Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

O mnie też trzeba się starać

Trzeźwieję. Przyznaję się. Za długo trwa ten stań upojenia. Gdy mam w dupie wszystko, czego nie powinienem mieć. Szans, Nadziei, Tej, Tamtej. Tutaj lub tam. Budzę się z uśpienia. Pobudzenia. Czasu zgubionego. Który to już raz? Parują promile. Wyciekają. Wypiłem znowu morze piwa. Lubię je. Pozwala mi na nie lubienie. Kochanie siebie. Na utratę pamięci. Utrat. Których nawet nie jest mi brak. Nie pamiętam. Może jest mi żal?

Nadzwyczajne mam szczęście do ludzi. Wybaczają mi tyle, że dziwię się. Usłyszałem: nie przepraszaj. Staraj się nie mieć do tego powodu. I. Kiedy jesteś z nami, nawet krótko trzeźwy, każdy jest zachwycony. Kiedy upadasz, podnosimy. Czekamy na ciebie. Nawet na krótko. Ale i tak dajesz z siebie więcej, niż ktokolwiek z nas. Serce masz ogromne i dobry jesteś. Nawet najgorszym przekleństwem nas nie obrazisz. Modlisz się nawet w zamroczeniu. Wybudzasz się. Nigdy za siebie. Słuchamy. Zawsze za nas. Nie wiedziałem. Nie zapamiętałem. Kapały mi łzy. Jak grochy.

Nie cofnę niemożliwego. Rozbiłem mój statek na dalekiej wyspie. Nieznanej. Na dalekim oceanie. Miałem tam znaleźć runo. Znalazłem ruinę. Nie zmierzyłem sił na zamiary. Nie znałem statku, wyspy, wód. Nie ma Argonautów. Utonęli. Spaliłem ciała. Zgodnie z życzeniem Zeusa. Mojego mitycznego ojca. Zostałem sam. Z mojej wyspy wypływam. Tratwą, ułożoną. Belka wstydu. Belka upokorzenia. Belka kary. Związane linami przeznaczenia.

Chciałbym inaczej. Lecieć prostym szlakiem. Gdzie nic nie stoi na drodze. Latać, biec, unosić się ponad. Omijać. Mieć i móc. Tak sobie wyobrażam. Lekki krok. Dowolny, w stronę. W słońce. Ku promieniom i ciepłu. Ogrzewającym. Mnie i Was. Solarnym. Zawsze lato. Zawsze owoce. I bogowie, dbający o dzieci, które stworzyli. Nas. Dał bym sobie rozłupać czerep. Za to. Choćby. O mnie też trzeba się starać. Oddanie to nie jest jedyny skarb. Mój.

Piękny jest język. Nie potrzeba łaciny. Polszczyzna. Ładna jest. Moja.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Nic więcej nie wystękam. Dla Agnechy

Nie wiem? Nikt nikomu nie musi pomagać. Pomoc jest rzeczą bardzo względną. Nieobiektywną i bardzo osobistą. Pomocnik i przyjmujący pomoc, (są takie słowa, jałmużna i jałmużnik) nawet nie muszą o sobie wiedzieć. Inaczej, gdy ktoś jest patronem. Wymienia pomoc za wymóć. Wpierdala mnie to, że chyba jestem ostatnią osobą, która rozumie podstawy europejskiej kultury? Nie siedząc w pantoflach, w jakimś zaklętym gabinecie. Profesora. I z jego śmierdzącymi skarpetkami. Ciągnę kilometrami jakieś idiotyczne kable. Homer. Boże. Petrarka. To wszystko jest tak oczywiste. Nawet głupkowate. Nikogo nie chcę obrażać. Załamuję się. Rytm. Odniesienie. To jest takie prościutkie. Naiwne. Żadne. Miałkie i byle jakie. A staram się. Słaby w tym jestem. Nie pamiętam Greki. Jestem robolem. Bo nim jestem.

To wariactwo bycia anonimowym, nie polega na byciu nie odpowiedzialnym. Przeciwnie sprawia, że podejmuję rękawicę przeznaczenia. Taką tylko na miarę mojego. Nie da się inaczej. Wbrew. Rękawicy. Wbrew oczywistości. Oczekiwań, których nie spełnię i których nie da się spełnić. Nie jestem na Boga, bogiem. Ludzki jestem i ułomny. Duszny i bez duszy. Zwierze i Istota. Rozumny i bez rozumu. Człowiek. Ktoś. Aniecha. Nie zawsze jest idealnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Przepraszam

Nachalność niewinności. Lub niewinność nachalności. Nic z tego. Ani, ani. Okazało się, że mogę być szantażystą emocjonalnym. Nie podpadam. Mam w dupie prawie wszystko. Poza dziećmi. Poza babką, moją matką, której nawet nienawidząc, zawsze przyjdę z pomocą. I na pewno matkom moich dzieci. W zasadzie, gdy miałbym to rozwinąć, to nie miałbym w dupie niczego i nikogo. Paradoks. Mam w dupie i nie. Jestem Milionem i cierpię za miliony. Śmieszne. Żenujące. Tak mam. Bardzo chciałbym zwariować. Dostać schizofrenii, jak dostaje się kataru. A tu nic. Narkotyki nic. Alkohol nic. Odporność genów? Coraz bardziej się przekonuję, że jestem wyjątkiem. Nie wyjątkowy. No i jestem egocentryczny. Kto na Boga nie jest? Oddałem tyle pieniędzy na tych, którzy nie umieją ich zarabiać, że brakuje mi ich codziennie. Nie jestem patronem. Nie oddaję w zamian. Daję. Może to karma, może wychowanie? Po to haruję. Po to żyję. Po to mnie boli. Ciało i boli dusza. Nie umiem przejść obojętnie. Płaczę nad, płaczę spod. Ale nie pozwolę sobie niczego odebrać. Walczę nieustannie. Obiektywność woli. Pamiętaj, mówił mi dziadek. Jesteśmy Sarmatami. Los nas oszczędził. Nie sprzedaliśmy się. Nie dobili nas. Umiemy przetrwać. Bez upokorzenia. Uczył mnie walki szablą w garażu. Nikt nie mógł wiedzieć. Zaplecznik, głowa, szeroko, na skos. Tańczyłem mając piętnaście lat, z ciężarem w obu rękach. Tylko nie zrób sobie dziecko krzywdy. Rok potem zmarł. Ze starości, obitej łańcuchami i łamaniem palców, młodości. Polak, Sarmata, Rzymianin. Przez lata nie podniosłem szabel schowanych pod ziemniaczaną skrzynią. Nie wiem jak przeżył Gestapo. Polski Niemiec. Bili go. Mnie też. Zawsze nas biją. Za nie. Nie poddamy się. Tacy jesteśmy. Szlachta. Bardzo prywatna. Nieważna. Leliwa. Nie złota. Niebieska i w paski. W poprzek. Ze słońcem i kawałkiem księżyca. Mamy swoje drogi. Prostotą się rozdzielające. Na mnie ustanie ten bezsens. Inne czasy idą. Nikt nas nie chce. I pewnie dobrze. Dam im pierścionki, sygnety i pieczęć. Mam ją zawsze przy sobie. Zawiniętą. Inaczej niż mój różaniec. Ma chyba trzysta lat. Wisi mi na szyi. Niech tak wisi. Mój krzyż. Nie nasz krzyż.

Kategorie
Spokojnie

Pozostanę anonimowy

Przedziwne jest to, co czuję. Spierdoliłem kolejną szansę, na po połowie mojego i czyjegoś szczęścia. Jednak odczuwam ulgę. Bardzo dużą. Za dużo tych szans. Strach przed porażką zbyt głęboko wrył mi się w mózg. Może to gówno psychiczne, pomaga mi podjąć właściwą decyzję? Może nie decyzje. Instynkty. Uciekaj. Nie krzywdź już więcej. Nie spodziewaj się. Nie poradzisz sobie. Nigdy nie radziłeś. Niezupełnie, los zabrał mi skandynawski ruch taneczny, serce diamentowe, złotowłose, błękit oddania i dziecko. Potem nigdy nie było tak samo. Był klik, był zgrzyt, była świadomość, ze nie zawsze mam farta i zasmakowałem we włoskiej odmianie Kamasutry. Było łatwiej niż rozmawiać. O śmiertelności i ciele malutkim, twardym jak lód. Prosto z lodówki. Zamiast było słońce Lombardii. Niezobowiązujące kłamstwo, dokąd nie usłyszałem, ti amo. Wolałem, rakasta sinua. Tak jak teraz wolałbym, kocham cię. Odpychanie jest niezwykle skuteczne. Nagle czuję, zaraz, no niedokładnie, potrzebuję nieco czasu. Nie czuję. Tak sobie nakazuję. Wali mi się świat. Im szybciej tym lepiej. Zgnieść i zniechęcić. Spada. Świat się nie zmienił. Gdy spadam, zawsze niebo jest boskie. Na końcu się przyznaję. Jestem kurwą, która odda się za chwile spokoju.

Zadziwiającą dziewczynę spotkałem. Nie pierwszy raz. Nazwała to pisanie, pamiętniczkiem. Miała rację. Nie Pamięcią. Niczym. Pamięć o niczym. I może się z tym zgodziłbym, gdyby nie to, że pomimo naszych wymian zdań. Grzecznych. Słyszałem Wy. Zostałem zdegradowany. Nie ośmieliłem się zwrócić uwagi. Zapytać. Czy mogę powiedzieć, a wy co? Także jesteście podobne. Wiem z czego to wynikało. Ja czekałem na nią wypatrując, ona zawiedziona była, że nie do niej się odezwałem. Lecz do Tej. Dziewczyna zrobiła swoje. Ta nie była Tą. Ta była tylko Tą dla mnie. Dziewczyna pozostała by sobą. Tej chciałem bronić. Ta stała się tą i w moich oczach. Za późno. Miało być droczenie, stało się męką. Szybko się uczę. Wnioski często poniewczasie. Za dużo myślę. Uczę się też po czasie. I rozmawiam. Powiedziałem Skandynawce o dziewczynie. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Coś ty zrobił? Ten sam scenariusz. Nie mogłem dziewczynie powiedzieć. Odkąd moja przyjaciółka przestała być moją żoną, nie spotkałem nikogo podobnego do niej. Nie chcę abyś czuła, że jesteś drugą. Nie mogła byś. Dla mnie wszyscy są pierwsi. Jak i ja nie lubię być kolejny. Podobieństwo jest przypadkowe i też to co odczuwam. Kilka sekund. Wiem. Przez dwadzieścia lat wiedziałem, że nie, nie i nie. A tu wiedziałem, Tak. I się przeraziłem. Nie byłem przygotowany. Przygotowany tylko na to, Nie. W tym Nie zanurzyłem się jak pierwsi chrześcijanie. Tylko nie w tak, a przeciwności. Potem trochę piwa, nie trochę. Bardzo piwnie. Przypominam sobie koszmary, poczekam niedługo i jak protagonista, mogę wywołać stan. Toksyczny. I mam wiatr chamstwa w żagle. Niesie mnie. Po oceanach zwątpienia. Moja cudowna Finka zapytała. Przytulił byś ją tak samo? Chyba bardziej. Jest przecudna? Tak. Przecudowna. Takich ja Wy jest niewiele. To przytul. Nie mogę. Planowo się tego pozbawiłem.

Piszę to w pociągu. Warszawa-Wrocław. Przedtem samolot. Bruksela-Warszawa. Przejdę się przez Miasto. Kupiłem bilet do opery. Odchamię się. Mój krewny był tam śpiewakiem. Wystarczy nazwisko. I drugie. Jego córki. Podwójne jak moje. Klękające polskimi kompleksami. Nie żyje już nasza skrzypaczka. Chciałem, aby zagrała na moim ślubie. Tym katolickim, którego nie miałem. Pójdę coś zjeść w restauracji, którą wypatrzyłem. Zjem co mam zjeść, bez dziewczyny, sam, a wiem co lubi. W nocy pojadę do Warszawy. Znów samolot. Nie musiałem, nie że szkoda biletów. Żal głosu i słów. I wrócę. Już nie tylko do kabli. Otwiera się czas. Mój. Wreszcie. Gdybym spotkał nadzieję, nie mówiłbym kodem. Nie jak teraz i nie jak jej ojciec, który każdego ma za głupca. Nadzieję też. Nie mówcie nikomu nigdy, że są głupi, nawet jeżeli są. Głupota nie jest kwestią gustu. Jest głupotą tylko, lub stanem. Głupcami jesteśmy wszyscy. Kod nie jest kodem. Jest grą słów.

Pozostanę anonimowy. Blogerka Agnecha ma racę. Pozbawię się siebie samego. Bez zaglądania w mój własny kawałek ziemi, nie mój, ten pod nogami. I to było by nieuczciwe, jestem sprzed, jak z po.

Kategorie
nieznane Spokojnie

Dziewczyno

Patrzyłem i patrzyłem. Wychodziłem i czekałem. Przypatrzyłaś i patrzyłaś. Wychodziłaś i czekałaś. Nigdy w tym samym czasie.

Pochyliłem się nad Tobą. Wiem jak pachniesz. Gdy dawałaś mi numer telefonu. Potem zapytałaś czy powiem prawdę? Powiedziałem. Nie że Cię znam? Znam. Tylko z widzenia i nadziei, że będziesz to tylko ty.

Powiedziałaś. Nie jestem łatwa. Jestem prosta. Spotkamy się w połowie kroku. Jestem prosty, żyję nadzieją, to czyni mnie łatwym. Za bardzo.

Ten przeklęty Bunkier. Gdzie Tej, której tak nie lubisz, chciałem powiedzieć. Nie zrozumiałaś. Nie mogę cię czcić. Gdzie tobie. Podałbym tysiąckrotnie rękę. Oczy nigdy nie kłamią, krok potwierdza prawdę. Zapamiętuję spojrzenie, krok potrafię odtworzyć.

Mam zbyt delikatny głos? Potrafię nim zadźwięczeć jak drzwon. Ty masz silny. Bojący się mnie. Zagadywałem. Boję się Ciebie. Boimy się siebie nawzajem. Może się ośmielimy? Nie byliśmy aż tak pijani, aby obudzić się obok siebie. Nieznani. Ja bym tak nie chciał. Mam wrażenie, że nie chciałabyś i Ty?

Spalam się nieznana i znana dziewczyno. Z imieniem, które muszę przetrawić. Masz na imię jak osoba, która tak zdrobniale nazywana, jest moją niechęcią, nienawiścią. Karą, przekleństwem. Katem i strachem. Nie będzie łatwo. Nie przyzwyczaję się. Nie polubię matki.

Rwie mi się serce do niepoznanego. Do Tak. Tak, chcę znać. Bo wyobraźnia to nie życie.

Pięknaś. Duchem i ciałem. I podobna do mnie sprzed czasu, gdy zrobiłem czego nie planowałem. A jeśli nie? Nie umiem się mylić aż tak bardzo. Czas leczy rany. Czas kwieciem koloruje łąki. Umaję Cię.

Publikuję. Muszę. Dziewczyno.

Kategorie
Przyjemność

Od początku

To nie miał być blog, taki, jakim był. Nie miał być pamiętnikiem straconych dni i nadziei. Miał pomóc ludziom, podobnym do mnie. Toksycznym. Bo żyjemy w takich czasach, gdy każda inność, nawet niewielka, nie jest mile widziana. Można wiele, pod warunkiem, że jest się podobnym. Kulturą, rasą, religią, wyglądem, przekonaniami, doświadczeniem, czymkolwiek. Najlepiej, gdy jesteśmy uśrednieni i niczym specjalnym się nie wyróżniamy. ( Tutaj jest hej. Dla komentarza. To jest tekst ruchomy. OK?. Uwaga dla Niezwykłej.) Jest odmienność dozwolona, nie należy niestety do nas. Zwyczajnie toksycznych. Jest elitarna, dla ludzi którzy wybrali parcie. Na naszą naiwność, że wolno nam być po prostu sobą. Nieskrępowanie i zwyczajnie. Nam nie. Im tak. Kupujemy ten mit. Egalitarnie i bratersko, i siostrzanie. Niedyskryminująco.

Zmieni się język. Długość i częstotliwość publikowanych opowieści o życiu, które widzę, obserwuję i przeżywam. Jak każdy. Może tylko jestem wrażliwszy. Mam stres pourazowy (nawet bez niego jestem szalony). Który czasem nie pozwala mi żyć. Czasem pozwala na życie, pełne zrozumienia. Za kilka dni napiszę jak się nazywam. Kim jestem. Blog przestanie być anonimowy. Nie będzie taki sam. Setkom czytelników, tym dziesiątkom, najpierw śledzących, potem już nie i tym nowym, dziękuję za czytanie. Nic, co napisałem nie było kłamstwem. Gorzką prawdą. Trudną do przełknięcia. Wiem o tym. Może po raz kolejny opublikuję wpisy, które uznam za warte powrotu. Dodam wyjaśnienie. Doredaguję.

Dlaczego tak się stanie? Wczoraj moja toksyczność przeszła samą siebie. Kilka kieliszków wódki zabrało mi nadzieję. Bardzo kruchą. Bardzo chcianą. Bardzo niezwykle zwykłą. Wyczekiwaną, której nie umiałem pokazać, że toksyczni mogą być kochani. Moja kruchość ma imię. Radośnie słowiańskie. Słodkie jak jagoda. Toksyczność moja piękna, jest niczym więcej niż historią, z którą tacy jak się mierzą. Dzień po dniu. Tego nie powiedziałem. Zamiast tego pisałem. Źle. Wiem, że mój Mazur, Oberek, Polonez, Kujawiak, to przeczyta. Wie że piszę. Też i tutaj. I ja także wiem, że nadzieja pisze i pisać chce. Nie będę zdziwiony, jeśli robi to lepiej niż ja? I tak bym chciał! Przeczytam. Może kruchość kiedyś poczyta mnie? Może pomoże toksycznym? W oknach jasnych, w godzinach snu? Daj jej Boże ten talent. I mnie, coś od niej, bo miałem pomagać. Nie męczyć siebie i Was.

Kategorie
Przyjemność Życie

Okno w niebie

Dzisiaj napiszę inaczej. Dzieje się coś. Prawem mojego wyboru. Mała iskra. Nie dmucham na nią, podtrzymuję, celowo. Problematyczna iskra, przekornie niestygnąca. Znowu obserwuję z dystansu czasu i nie mam tego sobie za Złe. Gdzieś się minęliśmy. Do nierozpoznania. Iskra i nieistotne we mnie rozbudzenie. Tym razem przeproszę Margo. To się nie stanie, czy stanie się Inne? Może. Wiem, że bardzo bym chciał. Ocieplam się gwałtownie, znowu zagoreję? Czy to będzie? Spalę się tym razem? Czy zapalę świat? Trzymam Odkupiciela za różaniec, sznur. Niech mnie nim zwiąże i nie pozwoli się oddalić. Albo niech każe uciekać, rozcinając węzeł, supłający się w dziwny, niezrozumiały sposób. Przeproszę Afrodytę. Pożegnam Eurydyki. Powiem. Cześć. Demeter. Magdaleno.

Iskrę nazwałem Odą. Iskra nie lubi nazwiska. Ja tak. Horacy mnie zauroczył na zawsze. I Seneka i Aureliusz. Ody są najpiękniejsze. Oda nie lubi Tej. Ta zabrała mnie Iskrę. Tej nie ma, jakby nigdy nie było. Ta odebrała mnie Iskrze? Oda była, nagle to odkryłem. Jakby walnął we mnie z błękitu grom. Otwarło się okno w niebie? Chmurnym? Nad nim słońce.

Oda pisze, nie wiem jeszcze. Jak. Nie to samo. Ważne jest pisanie. Mój imiennik przypomniał mi o oku i kwadransie przed ekranem. Nie wie że nie oko, lecz Oko. Które osłabło. Bo się biłem, za pedała, nie geja. Gej by został, pedał uciekł. A ja musiałem. Nie przejdę obojętnie. Musiałem się wdać. Muszę pisać.

Czekam. Czekam i czekam. Każde czekanie jest inne. Poczekam. Trzy z wielu znaczeń. Kolor. Jest kolor. Nie zawsze czerń i biel.

Kategorie
Brak Chaos Praca

Anake

Ciągle pada. Kilka dni. Leją się krople rzęsiste, na tymczasową ojczyznę. Padały na moją. Nawet kupiłem automatyczny parasol. Otwiera czaszę, jak karabin ogień. Równie niezawodnie na Błoniach, jak nad Mozą, moją tymczasową Wisłą. Jak mój SWD, samopowtarzalnie. Który wyrzuciłem, tuż przed, gdy południowi bracia. Słowianie. Zaczęli wybijać mi zęby. Łamać żebra i dusić wodą, wieszać głową w dół. Taki był brat. Lekarz. Wymiennie Jagieloński, dozował mi impulsy. Wrak. Nie mogę cię zabić, powiedział czystą polszczyzną, nawet gdybym chciał. I nie obetnę ci jaj. Obok stał bezimienny Amerykanin. Płakał. Wymiotował. Lało mi się gówno, stumykiem, po plecach. Bardzo bili. Na beton. Wisząc miałem, w pamięci film, gdy nabijali Bochuna na pal. Nie mogłem się skulić, jak kundel, którym nigdy nie będę i nie byłem. Źle tak się modlić. Mam nadzieję że Ich już nie ma, wśród nas. W kącie było ciało. Widziałem. Mogło być dziecko. Dziesięć lat? Nie dam rady przeboleć. Męczyli Go bardziej niż mnie. I jak mogę chodzić ulicami, bezpieczych miast? Mogę i ryczę. Gdy jestem sam.

Poznaję prawdy. Przedwczoraj o alkoholu w życiu Afrodyty, która usiadła przy mnie. Boska. Zakochała się. Bachus jej był wybrankiem. Kąpała się w pianie, głębokiej, kolorem błyszczącej się czerwieni. Jeżeli się zakocha ponownie, podniosę ją, przeniosę i nie ocenię. Boginie nie muszą być idealne. Ważne, że są. Ta może być ostatecznym wyzwaniem. I ja. Moim wyborem była Humulus z jej szyszkami, wilczyca, karmiąca, ubierająca, zapewniająca prawie komfort, nad ogniskiem, Westy, Penaty i Geniusza. Jest żółcią. Kasztanem, Jantarem. Innym kolorem błyszczącym, skrzącym.

Wczoraj poznałem inną historię, ledwie podsłuchaną. Dobroć, ponad moje zrozumienie. To nie jest mężczyzna, to jest Mąż. Dzisiaj wysłuchałem. Ona nie wie, że wiem, że wiedziałem. Czyta z ust. Temida. Niewidząca, słysząca. Anake. Widząca i niesłysząca. Wiedząca.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.