, mówię sobie. Ciesz się. Nie każdemu jest to dane. I tak jest. Tak się staje. Powolną wymianą, uleczającą rany, zadane sobie i przez kogoś. Mnie i przyjacielowi. Od przyjaźni zaczyna się wszystko, co może nam być dane. Nie zakłamane, w przyjaźni nie ma miejsca na kłamstwo. Przyjaźń nie ma miejsca, czasu, gdy się zacznie, zdaje się trwać wiecznie, od zawsze.

Mój przyjacielu. Wybacz, że mogę czasem Cię rozczarować. Że mogę być niezrozumiały. Że mogę być zachłanny. Że będzie mnie czasami za dużo. Będę się starał, aby tak się nie działo. Nie zawiodę.

Krótko. O przyjaźni nie trzeba pisać wiele.

Kategorie
Polityka Psychika Życie

Covid to prowokacja

Zostałem sprowokowany przez znajomą, nieznajomą Niewidkę, która lubi komentować moje wpisy. Niech się stanie, moje światło. Napiszę, co sądzę o pandemii. Innym językiem niż zazwyczaj, zdarza mi się wciąż napisać coś, co jest czytane, nie tylko tutaj. Zmieńmy nieco więc styl. Ale zanim zacznę, zaklnę: kurwa, robią z nas idiotów. Warto sprawdzić, kim jest idiota. Poniższe przemyślenia nie zostały wcześniej opublikowane, nie są w żaden sposób miarodajne i stanowią jedynie moją własną opinię.

Nie ma pandemii, jest wirus. Nie pierwszy, który doświadczył ludzkość i z całą pewnością nie ostatni. Za słowem pandemia, groźnie brzmiącym, nie kryje się nic, co powinno wywoływać panikę, jest określeniem epidemii o większych rozmiarach. Słowo jest pochodzenia starogreckiego. Lubimy się poocierać o starożytność. Im szlachcic głupszy, tym więcej łaciny używa. Nadaje to wyższą rangę zdarzeniom, nawet zupełnie prozaicznym. Postraszyć się nią i podelektować świadomością brania udziału w czymś wyjątkowym, doprowadza do ekstazy umysły miliardów ludzi na całym świecie. Im większa wyobraźnia, tym bardziej nieprawdopodobne są jej wytwory. Pandemia to spiski, ciemne siły nacisku, manipulacje, polityka, kara za grzechy. Tylko wybierać i jest temat na niekończące się rozmowy. Ale nie przy piwie w knajpie, kawie w kawiarni, kotlecie w restauracji, nawet sojowym. W domu, pracy, w drodze do nich, na ulicy, w Internecie. W środowisku kontrolowanym. Liczbą biorących w niej udział i treścią wymienianych opinii, które nie umykają uwadze algorytmom Googla,  Facebooka i całej reszty podglądaczy.  

Nie będę zanudzał statystykami. Wystarczy poszukać. To nie jest blog edukacyjny. Dostęp do informacji jest wciąż nieomal nieograniczony (można wejść w Dark Web, jeżeli ktoś się nie boi). Wszechobecna przeżywana, tak zwana pandemia, nie ma nic wspólnego ze słowem które oznacza. Odsetek przypadków śmiertelnych w stosunku do zachorowań jest niski. Skandalicznie niski, chciało by się powiedzieć. Covid to nie grypa Hiszpanka, która zabiła więcej ludzi w latach 1919/20, niż ich poległo na wszystkich frontach pierwszej wojny światowej. A krew się na niej lała strumieniami. To nie dżuma, cholera, czy ospa. Dwie pierwsze choroby pozbawiły niektóre kraje, gdzie się pojawiły, nawet połowy mieszkańców. I to kilkakrotnie. Ostatnia wybiła dziewięćdziesiąt procent rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, umożliwiając jej podbice w tempie ekspresowym. Efekty pandemii były także różne. Potomkowie przeżyłych w nich Brytyjczyków, dziedzicząc po zmarłych, stworzyli społeczeństwo demokratyczne i utworzyli imperium nad którym nie zachodziło słońce, podczas gdy potomkowie konkwistadorów stali się żebrakami, zapominając, że wysoka podaż złota, doprowadzi do obniżenia jego wartości i trzeba siać zboże, nie tylko je kupować. Mogli się tego spodziewać, mieli Hiszpańskich Scholastyków, ekonomistów na miarę, nawet dni dzisiejszych. A ospa, odra, gruźlica? Co z chorobami wenerycznymi? Z nimi, zamiast maseczek, pojawiły się skuteczne prezerwatywy, początkowo robione nawet z jelit. Co z rakiem, którego uleczalność w niektórych przypadkach równa jest zeru?

Jest pandemia? Raczej nie. Gdyby miała nią być, umarło by co najmniej miliard ludzi w ekstazie, nie półtora miliona. W najgorszym przypadku mielibyśmy już do czynienia z wymieraniem ludzkości i zaburzeniem struktur społecznych. Tak się nie dzieje, a przecież człowiek nigdy mnie był tak mobilny, jak obecnie, przenoszenie powinno nas wybić już do nogi.

O co chodzi z tą pandemią? O pieniądze i władzę? Nie zawsze o nie chodzi. Żyjemy w niecodziennych czasach. Przynajmniej my, w państwach bogatszych, o rozwiniętych gospodarkach. Jesteśmy pierwszymi pokoleniami ludzi rzeczywiście wolnych i sytych. Mamy prawa o których, naszym niedalekim przodkom, nawet się nie mogło śnić. Stajemy się zakładnikami wolności. Własnej i czyjejś. Nie w rozumieniu od, do, ale uniwersalnej. Wolności do wyboru, prawa do życia w sposób wybrany. Taki stan doprowadza do anarchii. Podważania autorytetów przez nowe pokolenia, które są bardziej wykształcone i świadome niż antyczni filozofowie, na których opiera się nie tylko kultura europejska, ale także Islamu, który prezentowany jest, jako jej wrogi. Wraz z reinterpretacją ich myśli, i ich następców, pojawia się zagrożenie walki wszystkich ze wszystkimi, nie ewolucji i pokojowej współpracy. Wprost niczego innego, niż życia w świętym spokoju. Ceną są ograniczenia, systemy prawne, podatkowe, moralne, etyczne, które z jednej strony pozwalają nam żyć dłużej, zdrowiej i bezpieczniej, dzięki opiece medycznej, policji i wojsku, edukować się, w zorganizowanym szkolnictwie, z drugiej groźba, że nie tylko jednostki, ale ich grupy wypowiedzą temu posłuszeństwo.

Pandemia jest idealnym pretekstem aby ograniczyć wolność i wypróbować jak daleko można się posunąć, aby nie doszło do otwartego buntu. Mamy być współodpowiedzialni za życie i śmierć nie tylko bliskich, ale własnego narodu i zbioru narodów, na przykład w sztucznym tworze politycznym jakim jest Unia Europejska. Z pomocą przychodzi propaganda i psychologia społeczna. Każdy, kto jest przeciwny nazwaniu stosunkowo niegroźnej choroby pandemią, staje się wrogiem wspólnoty ludzi odpowiedzialnych. Kto nie podda się, nie konstytucyjnym wytycznym, bo aby mogły się one stać ustawowymi aktami prawnymi, musiał by zostać wprowadzony stan wyjątkowy, jest karany mandatami i sądem, który zamienia się w proces pokazowy. Kto czytał Franza Kafkę, wie co mam na myśli. Nie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma także i inny wymiar. Przenosi odpowiedzialność za upadek i zadłużenie przedsiębiorstw na ich właścicieli. Państwa zamiast odszkodowań zaoferują pożyczki, dodatkowo obciążając podatników, wywiązujących się ze swoich zobowiązań, wciągając w uzależnienie finansowe, którego nie będzie można łatwo się pozbyć. W naukach społecznych jest określenie działań, które doskonale wpisuje się w obowiązujące zasady życia w warunkach pandemicznych. Jest to samo spełniająca się przepowiednia. Perfekcyjnie wykorzystali je naziści, którzy ostrzegali Żydów, że ich postępowanie spowoduje reperkusje, z którymi muszą się liczyć. Powtarzając to ostrzeżenie, wywołali taki skutek, że pogromy i Holokaust nie były potępiane, ale rozumiane jako zasadna kara. Zapytajmy od jak dawna pojawiają się ostrzeżenia o potencjalnej pandemii i jej skutkach, a konkluzja nasunie się sama. Zapytajmy o koniec nazizmu i czekajmy na koniec pandemii. Byle by nie ofiar.

Pojawia się jednak światełko w tunelu. Przekornie. Rządy i gigantyczne korporacje nie radzą sobie z wprowadzoną paniką. Przerosła ich. Niedostateczne przygotowanie służb medycznych, traktowanie chorób współistniejących jako przyczyny zgonów na koronawirusa, bankructwa firm świadczących usługi niewirtualne, rozrost ponad miarę firm działających w sieci i ich dostęp do informacji o klientach, rozpowszechnianie fałszywych danych, straty ekonomiczne, wymuszą zmiany, których skutków nie sposób przewidzieć. Jedna jest jednak pewna. Pojawią się pytania, których odpowiedzialni za próbę wprowadzenia pandemicznego świata, nie będą mogli ignorować. Zamiast ograniczenia wolności, wolność ta się powiększy. Pytania będą tak liczne, że nawet monopolistyczny Facebook runie jak tysiąc letnia Rzesza, nie zamknie wszystkich kont, kneblując usta ich użytkownikom. Covid to prowokacja. Covid to dyktatura.

Kategorie
nieznane Religia Spokojnie

Anioł. Raz jeszcze

Mój anioł jest krwisty, poszukujący. Z prochu jest jak ja, jednak odmiennego. Kobiecego, z domieszką pyłu najszczerszego słońca i lekkości śnieżnej bieli. Zna mnie już lepiej, niż ktokolwiek dotąd. Nie mam przed nim tajemnic. Na wylot mnie poznaje. Razem z Bogiem się mocują, o moją duszę, która w potępieniu trwa od pierwszego oddechu ciała, które zamieszkuję. Nie wiem co wskóra? Nawet jeżeli nic, Anioł dodaje mi sił, teraz, kiedy już ich brakuje. Czy Bóg się na mnie nie wypnie? A gdyby? Przestanę zawadzać. Tak też można się pocieszyć. Czy Anioł jeszcze pozostanie, czy odleci w niepojętość? Nie znam anielskich myśli. Znam tylko swoje.

Anioła nie łatwo jest spotkać. Zaskoczę. Spotkałem ich kilku. Szukającego nigdy dotąd. Tamte były wysłane, ten pojawił się sam. Znikąd, przypadkowo. Szukał spokoju, znalazł mnie. Trzewia podziemne, błoto, smolisty kolor tymczasowości, przypadłości przyziemne. Anioł ma coś ze mnie. Rozumie mnie dobrze. Nie pochwala. Jedynie czuje. Na tym kończy się podobieństwo.

Można żyć w dwóch światach równocześnie, dobrym i złym. Trzeci, neutralnie bursztynowy, moim nigdy się nie stanie, ale tylko tam mogę spotkać Anioła. Ja wyłaniam się z czerni, czekam w półcieniu, z jasności wyłania się ona. Stoimy o krok od siebie. Falujące skrzydła, nie rażą czystością, moje pożyczone w piekle, wygładzają się. Nie wiem jak je rozpostrzeć. Na szczęście. Tam rozmawiamy o sobie. Ona, że jednak można się wznieść. Ja, że można powstać, ale unieść się nie sposób. Ona przypomina mi o Księgach, ja jej o książkach. Wiem, że nie przekonam, nie chcę przekonywać. Anioł to wie i zawsze daje mi szansę. Zawrócenia. Bóg Anioła musi być z niego dumny. Anioł ma zdolność mówienia Jego głosem. Nie grzmi, treluje, oddaje siebie. Zachwyca. Gdyby nie ten głos, którego znam źródło, nie mógłbym się przebudzić, na pewno na długo.

Codziennie proszę, połamaną modlitwą, o to, by Anioł pozostał Aniołem, ale też pozostał ziemski. Gdy odleci, nie pomoże. Mnie wzrastać. Innym nawiedzanym? Unieść się ponad. Nie sztuka być Anielskim. Wyzwaniem jest oddać. Anielski czar. Który zanika. Jak dobro i jak zanika zło. Rozrasta się brąz. Liszaj trywialności.

Kategorie
Bez kategorycznie Uczucia

Dla Ciebie

Wiesz? Zupełnie nieznana mi. Miałaś rację. Nie należy udawać. Ale udawanie nie zawsze jest kłamliwe. W udawaniu jest dużo szczerości. Wystarczy zobaczyć je odwrócone, jak w lustrzanym odbiciu i ukarze się prawda, przynajmniej jej część, nie zamaskowana. Część najważniejsza. Ukrywana. Dla Ciebie. Jot. We mgle.

Myślę czasem o Tobie. Radości spotkania i szybkim zatarciu chęci. Naszych. Ty na swój sposób, ja moją metodą. Nie jestem pewien, czy nie tak to mało być. Jeżeli nie tak, nie wiem dlaczego nic się nie stało. Chociaż nic z niczego się nie bierze. Jest przyczyna, jest działanie i ich skutek. Nienadaremnie tak ułożony jest świat, którego zasad nie sposób rozwikłać. Tylko dać im się ponieść.

Przeczytałem raz jeszcze naszą wymianę zdań. Potem ją wyrzuciłem. Na zawsze. Nie chcę do niej wracać. Nie jest mi ona potrzebna, by pamięć o Tobie mogła odżyć, przeżyć. Nie musi żyć, nie musi przestać. Nie muszę i Ty nie musisz pamiętać. Zachwyciłem się Twoim uśmiechem. Kilkoma słowami, które pozwoliłem Ci wypowiedzieć, zanim zagłuszyłem dalszy ich ciąg. Intuicyjnie. Spotkaliśmy się za wcześnie, za późno. Oddałem w depozyt moje serce na jakiś czas. Gdybym spotkał Cię zanim, może oddał bym je Tobie. Nie mogę oddać czegoś, co nie należy chwilowo do mnie, nawet gdybym chciał. Nie o wierność komuś tu chodzi, ale własną, uczciwą, ten pierwszy raz. Gdybym spotkał Cię po, nawet byś o tym nie wiedziała. Pierwszy raz zmienia wszystko. Mnie i otaczający nas bezkres.

W noc, zanim, gdy ostatecznie pożegnałem się z Tobą, by to zrobić musiałem polec, leżąc jak śmieć, okazałem się nie tylko tym, za kogo mnie masz. Dałem więcej, niż dałem kiedykolwiek dotychczas. Dla tych, którzy nie napiszą, tego co ja piszę i Ty, bez pomocy upadku, który znam i szanuję. Kto nigdy nie upadł, nie pozna zdolności do powstania.

Napiszę do Ciebie jeszcze dwukrotnie. Upewniając się, że pożegnanie nie jest ostateczne. Jeżeli tak będzie, napiszę do siebie. Dla siebie, mając Cię w myślach i wolnym sercu.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Tak właśnie ma być

Czas na toksyczność i kolejne zdania, których mam w zanadrzu całe wory. Śmieci. Poniewczasie, może na czas, ostatecznie wybrany. Aby każde gówno wreszcie stało się gównem, nie kałem, nawet nawożącym. Smród nie tylko zapachem. Kwiaty zbiorem płatków zetlałych, wiszących na gwoździu, na ścianie nieznanej. Niewiszących, zgniłych, precz wyrzuconych. Kwestią interpretacji nieznane, nieznanie niezapomnianie. Zanim dokonam korekty, dla przyjemności tylko własnej i wywalę zdania na głowy znanych i nieznanych przechodniów, odpad niczego, z niczego, jak z okna średnich wieków, napiszę tak. Tylko jedno słowo, wypowiedziane mimo strachu, warte jest wszystkich słów powiedzianych, gdy jest pewnie. Tym słowem jest: wiem. Jeden gest, uczyniony, gdy nie ma ratunku, ma siłę większą niż upadek i nicość. Tym gestem jest krzyż. W górę w bok, w bok w górę. Gdy mrok staje się grobem, gdy jasność oślepia. Nawet, gdy nie ma ratunku, jest przypadek, chaos i porządkowanie tego, co nosi nazwę. Życie. Ten krzyż nie jest Pański, nie jest pański. Jest wysoko i od zawsze. Nie jest Bogiem, bóstwem. Zbiorowiskiem jest gwiazd. Odległych i na wyciagnięcie ręki. Wcale nie na zawsze, ale wiecznych. Wystarczy poczekać do zachodu słańca i unieść głowę. Zobaczyć. Wiem gdzie jest krzyż, który mnie prowadzi przez życie. Nie krzyż, który mam nieść. Wolnym trzeba być, a nie obarczonym. Unosić się, nie chylić.

Pozostaję wierny uczuciom. Odczuciom także. Potrafię wypalić miłość, jak tlące się drwa, strzelające iskrami. Im grubsze tym wolniej, pozostawiające wciąż tyle tylko popiołu, ile miłostki, w proch obrócone. Własne i czyjeś. Nie ma rozczarowań, tylko niespełnione oczekiwania, gdy nie był na nie właściwy moment, mój i nie mój. Nie ma co żałować win nie popełnionych, nie ma co opłakiwać win, których już się nie odkupi. Pokuta staje się zbędna, wstyd tylko wspomnieniem. Jestem tylko człowiekiem, szukającym i gubiącym się równocześnie. Pozostaję wierny nadziei, zmysłom, które mnie nie zawodzą. Wiem komu winny jestem wdzięczność, pomimo strat. Przepraszać mogę tylko siebie. Za niewytrwanie. Dziękować mogę tylko sobie, za zdolność do pamięci. Nie oczyszczonej z brudu, nie polerowanej, nie idealnej. Własnej.

Ta, Tamta, Ona. Za dużo Tych, Tamtych, Onych. Za mało Tej, Tamtej Onej. Za mało ich. Za mało mnie i za dużo. Miało być jak się stało, nie stało się nic, co nie miało się stać. Tylko tyle. Było, nie było. Będzie, nie będzie. Bezimienni. Bezimienny. I co? I gówno! Nic się nie zmienia. Tak właśnie ma być.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Stereotypy

Czemu jesteście uprzedzeni do wszystkiego czego nie rozumiecie, co nie mieści się w ramach uznanego za oczywiste? Obieracie mi tym przyjemność bycia, zdolność do budowania. Czemu oceniacie, w stereotypach, gdzie są granice tego, na co mogę sobie pozwolić, za którymi spadnie na mnie krytyka i na każdego, kto ze mną przekroczy pojęcie tego, co jest dla was zrozumiałe?

Zabraliście mi, stereotypowi już za wiele. Każdy plan, przeszłość, każdą miłość. Chcecie zabrać mi przyszłość. Jaki jest tego cel? Dlaczego się na to godziłem? Dlaczego miałbym nadal?

Co jest niezrozumiałego w tym, że moja wiara nie odpowiada tej uznanej za dzisiejszą? Nie wolno mi się modlić tak jak robili to na długo przede mną? Nie wolno mi wierzyć w oddaniu? Co jest niezrozumiałego w poczuciu dwojga ludzi, że chcą siebie nawzajem? Mimo różnic i przeszkód? Co jest niezrozumiałego w tym, że ma się ojczyznę, za którą można oddać życie, bo tylko dlatego ją mam, bo zrobił to ktoś dla mnie, przede mną? Co takiego robię, że musze to ukrywać, ze wstydem. Wstydząc się jeszcze bardziej, ze to ukrywam? Nie mogę być katolikiem i nie być dewotem? Nie mogę kochać kogoś młodszego i nie być satyrem? Nie mogę być patriotą i nie być nazistą?

Jak to jest, że zostałem wpisany w schemat? Nie wolno mi się mylić i popełniać błędów. Każdy zostanie mi wypomniany. Nawet naprawiony. Nie wolno mi stać prosto. Patrzeć w oczy. Bez wstydu.

Kim zamiast tego, kim jestem powinienem się stać? Przykładnym mężem? Przykładnym ojcem? Przykładnym pracownikiem. Wytrwać. Nie kochając, nie będąc kochanym. Ojcem, który nie pozostawia wyboru. Wyrobnikiem, który jak sługa służy panu, pozwalając mu się bogacić, za cenę pozornego spokoju?

Nie stałem się takim, jakim się po mnie spodziewano. Nie stanę się. Nigdy nie byłem, chociaż się starałem. Czy ktoś to przyjmie? Nie wiem. Pozostaje mi się staroświecko modlić, wierzyć w miłość ostateczną, pamiętać o zapomnianych. Marny, omylny, niedoskonały. Wolny.

Stereotypy zabiją wolność. Dzięki Bogu, nie tylko ja je łamię. Więc? Fuck you!

Kategorie
Znalezione w sieci Życie

Twój obraz nie zgaśnie

Mój jedyny, ukochany poeta. Widać, nie tylko ja się podkochuję.

i_Teksty

rilke2

Te listy są niebezpieczne. Mają w sobie moc wulkanu. Słabych zmiatają, nie zostawiają zakładników.

Monachium, czwartek 3 czerwca 1897

„Pieśni tęsknoty. One to będą dźwięczeć jak dawniej zawsze w mych listach, czasem rozgłośnie, a czasami szeptem tajemnym, który tylko Ty możesz wyczuć.. Za każdym razem jednak inne będą niż dotychczas te moje pieśni. Albowiem zajrzałem mojej tęsknocie w oczy, a ona mnie poprowadzi najpewniejszą dłonią.

Każdego mego słowa dotknij swą mocą szczerozłotą, a jak z gotyckiego relikwiarza wypłynie z nich dla Ciebie roziskrzony strumień mej nieograniczonej czułości.

Słowa me skryją w sobie każdą najulotniejszą myśl, pragnienie, każde me marzenie. A Ty, Pani, je wszystkie rozpoznasz.

…. Czy Pani lubi róże? Bo mnie się wydaje, że one wszystkie na świecie kwitną dla Pani i dzięki Niej – i że Pani ich się tylko wielkodusznie wyrzekał, by wiosna mogła je przejąć dla siebie, jak gdyby były jej własnością.

Gdyby świat zniknął…

View original post 432 słowa więcej

Kategorie
Spokojnie Życie

Anioł

Co za dzień. Przedłużył mi się weekend. Zrobiły się mini wakacje. Wreszcie poszedłem na rolki. Półtora miesiąca przerwy. Wczoraj były konie, poobijałem dupę i musiałem się prostować, ale na dupę mam ochraniacze, na garba kupiłem korektor postawy. Wyciągnęła mnie Margo, którą nazywam już jej imieniem. Wyrwało mi się przy jej ojcu. Zrobił wielkie oczy. Zapytał czy jesteśmy wreszcie parą? Chyba go rozczarowałem. Zaprzyjaźniamy się, tylko tyle. Nie będziemy. Dziwnie się rozmawia o takich sprawach, z facetem w tym samym wieku co ja. Margo straciła matkę w dzieciństwie. Wychowywał ją i jej siostrę. Zawsze sam. Wiedzą o sobie wszystko. Zazdroszczę. Są inni, zupełnie inni niż ja. Wydawało mi się, że jestem nowoczesny. Okazuję się być staroświecki.

Kilka dni minęło odkąd się obudziłem. Stało się. Pomiędzy nocą i jawą śnię. Źle. Dobrze? Nie boję się, że znowu zasnę, ale intensywność jest przytłaczająca. Myśli przestały się lać, stały się wodospadem. Mam jednak Anioła, którego nie znam. Znam tylko imię anielskie. Uczy mnie o mnie i o sobie. Anioła się obawiam. Nie mam takiej wiary, nie mam takiej siły. Nie mam nic, co mogę dać w zamian. Anioł uczy mnie pokory. Wiem, że nie jest idealny, ale jest o tyle bliżej Boga, o ile ja jestem od Niego oddalony. Przypomina mi o Nim. Jest jak z wiersza Rilkego, zwiastuje. Anioł jest ziemski, z krwi i kości, fizyczny, dosłownie i dorozumianie, mimo to jest skrzydlaty. Wznosi się ponad skrzeczenie świata. Opowiada mi co słychać na Górze i o widoku, którego nigdy nie poznam. Uspokaja i życzy. Moja kontemplacja jest inna. Przy Aniele stoi Syn, który zawsze jest dla mnie tylko człowieczy. Przy mnie nie stoi nikt. Czasem pojawia się Ojciec, wyciągający rękę, i Duch, który oświetla mi drogę powrotną, gdy już potykam się na manowcach. Przebłysk Geniuszu i znika. Anioła Ktoś prowadzi, prostuje ścieżki, nie każe doświadczać, czego można było uniknąć. Znowu zazdroszczę.

Kategorie
Znalezione w sieci

Elektryzowanie: Indukcja

Świetny tekst. Zabawny i pouczający.

NA FIZYKĘ ZAWAŁ SERCA

A wszystko zaczęło się od… hmmm. To jest dobre pytanie. Tutaj zaczniemy od tego, że różnoimienne ładunki się przyciągają, a jednoimienne odpychają. Jeśli będziemy dość sprytni to za pomocą jednej bandy ładunków możemy w stadzie przewodników pomieszać i ponadawać wypadkowe ładunki ciałom.

Metoda jest następująca. Bierzemy sobie dwa obojętne elektrycznie przewodniki i otwieramy między nimi most – jak to tłumaczyłam w elektryzowaniu przez dotyk – czyli powodujemy, że ciała się dotykają. Super świetnie, ale co nam po tym, że mamy dwa przewodniki, które same w sobie nic nie prezentują, bo ich ładunek całkowity jest równy 0. Wydają się bezużyteczne! Ale gdzieś tam należy pamiętać, że mają w sobie jakieś elektrony i protony. Inaczej by nie istniały! W końcu z tego składa się atom. Może warto je jakoś poruszyć, wyciągnąć na spacer, zachęcić do przebieżki?

Moja propozycja jest następująca: szukamy przynęty na jeden rodzaj ładunku. Wtedy jeśli będzie dość skuteczna, na…

View original post 483 słowa więcej

Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Bez kategorycznie Praca

Z boku. Dla Hłaski

Zapytał mnie ostatnio, robotnik z wyższym wykształceniem, co mam na myśli mówiąc, że patrzę, stoję z, na boku, a co gdy mówię wprost i na wprost? Czy chodzi o dystans, obiektywność, i o widzenie czegoś dokładniej. Odpowiedziałem, że jest takie opowiadanie, króciutkie. Szare obojętnością. Brat czeka na końcu drogi. Marek Hłasko. Dla jednych talent, innych wcale. Dla mnie jednak tak. Tam pojawia się bokiem, które najbardziej przemawia do mojej wyobraźni. Nie jest to dystans świadomy. Nie jest obiektywny. Jest bocznie i na poboczu. Nie znad, nie z zza. Bokiem, równolegle, w zasięgu oceny. Zobaczyć kogoś z boku, to jak ujrzeć go prawdziwym, nie gotowym do stawania na wprost. Na wprost widzi się tylko to, co ktoś chce pokazać. I też my nie widzimy nic z naszego boku, nie widzimy kogoś, kto obserwuje z boku nas. Do czasu.

Ludzie obserwowani z boku, szybko, za sprawą jakiegoś naturalnego instynktu, zwracają się do nas twarzą. Zmienia im się mimika, postawa, mowa ciała. Są świadomi, że z boku ktoś na nich patrzy, przygląda się. Nie u Hłaski. Tam człowiek obserwowany z boku nie ma tej świadomości. Mają ją obserwatorzy. Na wprost niewiele widzą, z boku widzą więcej, dostrzegają człowieka. Z jego przeszłością i tym, kim prawdopodobnie jest. Nie zniszczonym, ale silnym. Nie agresywnym, ale zagubionym.

Patrzenie z boku jest jedynym sposobem, który znam, by dowiedzieć się czegoś o kimś. Nie chodzi o wgapianie się, ocenną inwigilację. Obserwuję kogoś, z dala, kim jest nie wiem, nie wchodzę w interakcję, pozwalam działać i żyć. Jestem bokiem, niezauważalnym. Bokiem per se. Nie muszę interpretować, widzę człowieka jakim jest. Nie kim. Jakim nie dowiem się nigdy. Tylko patrzę.

Robotnik wcale się nie zdziwił. Usiadł na przerwie z telefonem w ręku. Poczytał Hłaskę. Dzięki powiedział, całkiem o nim zapomniałem. Mam lekturę do Świąt.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Przyjemność Uczucia Życie

Piątek trzynastego

Piątek, trzynastego. To już drugi w tym roku, który kończy mordęgę, mozolnego wspinania się na szczebel normalności. Poprzedzonych błyskawicznymi, wielogodzinnymi terapiami, spierdoleniem co było pod ręką do spierdolenia, miesiącem abstynencji. Wrzodami, które nie tylko znowu wymagały wegańskiej diety i spania na brzuchu, ale podtrzymywania ich i go, w dłoniach, bo mogły by eksplodować. Tak się jedynie wydaje. Wrażenie. Wrzody uczą pokory, przyzwyczajają do fizycznego cierpienia. Kwadrans agonii, kwadrans spokoju. Nie pytam już, co ja Ci zrobiłem Boże? Moi cholerni rodzice, poza prawdopodobieństwem wylewu, dali mi nerkowe kamienie. Na nie mam zastrzyki, zawsze przy sobie. Nie zawracam już głowy Bogu. Wrzody? Są tylko sezonowe. Co, że Polprazol nie pomaga. Haszysz pomoże, ale nie mogę być upalony, dwadziecia cztery godziny na dobę. Czuć pękające baloniki bólu, jak bąbelki płynu do kąpieli, albo wydmuchiwane bańki mydlane. A potem zapadać się w nieból, ale i stan halucynogenny. Robi się z tego większy kwas, niż po przedawkowanej wódzie. Stres nie pomaga. Muszę jakoś żyć. W samotności klnę i łażę. Aż przejdzie. Przy ludziach nauczyłem się nie okazywać, że coś jest nie tak. Nawet grymasu. Znalazłem sposób, skopiowany z Niebezpiecznych Związków. Gdy jest bardzo źle, w ostateczności, noszę w kieszeni metalowe pudełko, a w nim kilka igieł. Kiedy czuję, że przymykają mi się boleśnie oczy i zaciskam zęby, wystarczy jedno ukłucie. Mniejszy ból zastępuje większy i znowu słyszę, rozumiem rozmówcę.

Jest postęp, pomiędzy piątkami. Nie nabawiłem się paraskewidekatriafobi. Co za słowo! Nie spierdoliłem wszystkiego. Nauczyłem się trochę myśleć, nie tylko kierować uczuciami. Te akurat mam w rozsypce. Nawet ich nie układam, niech ułożą się same, lepiej ich nie drażnić. Nie rzuciłem pracy, zarabiam pięć razy tyle. Wydaję, rozdaję, wspieram, nie ze wstydem przyjmuję od przyjaciół, którzy sami mają niewiele, wdowie grosze. Śpię w łóżku, nie na ławkach, w bramach, kątem na podłodze, albo trzy na trzy noce, w użyczonym samochodzie i brudnawych hostelach. Uberując, co i tak się spierdoliło. Wirus. Ledwie się podniosłem, upadłem. Nie rzygam krwią, nie uciekam ze szpitala, w obawie przed niebezpieczną i niepotrzebną operacją. Coś sobie piszę, coraz łatwiej. Nawet ten blog, choć niezupełnie był to mój pomysł, wskazówka psychologów. Rolki też. Mam robić coś, co zawsze sprawia mi przyjemność. Czekają na mnie studia, które zacznę za rok, albo dokończę inne, niedokończone. Musi być lepiej, nie może być gorzej.

I trochę miłego w ten ostatni piątek. Dzielna dziewczyna w szalu zniknęła, ale nie całkowicie. Miała mój numer telefonu, na wypadek najgorszych niepowodzeń. Zadzwoniła. Nie jest już bezdomna, ma pracę, wraca do nauki. Poznaliśmy swoje imiona. Tylko trzymać kciuki.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Cały ty, kurwa

Żle się to czyta. Pokrojone i ocenzurowane.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to motłoch. Piliśmy, ja pierwszy raz od miesiąca, większość chyba wcale nie trzeźwiała. Graliśmy w bilard i pingla, w szpitalnej kiedyś kaplicy, gdzie na ścianie, za ołtarzem stoi oparty krzyż. Nielegalne party. Było nas co najmniej sto osób. Polacy, Czesi, Ukraińcy, Hiszpanie, Portugalczycy, Rumuni, Słowacy, nawet Włosi i Belgowie. Pijana pijaczka, z pokoju obok, przyniosła szachy, grała doskonale. Myślała. W tym stanie ogrywała, mniej więcej jak ja, wbijałem bile w dołki. Nie celując, wygrywałem. Zniszczona. Na pewno kiedyś inteligentna. Nawet na swój sposób ładna. Obściskiwała draba, z którym mieszka od paru dni. Kocham cię. Podsłuchałem. Już? Jutro przenosi się do niego, z Holandii. Muzyka? Moja żono, kocham cię! Disco Polo, czy weselna muzyka? Waliło z poklejonego czarną taśmą, wielkiego głośnika, należącego do kolesia z pustymi oczami, połączonego z telefonem, niewidzialnym bluetoothem. Nigdy tego nie słyszałem. Brzmiało źle. Wybrzmiewało skrzekliwie. Miałem tańczyć. Tańcz ze mną, mówiła mi jakaś dziewczyna, ładnym angielskim w chwili ciszy i obejmowała moje plecy. Czułem ciepło, dłonie na ramionach, wtuloną głowę, twarde piersi. Wygodnie się ułożyła, pomyślałem, przyjemnie. Szkoda, że to nie ktoś inny. Pocałunek w szyję, namiętnie długi. Wessała mi się w kolczyk na karku. Zamarłem. Przecież nie będę się wyrywał. Nie poruszyłem się. Nie umiem, odpowiedziałem, jestem żonaty, skłamałem przekrzykując, twoje oczy zielone. Mnie to nie przeszkadza, usłyszałem w prawym uchu, podobasz mi się. Też mam kolczyki, w łechtaczce i pępku. I mam zabawki. Przyjaciółka pojechała do domu, chodź ze mną na górę! Mnie przeszkadza, musiałem powtórzyć, krzycząc kilkakrotnie. Odkleiła się wreszcie. Bardzo powoli. Nie wiem która to, nie odwróciłem się. Odetchnąłem. Ulga.

Przyszedł, do mnie mój znajomy imiennik, który wie o mnie za dużo, kręcił głową. Widziałem, z daleka, był wściekły. Zwariowałeś, zapytał? Bo co? Wyciągnął mnie na korytarz, za łokieć. Zostaw mnie kurwa, to boli. Zaraz zaboli, jak ci złamię nos. Wiem że był bokserem, nie chciałem się przekonywać, czy mówi poważnie. Co ty odpierdalasz? Sapał i szarpał za koszulę. Był pijany. Ta Słowaczka chodziła za tobą, krok w krok. Ty nic. Stoisz jak posąg. Podobno już się odkochałeś? Belgijki nie chcesz, menadżerki z tej twojej knajpy nie chcesz, ostatnio spotkałeś tam zajebistą laskę, nie chcesz, zjebałeś to, w dodatku specjalnie. Bo ma na imię jak twoja matka? Po co brałeś od niej numer telefonu? Wiem, że cię to gryzie. Nawet słowa o niej nie powiedziałeś, cały miesiąc. Poleciałeś do niej, do Wrocławia i nawet jej nie spotkałeś. W ogóle już nie śpisz. Przecież ja to widzę. Architektce na ostatniej budowie powiedziałeś, że jesteś gejem. Dziewczynie ze sklepu tak samo. Siostrze mojego kumpla kazałeś zabrać rękę, bo ci ją położyła na udzie. Aż podskoczyła, czerwona jak rak. Trzeba było z nimi nie rozmawiać. Nie patrzeć, nie okazywać zainteresowania. Albo za młode, albo za stare. Nie chcesz Polek, nie chcesz nie Polek. Jak pijesz to ci przeszkadza, że ktoś nie pije. Nie pijesz, ktoś pije za dużo. Tylko powtarzasz, że nie chcesz nikomu robić krzywdy i chcesz być sam. Robisz krzywdę sobie. Dlaczego się nie przyznasz, że jesteś dobry? Myślisz, że nie wiem, że pomagasz bezdomnej murzynce? Widziałem jak zanosisz jej jedzenie i dajesz kasę. Pytam jeszcze raz. Odkochałeś się, czy nie? Nie wiem, odpowiedziałem. Nawet, czy byłem zakochany. Nie chcę być sam. Chcę? Chciałbym mieć wszystko wspólne jak ty, z twoją z żoną, nie mieć tajemnic, jakichś głupich tabu. Zamilkłem. Na dobre. Cały ty, kurwa. Wydarł się na mnie. Potrafisz napierdalać jak nie potrzeba, jak potrzeba cisza. Nie pójdziesz z tą Słowaczką? Nie. Wolisz walić konia? Nie odczuwam potrzeby. Sam sobie zwal. Poszedł. Ja też, na długi spacer. Bezmyślny, bezsłowaczny. Bez czegokolwiek i kogokolwiek. Tylko z normalną muzyką, w obu uszach. Wróciłem rano.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Czeski film

Nikt nic nie wie, nikt nas nie pilnuje. I ja, nie elektryk, nagle malarz. Nie artysta. Maluję podziemny parking, wielopoziomowy, w centrum starej Antwerpii. Kilkadziesiąt lat temu był tu port. Port stał się zbędny, parking nieodzowny, na pewno płatny, instalują bramki.

Mam dwóch Czechów do pomocy, jeden to pół Serb, czyli pół wróg, w dodatku nazywa się Polak. Nie mogę mu mieć tego za złe. Nie możemy się porozumieć. Słyszę znajomą melodię, podobnego języka, nie rozumiem słów. Serb nie zna serbsko-chorwackiego, z którym się kiedyś osłuchałem. Oni mogli by nawet mówić w suahili, ja w farsi. Było by ciekawiej. Tłumaczymy się telefonami. Belgowie patrzą na nas jak na zjebów, myślą, że pochodzimy z jednego kraju.

Gdzie są pędzle? Nie wiemy. Macie nowe rolki, te są zaschnięte? Stare są jeszcze dobre. To nasza drabina? Teraz nasza. Czyli nasza? Nie nasza, stała w kącie. Kto jest naszym kierownikiem? Nie ma, jesteśmy sami. To skąd wiecie, co mamy robić? Szef nam powiedział. Czyli kto? Janko. Ale on nie jest naszym szefem. To Mirosław. On wam kazał tak malować? Ano! Tak się nie szpachluje. A jak? O! Akryl wygładza się na mokro. Naprawdę? Naprawdę! Świetna metoda. Kabaret.

Odbierają mnie rano samochodem. Powinni być o 5.30. Najdłużej spóźnili się półtorej godziny. Potem jedziemy za ciężarówkami. Dlaczego tak wolno? Nie wiedzą? We środę było święto. Pojechaliśmy, wyjątkowo, do innej pracy. Dzielnica żydowska. Na ulicach patrole uzbrojonych żołnierzy. O dwunastej poszliśmy zwiedzać miasto, w roboczych ubraniach. Najpierw nie mieliśmy adresu, potem okazało się, że nie mamy czym malować. Przynajmniej kupiłem kubek w Starbucksie z nazwą miasta. Dam go Toksycznej. Zbiera takie. Podobno zaliczyli nam dniówkę.

Przed chwilą wysłałem im wiadomość. Jutro jeszcze pracujemy razem. Musicie po mnie przyjechać. Przyszła odpowiedź. Dobrze, że napisałem. Nie wiedzieli. Czeski film.

Kategorie
Śmierć Życie

Anna Frank

http://chomikuj.pl/lauramalczewska/Ksic485c5bcki/F/Frank+Anne/Anne+Frank-+Dziennik,6935247950.zip(archive)

Przeczytałem. Pamiętnik. Napisany przez dziecko. Tylko to po nim pozostało. Nigdy nie dorosłe. Nie mogłem wcześniej. Miałem opory. I słusznie. Nie czytałem nigdy takiej książki. Poniżającej gatunek ludzki. Odbierającej mu niewinność. Resztki. Sypiam mało, po niej nie zmrużyłem oka.

Odkąd historia stała się moim chlebem, bez którego trudno mi przeżyć nawet jeden dzień, próbuję zrozumieć co mogło wstąpić w naszych, nie znowu dalekich przodków. Co wstępuje w moje pokolenia, pokrętnie dochodzace do prawa, posiadania podobnych racji. Wczoraj narodowcy, tylko z nazwy, podpalili mieszkanie, kogoś, kto wywiesił, na swoim balkonie, flagę wolności przekonań. Na Marszu Niepodległości. To już NSDAP, czy jeszce Falanga? Dziwnie się to pisze, był czas, gdy brałem faszyzm za wzór. Nie nazizm.

Rozumiem nacjonalizm, patriotyzm, wiosny, lata, ludów. Nie pojmuję wyższości, ras panów, bestialstwa, przemocy, uznanych i hołubionych przez Państwa, jakby to były zalety, cnoty. Arendt, Heidegger, Bullock i inni, których nie interesowało dlaczego, ale jak? Wszystko względne. Zbuntował się rozum, czytanie stało się zbędne, widok zdjęć, ze stosami zagłodzonych martwych, nieodróżnialnych ciał nieznośne. Jak długo można patrzeć na mękę, z pozycji widza, który jej nie przeżyje. Niezupełnie. Moje krótkie doświadczenie wojny i zbrodni, prawie w sąsiedztwie, nie pomogły mi wcale niczego zrozumieć. Obrzydziły mi ludzi i zmieniło w kłębek nerwów, które od czasu do czasu odmawiają posłuszeństwa. Nie da się intelektualnie przyjąć prawa do zabijania bliźniego, morderstwa, nie da się emocjonalnie uznać tego za zwyczajne. Widziałem obozy serbskie, podobno jenieckie, pełne poruszjących się wolno szkieletów. Wiem co było w pudełkach bośniackich ochotników.

Wczoraj coś jednak zrozumiałem. Dziecko mi o tym napisało, siedemdziesiąt lat temu. Nie wolno nikomu dać władzy nad życiem, odbierze je, bo może. Życie przestanie być dobrem najwyższym, stanie się towarem, który można w dowolny sposób mierzyć, ważyć, użyć. Wie o tym kat, wie o tym ofiara, dowiedziałem się i ja. Mam ciężkie serce, wszystko mnie dzisiaj boli, nic nie smakuje. Nie mogę jeść, chyba ze wstydu, że mogę. Mam szczęście, urodziłem się w spokojniejszych czasach, ale to co się stało raz, powtarza się ponownie, w innej formie, nie mniej straszliwej. Mam dzieci, może jeszcze będę miał. Wiem, że nie pomoże modlitwa. Cały drżę. Proszę bogów, aby nie napisały takiego pamiętnika, abym ja nie musiał go wydawać.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.

Kategorie
Życie

W miejscu

Co się zmieniło? Nie powstrzymywałem narastającej wściekłości, gotującej się do wybuchu, jak wulkan. Powstrzymała się sama. Czekałem na erupcję przekleństw, zaciskanie zębów i pięści. Na oczy ledwie widoczne w zmrużeniu, dudniące serce i pochylenie w przód, do ataku. Na coraz lepszą dykcję, napiętą przeponę i mięśnie ciała. Intonację słów i szał rozpędzający się jak lawina. Amok, w którym nakłada się na moją, szatańska twarz. Brakuje tylko zapachu siarki i piekielnego ognia. Rzadko się tak dzieje, muszę mieć naprawdę ważny powód. Zaskoczyłem samego siebie. Zamiast wściekłości poczułem głęboki oddech, usłyszałem spokojną, rozsądną rozmowę. Potem moje ciało zeszło po schodach, dłonie skręciły i włożyły w usta papierosa, płuca wciągnęły dym. Dogoniłem się dopiero po dłuższej chwili.

Stałem paląc, patrzyłem w jesienny deszcz. Nie byłem spokojny, byłem zdenerwowany, było mi przykro. Zdziwiłem się, że nie przeszkadzał mi nawet polski, chamski rap, dobiegający z czyjegoś telefonu. Powoli wróciłem do hotelowego pokoju, spojrzałem w niespokojne oczy mojego imiennika, który pierwszy raz, niestety samolubnie mnie zawiódł. Wcześniej wybaczyłem mu ździerstwo, za wożenie do pracy. Chciał się tłumaczyć. Tłumaczył. Milczałem. Wyglądał jak zbity pies, choć zawsze gra cwaniaka. Bokserski, czerstwy typ. Podpity. Zrobiłem herbatę, nie sięgnąłem po piwo. Usiadłem na łóżku i wreszcie mu odpowiedziałem, że rozumiem, że znam go na tyle, że wiem, że nie mógł inaczej, że wszystko się ułoży. Nawet się uśmiechnąłem. Uspokojony wyszedł.

Niedługo potem przyszedł kolega, z naszej czteroosobowej grupy, teraz współpracowników, dotąd współlokatorów, odkąd przyjechałem do Belgii. Przypadkowo podsłuchał, jak mój imiennik dzwonił do żony i mówił jej, że nikt go nie lubi, bo może zarobić więcej. To było w planie, ale nie to, że organizując nam lepszą pracę, nic na tym nie zyskam. Poczułem żal. Nie musiałem tego wiedzieć. Od dzisiaj nie będzie tak samo. Skończy się cwaniakowanie, które mnie rozbawiało, pojawi się sprawdzanie kątem oka, czy wyczuwam fałsz. To będzie żałosne.

Czuję, że gdybym go miał, spakował bym się i wrócił do domu. Nie mam gdzie. Nie mogę. Nic nie mogę. Znowu się dałem wydymać. Opadły mi ręce. Kiedy ja się wreszcie czegoś nauczę? Niewesoła konstatacja. Tylko psuję i tracę. Stoję w miejscu. Sam. Nawet nie umiem się już porządnie wściec.

PS

Umiem. Nie chcę.

Kategorie
Bez kategorycznie Spokojnie

Mail

Dzięki za maila. Przeczytałem z uwagą. Trochę mnie wzruszył. Szczerością. Tym mocniej, że nie był to mail anonimowy. Odpowiem tak, jak dotąd piszę. Tutaj, bo odpowiedź jest uniwersalna. Po to właśnie jest ten blog. Ma poruszać to, co jest gdzieś głęboko ukryte. Prościej, słabości ukrywane wstydliwe. Rzecz w tym, że nie bardzo jest czego się wstydzić i co ukrywać. To nie są wcale słabości. Nam się wydają słabościami. Są cechami charakteru, jaki mamy i jest nam wspólny ze wszystkimi, których znamy i nie. Tylko proporcje są różne. Te proporcje czynią nas unikalnymi. Nie tylko genetyka. Z tych niezrozumianych cech, bywa że na zawsze, uznanych za słabości, wykuwamy zbroję, która ciąży i maskę, która ogranicza nam pole widzenia. Nie warto. Im szybciej je zrzucimy, tym łatwiej nam jest żyć, własnym życiem, nie tych, którzy narzucają nam wizję, nie nas samych, ale wyobrażeń o nas. Oni też noszą swoje maski. Wiem, że to spowoduje ból i ogromne zamieszanie. Lizanie ran jest częścią tego procesu, dochodzenia do siebie. Przynajmniej na początku. Potem jest coraz łatwiej. Nie czujemy, że szukamy aprobaty, uznania w czyichś oczach. Stajemy się niezależni. Stajemy się partnerami na równych prawach, na tych samych zasadach. Nie jesteśmy sztuczni i nieprawdziwi. Pojawia się szacunek do samych siebie. Nie musimy być przez wszystkich lubiani i podziwiani. Wystarczą ci, którzy naprawdę nas polubią i podziwiają za wysiłek włożony w osiągnięcie założonego celu, nie adorują, stawiają na piedestale. Jeżeli nie potrafimy szanować siebie, nie będziemy nigdy szanować innych. Jak z miłością. Jest takie, Nowe Przykazanie. A szacunek powinien przynależeć każdemu. Jeżeli ktoś nie będzie szanował nas? Możemy go olać. Mętnym sikiem szacunku, który im jest należny. Gorzej jest jednak, gdy z siły, którą w różnej formie posiada każdy, ukuli byśmy broń, którą będziemy ranić innych, dobijać. Znam takich ludzi, zaszytych w metal od stóp do głów, dzierżących miecz destrukcji. Jedno ostrze krzywdy, drugie poniżenia. Taką osobę musiałem pozostawić samej sobie. Nie jest pierwszą, której oddałem dużą część, nie wiecznego przecież życia. Takich ludzi trzeba rozpoznawać i unikać. Czasami musimy odrzucić. Odepchnąć. Nawet jeżeli wydaje się nam, wiemy, że pojawia się szansa, na szczęście i wzajemność, przyjaźń. Przykro to napisać, ale jest kilka miliardów ludzi na świecie i tych szans zdarza się każdemu całe mnóstwo. Tym więcej, gdy jest w nas coś, co sprawia, że jesteśmy z jakiegoś powodu atrakcyjni. A atrakcyjny jest każdy, tyko nie każdy jest tego świadomy. Szanse powinniśmy wykorzystać, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi. Nie gotowi, zmarnujemy szansę. Lepiej jej nie szukać w takiej sytuacji. Czasami musimy odepchnąć, bo wiemy, że nie odpychając, dajemy szansę, nie nam, która dla nas będzie męką, zmuszania się do bycia czyjąś. Czasami odpychamy zupełnie niepotrzebnie. Ze strachu. Nie powinno się jednak odpychać kłamliwie. Udając kogoś kim się nie jest, nie okazujemy tym samym szacunku. To nie jest odepchnięcie, to nie my odpychamy, ale ktoś, kogo nie ma. Skutek jest natychmiastowy. Ale czujemy się podle, nawet nie możemy przeprosić, bo ktoś nawet nie wie, kto przeprasza. Niełatwe, ale wówczas musimy wybaczyć sami sobie. I żyć z tym. Inaczej zje nas poczucie straty. Trzeba przeczekać. Aż pojawi się wspomnienie, kolejne ze wspomnień. I spokój. Życzyć powodzenia utraconym szansom.

No i hipotetycznie: dwie szanse muszą się spotkać we właściwym czasie, aby zaiskrzyło i zlały się w szansę wspólną. Wtedy cienie się rozjaśnią i wyjdziemy z pieczary. Uwolnimy się i jak w platońskiej wersji, przejrzymy na oczy. Jeżeli nie, trzeba czekać. I ryzykować, ze skutkiem oczekiwanym, albo nieprzyjemnym. Cieszyć się czasem, pomiędzy jedną wtopą, a następną. Nie wycofywać się. Trwać. Niepewnym, ale otwartym. Prędzej czy później się trafi, prawem rachunku prawdopodobieństwa.

Kategorie
Bez kategorii nieznane Życie

Jaskinia niedomówień

Cieszę się, że zdołałem uciec. Nauczyć się, choć w stopniu niezaawansowanym, dokonywać własnych wyborów. Daleko mi jeszcze do biegłości. Pierwsze egzaminy zdałem. Niektóre ledwie, inne celująco. Muszę się jeszcze podciągnąć. Za dwa miesiące minie rok stażu, samotnika z wyboru. Choć kusiło i nadal kusi, przerwać to zadane sobie zadanie. Nie jest łatwo. Unikać, przewidywać konsekwencje, nie wyciągać ręki, odpychać, gdy za daleko i za szybko się gdzieś zaszło, albo zbyt głęboko spojrzało w oczy. Toksycznie lub grzecznie. Lizać rany, zadane na własne życzenie, pogodzić się, że nie jest się niepokonanym Tytanem, równie bezsilnym jak każdy. Ognia nie przyniosę. Mogę tylko powiew, cieplejszej nadziei. Częściej jest mi lepiej niż źle.

Dokładnie rok temu, o tej godzinie, siedziałem w ławce kościoła, nie poszedłem tam się modlić. Poszedłem siedzieć. Po chemii wlanej do żył. Ledwie doszedłem, przez plac Sikorskego, do Kapucynów. Odpoczywałem, przede mną było dwanaście godzin pracy, za rogiem i litr alkoholu, podzielonego na dziesięć małych buteleczek, trzy paczki gum miętowych, kupowanych w kilku pobliskich sklepach, żeby rozłożył się, nie wstydliwy fakt, mojej terapii stresu. Milczałem o kolejnym zagrożeniu. Nie chciałem litości i wsparcia ze strony kogoś, kto nigdy nie wiedział jak mnie wesprzeć. A miało być inaczej. Udało się, nic się nie stało. Goję się szybko, zdrowieję jeszcze szybciej. Teraz uczę się dbać o siebie.

Gdyby nie Ta, o której pisałem, nic by się nie zaczęło. Tej nie ma, ale trudno mi było niedawno słuchać, że nie była dla innych taką, jak dla mnie. Nie ośmielam się nigdy źle mówić o czyichś Przeszłych. Może Ta pokazała tylko mnie, jaka jest naprawdę? Nie chciałem i nie mogłem jej bronić. Odepchnąłem ją, dla racji, które nie miały znaczenia, godziny później. Gdyby nie Ta, nie wpadłbym w psychiczną dziurę, z której musiałem się wygrzebać. Z pomocą innych, którzy dynamicznie odprowadzili mnie daleko od jej brzegu, przy którym stałem przez pół życia. Wciąż dochodzą z niej nawoływania, jednak nie wracam. Mam tylko nawyk powrotu. Ta wiedziała, że muszę zmierzyć się ze sobą. Inną także odepchnąłem, dla racji, które nigdy nie miały znaczenia. Obie mnie nie poznały. Nikt dotąd. Ledwie cień mnie, rzucany na ściany jaskini niedomówień.

Czekam, na to, co zdarzy się w przyszłości. Nie oczekuję, tylko czekam. Aż z cienia wyjdę, za światłem.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Antropocentryzm egocentryka, czyli wpierdoliłem się po raz kolejny

Człowiekiem jestem. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Mam prawo uznać to stwierdzenie, za moje własne. Eksperymentowałem więcej, niż zapragnęła dusza. Nie chowam się, za zasłoną anonimowości po to, aby coś ukryć, skrzywić, przeinaczyć. Przeciwnie. Nie. Przeciwnie to za mało. Dwa bieguny, to już bardziej. Tylko w taki sposób, to co mam do napisania, może być rozumiane poprzez treść, nie mnie, piszącego. Nie chowam się, jak inni, za miłymi słówkami, odgadując jakież to potrzeby, niemożliwe do spełnienia mają ludzie, postawieni na mojej drodze przez los, przypadek, przeznaczenie, po to, bym mimo tego je spełnił. Nie robię tego w życiu, nie zamierzam robić w tym miejscu. Nie podlizuję się, nie kokietuję. Nie wypierdalam esejów na dziesięć stron, na najważniejsze tematy. Nie cykam sobie fotek na Insta, w jakimś akurat atrakcyjnym miejscu, z jakimiś akurat teraz atrakcyjnymi i cwanym hasztagiem. Nie komentuję innych blogerów, aby podnieść liczbę kciuków w górę. Pierdolę czyjeś oczekiwania. Nie łagodzę tonu głosu, moduląc w głaskowatość. Nie ryczę chrapliwie, aby nadać mu żrącej ostrości. O kant dupy to rozbić. Jeżeli ktoś mnie nie rozumie, nie musi. Znikam i znika ktoś. Ktoś mnie nie lubi, no to co? Rozpłaczę się? Droga wolna, do łatwych, do polubienia. Rozczarowałem? Co takiego? Sobą, czy wyobrażeniu o mnie? Jak można się rozczarować kimś, kogo się zna. I w sto osiemdziesiąt stopni zwrot: jak można rozczarować się kimś, kogo się nie zna? Absurd! Ktoś chce mnie poznać, zrozumieć, polubić? Zapraszam. Nie? Nie pogniewam się. Chce czegoś, czego nie ma? Spierdalajcie. Mojry. Do lasów!

Od zawsze, i to literalnie zawsze, przeciskam się, przez tłum egocentryków. Szamocę się, wyszarpuję ostatkiem sił, jak w koszmarnym śnie, gdy coś mnie trzyma i nie pozwoli wyrwać. Ja to, ja tamto. Ja mam, ja chcę, ja muszę. Moje to, to moje prze moje. Moja praca, moje dzieci, moje zdrowie, moje zawody, moje marzenia, moje osiągnięcia. Ja, moje, moje, ja. I ja jestem egocentrykiem. I z tego tłumu egocentryków, każdy jeden i każda jedna egocentryczka, próbuje się wyrwać, mnie podobnie. Jeżeli są uważający inaczej, łżą. To jest prawda.

Rozmowa o rozmowach, o ostatnich tygodniach. To, że prawie nie śpię, musiałem chlać, aby nie oszaleć do dna, wykonuję pracę dla idioty, sprzedaję się, zarabiając dobrze, zachowuję się czasami jak buc, nie idealnie, nie oznacza, że przestałem myśleć. Nie przestałem. Jestem egocentrykiem i to sto, na sto. Nie podzielam jednak wiary, w centralną rolę miliardów egocentrycznych bogów, wokół których kręcą się miliardy ich tylko światów. Wierzę, że każdy ma osobistego boga. Wpierdoliłem się, po raz kolejny. Nawet ego on i ego ona, są w stanie zauważyć się nawzajem, w jakiejkolwiek konfiguracji, nie dyskryminuję. Zajrzeć sobie w oczy, rozpoznać podobieństwo. Instynkt? Niech będzie. Ego musi się rozmnażać. Nie dyskryminując, adoptować. Uczucia wyższe? Nawet egocentryk, nie chce pozostać sam. Lęk? Żaden egocentryk nie jest samowystarczalny. Intuicja? Nie jesteśmy od siebie, aż tak różni. I to też jest prawda. Włażąca w usta, uszy, …

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.

Kategorie
Bez kategorii Spokojnie

Tą i Tę

Czekam na Ciebie, zawsze będę.

Nie muszę Cię już kochać,

Nie muszę tęsknić i pożądać,

Czekania jednak się nie pozbędę.

Nie wiem czy wiesz, że to dla Ciebie,

Jestem w miejscu mrocznym, smutnym,

Czekając na wschód, słońcem jasnym,

Gdy myśląc o tobie, będę zbierał siebie.

Odmieniło mi się serce, na dobre.

Masz w nim miejsce, ciepłe, zapamiętane,

Takie na zawsze, trudne, nie poukładane,

Zachowaj je, zanim zapomnę o Tobie.

Nie mam wyboru. Pomiędzy Tobą,

Którą zawsze będę nazywał Tą.

I inną, którą nazywam właściwą,

Tę, która kiedyś mnie pomieści obok.

Kategorie
Bez kategorycznie

Waga

Dzieje się. Ostatni dzień w tymczasowym domu. Za kilka godzin się przeprowadzamy. Niedaleko. Pakujemy się. Będzie mi brakowało tego miasteczka, gdzie przyjechałem sięgając dna, odbiłem się i wypływam na spokojniejsze wody. Znalazłem dla siebie i trojga innych pracę, płatną dla mnie prawie podwójnie, innym znacznie lepszą, dając nam niezależność. Oni czekali na to trzy lata, ja się uwinąłem w trzy miesiące. Mam dla nich niespodziankę, za miesiąc dostaną podwyżkę. Twardo negocjowałem, bez ich udziału. Ja już nie, bo nie znam się na tym, czym się zajmujemy. Ja mam angielski i zdolności adaptacji. Będę pośredniczył, aby kolejni pracownicy zarabiali godnie. I mnie coś z tego skapnie. I nauczę się w końcu zawodu, nie jest to takie trudne.

Nie mam się z kim podzielić tą wieścią. Mogę powiedzieć i mógłbym napisać. Zawsze jest jakieś, jakieś niedocenione. Nie dość jest. Dla mnie jest w sam raz. Co za rok ten 2020? Upadki i wloty. Spadki wagi i tężyzna. Akurat w sam czas. Miłości i miłostki. Przyjaźnie i znajomości. Nawał zmian. Psychologia i psychoterapia. Straty, żale i brak wymówek. Ciężkość wyrwania się z przynależności i coraz dłuższe kroki ku teraźniejszości. Daję sobie radę, trochę tylko przykro, że tak toksycznie ograniczam sobie przyszłość. Nic z tym nie zrobię. Lękam się skrzywdzić. Boję się, być otwartym. Trwam w dniu dzisiejszym i niczego nie oczekuję. Kręcę się w coraz szerszym kręgu.

Niewytresowany. Mnie nie da się wytresować. Miłostka się droczyła. Mogła być miłością. Wtedy już mi się ode chciało. Nie szukam tresury i wymykania się stereotypom. Wy lubicie takie jak ja? Znam was. Nie mam pojęcia. Bo krótkie kiedyś włosy, bo co? Miłość czyniła tak samo. Ja nie jestem Wy. Po co na kogoś czekać i potem go sprowadzać,  do poziomu każdości? Albo jestem wyjątkiem, albo identycznym. Zdecyduj się laska, chciałem przestać rozmawiać. Nie możesz wybrać mnie, w ten sposób. Wybierasz wszystkich. Mnie nie.  Ja nie chcę być wymienny. Chcę być mną. Niewymiennym. Ile Was takich miałem? Nie wiem po co? A ty miałaś być wyjątkiem. Tym bardziej, po co nie wiem.

Dobrze mi jest w tej niezależności. Tej, nie skąpiącej rozczarowań. Mnie się chce kochać i być w bliskości. To ma być blisko, nie bliżej.  Do przodu, nie w tył, który jest mi zakazany i odbierze mi siebie i jakichś nas. To ma być My. Nie Ja i Ty. I cokolwiek się stanie. Pociągnę ten wóz. Na moją skalę.

Kategorie
Praca Przyjemność

Zabezpieczony: Początek anonimowej książki, ciągle obcinanej przez wydawcę

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Westa mi kazała

Poniedziałek. Jeden pijany, drugi upalony, trzeci chory, czwarty zastraszony. Wszyscy w cztery dupy. Na swój wyjątkowy sposób, nieobecni. Błyszczy telewizor. Satelitarnie. Wymęczam dialogi, które poprawię, mam na to niezliczoną ilość dni. Nie wiem ile ich mam, więc stają się niepoliczalne, i dialogi i dni na ich poprawianie. Ryczy mi w słuchawkach, tanich, ale dynamicznych, Slipknot. Z reklamami w języku, którego nie poznałem jeszcze. Poznaję. Lekcje. On-line. Flamandzki. Muszę klikać i czekać, 5, 4, 3, 2, już. Powraca muzyka. Cały świat zdaje się być zdalnie sterowany. Nie wiem co to jest? Doczekałem się totalitaryzmu, stadnego, w ramach wyznaczonych przez chorobę, która zabija tylko osłabionych, silnych zamienia w poczucie winy. Nie rób nic, czego mógłbyś żałować, nawet twój wydech może odebrać komuś oddech. Nie było tego dotąd w historii, którą jak dostrzegam, znam bardzo pobieżnie. Niezupełnie. Znam ją całkiem dobrze. Nie w pełni. Nikt nie ma pełni wiedzy, w żadnej dziedzinie. Tyle wiem. A wiem, każde ograniczenie niszczy kultury i postęp. Bądź odpowiedzialny, to nic innego, niż nie wolno ci. Nie pozwolimy na wolno. My, jacyś, znani kiedyś, świat był niewielki, w kolebkach. Tacyś, w ogromie świata, nie od świtu do zmroku, ale od wschodu do zachodu, nakazujemy, wymagamy, karzemy, nieznani. Mamy prawo. Przez ciebie nam nadane. Nie przypominam sobie? Nie? To zapytaj tych z boku. Kogo? Cieni własnych siebie? I ty niedługo będziesz cieniem. Mamy metody. Mandaty, sądy, edukacyjne więzienia, ciała i duszy. Kontrolę, którą samemu sobie wybrałeś, wędzidła, których nie powstydzi się, zbrodnia i kara inkwizycji. Cienie same pozbawią cię cielistości. Są nauczone bycia cieniami, nie własnymi, są nami, czekającymi w każdej szarości i w blasku światła. To już Franz Kafka?

Zapominacie kurwa, że ja was znam. Ilu was tam jest, udawanych bogów? Nie bogami jesteście. Szarpaniną własnych ambicji i zazdrości. W mściwym wyścigu. Zabrać, osaczyć, pozbawić, zmusić. Bogowie nie kierują się logiką, są dawcami. Wyboru. Nawet mój niedoskonały Bóg. Cieni, które chcecie mu odebrać, jak mnie. Nie może być bogiem, cokolwiek, co nie uniosło się ponad podrzędność, nad siebie, by stać się kimś, nadrzędnym. Pierdolone po renesansowe, po antyczne, nowoczesne teraz. Tarcze hoplitów, zwarte. Z napisem nakazującymi podległość. Astynomia stojąca naprzeciw idiotów, wykonującymi rozkazy idiotes. Usiąść, zapłakać i odejść. A właśnie nie! Wstać, zapierdolić i wygonić? Westa mi kazała. Pisać to i śnić. Nie żartuję. Stała nade mną. Wysoka dama. A może jednak to była tylko moja wyobraźnia? A może to tylko uktyty, ze mnie, nas, żart?

Kategorie
Polityka Religia

Bez przekleństw

Może kogoś urażę tym, co napiszę. Jeżeli tak, nie przeproszę. Taki jest cel tego bloga. Przekleństwa jednak nie padną. Nie mieszam się do polityki, chociaż jestem politologiem bez dyplomu. Wybrałem wolność, nie tytuł magistra. Dojrzałem w Londynie, spędziłem tam najlepsze lata mojego życia. Pracowałem, mieszkałem, sypiałem, z ludźmi różnych ras, narodowości, religii, orientacji seksualnych i politycznych. Nie zawsze, ale prawie zawsze miasto, które uważam za swoje, żyło w tolerancji. Nie zdarzyło mi się czuć gorzej, bo jestem katolikiem albo Polakiem. Nikomu nie przyszło by do głowy, traktować mnie z podejrzliwością, bo mam PTSD, powiedzieć, że zwariowałem. Dać do zrozumienia, że moja córka, z zapłodnienia in vitro, może być w jakikolwiek słabsza, intelektualnie lub fizycznie. Nie musiałem niczego ukrywać, udawać. Nie wpatrywano by się w moją twarz, bo mam na niej kolczyki, nie obsłużyć z tego powodu w barze. Nikt mi nie tłumaczył, że muszę oszukiwać, rozliczając co wieczór pieniądze w kasie restauracji, którą kierowałem. Wręcz odwrotnie. Nikt by mnie przekonał, że nie mogę się spotykać z dużo młodszą ode mnie kobietą, bo nie wypada, bo potępi nas otoczenie. Raczej pytano by, czy jesteśmy szczęśliwi. Życzono by nam miłości, nigdy się nie kończącej.

Dziesięć lat w Polsce wyssało ze mnie Londyn. Zapomniałem prawie kim jestem. Przypominam sobie, ociężale. Kilka ostatnich miesięcy z covidowym cyrkiem, decyzje, które wreszcie podjąłem, niełatwo odejść od ukochanego dziecka, ostracyzm rodziny, która nie akceptuje, że nie jest idealna, wyrządza szkody, nie mnie tylko, wydziedzicza. Bezdomność, powracające epizody stresu pourazowego, który w Anglii miałem tylko raz i to nie w takim natężeniu, doprowadziły mnie pod ścianę. Nie umiem się poddać. Nie stanę się taki, jakim oczekiwano, że muszę być i już. Nie jestem pewny, czy moja ojczyzna wyszła całkiem z mroków średniowiecza i czy nie jest coś na rzeczy z wyśmiewaną zaściankowością? Zacząłem się nią zarażać. Czas się na dobre wyleczyć z naiwności.

Od kilku dni obserwuję protesty, spontanicznie wynikłe z próby narzucania innym swojej woli, wiary i światopoglądu. Dokładnie tego z czym spotykałem się osobiście. Wstyd mi, że to moją wiarę chce się narzucić, ustanawiając prawa, które z pewnością są z nią zgodne, ale narzucając zabiera się wolność tym, którzy mają czelność mieć inny światopogląd. Chrześcijaństwo nie na tym polega. To jest pokojowa religia. Używanie jej jako instrument polityczny, jest nie do pogodzenia z przyczyną jej powstania. Minęły czasy krzyżowców. Tylko czy zaczęły się Jezusa? Nie jestem zachwycony atakami na kościoły, ale przecież to tylko budynki. Jestem przeciwny aborcji, ale to dotyczy sumienia tego, kto się na to decyduje. Sam nie mogłem jej zapobiec. Ktoś usunął moje dziecko, nie z powodów, wad wrodzonych, ekonomicznych. Kariera. Uznałem prawo kobiety. Wspierałem, nie decyzję, ale prawo. Czekałem przed i po w szpitalu. Źle się z tym czuję, do dzisiaj. Zrobiła to buddystka. Tak jej się przynajmniej wydaje, która szczerze walczy o prawa człowieka.

Zaczynam sobie zdawać sprawę, że prędzej czy później, będę musiał stanąć po jakiejś stronie. Nie stanę po stronie opresji. Bezmyśnej z gumowymi pałkami. Jestem gotowy na wykluczenie z Kościoła, ja mój mam w sercu. Tego nie da się odebrać. Zdejmę z szyi różaniec, schowam do kieszeni. Tylko, że takich jak ja palono na stosach. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt już ich nie rozpali na nowo.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Przyjebać

Moja toksyczność. Nie rozumiem jej. Chyba już pisałem o moim przyjacielu, geju, Brytyjczyku, który zawsze mi powtarza, że jeżeli nie piję i nie mam mojego zjazdu stresowego, jestem najbardziej uroczym człowiekiem, którego zna. I pewnie jestem. Rzecz w tym, że piję ze względu na stres. I pewnie też pisałem, że nie tak dawno, miesiącami, piłem w pracy, nigdy w dni wolne. Dlatego orzeczono, że nie jestem alkoholikiem. Piję niebezpiecznie. Używam sobie medycznie, w dokładnych proporcjach, odmierzanych aptekarsko. Czasami aptekarz się pomyli i wychodzi z tego syf, który bywa, że nie da się go doprać, najgorszy, gdy ktoś mnie nie zna. Nie mogę brać leków, nawet tych cudownych. Znikam. Po alkoholu przynajmniej, po jakimś czasie powraca pamięć. Pojawia się wstyd i zażenowanie. Jak mogłem? Po tropach, nie pamiętam nic. Tabula rasa. Wygodna. I przecież nie piję zawsze. Nie muszę się powstrzymywać. Wolę herbatę. Z mlekiem. Na górze. 1 do 10. Może być bez cukru. Jednak nie w tym stanie, którego nie ogarniam, trzeźwym umysłem.

Wolne wolałem spędzić z córką, pięcioletnim aniołem. Nawet nie posyłać jej do przedszkola. Rzadko, w moim dotychczasowym zawodzie, takie wolne ma się w weekendy. Jeżeli mogłem je mieć, nie chciałem, tych wolałem nie spędzać z najtoksyczniejszą z kobiet, które znam. Strata dorastającego dziecka, umierającego latami, na neuroblastomę, zrobiła z niej czołg, rozjeżdżający. Mnie najbardziej. W przód. Powrót i znowu w przód. Przez dziewięć lat nie zatrzymałem maszyny. Nawet naszą córką. Piekło niezrozumienia. Pierwszy krąg, gdy ktoś myśli, że pomaga, a wbija w ziemię, codziennie. Słowa i zachowania raniące, dla kogoś z moją przypadłością, oznaczały wojnę, codzienną. Obrona, blokada, kordon. Spanie na kanapie, kilka ładnych lat. Brak bliskości, o której w końcu zapomniałem, że nawet istnieje, takie coś, jak razem. Sex? Nauczyłem się onanizmu z ohydztwem, byle szybciej. Trudno uwierzyć, matka mojego dziecka, przeszła terapię. Nie zrozumiałem na czym polegała. Efektu nie zauważyłem. Nawet moi psychologo-psychiatrzy, którzy szukają skutecznej dla mnie drogi, do czegoś, na co mam coraz mniej chęci i tracę zapał, też nie rozumieją. Pewnie jej terapia dodała, nieznane wcześniej zdolności, bardziej rozjeżdzające. Moja godzenie się ze stratą i zrozumienie, że może nic mi już nie jest. Mój syn, ten starszy, powiedział, że zmarnowałem te lata. Nie wiedziałem jak to odeprzeć: nie na siebie, na kogoś, kogo bardzo lubisz, kto rozrywał ojca na kawałki, z których musiał się zbierać. I to dziennie, powtarzalnie. W innym przypadku, ojciec byłby tylko aparatem do oddychania, jedzenia i srania. Bezmyślnie powtarzający rutyny i wyuczone zachowania, zwroty, rozmawiający na niby, utemperowany. Nie mieszkałeś z nami. Gdybyś to zrobił, wiedziałbyś, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami. Nie powiem mu. Niech byłość zachowa elementy prawdziwości. Niech to ja będę winny. Zawsze jestem i będę. Nie powiem mu, że gdy dobre wrażenie, jest niezadowolone, potrafi dać ojcu w pysk i wywrócić. Wie, że ojciec nie odda, nie odpowie chamstwem na chamstwo. Przekleństwa to nie to samo. Mężczyznę by sflekował. Bo ojciec w stresie, rozpierdoli nawet Goliata. Nie czuje strachu, nie czyje nic. I to, że ojciec pamięta z dzieciństwa, podobną matkę, pijaną często, bijącą, gdy nikt nie widział. Z szaleństwem w oczach. Szanowaną. I swojego ojca, który pewnej nocy leżał kopany, i chwycił leżący nóż. Ręka bijąca się na to nadziała, jak mięso nabija się na rożen. Było dużo krwi. Ręka krwawa i nie krwawiąca pochwyciły mnie, poniosły, z progu kuchni, nowoczesnej, nie zapyziałej, w ciemną noc. Pamiętam piżamkę, niebieską, z rudzianymi plamami, którą dziadkowie zdejmowali ze mnie i myli, bo to się wszystko przykleiło. Odkryłem wtedy prysznic. Do tamtego czasu były tylko kąpiele. I uwierzyli. Że ojciec po wyroku, nie za siebie, a matka święta jest i tyle. Demon. Współczuję, tym matkom. Jednak, gdy ja, o szóstej rano, obalony na ziemię, bo nie znalazłem czegoś tam, szczotki do włosów, chciałem uciszyć krzyk, położyłem dłoń na ramieniu, gdy było jasne, że dłużej tego nie zniosę, moje dziecko powiedziało: nie rób tatusiowi krzywdy, nie wolno się bić i kłócić. Wstałem. Mój anioł stał obok mnie. Malusieńki. Nic to nie dało. Kaci mają dar. Przetwarzania. Są zawsze ofiarami. Okoliczności i nakazów. A ja? Pozbywalny. Bo znajdzie się na mnie tyle, że to ja jestem nienormalny. Zwariowałem? Tak, niewiele większym będąc, niż moja córka, która nigdy nie powinna widzieć takich scen. Dlatego uciekłem. Dzieci nigdy nie powinny być wmieszane. Ta, o której pisałem, której być nie powinno, tylko mi o tym przypomniała. Tą poświeciłem na ołtarzu, świętego spokoju. Nawet jeżeli nie było łatwo. Innej Tej, J i M, nawet nie dałem szansy. Ciekawy jestem co by powiedziała, gdybym pozwolił jej dojść do słowa?

Każdy, kto nie zna mnie za dobrze, wyobraża sobie, że zamieszkuje we mnie zło. Nie ma go, jestem każdością, zła i dobra, tylko jest mnie, we mnie, za dużo. Ze strony jednej, krzyczę, trzymajcie się ode mnie z daleka. To nie jest prawda. Jestem zupełnie niewiarygodny. Nie, nie godny wiary. Zamieniam wątpiących, w pełnych siły i pewności. Ludzie lgną do mnie. Lubią i się spodziewają. Ja nie lubię ciszy. Czasem zapełniam ją bełkotem. A potrafię być dobrym słuchaczem. Tylko wtrącam. Niech pieśń płynie. Z drugiej? Przyciągam, nieprzerwanie, to jest to, z drugiej strony srebrnika.

Postanowiłem, przez rok pobędę sam. Do roku niewiele zostało. Jest mi coraz łatwiej samemu. Nie wybijam klinem klina, nie zdradzam, nawet myślą. Nie spodziewam się. Jestem egoistą, uczę się nim być. Znalazłem strategię, jak pozbywać się każdej Tej, która może mnie polubić, nawet pokochać. Jestem jak twierdza, najeżona kolcami. Mam arsenał broni, które odpychają. Najlepsze jakie mam, to sztuczność i udawanie. Bombarduję nimi jak podczas oblężenia. Nie umiem powiedzieć nie, ktoś musi powiedzieć to za mnie. Najskuteczniejsze na ludzi za dobrych, jak ja. Uczciwych i szczerych. Za dwa miesiące może opuszczę mury twierdzy, może wybuduję je wyższe? To się okaże. Pozostanę toksyczny. Przestanę. Ale wreszcie dbam o siebie. O mnie. Robię to tylko, co ja chcę. Nikt do niczego mnie nie zmusi. Nie pokusi. Odkupuję winy, stawiając kroki w przód, nie w bok. Nie szukam uznania, potwierdzenia. Pracuję jak zawsze, bez wytchnienia. Zarabiam znowu. Dużo. I będzie więcej. Na dzielnie się i pomoc. Anonimową. Nie sprzedaję się tanio, dokładnie wtedy, gdy cena innych spada. Brak snu sprawia, że mam więcej czasu niż kiedykolwiek. Zmęczenie dobrze mi robi. Na zrozumienie jak bardzo zboczyłem i rozczarowałem samego siebie. Uczę się pisać, na wiele różnych sposobów. Eksperymentować. Przekłuwać ciało, tatuować. Zmieniać kolor włosów, kilka razy w tygodniu. Śmiać się z tego w robocie. Gdy pytają Holendrzy, kiedy będę zielony. Łamię się. Zrobię im tę przyjemność. Zacząłem studia, w wieku na takie, aż niepoważnym. Nie czuję, że komuś zabieram miejsce. Kiedyś komuś oddałem. Mogę bezimiennie się zwierzać, za wielu, którym brak już sił. Po prostu. Przyjebać.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dla J. i M.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I oto jaką usłyszałem odpowiedź. Za młoda. Mężczyźni będą zazdrościć. Kobiety będą się śmiać. Gdybyś był krezusem. To może byś kupił spokój. Nie jesteś. Nie masz linii obrony. Zjedzą cię. Polak

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I taką usłyszałem odpowiedź. Nie ma wieku. Jeżeli cię lubi, chociaż spróbuj. To jest dla ciebie i jej. Pierdol to. Holender.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Po co pytasz? Od tylu lat wiesz. Czarni i biali. Bogaci i biedni. Europa ta, tamta. Anglik.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Nie było odpowiedzi. Źle ci doradzałem. Ty mnie kiedyś też. Z głębi serca. Decyzje są twoje. Przyjaciel. Też Polak.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Szanujesz każdego. Ja jestem Mormonką, lesbijką. Czytaliśmy Biblię razem i Księgi Mormona. Nawet nie zaśmiałeś się, że Duch przychodzi do mnie. Masz lepiej, ciebie nikt nie wyklucza, ja miałam już dwa chrzty. Proszę, nie rezygnuj. Maoryska. Nowozelandka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Tak powiedziała, przyjaciółka. Jeśli potrafisz jeszcze przytulić, jak przytulałeś mnie. Nawet bardziej? Tak można? Mamy syna. Niech wie, że tak się da. Finka.

Powiedziałbym o Tobie. Nie mogłem zapytać. Nie ma Cię. A jeżeli znałam cię dobrze? Bardzo dobrze. To leć. Włoszka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Samego siebie. Nic nie odpowiem. Szukałem zapytania. Nigdy go nie było. Odpowiedzi też. Linia. Zdawająca się ze zdania, zapytanego i dopowiedzianego. Nie mialem wątpliwośći. Zabrakło mi odwagi. Ja.

Taka proza. Jaki Dostojewski. Pojebany.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Pamiętajcie o tym

My. Toksyczni. Mamy wspólną cechę. Wydajemy się interesujący. Kiedy mówimy, rozmawiamy, zachowujemy się, poprawnie, nie poprawnie, zachwycamy, przerażamy. Piszemy. Robimy. Jesteśmy ciężcy, poza zniesieniem zainteresowania. Przestajemy. Być interesujący. Naprawdę? Szczerze? Jesteśmy nawet bardziej. Tylko kto może nas znieść? Ja bym nie mógł. Obiektywnie. Nikomu tego nie życzę. Znam to z autopsji, znam z rozmów. Cięższych, niż ciężkość samotnych dni, nawet z kimś, wspólnych. Z samym sobą. Nie ma znaczenia całkowicie nic. Toksyczność się ma. Toksycznością się jest. Niezwykle człowieczą. Najbardziej upadłą i najszczerszą. Wzlatającą i skazaną na upadek. Ikary nie dolecą za wysoko. Jesteśmy zbyt wrażliwi. Na ciepło. Od którego musimy uciekać. Od tego zależy nasz los. Mniej go. Żyjemy dłużej. Trzymamy się żywota, opuszkami. Wydrapiemy sobie palce. I tak się tułamy, aż nic się nie zdarzy. Chociaż mogło, i pewnie zdarzyło się nam, o wiele więcej, niż niejednemu z was. Ciągle jest nam za mało. Zniesławiamy. Poszukując wybaczenia.

Toksyczność. Uznajmy to raz na zawsze! To nie bycie bydlakiem, gnojem, koszmarem, byle kim. Toksyczność to stan! Niekoniecznie nasz. Może być narzucony. Odbierający kochającym czas i nadzieję. Że może będzie lepiej. No nie będzie. Trzymajcie się od nas z daleka. Optymizm jest zbędny. Nawet mój. Jestem niepoprawnym optymistą, dokąd nie zrobię znowu, tak samo i zrobię i już. No może. Nie znalazłem większego optymisty i jeśli przetrwa? Być może zdarzy się cud? Jak dotąd się nie zdarzył. Nie liczę na to. Piszę to zamiast, w imieniu, za pozwoleniem. Przyzwoleniem. Proszę. Niech im się zdarzy. Nie musi mnie.

Ja się łudzę, że gdzieś, jakoś, nie wiem, nie mam pojęcia. Jest jakaś dla nas szansa. Dla tych niewydarzonych marnot, tych stresów, depresji, lęków, nerwic i zaburzeń, musi być jakieś, nawet metafizyczne, jakoś coś. Przyjaźń, o miłość nie chcę prosić, za kogoś, o krztę, niewspółczucia, szacunku. Dzisiaj jest dzisiaj. Nikt nie wie, jakie jutro może być złe. Toksyczni to znają, znają gorsze. Pamiętajcie o tym. Nie toksyczni. Wielu z nas radzi sobie lepiej, niż pozbawieni ideałów. Jest jeszcze inna możliwość. To nie my jesteśmy toksyczni. Toksyczny jest świat? Wasz, nie nasz. Vermilion. Zapomniałem. Nienarodzona moja. Kalevator. Bedę tam. Gdzie zgubiłem serce i chęć. Islington innocents. Niech to…

Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność

Najdzie mnie

Poczułem cię dzisiaj. Nad wodą. Sól i morze. Ziemia pozwoliła mi stać. W miarę prosto. Przypominałem sobie perfumy. Ktoś musiał używać podobnych. Wiało, w moją stronę. Przypomniałem sobie, ciebie. Szelest traw, ciało, długość nóg. I podobieństwo. Dłoni, uszu. I zawód. Ten, którego nie zapomnę. I moje wyjście szybkie, z brzydkiego dziesięciopiętrowca. I stania w sklepie, za szybą, w kącie, gdy patrzyłem, jak wybiegłaś. Chciałem podejść. Nie wyszedłem. Czekałem. Bardzo długo. Nie mogłem na ciebie patrzeć. Julio. Nawet, gdy jeszcze przychodziłaś, nie wiedziałem, po co. Nie wiem do dziś. Ja silny? Ty słaba? A gdy mnie brakowało siły? Czym miałem ją zastąpić. Twoją słabością? Po tobie nic nie miało być takie samo. Było. W odmianach. Innych. Wiesz czego mi brakuje? Śmiechu. Po tobie tylko pamiętam śmiech. I współczucie, gdy też stałem, na schodach. Free Pub i całkowite upalenie z głupkiem. Mieliście głowy na barze. To była pierwsza po południu. Musieliście tak siedzieć, od poprzedniego dnia. Żaden z niego artysta, żadna z ciebie. Idealne małżeństwo, idealnie żadne. Dużo zdrad i zamętu. Dlatego nie odbierałem przez te lata telefonu. Ze mną nie mogłabyś zdradzić jego. Jak nie zdradziłaś z nim mnie. Ale wiesz? Splunąłem przy drzwiach. Na Sławkowskiej. Trzykrotnie. Jak rozrzucam wodę święconą. Za wczoraj. Dzisiaj. I niech będzie, co ma być. Za drzwiami kościołów. Po mszach, gdy zanurzę rękę. Dla dusz czyśćcowych.

Droga, nie z Kapulettich. Dobrze wiesz, że Julii było dużo, w moim łóżku, bramach, gdzie można i się chce. Było. Ten czas się skończył. Nie jest mi wstyd, nie musi. Byłem taki i nie. Robiłem dobrze, robiłem źle. Teraz wybieram dobrze i nie. Z niczyjego powodu. Ale pamiętam. Nauczyłem się kochać. Już nie ciebie. Kiedyś znów pokocham. Jak pierwszy raz. I niech to będzie najpierwszy. Najdzie mnie. Bardzo bym chciał.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Niech pot wypływa na czoła innych

Męczyli się ze mną znowu. Pięć dni. Nie poszedłem do roboty. Mieliśmy sesje komputerowe. Tylko tak mogliśmy je mieć. Po sześć godzin. Trzydzieści. Od poniedziałku do dzisiaj. Wystarczy. Wymęczyli mnie i ja zmęczyłem ich. Czytanie, które przychodzi mi łatwo, nie oznacza przyswojenia wiedzy. Nocą? Nie śpię. Nie dociera. Brak snu nie jest tym samym, co stan skupienia. Dzisiaj było o osobowości z pogranicza. Wczoraj o psychozach i o paranoi. We środę o przytępieniu uczuciowym, depresji. We wtorek były testy. Nie wiem o co w nich chodzi. Pan nas zaskakuje. Czym? Że pan się nie kwalifikuje. Do czego? Do niczego. Kurwa. Macie mnie leczyć! Uleczcie mnie! Robicie mi już to pół roku! W poniedziałek przejebałem ponad trzy tysiące stron. Po nic. Zadanych. Chyba nie wierzyli, że przeczytam. Pamiętałem, nie rozumiałem. Ale się nauczyłem, jak z marchewki, majeranku, śmietany, ziemniaków i soli, zrobić smak kokosowy. Działa. S’il vous plait. Voila. Bez głupich liter. Nie moich. Podobny. Jak w zupie fasolowej, którą gotowałem podczas sesji z geniuszami psychologi. No sorry, z szacunkiem. Nie da się ciągle czytać kilometrów bzdur. Miałem ucieczki, kulinarne. Mogę mieć każdą psychozę, każdy stres, każde gówniane coś i nic. O jakiejkolwiek nazwie. Poddaję się. Zamknijcie mnie. Albo powiedźcie, że nic mi nie jest. Poza marnoczasem. Takie nowiutkie słówko. Jak z wachlarza naukowego, wybranych kart z tali, rzuconych na bakaratowy stół. Nie dziewięć? A toż! Mój stół. Mojej psychiki.

Nic mi nie jest. Fakt pocieszający. Dziwny. Czyli muszę się pogodzić, że nie jestem moralnie stabilny. Niemoralny. To nie stres pourazowy? Mogę się pomodlić. Podejść do konfesjonału. Wybacz proszę Boże. Puk, puk. Idź w pokoju. Położysz się kiedyś na wieki. Tam za śmiercią, pewnie nic nie ma. Ale czekaj chłopie. A Newton? A Voltaire! Po co się starasz? Po co dręczysz? Siądź i popuszczaj pasa. Saksońskim sposobem. Olej wszystko. Olej panie bracie. Ojej. I jest już dobrze? Dobrze? Czemu nie? Skoro tak łatwo.

Nic co jest łatwe, nie jest warte zabiegów. Nawet utracone, popsute, zabronione. Warto się starać, choćby dla siebie. Własnego starania. Dobrego zdania o sobie. Resztek zdania. Nadziei, która nie umiera wcale ostatnia. Nie umiera wcale. Prowadzi jak Vela. Gamma Velorum. Pokolenia. Do Aten. Do przejrzystych wód. Do Sowy. Promachos, dziewiczej. Umrę lub zginę przynajmniej z tarczą. Jest wile miejsc. Poturczyniec poczuje się tak jak w domu. Przecież i Illion to turecka wieś. I też tam leży trojański koń. Mnie podobny. Zdradliwy. Jad. Nie szlachetny, mimo to bojowy. Zostawię ten elektryczny żart innym. Nie zostawię. Minerwa mnie zrozumie.

I nie ma co popłakiwać. Nie ma co wspominać. Wypchnę to, na bok, z boku, w bok. Skośnie. Emotywistycznie. Wypluję. Oddam potem i siłami, których mi nie brakuje, ale nie chcę się nimi dzielić. Niech pot wypływa na czoła innych. Zetrę. Niech siły uchodzą. Podeprę. Niech się spocą skurwysyny. Gdyby mnie znali z kiedyś, pociliby się na mrozie. Teraz? Mam to w dupie. Niech im będzie wygodnie. Nawet ze mną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Dosyć

Nie lubię moich wad. Najbardziej tych, które dotąd ułatwiały mi życie. Bezpośredniej gadki o niczym, bawienia się słuchaniem o ludzkim losie, stronniczości, że wiem lepiej. Łatwości kontaktu, patrzenia, jakbym patrzył, a tylko się przyglądam. Szacunku, którego nie mam, ani dla siebie, ani dla nikogo. Lekka przesada. Wykorzystywania, jakbym pił ze źródła czyjegoś czasu. Analizy, która tylko zabiera. Niewiele daje w zamian. Zmagam się z nimi. Tacy jak ja, nie przymierzając, powinni być drapieżnikami. I aż za dobrze wiem, że dokładnie są tacy. Prawie identyczni. Jednak nie ja.

W czym problem? Nie w stresach, na które wystawiam się, wiedząc, że mi nie wolno. Nie w tym, że mimo katolem będąc, nie wierzę w kościół, watykańskie opowieści, że bez posiadania, nie będzie się czym dzielić. Nie w niechęci, do lewicy i prawicy, która zawsze, mając okazję, chce kontrolować i zabija, dosłownie lub intelektualnie. Rząd dusz. Jak liberalizm, pozostawiający człowieka samemu sobie. Kartka. Śmieć. Zmięta kartka. Nie w pretensjach do buddyzmu, że pozbawia poczucia osobowości, islamu, że każe kłaniać się, nie odkłaniając, hinduizmu za klasy, ludzi i podludzi. Jakbyśmy inaczej się rodzili i umierali.

Problem nie jest problemem wcale. Muszę zgodzić się na podziały. Które rozumiem, drapieżnymi cechami. Wspólnymi, naturalnymi, wyuczonymi, w zgodzie uznanymi. Od tysięcy lat. Nie podoba mi się to, nie lubię. Moich i wspólnych wad. Ale nie muszę ich współwyznawać.

Co takiego się zdarzyło? Że przestaliśmy być ludzcy, a staliśmy się ludzkością? Dlaczego nie człowiek? Dlaczego intelekt? Wyrachowanie, spryt i albo ja, albo ty. Działanie razem, lecz tylko gdy mnie to coś da, ty musisz zadowolić się razem. W mroku, nacisku i poddaniu się. Podziałom. Bezmyślny zabójca, nasycony, pozostawia ścierwo, padlinożercom. Zabójca robi dobrze, najadł się, dał najeść się żercom padliny. I to tłumaczenie? Tak skonstruowany jest świat! Ciesz się. Z czego mam się kurwa cieszyć? Też tak mogę. To nie jest jakiś dar. Nie talent. To obłęd.

Straszne to jest. Lepiej mi ma mojej wyspie. Przeklętej. Gdzie moje demony tylko czasami ściągają maski. Mnie odbierając. Nie innym. Dosyć…

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

O mnie też trzeba się starać

Trzeźwieję. Przyznaję się. Za długo trwa ten stań upojenia. Gdy mam w dupie wszystko, czego nie powinienem mieć. Szans, Nadziei, Tej, Tamtej. Tutaj lub tam. Budzę się z uśpienia. Pobudzenia. Czasu zgubionego. Który to już raz? Parują promile. Wyciekają. Wypiłem znowu morze piwa. Lubię je. Pozwala mi na nie lubienie. Kochanie siebie. Na utratę pamięci. Utrat. Których nawet nie jest mi brak. Nie pamiętam. Może jest mi żal?

Nadzwyczajne mam szczęście do ludzi. Wybaczają mi tyle, że dziwię się. Usłyszałem: nie przepraszaj. Staraj się nie mieć do tego powodu. I. Kiedy jesteś z nami, nawet krótko trzeźwy, każdy jest zachwycony. Kiedy upadasz, podnosimy. Czekamy na ciebie. Nawet na krótko. Ale i tak dajesz z siebie więcej, niż ktokolwiek z nas. Serce masz ogromne i dobry jesteś. Nawet najgorszym przekleństwem nas nie obrazisz. Modlisz się nawet w zamroczeniu. Wybudzasz się. Nigdy za siebie. Słuchamy. Zawsze za nas. Nie wiedziałem. Nie zapamiętałem. Kapały mi łzy. Jak grochy.

Nie cofnę niemożliwego. Rozbiłem mój statek na dalekiej wyspie. Nieznanej. Na dalekim oceanie. Miałem tam znaleźć runo. Znalazłem ruinę. Nie zmierzyłem sił na zamiary. Nie znałem statku, wyspy, wód. Nie ma Argonautów. Utonęli. Spaliłem ciała. Zgodnie z życzeniem Zeusa. Mojego mitycznego ojca. Zostałem sam. Z mojej wyspy wypływam. Tratwą, ułożoną. Belka wstydu. Belka upokorzenia. Belka kary. Związane linami przeznaczenia.

Chciałbym inaczej. Lecieć prostym szlakiem. Gdzie nic nie stoi na drodze. Latać, biec, unosić się ponad. Omijać. Mieć i móc. Tak sobie wyobrażam. Lekki krok. Dowolny, w stronę. W słońce. Ku promieniom i ciepłu. Ogrzewającym. Mnie i Was. Solarnym. Zawsze lato. Zawsze owoce. I bogowie, dbający o dzieci, które stworzyli. Nas. Dał bym sobie rozłupać czerep. Za to. Choćby. O mnie też trzeba się starać. Oddanie to nie jest jedyny skarb. Mój.

Piękny jest język. Nie potrzeba łaciny. Polszczyzna. Ładna jest. Moja.