Kategorie
Uczucia Śmierć Życie

Taki sen miałem

Muszę zrobić coś, czego się boję. Przeraża mnie to. Stoję przed drzwiami dużej białej chłodni, spod których leje się woda, wcale nie zimna. Jest bardzo jasno. Światło razi, prawie jak słońce. Wiem, że to sen i mogę obudzić się w każdej chwili, ale im dłużej trwa, tym będzie trudniej. Sen może zamienić się w koszmar, z którego będę się wyrywał na siłę. Domyślam się, co jest za tymi drzwiami, nie wiem czy poradzę sobie z widokiem. Pamiętam o czym myślałem przed zaśnięciem. Przyciskam zatrzask zamka. Otwieram powoli drzwi. W ciemność. Wylewa się na mnie ciepła woda, spływa od kolan do stóp, płynie korytarzem, do schodów, którymi chyba się tutaj dostałem. Jeszcze nie wchodzę. Słyszę szum. Robię krok, rozbłyskują lampy. Zwracam głowę w lewo. Jedne na drugim leżą dwa ciała, w małym, nie głębokim basenie, przelewającym się wodą, tryskającą z wielkiego kranu, wystającego ze ściany. Poznaję. Widzę rany. Nie mogę się poruszyć. Czuję panikę.

Z tyłu słyszę głos. To ojciec, rzadko mi się śni. Stoi tuż za mną. Musisz je umyć, a potem ubrać. Nie potrafię, myślę, nie mówię. Potrafisz, trzymałeś w ramionach martwą córkę. Zaniosłeś dwójkę martwych dzieci do szpitala, pocieszałeś ich matkę, płaczącą, choć wiedziałeś, że jest za późno. Dlaczego one nie żyją? To twoja wina, pozwoliłeś na to! Ja je zabiłem? Nie ty, twoja zazdrość, słowa i brak nadziei. Zabijasz wszystkie wyższe uczucia. Nie masz serca. Dla nikogo, nawet dla siebie. Jesteś zimniejszy niż one! One nie żyją naprawdę? Tutaj tak, w tym śnie. Ubierz je w to, wepchał mi pod pachę pakunek, zawinięty w szary papier. Musisz wiedzieć co straciłeś. Przebaczenie to za mało. Idę. Zastanów się czy warto tak żyć. Jeszcze wciąż możesz inaczej. Czułem, że już go nie ma.

Ułożyłem ciała obok siebie. Zamknąłem im oczy. Znalazłem gąbkę, obmyłem rany po kulach. Obmyłem twarze, wymyłem je całe. Wyniosłem jedną po drugiej. Położyłem na łóżkach szpitalnych, których nie widziałem wcześniej. W pakunku znalazłem ręczniki, bandaże, koronkowe suknie, koronkową bieliznę, podwiązki, pończochy, buty i biżuterię. Osuszyłem je. Obandażowałem. Ubrałem, założyłem łańcuszki, kolczyki, obrączki, dobrałem styl. Ułożyłem włosy. Ustawiłem łóżka, równolegle. Pochyliłem się nad nimi. Miałem się modlić. Nie mogłem. Przepraszam powiedziałem. Opadłem gwałtownie. Obudziłem się. Opisałem. Taki sen miałem.

Kategorie
Bez kategorycznie Praca

Z boku. Dla Hłaski

Zapytał mnie ostatnio, robotnik z wyższym wykształceniem, co mam na myśli mówiąc, że patrzę, stoję z, na boku, a co gdy mówię wprost i na wprost? Czy chodzi o dystans, obiektywność, i o widzenie czegoś dokładniej. Odpowiedziałem, że jest takie opowiadanie, króciutkie. Szare obojętnością. Brat czeka na końcu drogi. Marek Hłasko. Dla jednych talent, innych wcale. Dla mnie jednak tak. Tam pojawia się bokiem, które najbardziej przemawia do mojej wyobraźni. Nie jest to dystans świadomy. Nie jest obiektywny. Jest bocznie i na poboczu. Nie znad, nie z zza. Bokiem, równolegle, w zasięgu oceny. Zobaczyć kogoś z boku, to jak ujrzeć go prawdziwym, nie gotowym do stawania na wprost. Na wprost widzi się tylko to, co ktoś chce pokazać. I też my nie widzimy nic z naszego boku, nie widzimy kogoś, kto obserwuje z boku nas. Do czasu.

Ludzie obserwowani z boku, szybko, za sprawą jakiegoś naturalnego instynktu, zwracają się do nas twarzą. Zmienia im się mimika, postawa, mowa ciała. Są świadomi, że z boku ktoś na nich patrzy, przygląda się. Nie u Hłaski. Tam człowiek obserwowany z boku nie ma tej świadomości. Mają ją obserwatorzy. Na wprost niewiele widzą, z boku widzą więcej, dostrzegają człowieka. Z jego przeszłością i tym, kim prawdopodobnie jest. Nie zniszczonym, ale silnym. Nie agresywnym, ale zagubionym.

Patrzenie z boku jest jedynym sposobem, który znam, by dowiedzieć się czegoś o kimś. Nie chodzi o wgapianie się, ocenną inwigilację. Obserwuję kogoś, z dala, kim jest nie wiem, nie wchodzę w interakcję, pozwalam działać i żyć. Jestem bokiem, niezauważalnym. Bokiem per se. Nie muszę interpretować, widzę człowieka jakim jest. Nie kim. Jakim nie dowiem się nigdy. Tylko patrzę.

Robotnik wcale się nie zdziwił. Usiadł na przerwie z telefonem w ręku. Poczytał Hłaskę. Dzięki powiedział, całkiem o nim zapomniałem. Mam lekturę do Świąt.

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Życie

W poszukiwaniu straconego czasu

Obudziłem się wcześnie rano, przed pracą. Obejmując spocone krocze. Własne. Trzecia noc z rzędu, w pełni przespana. Wszedłem do sekretnego pokoju, w którym palę i mogę pobyć sam. Znalazłem go przypadkowo. Jest obok zamkniętej sali operacyjnej. Upiorny, ale nie straszny. Białoszare ściany, metalowy zydel i metalowe krzesło, żółte kafelki, dawno nie używanego prysznica, siatka z rozdarciem w oknie, rozmiar w sam raz, na wyrzucenie peta.

Zmieniłem się. Przelało się. Wiedziałem, że tak się stanie. Czekałem na to. Znam ten stan, to trzeci już raz, ten o wiele lat przenoszony. Odrodzenie. Wywalczone. Wyszarpałem się przez ten rok, wymęczyłem, jak w żadnym do tej pory. Nie można żyć równocześnie w przeszłości i teraźniejszości, nie żyć dla przyszłości. Nie jest mi przykro. Nawet nie jest mi za nic wstyd. Było, co widocznie musiało być. Powiedziane zostało, co musiało być powiedziane. Napisane, co pisało się samo. Musiałem kąsać, gryźć, gniewać się, niszczyć, przetrwać, kłamać i się przyznawać, poddać się, odbudować. Żal mi tylko miłości. Tej traconej, tej wolno grzebanej, tej dzisiaj nagle obumarłej, tej nienarodzonej. Nie będzie już tego żalu, przyjdzie miłość, która ma przyjść, wiem to. Dotrwam do stycznia, w samotności, chociaż już nie muszę, dam sobie jeszcze czas. Przyzwyczaję się do innego siebie. Mogę ruszać w świat, przestał być obcy. Poznałem się w lustrze, przedstawiłem się sobie, ukłoniłem. Lekko unoszą się myśli, serce drżąco truchleje, wszystko wydaje się nowe. Wybaczyłem, komu miałem wybaczyć. Niech i mnie wybaczą, jeżeli potrafią, jak i ja sobie. Jeżeli nie? Niech się trzymają z daleka. Nie potrzebujemy się. Łagodniej tego nie ujmę.

Słuchałem w pracy muzyki, tej samej, gdy chodziłem dookoła Plant, nie mogąc się położyć, nie mając gdzie stanąć. Wawel, Kuria, Filharmonia, Novum, Bunkier, Dworzec, Poczta. Uśmiechałem się, jak do lustra, porannie. Muzyka też się zmieniła. Nie kłuje.

Dziękuję za pomoc tym, którzy mi pomogli. Dziękuję tym, którzy nie. Może nie chcieli, nie mogli. Nie mam pretensji. Zrozumiałem. Nie jestem najważniejszy. Ja jednak pomogę. Nie oddam, nie podaruję. Bez obaw.

Nie poszukam już straconego czasu. Nie mam go na to. Znam skutki. Czas na mnie. Ostrożny. Wyzwolony. Jaki chcę. Nawet popierdolony.

Kategorie
Przyjemność Uczucia Życie

Piątek trzynastego

Piątek, trzynastego. To już drugi w tym roku, który kończy mordęgę, mozolnego wspinania się na szczebel normalności. Poprzedzonych błyskawicznymi, wielogodzinnymi terapiami, spierdoleniem co było pod ręką do spierdolenia, miesiącem abstynencji. Wrzodami, które nie tylko znowu wymagały wegańskiej diety i spania na brzuchu, ale podtrzymywania ich i go, w dłoniach, bo mogły by eksplodować. Tak się jedynie wydaje. Wrażenie. Wrzody uczą pokory, przyzwyczajają do fizycznego cierpienia. Kwadrans agonii, kwadrans spokoju. Nie pytam już, co ja Ci zrobiłem Boże? Moi cholerni rodzice, poza prawdopodobieństwem wylewu, dali mi nerkowe kamienie. Na nie mam zastrzyki, zawsze przy sobie. Nie zawracam już głowy Bogu. Wrzody? Są tylko sezonowe. Co, że Polprazol nie pomaga. Haszysz pomoże, ale nie mogę być upalony, dwadziecia cztery godziny na dobę. Czuć pękające baloniki bólu, jak bąbelki płynu do kąpieli, albo wydmuchiwane bańki mydlane. A potem zapadać się w nieból, ale i stan halucynogenny. Robi się z tego większy kwas, niż po przedawkowanej wódzie. Stres nie pomaga. Muszę jakoś żyć. W samotności klnę i łażę. Aż przejdzie. Przy ludziach nauczyłem się nie okazywać, że coś jest nie tak. Nawet grymasu. Znalazłem sposób, skopiowany z Niebezpiecznych Związków. Gdy jest bardzo źle, w ostateczności, noszę w kieszeni metalowe pudełko, a w nim kilka igieł. Kiedy czuję, że przymykają mi się boleśnie oczy i zaciskam zęby, wystarczy jedno ukłucie. Mniejszy ból zastępuje większy i znowu słyszę, rozumiem rozmówcę.

Jest postęp, pomiędzy piątkami. Nie nabawiłem się paraskewidekatriafobi. Co za słowo! Nie spierdoliłem wszystkiego. Nauczyłem się trochę myśleć, nie tylko kierować uczuciami. Te akurat mam w rozsypce. Nawet ich nie układam, niech ułożą się same, lepiej ich nie drażnić. Nie rzuciłem pracy, zarabiam pięć razy tyle. Wydaję, rozdaję, wspieram, nie ze wstydem przyjmuję od przyjaciół, którzy sami mają niewiele, wdowie grosze. Śpię w łóżku, nie na ławkach, w bramach, kątem na podłodze, albo trzy na trzy noce, w użyczonym samochodzie i brudnawych hostelach. Uberując, co i tak się spierdoliło. Wirus. Ledwie się podniosłem, upadłem. Nie rzygam krwią, nie uciekam ze szpitala, w obawie przed niebezpieczną i niepotrzebną operacją. Coś sobie piszę, coraz łatwiej. Nawet ten blog, choć niezupełnie był to mój pomysł, wskazówka psychologów. Rolki też. Mam robić coś, co zawsze sprawia mi przyjemność. Czekają na mnie studia, które zacznę za rok, albo dokończę inne, niedokończone. Musi być lepiej, nie może być gorzej.

I trochę miłego w ten ostatni piątek. Dzielna dziewczyna w szalu zniknęła, ale nie całkowicie. Miała mój numer telefonu, na wypadek najgorszych niepowodzeń. Zadzwoniła. Nie jest już bezdomna, ma pracę, wraca do nauki. Poznaliśmy swoje imiona. Tylko trzymać kciuki.

Kategorie
Spokojnie Uczucia

Cały ty, kurwa

Żle się to czyta. Pokrojone i ocenzurowane.

Jedyne co mi przyszło do głowy, to motłoch. Piliśmy, ja pierwszy raz od miesiąca, większość chyba wcale nie trzeźwiała. Graliśmy w bilard i pingla, w szpitalnej kiedyś kaplicy, gdzie na ścianie, za ołtarzem stoi oparty krzyż. Nielegalne party. Było nas co najmniej sto osób. Polacy, Czesi, Ukraińcy, Hiszpanie, Portugalczycy, Rumuni, Słowacy, nawet Włosi i Belgowie. Pijana pijaczka, z pokoju obok, przyniosła szachy, grała doskonale. Myślała. W tym stanie ogrywała, mniej więcej jak ja, wbijałem bile w dołki. Nie celując, wygrywałem. Zniszczona. Na pewno kiedyś inteligentna. Nawet na swój sposób ładna. Obściskiwała draba, z którym mieszka od paru dni. Kocham cię. Podsłuchałem. Już? Jutro przenosi się do niego, z Holandii. Muzyka? Moja żono, kocham cię! Disco Polo, czy weselna muzyka? Waliło z poklejonego czarną taśmą, wielkiego głośnika, należącego do kolesia z pustymi oczami, połączonego z telefonem, niewidzialnym bluetoothem. Nigdy tego nie słyszałem. Brzmiało źle. Wybrzmiewało skrzekliwie. Miałem tańczyć. Tańcz ze mną, mówiła mi jakaś dziewczyna, ładnym angielskim w chwili ciszy i obejmowała moje plecy. Czułem ciepło, dłonie na ramionach, wtuloną głowę, twarde piersi. Wygodnie się ułożyła, pomyślałem, przyjemnie. Szkoda, że to nie ktoś inny. Pocałunek w szyję, namiętnie długi. Wessała mi się w kolczyk na karku. Zamarłem. Przecież nie będę się wyrywał. Nie poruszyłem się. Nie umiem, odpowiedziałem, jestem żonaty, skłamałem przekrzykując, twoje oczy zielone. Mnie to nie przeszkadza, usłyszałem w prawym uchu, podobasz mi się. Też mam kolczyki, w łechtaczce i pępku. I mam zabawki. Przyjaciółka pojechała do domu, chodź ze mną na górę! Mnie przeszkadza, musiałem powtórzyć, krzycząc kilkakrotnie. Odkleiła się wreszcie. Bardzo powoli. Nie wiem która to, nie odwróciłem się. Odetchnąłem. Ulga.

Przyszedł, do mnie mój znajomy imiennik, który wie o mnie za dużo, kręcił głową. Widziałem, z daleka, był wściekły. Zwariowałeś, zapytał? Bo co? Wyciągnął mnie na korytarz, za łokieć. Zostaw mnie kurwa, to boli. Zaraz zaboli, jak ci złamię nos. Wiem że był bokserem, nie chciałem się przekonywać, czy mówi poważnie. Co ty odpierdalasz? Sapał i szarpał za koszulę. Był pijany. Ta Słowaczka chodziła za tobą, krok w krok. Ty nic. Stoisz jak posąg. Podobno już się odkochałeś? Belgijki nie chcesz, menadżerki z tej twojej knajpy nie chcesz, ostatnio spotkałeś tam zajebistą laskę, nie chcesz, zjebałeś to, w dodatku specjalnie. Bo ma na imię jak twoja matka? Po co brałeś od niej numer telefonu? Wiem, że cię to gryzie. Nawet słowa o niej nie powiedziałeś, cały miesiąc. Poleciałeś do niej, do Wrocławia i nawet jej nie spotkałeś. W ogóle już nie śpisz. Przecież ja to widzę. Architektce na ostatniej budowie powiedziałeś, że jesteś gejem. Dziewczynie ze sklepu tak samo. Siostrze mojego kumpla kazałeś zabrać rękę, bo ci ją położyła na udzie. Aż podskoczyła, czerwona jak rak. Trzeba było z nimi nie rozmawiać. Nie patrzeć, nie okazywać zainteresowania. Albo za młode, albo za stare. Nie chcesz Polek, nie chcesz nie Polek. Jak pijesz to ci przeszkadza, że ktoś nie pije. Nie pijesz, ktoś pije za dużo. Tylko powtarzasz, że nie chcesz nikomu robić krzywdy i chcesz być sam. Robisz krzywdę sobie. Dlaczego się nie przyznasz, że jesteś dobry? Myślisz, że nie wiem, że pomagasz bezdomnej murzynce? Widziałem jak zanosisz jej jedzenie i dajesz kasę. Pytam jeszcze raz. Odkochałeś się, czy nie? Nie wiem, odpowiedziałem. Nawet, czy byłem zakochany. Nie chcę być sam. Chcę? Chciałbym mieć wszystko wspólne jak ty, z twoją z żoną, nie mieć tajemnic, jakichś głupich tabu. Zamilkłem. Na dobre. Cały ty, kurwa. Wydarł się na mnie. Potrafisz napierdalać jak nie potrzeba, jak potrzeba cisza. Nie pójdziesz z tą Słowaczką? Nie. Wolisz walić konia? Nie odczuwam potrzeby. Sam sobie zwal. Poszedł. Ja też, na długi spacer. Bezmyślny, bezsłowaczny. Bez czegokolwiek i kogokolwiek. Tylko z normalną muzyką, w obu uszach. Wróciłem rano.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Czeski film

Nikt nic nie wie, nikt nas nie pilnuje. I ja, nie elektryk, nagle malarz. Nie artysta. Maluję podziemny parking, wielopoziomowy, w centrum starej Antwerpii. Kilkadziesiąt lat temu był tu port. Port stał się zbędny, parking nieodzowny, na pewno płatny, instalują bramki.

Mam dwóch Czechów do pomocy, jeden to pół Serb, czyli pół wróg, w dodatku nazywa się Polak. Nie mogę mu mieć tego za złe. Nie możemy się porozumieć. Słyszę znajomą melodię, podobnego języka, nie rozumiem słów. Serb nie zna serbsko-chorwackiego, z którym się kiedyś osłuchałem. Oni mogli by nawet mówić w suahili, ja w farsi. Było by ciekawiej. Tłumaczymy się telefonami. Belgowie patrzą na nas jak na zjebów, myślą, że pochodzimy z jednego kraju.

Gdzie są pędzle? Nie wiemy. Macie nowe rolki, te są zaschnięte? Stare są jeszcze dobre. To nasza drabina? Teraz nasza. Czyli nasza? Nie nasza, stała w kącie. Kto jest naszym kierownikiem? Nie ma, jesteśmy sami. To skąd wiecie, co mamy robić? Szef nam powiedział. Czyli kto? Janko. Ale on nie jest naszym szefem. To Mirosław. On wam kazał tak malować? Ano! Tak się nie szpachluje. A jak? O! Akryl wygładza się na mokro. Naprawdę? Naprawdę! Świetna metoda. Kabaret.

Odbierają mnie rano samochodem. Powinni być o 5.30. Najdłużej spóźnili się półtorej godziny. Potem jedziemy za ciężarówkami. Dlaczego tak wolno? Nie wiedzą? We środę było święto. Pojechaliśmy, wyjątkowo, do innej pracy. Dzielnica żydowska. Na ulicach patrole uzbrojonych żołnierzy. O dwunastej poszliśmy zwiedzać miasto, w roboczych ubraniach. Najpierw nie mieliśmy adresu, potem okazało się, że nie mamy czym malować. Przynajmniej kupiłem kubek w Starbucksie z nazwą miasta. Dam go Toksycznej. Zbiera takie. Podobno zaliczyli nam dniówkę.

Przed chwilą wysłałem im wiadomość. Jutro jeszcze pracujemy razem. Musicie po mnie przyjechać. Przyszła odpowiedź. Dobrze, że napisałem. Nie wiedzieli. Czeski film.

Kategorie
Śmierć Życie

Anna Frank

http://chomikuj.pl/lauramalczewska/Ksic485c5bcki/F/Frank+Anne/Anne+Frank-+Dziennik,6935247950.zip(archive)

Przeczytałem. Pamiętnik. Napisany przez dziecko. Tylko to po nim pozostało. Nigdy nie dorosłe. Nie mogłem wcześniej. Miałem opory. I słusznie. Nie czytałem nigdy takiej książki. Poniżającej gatunek ludzki. Odbierającej mu niewinność. Resztki. Sypiam mało, po niej nie zmrużyłem oka.

Odkąd historia stała się moim chlebem, bez którego trudno mi przeżyć nawet jeden dzień, próbuję zrozumieć co mogło wstąpić w naszych, nie znowu dalekich przodków. Co wstępuje w moje pokolenia, pokrętnie dochodzace do prawa, posiadania podobnych racji. Wczoraj narodowcy, tylko z nazwy, podpalili mieszkanie, kogoś, kto wywiesił, na swoim balkonie, flagę wolności przekonań. Na Marszu Niepodległości. To już NSDAP, czy jeszce Falanga? Dziwnie się to pisze, był czas, gdy brałem faszyzm za wzór. Nie nazizm.

Rozumiem nacjonalizm, patriotyzm, wiosny, lata, ludów. Nie pojmuję wyższości, ras panów, bestialstwa, przemocy, uznanych i hołubionych przez Państwa, jakby to były zalety, cnoty. Arendt, Heidegger, Bullock i inni, których nie interesowało dlaczego, ale jak? Wszystko względne. Zbuntował się rozum, czytanie stało się zbędne, widok zdjęć, ze stosami zagłodzonych martwych, nieodróżnialnych ciał nieznośne. Jak długo można patrzeć na mękę, z pozycji widza, który jej nie przeżyje. Niezupełnie. Moje krótkie doświadczenie wojny i zbrodni, prawie w sąsiedztwie, nie pomogły mi wcale niczego zrozumieć. Obrzydziły mi ludzi i zmieniło w kłębek nerwów, które od czasu do czasu odmawiają posłuszeństwa. Nie da się intelektualnie przyjąć prawa do zabijania bliźniego, morderstwa, nie da się emocjonalnie uznać tego za zwyczajne. Widziałem obozy serbskie, podobno jenieckie, pełne poruszjących się wolno szkieletów. Wiem co było w pudełkach bośniackich ochotników.

Wczoraj coś jednak zrozumiałem. Dziecko mi o tym napisało, siedemdziesiąt lat temu. Nie wolno nikomu dać władzy nad życiem, odbierze je, bo może. Życie przestanie być dobrem najwyższym, stanie się towarem, który można w dowolny sposób mierzyć, ważyć, użyć. Wie o tym kat, wie o tym ofiara, dowiedziałem się i ja. Mam ciężkie serce, wszystko mnie dzisiaj boli, nic nie smakuje. Nie mogę jeść, chyba ze wstydu, że mogę. Mam szczęście, urodziłem się w spokojniejszych czasach, ale to co się stało raz, powtarza się ponownie, w innej formie, nie mniej straszliwej. Mam dzieci, może jeszcze będę miał. Wiem, że nie pomoże modlitwa. Cały drżę. Proszę bogów, aby nie napisały takiego pamiętnika, abym ja nie musiał go wydawać.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Szal poradzi sobie

Pomagam. Bezdomnej, dumnej jak ja, dziewczynie. Ciemnoskórej. Umówiliśmy się, że nie będziemy znać naszych imion, nie będziemy nic o sobie mówić. Nie bardzo się dało. Muszę ją wyrwać z tego gówna. Jest zupełnie sama. Nie można pomagać bezimiennym. Żyjącym. Kryje się na poczcie, gdzie w jej przedsionku stoi bankomat, z którego wypłacałem pieniądze w ubiegłym tygodniu. Rozpoznaję bezdomność, nawet tą ukrywaną. Bezdomność rozpoznaje mnie. Będziemy się już tak wyczuwać, raczej do mojego końca. Bezdomności końca się nie spodziewam, odkąd powstał pierwszy dom i jego pozbawieni.

Stała tam, z walizką na kółkach, owinięta szalem, jak opończą. Wpatrzona w martwy telefon, odbijał się w ciemnej szybie, za jej plecami. Schludnie przygarbiona, mimo prostych pleców. Znam to. Udająca przyjezdną, turystkę. Zagubioną. Słabo pomyślałem. Teraz nikt się nie gubi. Nikt nie przyjeżdża. Wiedziałem. Opuściłem wzrok i przeszedłem obok. Udając, że nie widzę. Tylko miałem to obsuniecie serca. Jak lęk. Z piersi nad brzuch. Trach. Huśtawkowe uczucie. Idziemy na piętach, sztywne kolana, inaczej się wywrócimy. Powiedziałem sobie: musisz coś zrobić. Wiesz, co ona czuje. Pamiętasz, co czułeś ty.

Zaczęło się od niedzieli, gdy spóźniłem się na mszę. Kilka godzin. Typowe. Święta Katarzyna w  Maaseik. Siadłem pod krzyżem z Chrystusem, wiszącym przed ołtarzem. W kościele byłem tylko ja, oczy sprzed trzystu lat, drewniane nade mną, w które patrzyłem i szal z rękami, trzymającymi Biblię, siedzący z boku ukradkiem.

Muszę pomagać delikatnie. I niedelikatnie. Zostawiam pieniądze na progu poczty. Kładę jedzenie, ładnie spakowane w sklepie, obok walizki, schowanej przy bezdomności. Wiem, że je. Bezdomność nie chce się przyznać, że jest źle, gorzej nawet. Jej duma przekracza moją, jeszcze ma nadzieję, z której zostanie tylko rozczarowanie. I dobrze. Walczy. Nie pomagaj. Nie pomagam. Robię to dla zbawienia swojej duszy. Tak musiałem jej powiedzieć. Nie pomagam tobie, ale sobie. Tylko to ją przekonało. Egoizm. Jest silna. Szal poradzi sobie. Tylko że idzie zima.

Kategorie
Życie

W miejscu

Co się zmieniło? Nie powstrzymywałem narastającej wściekłości, gotującej się do wybuchu, jak wulkan. Powstrzymała się sama. Czekałem na erupcję przekleństw, zaciskanie zębów i pięści. Na oczy ledwie widoczne w zmrużeniu, dudniące serce i pochylenie w przód, do ataku. Na coraz lepszą dykcję, napiętą przeponę i mięśnie ciała. Intonację słów i szał rozpędzający się jak lawina. Amok, w którym nakłada się na moją, szatańska twarz. Brakuje tylko zapachu siarki i piekielnego ognia. Rzadko się tak dzieje, muszę mieć naprawdę ważny powód. Zaskoczyłem samego siebie. Zamiast wściekłości poczułem głęboki oddech, usłyszałem spokojną, rozsądną rozmowę. Potem moje ciało zeszło po schodach, dłonie skręciły i włożyły w usta papierosa, płuca wciągnęły dym. Dogoniłem się dopiero po dłuższej chwili.

Stałem paląc, patrzyłem w jesienny deszcz. Nie byłem spokojny, byłem zdenerwowany, było mi przykro. Zdziwiłem się, że nie przeszkadzał mi nawet polski, chamski rap, dobiegający z czyjegoś telefonu. Powoli wróciłem do hotelowego pokoju, spojrzałem w niespokojne oczy mojego imiennika, który pierwszy raz, niestety samolubnie mnie zawiódł. Wcześniej wybaczyłem mu ździerstwo, za wożenie do pracy. Chciał się tłumaczyć. Tłumaczył. Milczałem. Wyglądał jak zbity pies, choć zawsze gra cwaniaka. Bokserski, czerstwy typ. Podpity. Zrobiłem herbatę, nie sięgnąłem po piwo. Usiadłem na łóżku i wreszcie mu odpowiedziałem, że rozumiem, że znam go na tyle, że wiem, że nie mógł inaczej, że wszystko się ułoży. Nawet się uśmiechnąłem. Uspokojony wyszedł.

Niedługo potem przyszedł kolega, z naszej czteroosobowej grupy, teraz współpracowników, dotąd współlokatorów, odkąd przyjechałem do Belgii. Przypadkowo podsłuchał, jak mój imiennik dzwonił do żony i mówił jej, że nikt go nie lubi, bo może zarobić więcej. To było w planie, ale nie to, że organizując nam lepszą pracę, nic na tym nie zyskam. Poczułem żal. Nie musiałem tego wiedzieć. Od dzisiaj nie będzie tak samo. Skończy się cwaniakowanie, które mnie rozbawiało, pojawi się sprawdzanie kątem oka, czy wyczuwam fałsz. To będzie żałosne.

Czuję, że gdybym go miał, spakował bym się i wrócił do domu. Nie mam gdzie. Nie mogę. Nic nie mogę. Znowu się dałem wydymać. Opadły mi ręce. Kiedy ja się wreszcie czegoś nauczę? Niewesoła konstatacja. Tylko psuję i tracę. Stoję w miejscu. Sam. Nawet nie umiem się już porządnie wściec.

PS

Umiem. Nie chcę.

Kategorie
Bez kategorycznie Spokojnie

Mail

Dzięki za maila. Przeczytałem z uwagą. Trochę mnie wzruszył. Szczerością. Tym mocniej, że nie był to mail anonimowy. Odpowiem tak, jak dotąd piszę. Tutaj, bo odpowiedź jest uniwersalna. Po to właśnie jest ten blog. Ma poruszać to, co jest gdzieś głęboko ukryte. Prościej, słabości ukrywane wstydliwe. Rzecz w tym, że nie bardzo jest czego się wstydzić i co ukrywać. To nie są wcale słabości. Nam się wydają słabościami. Są cechami charakteru, jaki mamy i jest nam wspólny ze wszystkimi, których znamy i nie. Tylko proporcje są różne. Te proporcje czynią nas unikalnymi. Nie tylko genetyka. Z tych niezrozumianych cech, bywa że na zawsze, uznanych za słabości, wykuwamy zbroję, która ciąży i maskę, która ogranicza nam pole widzenia. Nie warto. Im szybciej je zrzucimy, tym łatwiej nam jest żyć, własnym życiem, nie tych, którzy narzucają nam wizję, nie nas samych, ale wyobrażeń o nas. Oni też noszą swoje maski. Wiem, że to spowoduje ból i ogromne zamieszanie. Lizanie ran jest częścią tego procesu, dochodzenia do siebie. Przynajmniej na początku. Potem jest coraz łatwiej. Nie czujemy, że szukamy aprobaty, uznania w czyichś oczach. Stajemy się niezależni. Stajemy się partnerami na równych prawach, na tych samych zasadach. Nie jesteśmy sztuczni i nieprawdziwi. Pojawia się szacunek do samych siebie. Nie musimy być przez wszystkich lubiani i podziwiani. Wystarczą ci, którzy naprawdę nas polubią i podziwiają za wysiłek włożony w osiągnięcie założonego celu, nie adorują, stawiają na piedestale. Jeżeli nie potrafimy szanować siebie, nie będziemy nigdy szanować innych. Jak z miłością. Jest takie, Nowe Przykazanie. A szacunek powinien przynależeć każdemu. Jeżeli ktoś nie będzie szanował nas? Możemy go olać. Mętnym sikiem szacunku, który im jest należny. Gorzej jest jednak, gdy z siły, którą w różnej formie posiada każdy, ukuli byśmy broń, którą będziemy ranić innych, dobijać. Znam takich ludzi, zaszytych w metal od stóp do głów, dzierżących miecz destrukcji. Jedno ostrze krzywdy, drugie poniżenia. Taką osobę musiałem pozostawić samej sobie. Nie jest pierwszą, której oddałem dużą część, nie wiecznego przecież życia. Takich ludzi trzeba rozpoznawać i unikać. Czasami musimy odrzucić. Odepchnąć. Nawet jeżeli wydaje się nam, wiemy, że pojawia się szansa, na szczęście i wzajemność, przyjaźń. Przykro to napisać, ale jest kilka miliardów ludzi na świecie i tych szans zdarza się każdemu całe mnóstwo. Tym więcej, gdy jest w nas coś, co sprawia, że jesteśmy z jakiegoś powodu atrakcyjni. A atrakcyjny jest każdy, tyko nie każdy jest tego świadomy. Szanse powinniśmy wykorzystać, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na nią gotowi. Nie gotowi, zmarnujemy szansę. Lepiej jej nie szukać w takiej sytuacji. Czasami musimy odepchnąć, bo wiemy, że nie odpychając, dajemy szansę, nie nam, która dla nas będzie męką, zmuszania się do bycia czyjąś. Czasami odpychamy zupełnie niepotrzebnie. Ze strachu. Nie powinno się jednak odpychać kłamliwie. Udając kogoś kim się nie jest, nie okazujemy tym samym szacunku. To nie jest odepchnięcie, to nie my odpychamy, ale ktoś, kogo nie ma. Skutek jest natychmiastowy. Ale czujemy się podle, nawet nie możemy przeprosić, bo ktoś nawet nie wie, kto przeprasza. Niełatwe, ale wówczas musimy wybaczyć sami sobie. I żyć z tym. Inaczej zje nas poczucie straty. Trzeba przeczekać. Aż pojawi się wspomnienie, kolejne ze wspomnień. I spokój. Życzyć powodzenia utraconym szansom.

No i hipotetycznie: dwie szanse muszą się spotkać we właściwym czasie, aby zaiskrzyło i zlały się w szansę wspólną. Wtedy cienie się rozjaśnią i wyjdziemy z pieczary. Uwolnimy się i jak w platońskiej wersji, przejrzymy na oczy. Jeżeli nie, trzeba czekać. I ryzykować, ze skutkiem oczekiwanym, albo nieprzyjemnym. Cieszyć się czasem, pomiędzy jedną wtopą, a następną. Nie wycofywać się. Trwać. Niepewnym, ale otwartym. Prędzej czy później się trafi, prawem rachunku prawdopodobieństwa.

Kategorie
Bez kategorii nieznane Życie

Jaskinia niedomówień

Cieszę się, że zdołałem uciec. Nauczyć się, choć w stopniu niezaawansowanym, dokonywać własnych wyborów. Daleko mi jeszcze do biegłości. Pierwsze egzaminy zdałem. Niektóre ledwie, inne celująco. Muszę się jeszcze podciągnąć. Za dwa miesiące minie rok stażu, samotnika z wyboru. Choć kusiło i nadal kusi, przerwać to zadane sobie zadanie. Nie jest łatwo. Unikać, przewidywać konsekwencje, nie wyciągać ręki, odpychać, gdy za daleko i za szybko się gdzieś zaszło, albo zbyt głęboko spojrzało w oczy. Toksycznie lub grzecznie. Lizać rany, zadane na własne życzenie, pogodzić się, że nie jest się niepokonanym Tytanem, równie bezsilnym jak każdy. Ognia nie przyniosę. Mogę tylko powiew, cieplejszej nadziei. Częściej jest mi lepiej niż źle.

Dokładnie rok temu, o tej godzinie, siedziałem w ławce kościoła, nie poszedłem tam się modlić. Poszedłem siedzieć. Po chemii wlanej do żył. Ledwie doszedłem, przez plac Sikorskego, do Kapucynów. Odpoczywałem, przede mną było dwanaście godzin pracy, za rogiem i litr alkoholu, podzielonego na dziesięć małych buteleczek, trzy paczki gum miętowych, kupowanych w kilku pobliskich sklepach, żeby rozłożył się, nie wstydliwy fakt, mojej terapii stresu. Milczałem o kolejnym zagrożeniu. Nie chciałem litości i wsparcia ze strony kogoś, kto nigdy nie wiedział jak mnie wesprzeć. A miało być inaczej. Udało się, nic się nie stało. Goję się szybko, zdrowieję jeszcze szybciej. Teraz uczę się dbać o siebie.

Gdyby nie Ta, o której pisałem, nic by się nie zaczęło. Tej nie ma, ale trudno mi było niedawno słuchać, że nie była dla innych taką, jak dla mnie. Nie ośmielam się nigdy źle mówić o czyichś Przeszłych. Może Ta pokazała tylko mnie, jaka jest naprawdę? Nie chciałem i nie mogłem jej bronić. Odepchnąłem ją, dla racji, które nie miały znaczenia, godziny później. Gdyby nie Ta, nie wpadłbym w psychiczną dziurę, z której musiałem się wygrzebać. Z pomocą innych, którzy dynamicznie odprowadzili mnie daleko od jej brzegu, przy którym stałem przez pół życia. Wciąż dochodzą z niej nawoływania, jednak nie wracam. Mam tylko nawyk powrotu. Ta wiedziała, że muszę zmierzyć się ze sobą. Inną także odepchnąłem, dla racji, które nigdy nie miały znaczenia. Obie mnie nie poznały. Nikt dotąd. Ledwie cień mnie, rzucany na ściany jaskini niedomówień.

Czekam, na to, co zdarzy się w przyszłości. Nie oczekuję, tylko czekam. Aż z cienia wyjdę, za światłem.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Antropocentryzm egocentryka, czyli wpierdoliłem się po raz kolejny

Człowiekiem jestem. Nic co ludzkie nie jest mi obce. Mam prawo uznać to stwierdzenie, za moje własne. Eksperymentowałem więcej, niż zapragnęła dusza. Nie chowam się, za zasłoną anonimowości po to, aby coś ukryć, skrzywić, przeinaczyć. Przeciwnie. Nie. Przeciwnie to za mało. Dwa bieguny, to już bardziej. Tylko w taki sposób, to co mam do napisania, może być rozumiane poprzez treść, nie mnie, piszącego. Nie chowam się, jak inni, za miłymi słówkami, odgadując jakież to potrzeby, niemożliwe do spełnienia mają ludzie, postawieni na mojej drodze przez los, przypadek, przeznaczenie, po to, bym mimo tego je spełnił. Nie robię tego w życiu, nie zamierzam robić w tym miejscu. Nie podlizuję się, nie kokietuję. Nie wypierdalam esejów na dziesięć stron, na najważniejsze tematy. Nie cykam sobie fotek na Insta, w jakimś akurat atrakcyjnym miejscu, z jakimiś akurat teraz atrakcyjnymi i cwanym hasztagiem. Nie komentuję innych blogerów, aby podnieść liczbę kciuków w górę. Pierdolę czyjeś oczekiwania. Nie łagodzę tonu głosu, moduląc w głaskowatość. Nie ryczę chrapliwie, aby nadać mu żrącej ostrości. O kant dupy to rozbić. Jeżeli ktoś mnie nie rozumie, nie musi. Znikam i znika ktoś. Ktoś mnie nie lubi, no to co? Rozpłaczę się? Droga wolna, do łatwych, do polubienia. Rozczarowałem? Co takiego? Sobą, czy wyobrażeniu o mnie? Jak można się rozczarować kimś, kogo się zna. I w sto osiemdziesiąt stopni zwrot: jak można rozczarować się kimś, kogo się nie zna? Absurd! Ktoś chce mnie poznać, zrozumieć, polubić? Zapraszam. Nie? Nie pogniewam się. Chce czegoś, czego nie ma? Spierdalajcie. Mojry. Do lasów!

Od zawsze, i to literalnie zawsze, przeciskam się, przez tłum egocentryków. Szamocę się, wyszarpuję ostatkiem sił, jak w koszmarnym śnie, gdy coś mnie trzyma i nie pozwoli wyrwać. Ja to, ja tamto. Ja mam, ja chcę, ja muszę. Moje to, to moje prze moje. Moja praca, moje dzieci, moje zdrowie, moje zawody, moje marzenia, moje osiągnięcia. Ja, moje, moje, ja. I ja jestem egocentrykiem. I z tego tłumu egocentryków, każdy jeden i każda jedna egocentryczka, próbuje się wyrwać, mnie podobnie. Jeżeli są uważający inaczej, łżą. To jest prawda.

Rozmowa o rozmowach, o ostatnich tygodniach. To, że prawie nie śpię, musiałem chlać, aby nie oszaleć do dna, wykonuję pracę dla idioty, sprzedaję się, zarabiając dobrze, zachowuję się czasami jak buc, nie idealnie, nie oznacza, że przestałem myśleć. Nie przestałem. Jestem egocentrykiem i to sto, na sto. Nie podzielam jednak wiary, w centralną rolę miliardów egocentrycznych bogów, wokół których kręcą się miliardy ich tylko światów. Wierzę, że każdy ma osobistego boga. Wpierdoliłem się, po raz kolejny. Nawet ego on i ego ona, są w stanie zauważyć się nawzajem, w jakiejkolwiek konfiguracji, nie dyskryminuję. Zajrzeć sobie w oczy, rozpoznać podobieństwo. Instynkt? Niech będzie. Ego musi się rozmnażać. Nie dyskryminując, adoptować. Uczucia wyższe? Nawet egocentryk, nie chce pozostać sam. Lęk? Żaden egocentryk nie jest samowystarczalny. Intuicja? Nie jesteśmy od siebie, aż tak różni. I to też jest prawda. Włażąca w usta, uszy, …

Kategorie
Przyjemność Spokojnie Uczucia

Zderzmy się ze szczęściem

Nic nie powinno przychodzić łatwo. Bez przeciwności nie ma starania, nawet chęci szybko zanikają, jakby ich nigdy nie było. Zdarza się jednak, że opór rzeczy jest, nie do pokonania. Pozostaje się poddać, jednak nie bez wcześniejszego trudu. Potem próbować, aż do skutku. Tylko tak z człowieka wyłania się, istota ludzka. Oszlifowany diament serca i ducha.

Nie bójcie się nieszczęść. Stojących na drodze Gigantów, naszych wątpliwości. One też znikną w palących ogniach niczegości, jak kartki zapisane literami niepewności. Modlitwy nie trzeba nakazywać, nie potrzeba kreślonych znaków, kręcących się młynków, kapłańskich rytuałów, mruczenia om, hosanny, umartwień i postów. Wystarczy jeden, nawet chwiejny krok. I otworzy się wszechświat, jakiego nie podejrzewamy, że istnieje, po postawieniu stopy i przeniesieniu ciężaru na drugą. Zacznie się marszem, skończy się biegiem. Przerywanym tylko na krótki odpoczynek.

Nikt nie powinien nam nigdy powiedzieć, nie da się, nie wolno. A jeżeli już. Nie powinniśmy słuchać. Nie ma niczego, czego nie można, nie wolno. Poza krzywdą, której wyrządzania najlepiej unikać, jak nie wkłada się ręki do wrzątku. Można wszystko. Wszystko wolno. Byleby opanować strach, nie stanąć z oszalałym tętnem, nie odwrócić się i uciec.

Nie ma większego bóstwa niż my, sami dla siebie. Nie ma głębszej otchłani, niż nasza, własna rozpacz. Nie ma wyższej góry, niż ta, na której staniemy, pokonując egoizm, nauczeni kochać. Nic nie może nieszczęście. Nie ma go. Jest tylko wtedy, gdy się go wyczekuje. Więc, nie szukajmy. Rozmińmy się z nim. Zderzmy się ze szczęściem, tak przekornie.

Kategorie
Śmierć Życie

Maria. Silent Hill

Przypomniałem sobie. Siedziałem godzinami, z głową w dłoniach. Jak chciałem pozbawić się życia. Psycholodzy mieli rację. Potrzebuję czegoś, co wyprowadzi mnie z równowagi. I tak się stało. Z braku lepszej możliwości, zamieszkałem w szpitalu, zamienionym w hotel. Surrealistycznie, działają światełka, nad drzwiami, nie do sal, lecz pokoi do wynajęcia. To jednak wciąż jest szpital, czuję zapach, widzę układ pomieszczeń. Wiem gdzie były izolatki, gdzie sale operacyjne, gdzie siedziały pielęgniarki, gdzie czuwali lekarze. Przeszedłem to miejsce. Zaglądałem we wszystkie zakamarki. Tam gdzie zasnąłem, nie zmieniło się nic. Układ kontaktów, uszczelnionych do tlenu, szerokie drzwi. Lizol i uryna, kał, którego nie da się domyć. Śmierć. Znalazłem w podziemiach prosektorium. Wyglądało jak gotowe do przyjęcia nowych, nie poruszających się ciał. Lśniące srebrem. Jak moje kolczyki. I dawną kaplicę. Ze stołem do pingla i bilarda. Masseik.

Nienawidzę szpitali. Kąpałem moją najdroższą kobietę. Babcię, moją nadrzędną matkę. Powoli, do wanny. Naga. Pomóż mi wejść. Noga. Stoisz? Tak. To druga. Pomogę Ci usiąść. Pomagaj. Usiadła. Nie wstydzimy się. Umyj mi włosy. Umyłem. Po umyciu, nakładaliśmy chustę na głowę. Wycierałem ją, ręcznikiem, który zbiera, nie naciera. W szpitalu traktowano ją, jak niebyt. Pan nie może myć babci. Bo nie? Nie. Niech pan odejdzie, bo będziemy musieli wyprowadzić. No był szał. Idź dziecko. Babciu. Traktują Cię jak muszą. Z tymi ludźmi nie wygrasz. Wróć jutro. Wracając musiałem się poddać. I moja najdroższa się poddała.

Najpierw przygotowałem garnitur pogrzebowy, białą koszulę i krawat i wypastowałem buty. Zawiesiłem. Potem napuściłem wodę do wanny. Umyć się, czystym  być. Rzymsko upuścić krew. Nie pływał bym we krwi, swojej własnej. Po oczyszczeniu, lała by się krew i woda. I z nimi, wylało by się, moje życie. Popełniłem błąd. Zachciało mi się ostatniego papierosa. Na kartce napisałem. Było To. Niczyja wina. Wracając, zobaczyłem w odbiciu nocnego okna, nigdy nie moją kobietę. Dręczącą mnie. I zadzwoniłem. Nie udało się. Ta myślała, że nie udało się nam, niestety nie udało się mnie. Odejść po chwili pamięci, która zabija mnie, jak ja musiałem. Dręcząca stała nade mną. Jak kat. Dałem się zawieść do Psychiatryka. Wróciłem. Rano drzwi były zamknięte. I ja zamknąłem się z nimi.

Nad ranem poczułem. Mam tę cholerną wrażliwość. Usłyszałem głosy. Łkanie i płacz. Lunatykuję, na wpół świadomie. Wyszedłem na długi korytarz. Cienie i przezroczyści. Stałem przed drzwiami i z nich wychodzili, nie wiem kto. Patrzyli na mnie i prosili. Schowałem się, w jakimś miejscu i modliłem się. Na kolanach. Wieczne odpoczywanie, racz im dać Panie. I stanęła nade mną kobieta. Wróć, mi powiedziała. Masz dosyć. Odpuszczamy. Rób co chcesz. Odcierpiałeś. A ty Pani? Ty się nie modlisz. Nie umiesz. Tylko współczujesz i czekasz. W pomiędzy jestem i ty i Ja. Czy ja jestem wciąż sobą? Tak, do końca dni i lat. Co mogę? Zrobisz dokładnie, to ci się należy. Wróć. Przestań być boski. Ucz się być ludzki. Wstań i się prześpij. Nie mam gdzie wrócić. Wrócisz, gdzie jest miejsce twojego przeznaczenia. Gdzie? Rozwiała się, jak porywa mgłę, jesienny wiatr. Maria? Magdalena? Jak moja. Maria. Silent Hill. Tak się tu czuję.

Kategorie
Bez kategorii Spokojnie

Tą i Tę

Czekam na Ciebie, zawsze będę.

Nie muszę Cię już kochać,

Nie muszę tęsknić i pożądać,

Czekania jednak się nie pozbędę.

Nie wiem czy wiesz, że to dla Ciebie,

Jestem w miejscu mrocznym, smutnym,

Czekając na wschód, słońcem jasnym,

Gdy myśląc o tobie, będę zbierał siebie.

Odmieniło mi się serce, na dobre.

Masz w nim miejsce, ciepłe, zapamiętane,

Takie na zawsze, trudne, nie poukładane,

Zachowaj je, zanim zapomnę o Tobie.

Nie mam wyboru. Pomiędzy Tobą,

Którą zawsze będę nazywał Tą.

I inną, którą nazywam właściwą,

Tę, która kiedyś mnie pomieści obok.

Kategorie
Bez kategorycznie

Waga

Dzieje się. Ostatni dzień w tymczasowym domu. Za kilka godzin się przeprowadzamy. Niedaleko. Pakujemy się. Będzie mi brakowało tego miasteczka, gdzie przyjechałem sięgając dna, odbiłem się i wypływam na spokojniejsze wody. Znalazłem dla siebie i trojga innych pracę, płatną dla mnie prawie podwójnie, innym znacznie lepszą, dając nam niezależność. Oni czekali na to trzy lata, ja się uwinąłem w trzy miesiące. Mam dla nich niespodziankę, za miesiąc dostaną podwyżkę. Twardo negocjowałem, bez ich udziału. Ja już nie, bo nie znam się na tym, czym się zajmujemy. Ja mam angielski i zdolności adaptacji. Będę pośredniczył, aby kolejni pracownicy zarabiali godnie. I mnie coś z tego skapnie. I nauczę się w końcu zawodu, nie jest to takie trudne.

Nie mam się z kim podzielić tą wieścią. Mogę powiedzieć i mógłbym napisać. Zawsze jest jakieś, jakieś niedocenione. Nie dość jest. Dla mnie jest w sam raz. Co za rok ten 2020? Upadki i wloty. Spadki wagi i tężyzna. Akurat w sam czas. Miłości i miłostki. Przyjaźnie i znajomości. Nawał zmian. Psychologia i psychoterapia. Straty, żale i brak wymówek. Ciężkość wyrwania się z przynależności i coraz dłuższe kroki ku teraźniejszości. Daję sobie radę, trochę tylko przykro, że tak toksycznie ograniczam sobie przyszłość. Nic z tym nie zrobię. Lękam się skrzywdzić. Boję się, być otwartym. Trwam w dniu dzisiejszym i niczego nie oczekuję. Kręcę się w coraz szerszym kręgu.

Niewytresowany. Mnie nie da się wytresować. Miłostka się droczyła. Mogła być miłością. Wtedy już mi się ode chciało. Nie szukam tresury i wymykania się stereotypom. Wy lubicie takie jak ja? Znam was. Nie mam pojęcia. Bo krótkie kiedyś włosy, bo co? Miłość czyniła tak samo. Ja nie jestem Wy. Po co na kogoś czekać i potem go sprowadzać,  do poziomu każdości? Albo jestem wyjątkiem, albo identycznym. Zdecyduj się laska, chciałem przestać rozmawiać. Nie możesz wybrać mnie, w ten sposób. Wybierasz wszystkich. Mnie nie.  Ja nie chcę być wymienny. Chcę być mną. Niewymiennym. Ile Was takich miałem? Nie wiem po co? A ty miałaś być wyjątkiem. Tym bardziej, po co nie wiem.

Dobrze mi jest w tej niezależności. Tej, nie skąpiącej rozczarowań. Mnie się chce kochać i być w bliskości. To ma być blisko, nie bliżej.  Do przodu, nie w tył, który jest mi zakazany i odbierze mi siebie i jakichś nas. To ma być My. Nie Ja i Ty. I cokolwiek się stanie. Pociągnę ten wóz. Na moją skalę.

Kategorie
Praca Przyjemność

Zabezpieczony: Początek anonimowej książki, ciągle obcinanej przez wydawcę

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Kategorie
Brak Chaos Polityka Religia

Toksyczny felietonik

Na ulicach tłumy. Protestują, tańczą, robią jajecznicę, nie smażoną, w kościołach i klną. Jednym głosem. Wypierdalać. Jędraszewski, jesteś zerem. Który pisze i mówi, grzecznie, o historii, dobrze i szczerze. Rzadko jest to spotykane, wśród jemu podobnych. Musi mu być przykro. Modli się podobnie. To metropolita krakowski, jakby ktoś nie wiedział. Metropolita to takie województwo kościelne, pociągnę to dalej, odpowiedzialny za wiarę i co ciekawe, jest szpiegiem papieża. Taka funkcja. Taki zwierzchnik kościelnego, okręgowego KGB. Z zastępami pomocniczych szpiegów, w sutannach. Nie pojmuję jak sobie radzi. Jest jak wojewoda, wybrany przez rząd, który mu dał prawo ingerencji w wybierane demokratycznie instytucje. Jak niegdyś Rady Narodowe, wybierane tajnie, na nikomu nieznanych zasadach. W Krakowie stoją ramię w ramię, zamaseczkowane dzieciaki i mający trzy, przed liczbami wieku, cztery i kolejne. Lewicujący, liberalni i nie przynależni, z lezbami i pedałami, przed oknem papieskim. Maseczką chamstwa w maskę hołoty. Wypierdalającej i popierdolonej, vis a vis, broniącej opresji, pedofilii i niezdolności przyznania się do winy, kłamliwej i podłej, równie skurwysyńskiej.

Mój Naród oszalał. Po dwóch stronach takie same barbarzyństwo, takie samo gówno, którego nikt się nie wstydzi, nie wytrze. Nie wymyje. Wręcz przeciwnie. Będzie nosił ten smród, jak zapach najdroższych perfum. Jakie dzisiaj zapachy? Z cipy niedomytej, czy spod pachy, nie odświeżonej? Spoconych jaj? Będzie bronił do upadłego. Czego? Kurwa? Prawa? Zdolności? Wolności? Co to jest warte, skoro obie strony mają w dupie, znaczenie tych słów?

Dziel i rządź.

Okno papieskie. Byłem pod tym oknem. Tylko raz. Nie było w nim jeszcze Papieża. Przejechał. Mały chłopiec. Potem tylko przechodziłem, zazwyczaj po drugiej stronie ulicy. Skandowano inaczej. Solidarność! Solidarność! Nie wiedziałem co to znaczy. Czułem. Była nadzieja, że coś się zmieniło i rzeczywiście do tego doszło. Pojawiła się nie wolność od, stała się do. Kościół był tego współsprawcą. Z teczkami UB, kto kogo wykorzystał seksualnie, w jakim wieku i jakiej płci. Ułomne narzędzia. Trudno się ich pozbyć. Teraz jest najwyższy czas. Do Papieża miałem stosunek ambiwalentny. Byłem na Błoniach, kiedy przyjechał. I mówił jak klecha, obrażał mnie, katolika. Nie doceniał. Ani mojej wiary, ani intelektu. Zabrał mi czas na dotarcie, Alejami do miejsca rozczarowania. Nowy papież już mnie nie obchodzi. Franciszek. Mamy ze sobą tyle wspólnego, że oddajemy. Ja ze swojego, on z czyjegoś. Co to za wspólnota?

Nie ma mojego narodu. Zaginął. W obozach Niemców, których dziadkowie katowali mojego. Teraz uczą, co jest dobrem, co złem. Grzecznie nazywamy ich nazistami. Pierdolenie. We wschodniej Polsce, gdzie Ukraińcy zabijali moją rodzinę, jak bydło, rozrywali końmi, rozpruwali brzuchy, wyciągając, nie płody, nienarodzonych. Owijając flaki wokół ofiar. Teraz stawiają pomniki bestią. Bohatyrom, mordu kuzynów i pobratymców. Przez współobywateli, trzydzieści lat temu, gdy kradzież i cwaniactwo stały się talentem. W czarnych mokasynkach i białych skarpetkach, powożących coraz droższe fury, z cycatymi kretynkami, które liczyły lepiej niż woźnica. Bezguście to mało. Co tam Martyniuk i jego głos organisty i gorzki syn. Mogłeś? Brałeś i chuj im w dupę, bo tylko znali ciężką pracę. Zabrać. Mamy kapitalizm. Ja mam. Wy nie. Na nowo odkryta pańszczyzna. I nie przeboleję. Rydzyk, który, wierzcie lub nie, Redemptorysta. Był przy ołtarzu, mojej pierwszej komunii. Kilka kroków od domu. Na Zamoyskiego, Podgórze. Gnój, którego nie da się roznieść po polach urodzajnych. Dodając lepszy plon. Kura znosząca nie złote, puste skorupy.

Mamy wstać z kolan? My jesteśmy na kolanach, odkąd takim Potockim, Czartoryskim, Branickim, Sapiehom i niech Bóg mi wybaczy, mój ród, zdawało się, że człowiek warty jest tyle, ile przyniesie korzyści. Dokąd pan z kmieciem, jedną jedli łyżką. Dokąd nie szlachetnym się urodziło, lecz trzeba się było wyróżnić. Nikt nie rodził się wybrany. Potem się stało, co jest. I tu jest dokładnie to. Rozczarowanie.

Moi przyjaciele, kochają kogo chcą, wyznają wiarę jaką chcą, też nie muszą wyznawać. Mężczyzna lubi mężczyzn, kobieta lubi kobiety, mężczyzna lubi kobiety, kobieta lubi mężczyzn. Jest konserwatywny, jest postępowy. Jest czerwony, zielony, tęczowy. Bezkolorowy. I co? Na noże? No nie. Szacunek. Może prawo wyboru? Nie ma się o co obrażać.

Przerażam się. Nikt niczego nie zdaje się rozumieć. My, Wy. Oni, My. Tamci, zasramci. Oni, wyjebamci. Rewolucja? Bardzo proszę. Obyście się wszyscy wypierdolili. W jednym czasie i miejscu. Gdzieś. Nie w bezpiecznych domach, gdzie położycie się spać. Po protestach i obronach. Bo wam się należy odpoczynek? Jak nie, zadzwonimy na policję.

I tak sobie myślę. Za piętnaście szósta. Nie warci jesteśmy mojej bezsenności. Jednak rodzi się inny, Naród. I też ja odradzam się z nim. Jak zwykle z boku. Nie opowiem się po żadnej ze stron. Są równie pochyłe. Staczające się. Bezlitośnie. Nie będę palił Synagog, ołtarzy, Zborów i ksiąg. Nie oceniam, tylko patrzę. I jest mi źle. Nie Polską jest Polska, jest polska itp.

Kategorie
Psychika Uczucia

Wyzwoliłaś mnie

Nie wiem jak to w ogóle mogło się stać? Jestem sam. Samodzielny. Nagle. Ułożyła się układanka. Dzisiaj, gdy patrzyłem na fabrykę, gotującą się do produkcji, nie teraz. Z wysokiego miejsca. Patrząc na suwnicę, tuż nad moją głową, przesuwającą się, do punktu przeznaczenia. Ze zwisającym łańcuchem i kotwicą. Ze światłami, industrialne praktycznymi. Zupełnie tu nie pasuję! Czuję się na swoim miejscu! Powiedziałem to, do siebie, głośno. Wyciągnąłem słuchawki z robotniczej, tylnej kieszeni. Włożyłem do uszu. Nie wolno nam? Sepultura. Roods Bloody Roots. Potem Panthera i Rage. Kiwałem się. Gibałem się w takt. Ustami bezgłośnie śpiewałem. Upinałem kable z radością. Setki metrów. Nagła świadomość! Nikogo nie potrzebuję, nikogo nie muszę kochać, nie rozmawiać, nie oczarowywać, opisywać siebie. Niedawno byłem uzależniony, od wyobrażeń, strachu, oczekiwań czyichś. Potrzeb, które były nie moimi. Niezależność to? Czy wracam do siebie? Rozbawiło mnie moje upinanie, podobne do warkoczy córki, gdy układałem jej włosy przed drogą, do zabawy i poznawania samej siebie. Pięć lat tylko. Aż. Patrzyłem na jej kwilenie. Minuty po poznaniu, czym jest tlen. Gdyby nie cesarskie cięcie, trzymał bym ją w rękach, zanim mogłaby dotknąć ziemi. Jak syna, na dalekiej północy. Dzieci rodzą mi się co dwanaście lat. Wcześnie zacząłem. Skończę w porę. Jedno straciłem, inne pozwoliłem, aby stało się zbędne. Jeszcze jedno będzie, w pełni moje, wspólne, nawet dwoje. Wiem, że tak jest mi pisane. Bo napisałem. Wtedy nie będę samotny. Oddam siebie. Będę współdzielny. Verba volant scripta manent.

Rozrastają się skrzydła. Unoszę się. Lekko. Rozpościerają się ponad przeszłością i składają przed przyszłością. Będzie co ma być. Udało mi się pozbyć miłości i miłostek. W toksyczny, grzeczny sposób. Umiem zabijać miłość. Na nic nie jestem otwarty, na nic nie czekam, niczego nie spodziewam. Mam co miało być, skupię się na tym. Zdrowieję. Modląc się, nie proszę o w nic w zamian. Mój Chrystus najwyraźniej to lubi, daje mi więcej niż to, o co bym poprosił i obiecywał.

Błogosławiona niech będzie. Za kilka dni, zanim na swój sposób, spacyfikowałem niebezpieczne uczucie. Nie myli mnie intuicja. Wiem jak popsuć, nawet co było nie do popsucia. Dobrze się kończy. Nie pisz, nie utrzymuj kontaktu, nie dzwoń. Nie. Nic. Jak nie zadziała, to piszę, kontaktuję się i dzwonię. Podgrzewam zniechęcenie, aż wyłoni się złość i zbrzydzenie. Zaplanowane, jak wyprawa w Himalaje. Moich rozwianych chmur, jej promiennych przypuszczeń. Nie doszedłem daleko. Góry były silniejsze. Tak łatwo jest rozczarować i zachwycać. Mam moje warianty, dwóch kłamstw. Jedno to bardzo dokładne słuchanie. Interpretacja i mówienie tego samego, zwrotnie. Ależ się kurwa rozumiemy. Tak? Kurwa nie, daję ci popłynąć. Niedługo oddasz mi się. Komuś kogo nie znasz, wyobrażasz sobie. Jestem nagrodą, za czas egocentryzmu, na który pozwoliłem. Możesz być najpiękniejszą z kobiet, najmądrzejszą. Pomyłka. Drugie to nie słuchanie. Tak naprawdę to muszę zamknąć umysł. Mówię bez przerwy. Uczyłem się ról na pamięć. Pozwalam sobie płynąć. Mam praktykę, niekoniecznie wiem co mówię. Zawsze prawdę. Najlepiej młotkowo, jakbym łupał skałę. Ta ta, da da. Daję czas tylko na wcięcia. Słucham tylko ich i odpowiadam przeciwnie. Nie rozumiemy się. Kurwa rozumiemy. Nie wiesz jak bardzo. Co za pomyłka! Nie oddam ci się. To nie ma większego znaczenia. Mam to naprawdę gdzieś, poniżej lustra toalety. Chciałem pokonać wodospad. To było wiadome. Egocentryk i nikt. Nic o mnie nie wiesz. Ktoś powie, że to manipulacja. Bardzo moja matczyna. Tak się ta moja matka starała. Masz być mężczyzną. Dam ci to poznać. Kobieta to święta kurwa. Trzy dekady zabrało mi zrozumienie, że to nie jest tożsame. Nie ma kurew, są kobiety. Nie ma świętych, są tylko ludzie. Zawód, nadwrażliwość. Nie całuję w rękę, bo tak należy, całuję bo się kłonię. Kobieta jest dawcą. Życia. Śmierci także. Podobnie mężczyzna. Nic, bez niczego się nie zdarzy.

Znalazłem inny wariant. Osobisty. Nikt nie pyta mnie o mnie. Jak tam? Jak się masz? Zapytaj mnie, kim jestem? Powiem. O sobie. Co myślę, co sądzę. Nie osądzony i przypisany. Na razie to tylko oczekiwanie. Mam tyle lat. Wymiana myśli, to nie to samo, co zainteresowanie. Mną. Nie oczekiwaniami, na które już nie mam nawet oporu bycia toksycznym. Jak się nie uda? Nie będę miał pretensji. Żal? Kimże ja jestem? Stopy umywać i tylko dotrwać. Do końca. Czegoś lub kogoś. Odradzane? Bezkrwawe i bezbolesne. JiM. Bez kropek. Dziękuję. Wyzwoliłaś mnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Westa mi kazała

Poniedziałek. Jeden pijany, drugi upalony, trzeci chory, czwarty zastraszony. Wszyscy w cztery dupy. Na swój wyjątkowy sposób, nieobecni. Błyszczy telewizor. Satelitarnie. Wymęczam dialogi, które poprawię, mam na to niezliczoną ilość dni. Nie wiem ile ich mam, więc stają się niepoliczalne, i dialogi i dni na ich poprawianie. Ryczy mi w słuchawkach, tanich, ale dynamicznych, Slipknot. Z reklamami w języku, którego nie poznałem jeszcze. Poznaję. Lekcje. On-line. Flamandzki. Muszę klikać i czekać, 5, 4, 3, 2, już. Powraca muzyka. Cały świat zdaje się być zdalnie sterowany. Nie wiem co to jest? Doczekałem się totalitaryzmu, stadnego, w ramach wyznaczonych przez chorobę, która zabija tylko osłabionych, silnych zamienia w poczucie winy. Nie rób nic, czego mógłbyś żałować, nawet twój wydech może odebrać komuś oddech. Nie było tego dotąd w historii, którą jak dostrzegam, znam bardzo pobieżnie. Niezupełnie. Znam ją całkiem dobrze. Nie w pełni. Nikt nie ma pełni wiedzy, w żadnej dziedzinie. Tyle wiem. A wiem, każde ograniczenie niszczy kultury i postęp. Bądź odpowiedzialny, to nic innego, niż nie wolno ci. Nie pozwolimy na wolno. My, jacyś, znani kiedyś, świat był niewielki, w kolebkach. Tacyś, w ogromie świata, nie od świtu do zmroku, ale od wschodu do zachodu, nakazujemy, wymagamy, karzemy, nieznani. Mamy prawo. Przez ciebie nam nadane. Nie przypominam sobie? Nie? To zapytaj tych z boku. Kogo? Cieni własnych siebie? I ty niedługo będziesz cieniem. Mamy metody. Mandaty, sądy, edukacyjne więzienia, ciała i duszy. Kontrolę, którą samemu sobie wybrałeś, wędzidła, których nie powstydzi się, zbrodnia i kara inkwizycji. Cienie same pozbawią cię cielistości. Są nauczone bycia cieniami, nie własnymi, są nami, czekającymi w każdej szarości i w blasku światła. To już Franz Kafka?

Zapominacie kurwa, że ja was znam. Ilu was tam jest, udawanych bogów? Nie bogami jesteście. Szarpaniną własnych ambicji i zazdrości. W mściwym wyścigu. Zabrać, osaczyć, pozbawić, zmusić. Bogowie nie kierują się logiką, są dawcami. Wyboru. Nawet mój niedoskonały Bóg. Cieni, które chcecie mu odebrać, jak mnie. Nie może być bogiem, cokolwiek, co nie uniosło się ponad podrzędność, nad siebie, by stać się kimś, nadrzędnym. Pierdolone po renesansowe, po antyczne, nowoczesne teraz. Tarcze hoplitów, zwarte. Z napisem nakazującymi podległość. Astynomia stojąca naprzeciw idiotów, wykonującymi rozkazy idiotes. Usiąść, zapłakać i odejść. A właśnie nie! Wstać, zapierdolić i wygonić? Westa mi kazała. Pisać to i śnić. Nie żartuję. Stała nade mną. Wysoka dama. A może jednak to była tylko moja wyobraźnia? A może to tylko uktyty, ze mnie, nas, żart?

Kategorie
Polityka Religia

Bez przekleństw

Może kogoś urażę tym, co napiszę. Jeżeli tak, nie przeproszę. Taki jest cel tego bloga. Przekleństwa jednak nie padną. Nie mieszam się do polityki, chociaż jestem politologiem bez dyplomu. Wybrałem wolność, nie tytuł magistra. Dojrzałem w Londynie, spędziłem tam najlepsze lata mojego życia. Pracowałem, mieszkałem, sypiałem, z ludźmi różnych ras, narodowości, religii, orientacji seksualnych i politycznych. Nie zawsze, ale prawie zawsze miasto, które uważam za swoje, żyło w tolerancji. Nie zdarzyło mi się czuć gorzej, bo jestem katolikiem albo Polakiem. Nikomu nie przyszło by do głowy, traktować mnie z podejrzliwością, bo mam PTSD, powiedzieć, że zwariowałem. Dać do zrozumienia, że moja córka, z zapłodnienia in vitro, może być w jakikolwiek słabsza, intelektualnie lub fizycznie. Nie musiałem niczego ukrywać, udawać. Nie wpatrywano by się w moją twarz, bo mam na niej kolczyki, nie obsłużyć z tego powodu w barze. Nikt mi nie tłumaczył, że muszę oszukiwać, rozliczając co wieczór pieniądze w kasie restauracji, którą kierowałem. Wręcz odwrotnie. Nikt by mnie przekonał, że nie mogę się spotykać z dużo młodszą ode mnie kobietą, bo nie wypada, bo potępi nas otoczenie. Raczej pytano by, czy jesteśmy szczęśliwi. Życzono by nam miłości, nigdy się nie kończącej.

Dziesięć lat w Polsce wyssało ze mnie Londyn. Zapomniałem prawie kim jestem. Przypominam sobie, ociężale. Kilka ostatnich miesięcy z covidowym cyrkiem, decyzje, które wreszcie podjąłem, niełatwo odejść od ukochanego dziecka, ostracyzm rodziny, która nie akceptuje, że nie jest idealna, wyrządza szkody, nie mnie tylko, wydziedzicza. Bezdomność, powracające epizody stresu pourazowego, który w Anglii miałem tylko raz i to nie w takim natężeniu, doprowadziły mnie pod ścianę. Nie umiem się poddać. Nie stanę się taki, jakim oczekiwano, że muszę być i już. Nie jestem pewny, czy moja ojczyzna wyszła całkiem z mroków średniowiecza i czy nie jest coś na rzeczy z wyśmiewaną zaściankowością? Zacząłem się nią zarażać. Czas się na dobre wyleczyć z naiwności.

Od kilku dni obserwuję protesty, spontanicznie wynikłe z próby narzucania innym swojej woli, wiary i światopoglądu. Dokładnie tego z czym spotykałem się osobiście. Wstyd mi, że to moją wiarę chce się narzucić, ustanawiając prawa, które z pewnością są z nią zgodne, ale narzucając zabiera się wolność tym, którzy mają czelność mieć inny światopogląd. Chrześcijaństwo nie na tym polega. To jest pokojowa religia. Używanie jej jako instrument polityczny, jest nie do pogodzenia z przyczyną jej powstania. Minęły czasy krzyżowców. Tylko czy zaczęły się Jezusa? Nie jestem zachwycony atakami na kościoły, ale przecież to tylko budynki. Jestem przeciwny aborcji, ale to dotyczy sumienia tego, kto się na to decyduje. Sam nie mogłem jej zapobiec. Ktoś usunął moje dziecko, nie z powodów, wad wrodzonych, ekonomicznych. Kariera. Uznałem prawo kobiety. Wspierałem, nie decyzję, ale prawo. Czekałem przed i po w szpitalu. Źle się z tym czuję, do dzisiaj. Zrobiła to buddystka. Tak jej się przynajmniej wydaje, która szczerze walczy o prawa człowieka.

Zaczynam sobie zdawać sprawę, że prędzej czy później, będę musiał stanąć po jakiejś stronie. Nie stanę po stronie opresji. Bezmyśnej z gumowymi pałkami. Jestem gotowy na wykluczenie z Kościoła, ja mój mam w sercu. Tego nie da się odebrać. Zdejmę z szyi różaniec, schowam do kieszeni. Tylko, że takich jak ja palono na stosach. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt już ich nie rozpali na nowo.

Kategorie
Bez kategorycznie Toksycznym

Przyjebać

Moja toksyczność. Nie rozumiem jej. Chyba już pisałem o moim przyjacielu, geju, Brytyjczyku, który zawsze mi powtarza, że jeżeli nie piję i nie mam mojego zjazdu stresowego, jestem najbardziej uroczym człowiekiem, którego zna. I pewnie jestem. Rzecz w tym, że piję ze względu na stres. I pewnie też pisałem, że nie tak dawno, miesiącami, piłem w pracy, nigdy w dni wolne. Dlatego orzeczono, że nie jestem alkoholikiem. Piję niebezpiecznie. Używam sobie medycznie, w dokładnych proporcjach, odmierzanych aptekarsko. Czasami aptekarz się pomyli i wychodzi z tego syf, który bywa, że nie da się go doprać, najgorszy, gdy ktoś mnie nie zna. Nie mogę brać leków, nawet tych cudownych. Znikam. Po alkoholu przynajmniej, po jakimś czasie powraca pamięć. Pojawia się wstyd i zażenowanie. Jak mogłem? Po tropach, nie pamiętam nic. Tabula rasa. Wygodna. I przecież nie piję zawsze. Nie muszę się powstrzymywać. Wolę herbatę. Z mlekiem. Na górze. 1 do 10. Może być bez cukru. Jednak nie w tym stanie, którego nie ogarniam, trzeźwym umysłem.

Wolne wolałem spędzić z córką, pięcioletnim aniołem. Nawet nie posyłać jej do przedszkola. Rzadko, w moim dotychczasowym zawodzie, takie wolne ma się w weekendy. Jeżeli mogłem je mieć, nie chciałem, tych wolałem nie spędzać z najtoksyczniejszą z kobiet, które znam. Strata dorastającego dziecka, umierającego latami, na neuroblastomę, zrobiła z niej czołg, rozjeżdżający. Mnie najbardziej. W przód. Powrót i znowu w przód. Przez dziewięć lat nie zatrzymałem maszyny. Nawet naszą córką. Piekło niezrozumienia. Pierwszy krąg, gdy ktoś myśli, że pomaga, a wbija w ziemię, codziennie. Słowa i zachowania raniące, dla kogoś z moją przypadłością, oznaczały wojnę, codzienną. Obrona, blokada, kordon. Spanie na kanapie, kilka ładnych lat. Brak bliskości, o której w końcu zapomniałem, że nawet istnieje, takie coś, jak razem. Sex? Nauczyłem się onanizmu z ohydztwem, byle szybciej. Trudno uwierzyć, matka mojego dziecka, przeszła terapię. Nie zrozumiałem na czym polegała. Efektu nie zauważyłem. Nawet moi psychologo-psychiatrzy, którzy szukają skutecznej dla mnie drogi, do czegoś, na co mam coraz mniej chęci i tracę zapał, też nie rozumieją. Pewnie jej terapia dodała, nieznane wcześniej zdolności, bardziej rozjeżdzające. Moja godzenie się ze stratą i zrozumienie, że może nic mi już nie jest. Mój syn, ten starszy, powiedział, że zmarnowałem te lata. Nie wiedziałem jak to odeprzeć: nie na siebie, na kogoś, kogo bardzo lubisz, kto rozrywał ojca na kawałki, z których musiał się zbierać. I to dziennie, powtarzalnie. W innym przypadku, ojciec byłby tylko aparatem do oddychania, jedzenia i srania. Bezmyślnie powtarzający rutyny i wyuczone zachowania, zwroty, rozmawiający na niby, utemperowany. Nie mieszkałeś z nami. Gdybyś to zrobił, wiedziałbyś, co może się dziać za zamkniętymi drzwiami. Nie powiem mu. Niech byłość zachowa elementy prawdziwości. Niech to ja będę winny. Zawsze jestem i będę. Nie powiem mu, że gdy dobre wrażenie, jest niezadowolone, potrafi dać ojcu w pysk i wywrócić. Wie, że ojciec nie odda, nie odpowie chamstwem na chamstwo. Przekleństwa to nie to samo. Mężczyznę by sflekował. Bo ojciec w stresie, rozpierdoli nawet Goliata. Nie czuje strachu, nie czyje nic. I to, że ojciec pamięta z dzieciństwa, podobną matkę, pijaną często, bijącą, gdy nikt nie widział. Z szaleństwem w oczach. Szanowaną. I swojego ojca, który pewnej nocy leżał kopany, i chwycił leżący nóż. Ręka bijąca się na to nadziała, jak mięso nabija się na rożen. Było dużo krwi. Ręka krwawa i nie krwawiąca pochwyciły mnie, poniosły, z progu kuchni, nowoczesnej, nie zapyziałej, w ciemną noc. Pamiętam piżamkę, niebieską, z rudzianymi plamami, którą dziadkowie zdejmowali ze mnie i myli, bo to się wszystko przykleiło. Odkryłem wtedy prysznic. Do tamtego czasu były tylko kąpiele. I uwierzyli. Że ojciec po wyroku, nie za siebie, a matka święta jest i tyle. Demon. Współczuję, tym matkom. Jednak, gdy ja, o szóstej rano, obalony na ziemię, bo nie znalazłem czegoś tam, szczotki do włosów, chciałem uciszyć krzyk, położyłem dłoń na ramieniu, gdy było jasne, że dłużej tego nie zniosę, moje dziecko powiedziało: nie rób tatusiowi krzywdy, nie wolno się bić i kłócić. Wstałem. Mój anioł stał obok mnie. Malusieńki. Nic to nie dało. Kaci mają dar. Przetwarzania. Są zawsze ofiarami. Okoliczności i nakazów. A ja? Pozbywalny. Bo znajdzie się na mnie tyle, że to ja jestem nienormalny. Zwariowałem? Tak, niewiele większym będąc, niż moja córka, która nigdy nie powinna widzieć takich scen. Dlatego uciekłem. Dzieci nigdy nie powinny być wmieszane. Ta, o której pisałem, której być nie powinno, tylko mi o tym przypomniała. Tą poświeciłem na ołtarzu, świętego spokoju. Nawet jeżeli nie było łatwo. Innej Tej, J i M, nawet nie dałem szansy. Ciekawy jestem co by powiedziała, gdybym pozwolił jej dojść do słowa?

Każdy, kto nie zna mnie za dobrze, wyobraża sobie, że zamieszkuje we mnie zło. Nie ma go, jestem każdością, zła i dobra, tylko jest mnie, we mnie, za dużo. Ze strony jednej, krzyczę, trzymajcie się ode mnie z daleka. To nie jest prawda. Jestem zupełnie niewiarygodny. Nie, nie godny wiary. Zamieniam wątpiących, w pełnych siły i pewności. Ludzie lgną do mnie. Lubią i się spodziewają. Ja nie lubię ciszy. Czasem zapełniam ją bełkotem. A potrafię być dobrym słuchaczem. Tylko wtrącam. Niech pieśń płynie. Z drugiej? Przyciągam, nieprzerwanie, to jest to, z drugiej strony srebrnika.

Postanowiłem, przez rok pobędę sam. Do roku niewiele zostało. Jest mi coraz łatwiej samemu. Nie wybijam klinem klina, nie zdradzam, nawet myślą. Nie spodziewam się. Jestem egoistą, uczę się nim być. Znalazłem strategię, jak pozbywać się każdej Tej, która może mnie polubić, nawet pokochać. Jestem jak twierdza, najeżona kolcami. Mam arsenał broni, które odpychają. Najlepsze jakie mam, to sztuczność i udawanie. Bombarduję nimi jak podczas oblężenia. Nie umiem powiedzieć nie, ktoś musi powiedzieć to za mnie. Najskuteczniejsze na ludzi za dobrych, jak ja. Uczciwych i szczerych. Za dwa miesiące może opuszczę mury twierdzy, może wybuduję je wyższe? To się okaże. Pozostanę toksyczny. Przestanę. Ale wreszcie dbam o siebie. O mnie. Robię to tylko, co ja chcę. Nikt do niczego mnie nie zmusi. Nie pokusi. Odkupuję winy, stawiając kroki w przód, nie w bok. Nie szukam uznania, potwierdzenia. Pracuję jak zawsze, bez wytchnienia. Zarabiam znowu. Dużo. I będzie więcej. Na dzielnie się i pomoc. Anonimową. Nie sprzedaję się tanio, dokładnie wtedy, gdy cena innych spada. Brak snu sprawia, że mam więcej czasu niż kiedykolwiek. Zmęczenie dobrze mi robi. Na zrozumienie jak bardzo zboczyłem i rozczarowałem samego siebie. Uczę się pisać, na wiele różnych sposobów. Eksperymentować. Przekłuwać ciało, tatuować. Zmieniać kolor włosów, kilka razy w tygodniu. Śmiać się z tego w robocie. Gdy pytają Holendrzy, kiedy będę zielony. Łamię się. Zrobię im tę przyjemność. Zacząłem studia, w wieku na takie, aż niepoważnym. Nie czuję, że komuś zabieram miejsce. Kiedyś komuś oddałem. Mogę bezimiennie się zwierzać, za wielu, którym brak już sił. Po prostu. Przyjebać.

Kategorie
Bez kategorycznie nieznane

Dla J. i M.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I oto jaką usłyszałem odpowiedź. Za młoda. Mężczyźni będą zazdrościć. Kobiety będą się śmiać. Gdybyś był krezusem. To może byś kupił spokój. Nie jesteś. Nie masz linii obrony. Zjedzą cię. Polak

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. I taką usłyszałem odpowiedź. Nie ma wieku. Jeżeli cię lubi, chociaż spróbuj. To jest dla ciebie i jej. Pierdol to. Holender.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Po co pytasz? Od tylu lat wiesz. Czarni i biali. Bogaci i biedni. Europa ta, tamta. Anglik.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Nie było odpowiedzi. Źle ci doradzałem. Ty mnie kiedyś też. Z głębi serca. Decyzje są twoje. Przyjaciel. Też Polak.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Szanujesz każdego. Ja jestem Mormonką, lesbijką. Czytaliśmy Biblię razem i Księgi Mormona. Nawet nie zaśmiałeś się, że Duch przychodzi do mnie. Masz lepiej, ciebie nikt nie wyklucza, ja miałam już dwa chrzty. Proszę, nie rezygnuj. Maoryska. Nowozelandka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Tak powiedziała, przyjaciółka. Jeśli potrafisz jeszcze przytulić, jak przytulałeś mnie. Nawet bardziej? Tak można? Mamy syna. Niech wie, że tak się da. Finka.

Powiedziałbym o Tobie. Nie mogłem zapytać. Nie ma Cię. A jeżeli znałam cię dobrze? Bardzo dobrze. To leć. Włoszka.

Powiedziałem o Tobie. Podobno nic już nie ma znaczenia. Zapytałem. Samego siebie. Nic nie odpowiem. Szukałem zapytania. Nigdy go nie było. Odpowiedzi też. Linia. Zdawająca się ze zdania, zapytanego i dopowiedzianego. Nie mialem wątpliwośći. Zabrakło mi odwagi. Ja.

Taka proza. Jaki Dostojewski. Pojebany.

Kategorie
Bez kategorycznie Chaos

Pamiętajcie o tym

My. Toksyczni. Mamy wspólną cechę. Wydajemy się interesujący. Kiedy mówimy, rozmawiamy, zachowujemy się, poprawnie, nie poprawnie, zachwycamy, przerażamy. Piszemy. Robimy. Jesteśmy ciężcy, poza zniesieniem zainteresowania. Przestajemy. Być interesujący. Naprawdę? Szczerze? Jesteśmy nawet bardziej. Tylko kto może nas znieść? Ja bym nie mógł. Obiektywnie. Nikomu tego nie życzę. Znam to z autopsji, znam z rozmów. Cięższych, niż ciężkość samotnych dni, nawet z kimś, wspólnych. Z samym sobą. Nie ma znaczenia całkowicie nic. Toksyczność się ma. Toksycznością się jest. Niezwykle człowieczą. Najbardziej upadłą i najszczerszą. Wzlatającą i skazaną na upadek. Ikary nie dolecą za wysoko. Jesteśmy zbyt wrażliwi. Na ciepło. Od którego musimy uciekać. Od tego zależy nasz los. Mniej go. Żyjemy dłużej. Trzymamy się żywota, opuszkami. Wydrapiemy sobie palce. I tak się tułamy, aż nic się nie zdarzy. Chociaż mogło, i pewnie zdarzyło się nam, o wiele więcej, niż niejednemu z was. Ciągle jest nam za mało. Zniesławiamy. Poszukując wybaczenia.

Toksyczność. Uznajmy to raz na zawsze! To nie bycie bydlakiem, gnojem, koszmarem, byle kim. Toksyczność to stan! Niekoniecznie nasz. Może być narzucony. Odbierający kochającym czas i nadzieję. Że może będzie lepiej. No nie będzie. Trzymajcie się od nas z daleka. Optymizm jest zbędny. Nawet mój. Jestem niepoprawnym optymistą, dokąd nie zrobię znowu, tak samo i zrobię i już. No może. Nie znalazłem większego optymisty i jeśli przetrwa? Być może zdarzy się cud? Jak dotąd się nie zdarzył. Nie liczę na to. Piszę to zamiast, w imieniu, za pozwoleniem. Przyzwoleniem. Proszę. Niech im się zdarzy. Nie musi mnie.

Ja się łudzę, że gdzieś, jakoś, nie wiem, nie mam pojęcia. Jest jakaś dla nas szansa. Dla tych niewydarzonych marnot, tych stresów, depresji, lęków, nerwic i zaburzeń, musi być jakieś, nawet metafizyczne, jakoś coś. Przyjaźń, o miłość nie chcę prosić, za kogoś, o krztę, niewspółczucia, szacunku. Dzisiaj jest dzisiaj. Nikt nie wie, jakie jutro może być złe. Toksyczni to znają, znają gorsze. Pamiętajcie o tym. Nie toksyczni. Wielu z nas radzi sobie lepiej, niż pozbawieni ideałów. Jest jeszcze inna możliwość. To nie my jesteśmy toksyczni. Toksyczny jest świat? Wasz, nie nasz. Vermilion. Zapomniałem. Nienarodzona moja. Kalevator. Bedę tam. Gdzie zgubiłem serce i chęć. Islington innocents. Niech to…

Kategorie
Bez kategorycznie Przyjemność

Najdzie mnie

Poczułem cię dzisiaj. Nad wodą. Sól i morze. Ziemia pozwoliła mi stać. W miarę prosto. Przypominałem sobie perfumy. Ktoś musiał używać podobnych. Wiało, w moją stronę. Przypomniałem sobie, ciebie. Szelest traw, ciało, długość nóg. I podobieństwo. Dłoni, uszu. I zawód. Ten, którego nie zapomnę. I moje wyjście szybkie, z brzydkiego dziesięciopiętrowca. I stania w sklepie, za szybą, w kącie, gdy patrzyłem, jak wybiegłaś. Chciałem podejść. Nie wyszedłem. Czekałem. Bardzo długo. Nie mogłem na ciebie patrzeć. Julio. Nawet, gdy jeszcze przychodziłaś, nie wiedziałem, po co. Nie wiem do dziś. Ja silny? Ty słaba? A gdy mnie brakowało siły? Czym miałem ją zastąpić. Twoją słabością? Po tobie nic nie miało być takie samo. Było. W odmianach. Innych. Wiesz czego mi brakuje? Śmiechu. Po tobie tylko pamiętam śmiech. I współczucie, gdy też stałem, na schodach. Free Pub i całkowite upalenie z głupkiem. Mieliście głowy na barze. To była pierwsza po południu. Musieliście tak siedzieć, od poprzedniego dnia. Żaden z niego artysta, żadna z ciebie. Idealne małżeństwo, idealnie żadne. Dużo zdrad i zamętu. Dlatego nie odbierałem przez te lata telefonu. Ze mną nie mogłabyś zdradzić jego. Jak nie zdradziłaś z nim mnie. Ale wiesz? Splunąłem przy drzwiach. Na Sławkowskiej. Trzykrotnie. Jak rozrzucam wodę święconą. Za wczoraj. Dzisiaj. I niech będzie, co ma być. Za drzwiami kościołów. Po mszach, gdy zanurzę rękę. Dla dusz czyśćcowych.

Droga, nie z Kapulettich. Dobrze wiesz, że Julii było dużo, w moim łóżku, bramach, gdzie można i się chce. Było. Ten czas się skończył. Nie jest mi wstyd, nie musi. Byłem taki i nie. Robiłem dobrze, robiłem źle. Teraz wybieram dobrze i nie. Z niczyjego powodu. Ale pamiętam. Nauczyłem się kochać. Już nie ciebie. Kiedyś znów pokocham. Jak pierwszy raz. I niech to będzie najpierwszy. Najdzie mnie. Bardzo bym chciał.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Niech pot wypływa na czoła innych

Męczyli się ze mną znowu. Pięć dni. Nie poszedłem do roboty. Mieliśmy sesje komputerowe. Tylko tak mogliśmy je mieć. Po sześć godzin. Trzydzieści. Od poniedziałku do dzisiaj. Wystarczy. Wymęczyli mnie i ja zmęczyłem ich. Czytanie, które przychodzi mi łatwo, nie oznacza przyswojenia wiedzy. Nocą? Nie śpię. Nie dociera. Brak snu nie jest tym samym, co stan skupienia. Dzisiaj było o osobowości z pogranicza. Wczoraj o psychozach i o paranoi. We środę o przytępieniu uczuciowym, depresji. We wtorek były testy. Nie wiem o co w nich chodzi. Pan nas zaskakuje. Czym? Że pan się nie kwalifikuje. Do czego? Do niczego. Kurwa. Macie mnie leczyć! Uleczcie mnie! Robicie mi już to pół roku! W poniedziałek przejebałem ponad trzy tysiące stron. Po nic. Zadanych. Chyba nie wierzyli, że przeczytam. Pamiętałem, nie rozumiałem. Ale się nauczyłem, jak z marchewki, majeranku, śmietany, ziemniaków i soli, zrobić smak kokosowy. Działa. S’il vous plait. Voila. Bez głupich liter. Nie moich. Podobny. Jak w zupie fasolowej, którą gotowałem podczas sesji z geniuszami psychologi. No sorry, z szacunkiem. Nie da się ciągle czytać kilometrów bzdur. Miałem ucieczki, kulinarne. Mogę mieć każdą psychozę, każdy stres, każde gówniane coś i nic. O jakiejkolwiek nazwie. Poddaję się. Zamknijcie mnie. Albo powiedźcie, że nic mi nie jest. Poza marnoczasem. Takie nowiutkie słówko. Jak z wachlarza naukowego, wybranych kart z tali, rzuconych na bakaratowy stół. Nie dziewięć? A toż! Mój stół. Mojej psychiki.

Nic mi nie jest. Fakt pocieszający. Dziwny. Czyli muszę się pogodzić, że nie jestem moralnie stabilny. Niemoralny. To nie stres pourazowy? Mogę się pomodlić. Podejść do konfesjonału. Wybacz proszę Boże. Puk, puk. Idź w pokoju. Położysz się kiedyś na wieki. Tam za śmiercią, pewnie nic nie ma. Ale czekaj chłopie. A Newton? A Voltaire! Po co się starasz? Po co dręczysz? Siądź i popuszczaj pasa. Saksońskim sposobem. Olej wszystko. Olej panie bracie. Ojej. I jest już dobrze? Dobrze? Czemu nie? Skoro tak łatwo.

Nic co jest łatwe, nie jest warte zabiegów. Nawet utracone, popsute, zabronione. Warto się starać, choćby dla siebie. Własnego starania. Dobrego zdania o sobie. Resztek zdania. Nadziei, która nie umiera wcale ostatnia. Nie umiera wcale. Prowadzi jak Vela. Gamma Velorum. Pokolenia. Do Aten. Do przejrzystych wód. Do Sowy. Promachos, dziewiczej. Umrę lub zginę przynajmniej z tarczą. Jest wile miejsc. Poturczyniec poczuje się tak jak w domu. Przecież i Illion to turecka wieś. I też tam leży trojański koń. Mnie podobny. Zdradliwy. Jad. Nie szlachetny, mimo to bojowy. Zostawię ten elektryczny żart innym. Nie zostawię. Minerwa mnie zrozumie.

I nie ma co popłakiwać. Nie ma co wspominać. Wypchnę to, na bok, z boku, w bok. Skośnie. Emotywistycznie. Wypluję. Oddam potem i siłami, których mi nie brakuje, ale nie chcę się nimi dzielić. Niech pot wypływa na czoła innych. Zetrę. Niech siły uchodzą. Podeprę. Niech się spocą skurwysyny. Gdyby mnie znali z kiedyś, pociliby się na mrozie. Teraz? Mam to w dupie. Niech im będzie wygodnie. Nawet ze mną.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Dosyć

Nie lubię moich wad. Najbardziej tych, które dotąd ułatwiały mi życie. Bezpośredniej gadki o niczym, bawienia się słuchaniem o ludzkim losie, stronniczości, że wiem lepiej. Łatwości kontaktu, patrzenia, jakbym patrzył, a tylko się przyglądam. Szacunku, którego nie mam, ani dla siebie, ani dla nikogo. Lekka przesada. Wykorzystywania, jakbym pił ze źródła czyjegoś czasu. Analizy, która tylko zabiera. Niewiele daje w zamian. Zmagam się z nimi. Tacy jak ja, nie przymierzając, powinni być drapieżnikami. I aż za dobrze wiem, że dokładnie są tacy. Prawie identyczni. Jednak nie ja.

W czym problem? Nie w stresach, na które wystawiam się, wiedząc, że mi nie wolno. Nie w tym, że mimo katolem będąc, nie wierzę w kościół, watykańskie opowieści, że bez posiadania, nie będzie się czym dzielić. Nie w niechęci, do lewicy i prawicy, która zawsze, mając okazję, chce kontrolować i zabija, dosłownie lub intelektualnie. Rząd dusz. Jak liberalizm, pozostawiający człowieka samemu sobie. Kartka. Śmieć. Zmięta kartka. Nie w pretensjach do buddyzmu, że pozbawia poczucia osobowości, islamu, że każe kłaniać się, nie odkłaniając, hinduizmu za klasy, ludzi i podludzi. Jakbyśmy inaczej się rodzili i umierali.

Problem nie jest problemem wcale. Muszę zgodzić się na podziały. Które rozumiem, drapieżnymi cechami. Wspólnymi, naturalnymi, wyuczonymi, w zgodzie uznanymi. Od tysięcy lat. Nie podoba mi się to, nie lubię. Moich i wspólnych wad. Ale nie muszę ich współwyznawać.

Co takiego się zdarzyło? Że przestaliśmy być ludzcy, a staliśmy się ludzkością? Dlaczego nie człowiek? Dlaczego intelekt? Wyrachowanie, spryt i albo ja, albo ty. Działanie razem, lecz tylko gdy mnie to coś da, ty musisz zadowolić się razem. W mroku, nacisku i poddaniu się. Podziałom. Bezmyślny zabójca, nasycony, pozostawia ścierwo, padlinożercom. Zabójca robi dobrze, najadł się, dał najeść się żercom padliny. I to tłumaczenie? Tak skonstruowany jest świat! Ciesz się. Z czego mam się kurwa cieszyć? Też tak mogę. To nie jest jakiś dar. Nie talent. To obłęd.

Straszne to jest. Lepiej mi ma mojej wyspie. Przeklętej. Gdzie moje demony tylko czasami ściągają maski. Mnie odbierając. Nie innym. Dosyć…

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Poetica contra prosa

Nie daje mi to spokoju. Muszę wyjaśnić. Jak się okazuje, jestem niezrozumiały. Oto wytłumaczenie.

Rodzimy się nadzy. Umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak?

Dwanaście sylab. I dziewięć.

Dodając jedną sylabę. CZY. Umieramy. Mamy trzynaście. W pierwszym wersie.

Dodając cztery. LECZ JAK? JAK? TAK! Znów mamy taką samą liczbę. Trzy i naście. Wers drugi.

Rymów mamy pod dostatkiem. Do tego kropka. Przecinek. Pytajnik. Wykrzyknik.

Możliwości? Trzynastozgłoskowiec.

Rodzimy się nadzy. Czy umieramy? Jacy?

Lecimy do gwiazd. Lecimy! Jak? Lecz jak? Jak? Tak!

Nadzy się rodzimy. Jacy umieramy?

Do gwiazd lecimy. Lecimy jak?

Możemy się bawić. W nieskończoność. Dzielić, przesuwać. Zmieniać szyk i znaczenie. Do tego odrobina gimnastycznej gramatyki. Nie opisowej. Eksperymentalnej. Sufiks, prefiks, drobiny słów. Liczy się każdy znak. Chęć czytania starożytnej (nie aż tak) polszczyzny i odwagi.

Nago’ś rodzim y. Jac y umier’my?

Do gwiazd leć i my. Lecim y jak?

Fonetycznie? Zwarto szczelinowe? Dzy. Mnie pozbawia dziąsłowo dźwięcznej ochoty. Nie będę się starał nawet. Jestem chujowy w te klocki. Ledwie zdałem egzamin. Nie jestem jednym z braci Grimm.

Teraz heksametr. Trochę może skomplikowane, ale łatwe. Walić te stopy, jamby i anytypasty. Sylaby długie i krótkie. Iloczas. Dłużej mówię Na niż Dzy. Także czytam. Moż-li-woś-ci. Jeszce bardziej tnąc. Mo(ż)-li-wo(ś)-ci. I mam słowa. Na przykład. Mowo, li, ości, liści. Tak uczymy się mówić. Jako dzieci. Dodam znaki.

Mowo li ości i liści. Li znaczy tylko (nikogo nie obrażam). Mową są liści ości. Mową tylko są listy, ostatnie! Tak to działa. W poezji. W prozie? Rodzimy się nadzy. Umieramy także tacy. Lecimy do gwiazd. Lecąć, nie wiemy jak.

Nawet dialog:

-Rodzimy się nadzy.

-Umieramy? Jacy?

-Lecimy do gwiazd.

-Lecimy! Jak?

I tak sobie to drąży skały. Zwarte szczelinami. Np. Cała zagadka rozwiązana. Tak rozmawiam. Tak piszę moje bzdurki. Język daje nam ogromne pole do wypowiadania się, w jakikolwiek sposób chcemy. Jeżeli chcemy. Nawet obcy. Hektary. Niezmierzonych pól. Nawet kilka słów w obcym języku sprawia, że to znakomicie działa. Urabiamy język, jak mąkę na chleb. I porozumiewamy się. Nie widząc się i nie znając. I tak składam każdą wypowiedź. Tak słucham. Nawet pijany, leżąc w rynsztoku (tu akurat to tylko ars poetica, nie leżałem, dotąd).

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

O mnie też trzeba się starać

Trzeźwieję. Przyznaję się. Za długo trwa ten stań upojenia. Gdy mam w dupie wszystko, czego nie powinienem mieć. Szans, Nadziei, Tej, Tamtej. Tutaj lub tam. Budzę się z uśpienia. Pobudzenia. Czasu zgubionego. Który to już raz? Parują promile. Wyciekają. Wypiłem znowu morze piwa. Lubię je. Pozwala mi na nie lubienie. Kochanie siebie. Na utratę pamięci. Utrat. Których nawet nie jest mi brak. Nie pamiętam. Może jest mi żal?

Nadzwyczajne mam szczęście do ludzi. Wybaczają mi tyle, że dziwię się. Usłyszałem: nie przepraszaj. Staraj się nie mieć do tego powodu. I. Kiedy jesteś z nami, nawet krótko trzeźwy, każdy jest zachwycony. Kiedy upadasz, podnosimy. Czekamy na ciebie. Nawet na krótko. Ale i tak dajesz z siebie więcej, niż ktokolwiek z nas. Serce masz ogromne i dobry jesteś. Nawet najgorszym przekleństwem nas nie obrazisz. Modlisz się nawet w zamroczeniu. Wybudzasz się. Nigdy za siebie. Słuchamy. Zawsze za nas. Nie wiedziałem. Nie zapamiętałem. Kapały mi łzy. Jak grochy.

Nie cofnę niemożliwego. Rozbiłem mój statek na dalekiej wyspie. Nieznanej. Na dalekim oceanie. Miałem tam znaleźć runo. Znalazłem ruinę. Nie zmierzyłem sił na zamiary. Nie znałem statku, wyspy, wód. Nie ma Argonautów. Utonęli. Spaliłem ciała. Zgodnie z życzeniem Zeusa. Mojego mitycznego ojca. Zostałem sam. Z mojej wyspy wypływam. Tratwą, ułożoną. Belka wstydu. Belka upokorzenia. Belka kary. Związane linami przeznaczenia.

Chciałbym inaczej. Lecieć prostym szlakiem. Gdzie nic nie stoi na drodze. Latać, biec, unosić się ponad. Omijać. Mieć i móc. Tak sobie wyobrażam. Lekki krok. Dowolny, w stronę. W słońce. Ku promieniom i ciepłu. Ogrzewającym. Mnie i Was. Solarnym. Zawsze lato. Zawsze owoce. I bogowie, dbający o dzieci, które stworzyli. Nas. Dał bym sobie rozłupać czerep. Za to. Choćby. O mnie też trzeba się starać. Oddanie to nie jest jedyny skarb. Mój.

Piękny jest język. Nie potrzeba łaciny. Polszczyzna. Ładna jest. Moja.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Nic więcej nie wystękam. Dla Agnechy

Nie wiem? Nikt nikomu nie musi pomagać. Pomoc jest rzeczą bardzo względną. Nieobiektywną i bardzo osobistą. Pomocnik i przyjmujący pomoc, (są takie słowa, jałmużna i jałmużnik) nawet nie muszą o sobie wiedzieć. Inaczej, gdy ktoś jest patronem. Wymienia pomoc za wymóć. Wpierdala mnie to, że chyba jestem ostatnią osobą, która rozumie podstawy europejskiej kultury? Nie siedząc w pantoflach, w jakimś zaklętym gabinecie. Profesora. I z jego śmierdzącymi skarpetkami. Ciągnę kilometrami jakieś idiotyczne kable. Homer. Boże. Petrarka. To wszystko jest tak oczywiste. Nawet głupkowate. Nikogo nie chcę obrażać. Załamuję się. Rytm. Odniesienie. To jest takie prościutkie. Naiwne. Żadne. Miałkie i byle jakie. A staram się. Słaby w tym jestem. Nie pamiętam Greki. Jestem robolem. Bo nim jestem.

To wariactwo bycia anonimowym, nie polega na byciu nie odpowiedzialnym. Przeciwnie sprawia, że podejmuję rękawicę przeznaczenia. Taką tylko na miarę mojego. Nie da się inaczej. Wbrew. Rękawicy. Wbrew oczywistości. Oczekiwań, których nie spełnię i których nie da się spełnić. Nie jestem na Boga, bogiem. Ludzki jestem i ułomny. Duszny i bez duszy. Zwierze i Istota. Rozumny i bez rozumu. Człowiek. Ktoś. Aniecha. Nie zawsze jest idealnie.

Kategorie
Bez kategorycznie Życie

Przepraszam

Nachalność niewinności. Lub niewinność nachalności. Nic z tego. Ani, ani. Okazało się, że mogę być szantażystą emocjonalnym. Nie podpadam. Mam w dupie prawie wszystko. Poza dziećmi. Poza babką, moją matką, której nawet nienawidząc, zawsze przyjdę z pomocą. I na pewno matkom moich dzieci. W zasadzie, gdy miałbym to rozwinąć, to nie miałbym w dupie niczego i nikogo. Paradoks. Mam w dupie i nie. Jestem Milionem i cierpię za miliony. Śmieszne. Żenujące. Tak mam. Bardzo chciałbym zwariować. Dostać schizofrenii, jak dostaje się kataru. A tu nic. Narkotyki nic. Alkohol nic. Odporność genów? Coraz bardziej się przekonuję, że jestem wyjątkiem. Nie wyjątkowy. No i jestem egocentryczny. Kto na Boga nie jest? Oddałem tyle pieniędzy na tych, którzy nie umieją ich zarabiać, że brakuje mi ich codziennie. Nie jestem patronem. Nie oddaję w zamian. Daję. Może to karma, może wychowanie? Po to haruję. Po to żyję. Po to mnie boli. Ciało i boli dusza. Nie umiem przejść obojętnie. Płaczę nad, płaczę spod. Ale nie pozwolę sobie niczego odebrać. Walczę nieustannie. Obiektywność woli. Pamiętaj, mówił mi dziadek. Jesteśmy Sarmatami. Los nas oszczędził. Nie sprzedaliśmy się. Nie dobili nas. Umiemy przetrwać. Bez upokorzenia. Uczył mnie walki szablą w garażu. Nikt nie mógł wiedzieć. Zaplecznik, głowa, szeroko, na skos. Tańczyłem mając piętnaście lat, z ciężarem w obu rękach. Tylko nie zrób sobie dziecko krzywdy. Rok potem zmarł. Ze starości, obitej łańcuchami i łamaniem palców, młodości. Polak, Sarmata, Rzymianin. Przez lata nie podniosłem szabel schowanych pod ziemniaczaną skrzynią. Nie wiem jak przeżył Gestapo. Polski Niemiec. Bili go. Mnie też. Zawsze nas biją. Za nie. Nie poddamy się. Tacy jesteśmy. Szlachta. Bardzo prywatna. Nieważna. Leliwa. Nie złota. Niebieska i w paski. W poprzek. Ze słońcem i kawałkiem księżyca. Mamy swoje drogi. Prostotą się rozdzielające. Na mnie ustanie ten bezsens. Inne czasy idą. Nikt nas nie chce. I pewnie dobrze. Dam im pierścionki, sygnety i pieczęć. Mam ją zawsze przy sobie. Zawiniętą. Inaczej niż mój różaniec. Ma chyba trzysta lat. Wisi mi na szyi. Niech tak wisi. Mój krzyż. Nie nasz krzyż.

Kategorie
Spokojnie

Pozostanę anonimowy

Przedziwne jest to, co czuję. Spierdoliłem kolejną szansę, na po połowie mojego i czyjegoś szczęścia. Jednak odczuwam ulgę. Bardzo dużą. Za dużo tych szans. Strach przed porażką zbyt głęboko wrył mi się w mózg. Może to gówno psychiczne, pomaga mi podjąć właściwą decyzję? Może nie decyzje. Instynkty. Uciekaj. Nie krzywdź już więcej. Nie spodziewaj się. Nie poradzisz sobie. Nigdy nie radziłeś. Niezupełnie, los zabrał mi skandynawski ruch taneczny, serce diamentowe, złotowłose, błękit oddania i dziecko. Potem nigdy nie było tak samo. Był klik, był zgrzyt, była świadomość, ze nie zawsze mam farta i zasmakowałem we włoskiej odmianie Kamasutry. Było łatwiej niż rozmawiać. O śmiertelności i ciele malutkim, twardym jak lód. Prosto z lodówki. Zamiast było słońce Lombardii. Niezobowiązujące kłamstwo, dokąd nie usłyszałem, ti amo. Wolałem, rakasta sinua. Tak jak teraz wolałbym, kocham cię. Odpychanie jest niezwykle skuteczne. Nagle czuję, zaraz, no niedokładnie, potrzebuję nieco czasu. Nie czuję. Tak sobie nakazuję. Wali mi się świat. Im szybciej tym lepiej. Zgnieść i zniechęcić. Spada. Świat się nie zmienił. Gdy spadam, zawsze niebo jest boskie. Na końcu się przyznaję. Jestem kurwą, która odda się za chwile spokoju.

Zadziwiającą dziewczynę spotkałem. Nie pierwszy raz. Nazwała to pisanie, pamiętniczkiem. Miała rację. Nie Pamięcią. Niczym. Pamięć o niczym. I może się z tym zgodziłbym, gdyby nie to, że pomimo naszych wymian zdań. Grzecznych. Słyszałem Wy. Zostałem zdegradowany. Nie ośmieliłem się zwrócić uwagi. Zapytać. Czy mogę powiedzieć, a wy co? Także jesteście podobne. Wiem z czego to wynikało. Ja czekałem na nią wypatrując, ona zawiedziona była, że nie do niej się odezwałem. Lecz do Tej. Dziewczyna zrobiła swoje. Ta nie była Tą. Ta była tylko Tą dla mnie. Dziewczyna pozostała by sobą. Tej chciałem bronić. Ta stała się tą i w moich oczach. Za późno. Miało być droczenie, stało się męką. Szybko się uczę. Wnioski często poniewczasie. Za dużo myślę. Uczę się też po czasie. I rozmawiam. Powiedziałem Skandynawce o dziewczynie. Jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi. Coś ty zrobił? Ten sam scenariusz. Nie mogłem dziewczynie powiedzieć. Odkąd moja przyjaciółka przestała być moją żoną, nie spotkałem nikogo podobnego do niej. Nie chcę abyś czuła, że jesteś drugą. Nie mogła byś. Dla mnie wszyscy są pierwsi. Jak i ja nie lubię być kolejny. Podobieństwo jest przypadkowe i też to co odczuwam. Kilka sekund. Wiem. Przez dwadzieścia lat wiedziałem, że nie, nie i nie. A tu wiedziałem, Tak. I się przeraziłem. Nie byłem przygotowany. Przygotowany tylko na to, Nie. W tym Nie zanurzyłem się jak pierwsi chrześcijanie. Tylko nie w tak, a przeciwności. Potem trochę piwa, nie trochę. Bardzo piwnie. Przypominam sobie koszmary, poczekam niedługo i jak protagonista, mogę wywołać stan. Toksyczny. I mam wiatr chamstwa w żagle. Niesie mnie. Po oceanach zwątpienia. Moja cudowna Finka zapytała. Przytulił byś ją tak samo? Chyba bardziej. Jest przecudna? Tak. Przecudowna. Takich ja Wy jest niewiele. To przytul. Nie mogę. Planowo się tego pozbawiłem.

Piszę to w pociągu. Warszawa-Wrocław. Przedtem samolot. Bruksela-Warszawa. Przejdę się przez Miasto. Kupiłem bilet do opery. Odchamię się. Mój krewny był tam śpiewakiem. Wystarczy nazwisko. I drugie. Jego córki. Podwójne jak moje. Klękające polskimi kompleksami. Nie żyje już nasza skrzypaczka. Chciałem, aby zagrała na moim ślubie. Tym katolickim, którego nie miałem. Pójdę coś zjeść w restauracji, którą wypatrzyłem. Zjem co mam zjeść, bez dziewczyny, sam, a wiem co lubi. W nocy pojadę do Warszawy. Znów samolot. Nie musiałem, nie że szkoda biletów. Żal głosu i słów. I wrócę. Już nie tylko do kabli. Otwiera się czas. Mój. Wreszcie. Gdybym spotkał nadzieję, nie mówiłbym kodem. Nie jak teraz i nie jak jej ojciec, który każdego ma za głupca. Nadzieję też. Nie mówcie nikomu nigdy, że są głupi, nawet jeżeli są. Głupota nie jest kwestią gustu. Jest głupotą tylko, lub stanem. Głupcami jesteśmy wszyscy. Kod nie jest kodem. Jest grą słów.

Pozostanę anonimowy. Blogerka Agnecha ma racę. Pozbawię się siebie samego. Bez zaglądania w mój własny kawałek ziemi, nie mój, ten pod nogami. I to było by nieuczciwe, jestem sprzed, jak z po.

Kategorie
nieznane Spokojnie

Dziewczyno

Patrzyłem i patrzyłem. Wychodziłem i czekałem. Przypatrzyłaś i patrzyłaś. Wychodziłaś i czekałaś. Nigdy w tym samym czasie.

Pochyliłem się nad Tobą. Wiem jak pachniesz. Gdy dawałaś mi numer telefonu. Potem zapytałaś czy powiem prawdę? Powiedziałem. Nie że Cię znam? Znam. Tylko z widzenia i nadziei, że będziesz to tylko ty.

Powiedziałaś. Nie jestem łatwa. Jestem prosta. Spotkamy się w połowie kroku. Jestem prosty, żyję nadzieją, to czyni mnie łatwym. Za bardzo.

Ten przeklęty Bunkier. Gdzie Tej, której tak nie lubisz, chciałem powiedzieć. Nie zrozumiałaś. Nie mogę cię czcić. Gdzie tobie. Podałbym tysiąckrotnie rękę. Oczy nigdy nie kłamią, krok potwierdza prawdę. Zapamiętuję spojrzenie, krok potrafię odtworzyć.

Mam zbyt delikatny głos? Potrafię nim zadźwięczeć jak drzwon. Ty masz silny. Bojący się mnie. Zagadywałem. Boję się Ciebie. Boimy się siebie nawzajem. Może się ośmielimy? Nie byliśmy aż tak pijani, aby obudzić się obok siebie. Nieznani. Ja bym tak nie chciał. Mam wrażenie, że nie chciałabyś i Ty?

Spalam się nieznana i znana dziewczyno. Z imieniem, które muszę przetrawić. Masz na imię jak osoba, która tak zdrobniale nazywana, jest moją niechęcią, nienawiścią. Karą, przekleństwem. Katem i strachem. Nie będzie łatwo. Nie przyzwyczaję się. Nie polubię matki.

Rwie mi się serce do niepoznanego. Do Tak. Tak, chcę znać. Bo wyobraźnia to nie życie.

Pięknaś. Duchem i ciałem. I podobna do mnie sprzed czasu, gdy zrobiłem czego nie planowałem. A jeśli nie? Nie umiem się mylić aż tak bardzo. Czas leczy rany. Czas kwieciem koloruje łąki. Umaję Cię.

Publikuję. Muszę. Dziewczyno.

Kategorie
Przyjemność

Od początku

To nie miał być blog, taki, jakim był. Nie miał być pamiętnikiem straconych dni i nadziei. Miał pomóc ludziom, podobnym do mnie. Toksycznym. Bo żyjemy w takich czasach, gdy każda inność, nawet niewielka, nie jest mile widziana. Można wiele, pod warunkiem, że jest się podobnym. Kulturą, rasą, religią, wyglądem, przekonaniami, doświadczeniem, czymkolwiek. Najlepiej, gdy jesteśmy uśrednieni i niczym specjalnym się nie wyróżniamy. ( Tutaj jest hej. Dla komentarza. To jest tekst ruchomy. OK?. Uwaga dla Niezwykłej.) Jest odmienność dozwolona, nie należy niestety do nas. Zwyczajnie toksycznych. Jest elitarna, dla ludzi którzy wybrali parcie. Na naszą naiwność, że wolno nam być po prostu sobą. Nieskrępowanie i zwyczajnie. Nam nie. Im tak. Kupujemy ten mit. Egalitarnie i bratersko, i siostrzanie. Niedyskryminująco.

Zmieni się język. Długość i częstotliwość publikowanych opowieści o życiu, które widzę, obserwuję i przeżywam. Jak każdy. Może tylko jestem wrażliwszy. Mam stres pourazowy (nawet bez niego jestem szalony). Który czasem nie pozwala mi żyć. Czasem pozwala na życie, pełne zrozumienia. Za kilka dni napiszę jak się nazywam. Kim jestem. Blog przestanie być anonimowy. Nie będzie taki sam. Setkom czytelników, tym dziesiątkom, najpierw śledzących, potem już nie i tym nowym, dziękuję za czytanie. Nic, co napisałem nie było kłamstwem. Gorzką prawdą. Trudną do przełknięcia. Wiem o tym. Może po raz kolejny opublikuję wpisy, które uznam za warte powrotu. Dodam wyjaśnienie. Doredaguję.

Dlaczego tak się stanie? Wczoraj moja toksyczność przeszła samą siebie. Kilka kieliszków wódki zabrało mi nadzieję. Bardzo kruchą. Bardzo chcianą. Bardzo niezwykle zwykłą. Wyczekiwaną, której nie umiałem pokazać, że toksyczni mogą być kochani. Moja kruchość ma imię. Radośnie słowiańskie. Słodkie jak jagoda. Toksyczność moja piękna, jest niczym więcej niż historią, z którą tacy jak się mierzą. Dzień po dniu. Tego nie powiedziałem. Zamiast tego pisałem. Źle. Wiem, że mój Mazur, Oberek, Polonez, Kujawiak, to przeczyta. Wie że piszę. Też i tutaj. I ja także wiem, że nadzieja pisze i pisać chce. Nie będę zdziwiony, jeśli robi to lepiej niż ja? I tak bym chciał! Przeczytam. Może kruchość kiedyś poczyta mnie? Może pomoże toksycznym? W oknach jasnych, w godzinach snu? Daj jej Boże ten talent. I mnie, coś od niej, bo miałem pomagać. Nie męczyć siebie i Was.

Kategorie
Przyjemność Życie

Okno w niebie

Dzisiaj napiszę inaczej. Dzieje się coś. Prawem mojego wyboru. Mała iskra. Nie dmucham na nią, podtrzymuję, celowo. Problematyczna iskra, przekornie niestygnąca. Znowu obserwuję z dystansu czasu i nie mam tego sobie za Złe. Gdzieś się minęliśmy. Do nierozpoznania. Iskra i nieistotne we mnie rozbudzenie. Tym razem przeproszę Margo. To się nie stanie, czy stanie się Inne? Może. Wiem, że bardzo bym chciał. Ocieplam się gwałtownie, znowu zagoreję? Czy to będzie? Spalę się tym razem? Czy zapalę świat? Trzymam Odkupiciela za różaniec, sznur. Niech mnie nim zwiąże i nie pozwoli się oddalić. Albo niech każe uciekać, rozcinając węzeł, supłający się w dziwny, niezrozumiały sposób. Przeproszę Afrodytę. Pożegnam Eurydyki. Powiem. Cześć. Demeter. Magdaleno.

Iskrę nazwałem Odą. Iskra nie lubi nazwiska. Ja tak. Horacy mnie zauroczył na zawsze. I Seneka i Aureliusz. Ody są najpiękniejsze. Oda nie lubi Tej. Ta zabrała mnie Iskrę. Tej nie ma, jakby nigdy nie było. Ta odebrała mnie Iskrze? Oda była, nagle to odkryłem. Jakby walnął we mnie z błękitu grom. Otwarło się okno w niebie? Chmurnym? Nad nim słońce.

Oda pisze, nie wiem jeszcze. Jak. Nie to samo. Ważne jest pisanie. Mój imiennik przypomniał mi o oku i kwadransie przed ekranem. Nie wie że nie oko, lecz Oko. Które osłabło. Bo się biłem, za pedała, nie geja. Gej by został, pedał uciekł. A ja musiałem. Nie przejdę obojętnie. Musiałem się wdać. Muszę pisać.

Czekam. Czekam i czekam. Każde czekanie jest inne. Poczekam. Trzy z wielu znaczeń. Kolor. Jest kolor. Nie zawsze czerń i biel.

Kategorie
Brak Chaos Praca

Anake

Ciągle pada. Kilka dni. Leją się krople rzęsiste, na tymczasową ojczyznę. Padały na moją. Nawet kupiłem automatyczny parasol. Otwiera czaszę, jak karabin ogień. Równie niezawodnie na Błoniach, jak nad Mozą, moją tymczasową Wisłą. Jak mój SWD, samopowtarzalnie. Który wyrzuciłem, tuż przed, gdy południowi bracia. Słowianie. Zaczęli wybijać mi zęby. Łamać żebra i dusić wodą, wieszać głową w dół. Taki był brat. Lekarz. Wymiennie Jagieloński, dozował mi impulsy. Wrak. Nie mogę cię zabić, powiedział czystą polszczyzną, nawet gdybym chciał. I nie obetnę ci jaj. Obok stał bezimienny Amerykanin. Płakał. Wymiotował. Lało mi się gówno, stumykiem, po plecach. Bardzo bili. Na beton. Wisząc miałem, w pamięci film, gdy nabijali Bochuna na pal. Nie mogłem się skulić, jak kundel, którym nigdy nie będę i nie byłem. Źle tak się modlić. Mam nadzieję że Ich już nie ma, wśród nas. W kącie było ciało. Widziałem. Mogło być dziecko. Dziesięć lat? Nie dam rady przeboleć. Męczyli Go bardziej niż mnie. I jak mogę chodzić ulicami, bezpieczych miast? Mogę i ryczę. Gdy jestem sam.

Poznaję prawdy. Przedwczoraj o alkoholu w życiu Afrodyty, która usiadła przy mnie. Boska. Zakochała się. Bachus jej był wybrankiem. Kąpała się w pianie, głębokiej, kolorem błyszczącej się czerwieni. Jeżeli się zakocha ponownie, podniosę ją, przeniosę i nie ocenię. Boginie nie muszą być idealne. Ważne, że są. Ta może być ostatecznym wyzwaniem. I ja. Moim wyborem była Humulus z jej szyszkami, wilczyca, karmiąca, ubierająca, zapewniająca prawie komfort, nad ogniskiem, Westy, Penaty i Geniusza. Jest żółcią. Kasztanem, Jantarem. Innym kolorem błyszczącym, skrzącym.

Wczoraj poznałem inną historię, ledwie podsłuchaną. Dobroć, ponad moje zrozumienie. To nie jest mężczyzna, to jest Mąż. Dzisiaj wysłuchałem. Ona nie wie, że wiem, że wiedziałem. Czyta z ust. Temida. Niewidząca, słysząca. Anake. Widząca i niesłysząca. Wiedząca.

Kategorie
Chaos Toksyczny

Wreszcie prawdę

Nie rób tego, mój drogi nieznany. Tak mi się mówi bezgłośnie, gdy słucham rozmowy jego i dziwnej, ładnej. Prymitywnej. Nie takiej jak on. Wrażliwy i dobry. Kurwa. Rozczaruje się. Przepraszam. Nie uda się z tego nic wycisnąć. Rozmawiał potem z synem. Chce kupić obrączki. Pierdolnij się w czoło. Znam takie. Ty nieznany, raczej nie. Nic nie powiem. Będzie tragedia napompowanych warg i znieczulonych policzków. Pokazałem mu, co napisałem. Chyba wie. Prawdopodobnie rozumie, prawie i nie do końca.

Rozciąga się czas. Do granic pęknięcia. Byłem w moim mieście, gdzie nie mam już nic. Dni z dzieckiem, wieczory przyjaźni, noce z kobietami, których nigdy więcej nie spotkam. Poczułem się, jaki dawno temu byłem. Nie wiem, czy one widziały, że byłem nie taki. Zmuszony. Za dumny. Tak naprawdę, nie chce mi się. Dać. Dzielić zdecydowanie. To nie to samo. Oszukiwanie. Samotnie. Niezupełnie. Były ramiona i Pani. Myśląca. Może kiedyś. Pozwoli mi powiedzieć. Jesteśmy. Ty i ja?

Umieram. Minuta po sekundzie i kropki. Zjada mnie rak. Wiem, że to nie moja sprawa. Raczej jego. Bronię się. On jest silniejszy. Innym, razem, jednak ja. Tracę te przecinki i literki na pisanie o byle czym. O życiu. Które doceniam, i nie będzie na zawsze. Różaniec na szyi. W niczym nie pomoże. Bóg w którego wierzę i wiem, że go nie ma, także tak i nie ma mnie. Takie mam szachy. Gram z nikim. Mną, który się rozpadnie, na nic i Nic.

Wolno umieram, każdego dnia idę do pacy z żyjącymi trupami. Nie metafizycznie. Praktycznie. Ze smrodem ciał i upadłych dusz. Modlę się za nich. Ciężko. Oni się poddali i nie próbują. Ja. Nigdy mnie nie było. Jestem tylko, na ile mi wolno i na ile będę mógł. Oni nie. Są ludzcy, nie nieobecni, nienarodzeni, dusze dusz. Fałszem, który trwa od miliardów lat.

Podoba mi się, co napisałem. Wreszcie prawdę. Prawdziwie toksyczną. Prawda boli. Jak nic, bo tam niczego nie ma. Byłem tam. Wiem. Tam nie ma nic.

Kategorie
Brak Toksyczny Toksycznym

Spadaj

Przeszło mi. Przepraszam kochana. Nie mogę dłużej Cię kochać. Pozostaniesz Tą. Są inne, Te. Nie bardziej Takie. Innością podobne, innością Inne.

Nie mogę, bo nie jesteś ani moją, ni swoją. Zmieniasz się w kogoś, kogo nie znam i nie chcę poznać. I nie poznał bym, nawet przypadkowo. Poznałem, gdy byłaś na chwilę, tylko dla mnie. Tamta. Nie mam już twoich zdjęć w telefonie. Nie mam innych w zamian. Jest mi z tym dobrze. Przyjdzie czas na inne, Zdjęcia. Już nie Twoje. Odrobinę jest mi za Ciebie wstyd. To Twój wybór. Nie mogę oceniać. I ja nie jestem bez Wstydu.

Wiem, że nie powinienem, mogłem. Powiedzieć, co powiedziałem, napisać co napisałem, wysłać. Stało się. Ledwie się zbieram. Kotku malutki. Po miłości. Tej. Ta. Ty. Po popsuciu. Po lawinie. Niepotrzebnych liter. Walących się, od a, do zet. Jak dom z kart.

Bez ciebie nie było by mnie. Z teraz. Tamten przepadł. Szukam go. Niby jest, a nie ma. Wcale mi siebie nie brakuje, sprzed. Raczej czekam na w przód. Kiedyś doczekam się Ciebie, z przedtem, gdy obróci się koło czasu. Wtedy Cię przytulę. Bezsilnie. Nie mogę Cię kochać. Bo Ty nie kochasz siebie. Tylko udajesz. Że jesteś i będziesz. Spadaj. Spadaj malutka. W swoją otchłań i daleki kres.

Kategorie
Przyjemność Psychika

Na to czekam

Trzeźwieje mi umysł. Nie od procentów, od szaleństw, które i tak wiem, że popełnię ponownie. Te same i nie takie same. Bo przecież nie mogę przestać szukać nieznajdywanego. Które miałem i będę miał tuż, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyły cztery dni, z wiatrem w uszach, pędzenie przed siebie, na granicy równowagi, z czasem na ruchomą kontemplację, po ciążącym mi skurwysyństwie, w obie strony, dociera, rodzi i przeciera się świadomość. Wielokrotnie i według tego samego scenariusza, przejebałem. Nic na to nie poradzę. Za dużo, zawsze chcę i zbyt niecierpliwie.

Z niechęcią przyznaję się, że uczuciowo zbliżam się do letniości. Zimny raczej nigdy się nie stanę. Kilka razy sparzony, wiele razy podkładający ogień, nie dla ogrzania, dla fanaberii, nawet takiej okrutnej, staję się ostrożny. Nie lubię odpowiedzialności za moje i kogoś urażenie. Muszę być taki, nie raniąc, a tymczasem wolałbym się palić, nie tlić, jak popiół na wrześniowym ściernisku.

Jesień to wpływa na mnie? Ależ ja ją lubię najbardziej z pór roku. W zimie mi za zimo, latem za letnio, wiosną chlapa. Gdyby nie szarpiące wrzody, z których nie sposób się wyleczyć, jesień mogłaby dla mnie trwać wiecznie. Kolorami, grzybem, swetrem, owocami, seksem bez ślizgania się w lepkim pocie, gdy obejmują się komórki ocierającej się skóry o skórę.

Dojechał do nas nowy. Niegłupi, miły, grzeczny, ułożony. Zazdroszczę mu. Potrafi szukać namiętności w sieci. Nie tej oglądanej, która przypomina film o pracy tłoków silnika, ale umawianej na Badoo. Zazdroszczę, bo jak tak nie umiem. Brak człowieka odbiera mi radość poznawania. Pierwszych oddechów usta, wprost ust, gdy wiem. Wpatrywał się w ekran, jak ja z przymusu, on chętnie. Już mieli równoczesny orgazm. Gdy ja się męczę, stygnący. Wciąż się z tego cieszę, że nie odpuszczam, przedtem łzawo, potem, proszę, nie, tylko z przyzwyczajenia.

Oczekuję wybawienia, jak najszybszego. Tego sobie Najwyższy życzę. Już odbyłem karę, odpuść, mi poczucie winy i uczucie, które już dawno powinno umrzeć. Czekam na to.

Kategorie
Przyjemność Życie

Skoki

I got that feeling
That bad feeling that you don’t know
I don’t even know her but I hope that she comforts you tonight

Nobody here that keeps you in the shade and ever owned you
Some sentimental tears or someone else’s girl that drips away

But I somehow slowly love you
And wanna keep you the same
Well, I somehow slowly know you
And wanna keep you away

To fragment piosenki, którą dziś zagrał mi You Tube. Wsiadłem drugi raz, na rolki po miesiącu przerwy, i tu takie coś. Winny? Nie. Melodia wyjątkowo rozpieprzająca serce. Nie da się pić i skakać nad schodami. Nie, gdy nie ma się 20 lat. Ha! Da się! Rozpędziłem się. Po jednym piwie. Przeskoczyłem nad trawą, trochę metrów było, dziesięć? Z deptaka nad rzeką, na ulicę, różnica poziomów, tak ze dwa. Bez wywrotki i podpórki i zawiał mi w uszach wiatr, chociaż słuchałem muzyki. Pojechałem pędząc dalej, aż do drzwi domu. Prawie w ciemnościach. Co za przyjemność. Skok jak by mi pod dupą usiadł koń. Zadem. Konia trzeba puścić do przodu, nie ciągnąc. Gdy się pociągnie cugle, koń na chwilę przystaje i albo się zwali, zazwyczaj w bok, kierowany, albo wyskoczy. Jak z procy. I tak mi się udało, na kręcących się kółkach. Ugięcie kolan. Nic pode mną. Usiadłem. To nigdy wcześniej mi się nie udało. Zadzwoniłem do Margo, Amazonki. Latałeś? Tak! Asfalt zamiast strzemion? Kurwa. Boże. Tak. Szczęściarz. Ustałeś? Popłynąłem! Jak gdyby tak miało być. Szczęśliwy? Tak, Gośka. Tak. Następnym razem połamiesz kości. Możliwe.

Dla nie wtajemniczonych. Przeskakując przeszkodę na rolkach, rozpędzamy się. Podskakujemy, nie przeskakujemy i lądujemy za przeszkodą. Koń przeskakuje jak człowiek. W dół skacząc, musimy się wychylić w przód. Możemy jednak inaczej. Jak skok w dal. Prosto. Lekko. Góra ciała do przodu, dół w tył. Tak skacze koń, zatrzymany przed przeszkodą. Tuż przed nią unosimy się nad koniem. Gdy skaczemy w dół, wychylamy się do tyłu, pomagając, potem w skoku pochylamy się nad koniem i pomagamy mu złapać równowagę. Jesteśmy zupełnie bez oparcia. Ja sobie pomagam. Zaciskam kolana. Próbuję trzymać nimi siodło. Jestem chujowym jeźdźcem. Zawsze za płytko siedzę i nie dość prosto. Koń ma cztery nogi. Chodzi naprzemiennie. Jakby dwóch ludzi. Lekko zawianych. Jeden za drugim. Podskakujących. Musimy wymusić na koniu tylne raz i przednie dwa. Wychył w tył. Koń leci, siadamy. Jak nie, to albo koń się przewróci, albo nas zrzuci. Kiedyś tak wyleciałem. Ał. Bolało.

W czwartek wyląduję w Warszawie. Moja córka skończy pięć lat. Do Krakowa nie wiem? Bla bla car, pociąg, wynajmę samochód? Stać mnie. Szybko się pozbierałem. Chyba pierwszy raz podziękowałem szczerze Bogu. Wreszcie znowu, zarabiam na dzieci i na kochanie, które staje się ideą. Ideą niedostatku. Córka chce sukienkę elegancką, co w jej wieku i jej języku oznacza księżniczkowy strój. Jest taki sklep. Kupię jej też rolki, może poskacze ze mną?

Dobrze robi mi ta Belgia. Na serce, głowę, zdrowie i kieszeń. Jeszce się w niej zakocham.

Kategorie
Uczucia Życie

List

To jest, taki krótki list. Z frontu, do Ciebie i mnie. Którego nie wolno mi wysłać. Już raz straszyłaś konsekwentnie. Zapamiętałem. Nic Ci nie zrobiłem. Nie mógł bym, nikomu. Poza czasem pomocy, wymagającym poświecenia duszy i rozumu. Będę spalany w piekle. Za to, że mi nie nakazano, że sam wybrałem. Kiedyś. Poczułem się jak zbrodniarz, morderca i chłam. Stałem. Udawałem że odszedłem. Wróciłem. Siedziałem do rana. Widziałem Cię w oknie. Widzialem Cię zza węgła, ostatni raz. Poszedłem w to, co, czym, jestem teraz.

Wiem gdzie mieszkasz, znam adres. Nie mogę tam przyjść. Nie mogę wysłać. Jednak. Wśród Twoich znajomych mam szpiegów. Przyjaciół także. Do granicy. Zdradzili mi punkt kontaktu. Nie powiedzą nic o Tobie. Za to ich lubię. Są Twoi. Nie będziesz wiedziała, że to oni. Wysyłali Ci wiadomości. Powiedzieli mi wczoraj. Nie podoba mi się to. Przechodzą na moją stronę. Na Naszą. Nie wiem po co? Skoro kochając, nie kochasz. Boisz się. Mniej więcej jesteśmy w tym samym miejscu. Gotuję Ci obiad, bezmięsny. Sobie. Sam go zjem, mogłabyś spróbować. Nie będzie ostry. Nie paliliśmy trawy razem. Tylko razem byliśmy intymni.

Bezgraniczność oddania. Nikt Cię nigdy nie umiłuje, jak ja. Wiesz. Powolną rzeczy sprawą, mojego nic nie znaczącego, rób to, masz to w sobie. Nie oddawaj. Co by się stało, gdyby Bóg pokazał mi co możesz, co chcesz. I powiedział by. To jeszcze nie teraz. Potem? Powiedział, tak. Niedługo.

Nie jesteś pięknem. Jesteś normalna. Odmieńcem. Jakim jestem. Moja szansa. Twoja. Będziesz wielka, jak ja, którym się nie stałem. Na miarę siebie i mirry.

Kategorie
Chaos Toksyczny Uczucia

Niechybnie

Znowu mam wszystko w dupie. Prawie. Pozostawiam sobie margines. Na czyjeś błędy. Jestem zbyt szczery, mimo udawania mocy, by nie wiedziano kim jestem. Wcale nie taki słaby. Byle mnie nie prowokować, dręczyć i poniżać. Wtedy budzi się we mnie demon. I budzi się, czuję, go. Niepowstrzymywalny. Drugie ja. Nie boję się odrzucenia, nie raz się tak już działo. Ostatnie przyparły mnie do muru, do mrozu, głodu i mieszkania w lochu pod Rynkiem, gdzie przynajmniej mogłem bezpiecznie przetrwać. Ja też odrzucałem. Jednak, mimo, nie niszcząc uplecionych żywotów, w których przypadkiem się zaplątałem. Nawet urodzeniem, rodziną i przyjaźnią. Przypadkowością. Nie odrzucam szczerości, najgorszych wad, gdy są nierozwiązywalne. Kłaniam się bezradności, jak należy robić to, gdy ktoś nie może. Naturalnie. Rodzi się taki, taki spotkał go podcinający lot, niespodziewany, wypadkowo zdarzający się cios.

Lepsze najmniejsze szczęście niż niespełniona miłość? Przepraszam, nie. Nie dla mnie. A gdy to my będziemy tym najmniejszym, to co? Nie chcę tego poznać. Dla tego wypierdoliłem z Kazimierzowskiej knajpy w amoku, gdy dopadł mnie pourazowy stres. To było lepsze niż to, co mogło się stać. Spróbujcie powstrzymać szaleństwo. Ja i Czyjś wstyd. Niezapomniany. Do ziemia Ci lekką była. Nie chcę namiastki, chcę pełni. Kocham kogo chcę, jak chcę. Mam prawo do nienawiści. Obojętności. Własnej i czyjejś. Wolę cierpieć, własnym bólem, niż oddać to co moje, nawet niespełnienie. Chcę pełni szczęśliwości.

Mówię prawdę, najgorszą. Nie jest to jednak nigdy, prawda oczyszczona. Destylowana. Ostateczna. Nie udało się. Powiedziałem. Nie udało się. Usłyszałem. Pomiędzy powiedziałem i usłyszałem, był dystans większy niż pomiędzy galaktykami. Naszym wiekiem. Tej o uczuciu, mój o przecinaniu żył. Teraz to ja mam to w dupie. Bo jest coś ponad, nie udało się. Nie chcę aby się udało. To zabiera chęć chęci. Mnie też.

Nie mam wyjścia, muszę się ruszyć. Jak Bruno. Niechybnie. Do Tarczy. Popierdolenie. Mnie dalej nic. Mam to… Toksycznie. Bo nie wolno mówić prawdy.

Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Uczucia Życie

Ruina

No i staje się. Ginie mi gdzieś uczucie gwałtownie. Coraz rzadziej, gdy o Niej myślę, wiruje mi w głowie i w bezdechu słabnie serce, wyrywając się i krzycząc; zrób coś, nawet wbrew sobie, ale nie pozwól mi się tak męczyć, w spragnieni. Głodzisz mnie! No zrób. Jest piękna dziewczyna, dwie ulice dalej, czekająca jeszcze. Jest tyle innych! Głowa nie staje się nagle pustkowiem, z oazą jedyną, monopolowego stoiska i momentem zapomnienia. Do następnego, zawirowania, gdy ziemia wyrywie się spod nóg. Na trzeźwo. Jak choroba. Koszmar, majak. Żal mi tego. Starczyło by na wieczność, wyczerpuje się banalnie. Spokojniej. Nie mniej gorączkowo, ale zmysłów już nie tracę tak często.

Pojawia się jakaś pustka. Której dotąd nigdy nie doznałem. Ciężkawa i smutna. I ona zniknie. Za dobrze znam siebie. Obrzydzę sobie Tą, jak Inne. Dotąd nawet myślą jej nie obraziłem. Nie ma za co. Ale skurwysyn we mnie się budzi. Znajdę jakiś powód, jakieś niedostatki. I pójdzie. Odejdzie w szereg, rzadko wspominanych. Szkoda. Wiem, że to była miłość niepokorna, uzależniająca i mocna. I rozumiejąca. Dużo. Za dużo. Strachu. Tak jak powinno się kochać. Tylko raz. Było warto. Dlatego się męczę. Bez końca, bez początku. A byłem pewny, że to już wcześniej się stało.

Stałem dzisiaj przed domem w Mass Mechelen, małym miasteczku, niedalekim. Ruina. Kiedyś piękny. Umarły. Jak widmo, a był środek dnia. To ten ze zdjęcia. Przypomniałem sobie rodzinę, której ja nie chcę, równie jak oni mnie i naszą ruinę. Którą ciągnąłem jak kulę przy nodze, w każdej prawie minucie. Dotąd. Niedostosowanie, tylko udawanie, niech nikt się nie dowie. Jacy jesteśmy, jaki ja. Mam ochotę zostać tu na zawsze. Tęsknię, ale tyle lat przeżyłem poza Polską, że nawet nie wiem. Gdzie jest moje miejsce? Tylko tam, gdzie jestem. Tym razem uciekłem. Powracam kryjąc się, śpieszniej uciekam ponownie. Niedługo znowu przyjadę. Będę rozglądał się uważnie. Po to by zejść z oczu, prawie każdej znajomej twarzy. Czy Bóg może wie, czy jestem wciąż normalny? Czy wariatem się stałem, zwyczajnym? Pytam, bo nie wiem, czy Bóg mi to powie? Nie odpowie.

Ten dom, upadły, próchniejący, jest jak ja. Ja gnijący jak on, stojąc wciąż, lekko przekrzywiony i nie zawalę się, będąc tego świadom. Mnie nie będzie, a pozostawię krzywdy, żale i kolejne pokolenie, które pragnąłem uczynić odwrotnym. Moją nadzieją jest tylko jedno. Że zapamiętają mnie nie poddającym, przekornie, bo nie podoba mi się ten świat. Gdzie wewnętrznie eksploduję, nie tylko uczuciem miłosnym. Raczej świadomie. Ze niesprawiedliwi są pewni, że żyją godnie. Upadli, nigdy nie powstali, że to ich wina, sprawiedliwa. Niewinni są.

Przejebany rok. Zbliża się łaskawie, do pierdolonego końca. Rok kłamstw, propagandy wirusa, robienia z Nas głupców, nieodpowiedzialnych, niedojrzałych, nie dość solidarnych. Ja sobie go przejebałem osobiście. Nie pierwszy. Innym przejebano go wbrew ich woli. Czy kogoś obchodzi ile dzieci umiera każdego dnia z głodu? Ilu ludzi? Czy kogoś to interesuje ile talentów, prawdopodobnych, ginie, nawet nie splunąć? Czy kogoś interesują matki rodzące, zaraz umarłe dzieci. Czy kogoś interesują dzieci, patrzące na umierające matki, gdy powinny o nie dbać?

Zrujnowany dom, gdzie pleśń wadzi się z robactwem, kto jest jego panem i ostatecznie przeniosą się dalej.

Kategorie
Praca Psychika Religia Życie

Gambia

Stoję nad rzeką Gambią. Stałem nad Driną, Miliacką, nad Wjosą. Czy ja zawsze muszę pomagać muzułmanom? Ja, katolicki fundamentalista. Grzeszący i spowiadający się i robiący zawsze, to samo. Nie umiem nawracać. MAM TO W DUPIE. Tylko grzecznie tłumaczę. Nie ogniem i mieczem. Śmiechem. Łzami współczucia. To zawsze są jaja. Oni swoje, ja kompletnie nic.

Co z tymi rzekami? Wpatruję się w nie od zawsze. Mojego zawsze. Do kresu tak się będę wpatrywał. Mojego kresu. Pantha rhei. Πάντα ῥε. Nie mogłem zapamiętać cyrylicy, a greckiego alfabetu nauczyłem się kiedyś w jeden dzień. Byłem achajskim niewolnikiem w Rzymie, w którym nigdy się nie gubię? Wcześni chrześcijanie dopuszczali reikarnację. A potrafię w Krakowie. Moim, już nie moim, mieście. Jak w Londynie. Moim mieście. Na zawsze, pochowałem tam pierwszą córkę. Olgę. Islington and Saint Pantcras. W Kwaterze Niewiniątek. Czeka na mnie. Doczeka się. Kupiłem obok grób. Będziemy tam odpoczywać. Wygnany i wiecznie niedopieszczona. Mogę godzinami patrzeć na płynącą wodę. Nawet z kranu, pod strumień wkładając stopy. Bo Wodnik? Prawie Ryba. Ona znała tylko płodową. Nie poznała oddechu. Jej nie było dane. Choć modlitwą wtedy wydymałem Matkę Boską. W każdą dziurkę. Prawie się zesrałem z tego błagania o życie.

Ta Gambia to jest niezwykła. Grzeczna i trochę przypomina mi Polskę. Tamtą. Nie tą, za którą ciężko mi oddać nawet naskórek. Za ludzi nie oddam nic. Polskę, gdy byłem Polakiem. Nie kimś, kim nawet nigdy nie byłem. Białym. To nagrałem na telefonie. Reszta to bełkot. Lekki wstyd.

Charlie dał mi kawałek tutejszego chleba. Podpłomyk, najbliżej do smaku, który znam. Nie będzie Safari. Powiedziałem nie. Śpię w samochodzie. Oddam za hotel na jego szkołę. Jest kurwa naprawdę gorącą. Samochód max klimatyzacja. Ja się pocę, jak kurwiszcze w konfesjonale. Bandżul. Parę godzin i powrót. Musiałem przejechać kawał drogi. Zobaczyć katedrę, gdzie JP II zechciał się pojawić. Nie katedra, ledwie kościół. Polak? Aż im się pokazały idealne zęby. Jezu. To nie chyba tak miło być? Pamiętam Singapur i wilgoć. Tutaj jest upał suchy, od kilku, podobno, dni, wali z serca Afryki. Miało znad oceanu. To mały, naprawdę mały kraj. Ale zioło mają dobre. Na pewno nie zabraniał tego ich Allach. Nie zabrania mój Bóg. Palimy. Pytają czy przekłuwanie twarzy boli? Mnie boli serce. Z miłości. Miałem tu nie być sam. Boli. Tylko na czas kłucia. Potem zanika. Mam internet w telefonie. Słuchamy, co tylko chcemy. Przyszły kobiety. Nie. Wasz kolor? Znam. Posmakowałem. Chcesz? Ile masz lat? 15. Oj. Jestem duchowo zamężny.

Gdzie mnie znowu wyniosło? Tylko powiedziałem, że znam kogoś, kto tutaj mieszkał. Nieprawda, bo znam z opowieści, znam tylko kogoś, kto tu był. I może jeszcze będzie. I Belgia wysłała mnie na przeszpiegi. Też nieprawda, to był wybieg. Przyleciałem zobaczyć, czy interes kwitnie. Dla szkół, które będą jak oxfordy afrykańskich pustyń. Nie belgijskie firmy, przyjaźniejsze niż chińskie. Niemniej jednak, tylko dla profitu. Nie to czego ja chcę i chcą radni starszych. I mają rację. Tylko nie zdają sobie sprawy biedacy, że wszystko się zmieni. To już nie będą ich następne pokolenia. Chcą wiedzy. Madrości i przyszłości. Ja się martwię. To nie jest rozwinięta kultura. Japonia i inny shit. Rozjebią ich i rozrolują. Potem będą szukać tożsamości. W Islamie tego nie znajdą. Na emigracji nawet się nie poznają.

Ja w tym? Odpokutuję nawet drobne przewinienia. Katolicko i muzłumańsko. Z różańcami ich i moim. Nade wszystko, wali mnie jak. Kogo to kurwa naprawdę obchodzi? Jak ważne. Ważniejsze dla kogo. Dla tych dzieci tutaj? O tak!

Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Kategorie
Uczucia Życie

Komplementy

To ty jesteś dziwny. Oni wyglądają na swój wiek. Zdziadzieli. Taki usłyszałem komplement, nie komplement, komunikat, z ust mojego towarzysza, współlokatora, pracy i jazdy do niej, gdy skomentowałem Nowych na budowie, mniej więcej w moim wieku.

Przypomniałem sobie inne komplementy i ich inną dziwność. Ta stwierdziła, że pachnę jak jej, chyba matka, babka, ale nie ma w tym nic złego. Przypuszczam, że zapach brał się z płynu do kąpieli, dla dzieci, z księżniczkami na butelce, który podkradałem. Niesamowicie się pienił, ledwie mieścił się w wannie, po kilku pompowaniach i lakieru, mojej byłej, partnerki, z którą latami dzieliliśmy dużo, ale nie wspólne życie i łoże. Dwie tury. Ponad dwadzieścia lat, jedna od drugiej. Potem, wreszcie tylko szkiełko z zygotą. Ta nie usłyszała tego, co odpowiedziałem jej w duchu. Pachniesz wszędzie kobietą, ale twoje usta dziecinnie, jak mojej córki, tego samego imienia i jest w tym coś chyba złego, dla mnie, co nie pozwala mi Cię pocałować spontanicznie i gdy siedzisz na mnie okrakiem, na kolanach lub leżąc, nam ochotę się oswobodzić, czując Twój oddech. Zagadywałem. Uciekałem do innych Twoich warg. Choć kocham Cię bezgranicznie, mam w głowie tylko jedno. Pan to jest może? Pedofil. Tak nazwał mnie lekarz, dozujący mi chemię, zabójcę, zabójczego raka, komu o Tej się zwierzyłem. Zapytał z uśmiechem, perwersyjnie sardonicznym, jak to się robi? Od dawna pełnoletnia. Gdyby nie niemoc i sączące się płyny, rurkami do moich żył, rozjebał bym mu ten uśmiech, w drobny mak. Kiedyś dam mu po gębie. Nie wiem, jestem jaki jestem. Tylko to. Pierdolony głupiec. Tak kurwa jego mać, z Tą dzielił nas odstęp czasu, nie zboczenie. Ale ten zapach nie znika mi odtąd z pamięci. To mnie przerażało. Dotąd przeraża. Potem mogłem ją całować tylko, gdy pililiśmy i czasem zapaliła papierosa. I może taki tylko jeden wieczór, gdy zobaczyłem ją na scenie i jej talent zaskoczył mnie, mimo wiedzy, że go ma. Chciałem ją unieść do samych wrót Raju. A zaplątał mi się pocałunek, między nami, w mojego płaszcza, wysokim, wełną szorstkim kołnierzu. Rozczochrała mi włosy. Byłem najbliżej od Ziemi, na orbicie Marsa. Nie przeszkadza Ci to, że jestem starszy? Mam to w dupie. Lubisz, że jestem młodsza? Lubisz? Kurwa! Trochę tak. A naprawdę? Nie! Zmusiła mnie do polubienia Mary Spolsky. Nie byłem miłym panem do poznania. A ja to przecież to Sex, Drugs and Industrial. Jeb i Muza. Wolałbym abyś nie była aż tak młodsza. Twój wiek to nie fetysz. Anty. Nie pachę już tak. Nie zapachnę aż do sosnowej deski. Nic złego w tym nie znajdziesz. Może potem zapachnę żywicznie? Nie udało nam wspólnie. Teraz udaje się nie jej, ale będzie. Udaje się mnie. Razem byłoby pół na pół.

Mój Ojciec. Już wiem dlaczego podobasz się kobietom. Kobiety to nie jest wyzwanie. Ja ocieram się o ludzi Tato. Wióry czasami lecą. Nie. Ty jesteś miękki i twardy. Nie Ojcze, jestem takim, jakim zawsze powinieneś być. Tylko nie starcza Ci wolności, zabierasz ją sobie. Jebanie i rżnięcie, to nie jest poznanie. Tylko Tobie się wydaje, że coś masz. A tylko masz Nic. Tylko chwile. Tyleż oczywiste, jak rano z kobietami, które tylko czekają na na powrót do domu. Gdyby chciały, zostały by na długo. Jak ze mną zostają, nie dając mi spokoju. Ludzie Tato. Ludzie.

Przypominając, dojechaliśmy do sklepu. Maseczki, wycieranie wózków, płyn jak spirytus. Wcierać w dłonie, czy pić? Wewnętrznie może być skuteczniejszy? Wychodząc za wcześnie, zdjąłem gówno z mordy. W Belgii to mond lub mord masker. Dziewczyna przy drzwiach wykonała gest okrężny wokół twarzy. Przeprosiłem. Duszę się w tym. A ona, że podobają się jej moje snake bajty. Przystanąłem, też je masz? Maska w dół. Miała. Mnie też się podobasz. I tak nawiązała się rozmowa. Od węża do słowa. Idziemy razem na koncert. Pa. Pa. To pa. Pa. Pędem wyjechałem wózkiem na parking. Jest siódma. Trzeba wracać. Po chwili stop. Obiecałem domownikom pizzę. Zapomniałem o pergaminie. Nie da się inaczej bez niego w zwykłym piekarniku. W tył zwrot. Kobieta, już nie dziewczyna, przy kasie, coś powiedziała po holendersku i znalazłem się pierwszy w kolejce. Dziękuję, a ona coś szepcze. Nie rozumiem. Szum. Powtarza. Jesteś bardzo interesujący. Thanks. Już nie pędziłem, wystrzeliło mnie do samochodu.

Pozostaje mi okablować się w pracy. Naelektryzować. W miejscu wypoczynku najebiemy się, jak co weekend, jak psy. Tanią wódką z Niemiec. Poza tym oczy w dół. Wypierdoliłem z Polski, bo się zakochałem, miłością może odwzajemnianą, ale wystraszoną. Ja Tą, Ta mnie. I tak zakończył się dzień komplementów. Wzajemnie, nie odwzajemnionych.

Kategorie
Praca Psychika Życie

Wdowa

Znowu nie śpię. Śnię w na wpół czuwaniu. O trzeciej w nocy dotarło do mnie, że przestaję kochać człowieka, zaczynam pamięć. Najdroższa mi wdowa, wyznała mi, gdy zapytałem o jej męża i najbliższego mojemu sercu trupa, czy wciąż go kocha. Odpowiedziała, że tak. Już tylko pamięta, uczucie, nie jego jako powód i obiekt. To daje jej siłę. Znosić długowieczność. Ale pamięta też inne miłości. Które wyblakły i którym nawet zapalała świeczki na grobach.

Dziecko. Ja też byłam młoda. Nie chciałam i nie byłam niewinna. Miała ten uśmiech. Nie niewinny. Nie ośmieliłem się dopytywać, ile ich było. Rozmowa toczyła się dalej. A ty? W liczbach, czy uczuciach? W uczuciach marnie, w liczbach plennie. Pamiętasz przynajmniej imiona? Niektóre. Bardziej głosy, ciała, zapach, zdania. I najdziwniejsza rzecz. Nie były przedmiotowe. Były kobietami. Świętymi kobietami. Czasami świętymi kurwami, za które płaciłem walutą nocy i dni, nie złotych, funtów czy dolarów. Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nigdy go nie zdradziłaś. Nie klnij. Nigdy? A skąd to wiesz? Zapytała mnie starożytna wdowa. No tak, macie więcej partnerów niż się przyznajecie. Kiwnęła głową. Ale ty radzisz sobie zupełnie dobrze. Tylko uważaj, nie przegap którejś, którą będzie trudno statystycznie zapomnieć. Moja wdowa była księgową. Babka. Nie dowiem się pewnie nigdy, czy krzyczała: mocniej, nie przestawaj… Wiedziała co mówi. I tak toczyły się nasze rozmowy, gdy po złamaniu biodra, gotowałem dla niej rozgotowanie, bezzębne makarony. Gdy gra w karty bywała mniej męcząca niż seriale, od rana do wieczora. Młody Papież. Kilkakrotnie. Tylko z przerwą na drzemkę i obiad. Wracając. Idąc za ręce. Ja tyłem, wdowa patrząc w moje oczy. Ledwie, że ledwie. Już tak nie chodzi. Odkąd mnie nie ma, prawie wcale nie wstaje.

Powyższe pisałem wczoraj. Dzisiaj jest znowu. Wpół czuwanie. Piszę więcej. Nie tego bloga. Ten jest jedynie chwilką. Którą naprawdę bardzo lubię. Nie mogę zupełnie nie spać. Nie jestem Bonaparte. I chyba dobrze. Tak, tak, tak. Dobrze. Dobranoc, czeka mnie praca i mam nadzieję, wielu też. O wdowich wspomnieniach dowiecie się sami, chyba, że je już znacie.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.