Kategorie
Praca Życie

Lampy

Mam jeszcze dwadzieścia minut zanim zasnę. Nie na zawsze. Na kilka krótkich godzin. Od rana będę przykręcał lampy. Dziesięć godzin. Znowu pobudka czwarta rano, czas na kilka zdań do napisania i kawę, której nie wolno mi pić. I na zdjęcia Moich i Tej, które jej podkradam. Mnóstwo jej wszędzie. Nie śledzę jej przecież. Dzisiaj pożyczę jej najsłodszych snów i miłości w ramionach kogokolwiek. Niekoniecznie moich. Byleby była szczęśliwa. Miła.

Znowu wmusiłem w siebie mięso. Prawie rzygałem. Te nici mięśniowe, trzymające się każdej przestrzeni zębowej. Szczotkuję i mam je gdzieś nadal, w przełyku. Popijam rumem z colą. Taki tani, niemiecki rum. Cola, to coca, bez przyjemności. Bez wzlotów. Muszę jeść. Sam już nie wiem co, bo zanikam. Ta praca jest czasem cięższa niż granit. Chociaż, przecież ją lubię. Kupię jakieś mikstury i będzie dobrze.

Wymyłem się. Pachnę jak Adonis, się uśmiechający. Mój imiennik już zasnął. Pokój ma zapach niepranych skarpetek, od lat. Może to nie mięso, tylko on? Nie, to mięso, smród mogę znieść. Wozi mnie do pracy, bohatersko. Ja też go wożę, ale za dużo wypijam i on to wie. Nie mruga, nie jest zły na mnie. Wie, że pojebałem sobie życie, na krótko, i czekam na inny, życia początek. Chyba, że już był? I uczy mnie, tej roboty. Nie wie, że jest jak ja kiedyś i mój jedyny przyjaciel. Nie daję rady. Śmieję się z niego i z siebie samego. Jak w szkole, gdy ktoś mnie pytał, czy rozumiem. Nie, niestety nie. Nie pozbyłem się tej, gówniarskiej przypadłości. Mówi jedź to mięcho, nabierzesz siły. A potem się dziwi, że je jem. Wczoraj rozbawił mnie pewien Belg, z wyglądem arabskim. Myślał, że pewien mój kolega z pracy, jest ode mnie starszy. Jest młodszy, czternaście lat. Może brak mięsa mi służy?

Od jutra, na jakiś czas, znowu nie będę popijał. Tym bardziej, że dostałem coś, do? Palenia. Haszową grudkę. Wypalę ją sam, w towarzystwie pijących mężczyzn. Kupię sobie słodkie mandarynki. Nie ma nic bardziej rozluźniającego, niż mandarynki i haszysz. Gdyby był, to plus sex. Pogadam z nimi, może nie zauważą? Że to będzie rozmowa z sobą, szczera.

Czas na sen. Juro lampy. Nie mogę się doczekać…

Kategorie
Psychika

Na całe płuca

I co Ci napiszę? No jestem znów w moim nowym, nie moim domu. Zachwyca mnie Belgia, bardziej niż bym chciał. Miałem spacer poranny, mimo picia nocnego. Wybijał mi kościół godziny, jak mariacki, by mi grał. Moza, jak Tamiza i Wisła. Nabrałem oddechu, całe płuca. Aż po brzuch. Uciekinier.

Dobrze mi. Daleko od miasta, które jest moim i w którym, nie muszę poszukiwać i nie muszę się ukrywać. Nie mieszkać, w wynajętym na kilka dni, hotelowym pokoju. Po to by tam jechać i pobyć sam. By się upić z garsteczką przyjaciół i pisać i czekać. Na nic. Na Tą, która mniej niż kilometr mieszkała i którą mógłbym zobaczyć, gdybym poczekał. Nie mógłbym. Przyrzekłem. I tak już musiało być.

Mam tych ludzi tutaj, których lubię. Dobrych. Ja zmieniam ich, oni zmieniają mnie. Dobrych jak wypieczony chleb. Z masłem. Tak dobrych, że aż mi się robi za niedobrze. Słodcy są, miodem polskim. Tak mi zwyczajnym, swojsko moim, przetrwalnym, pełnym nadziei i złocistym. A nawet nie lubię miodu.

Zasiedli rano do książek. Po śniadaniu. Siedzą i czytają. Bokiem swym, w boki, obok jeden, drugiego. Widok to najurokliwszy. Polski robotnik, w kraju obcym, czytający jak mnich. Inteligent. Cisza zupełna. Ja piszę. Nie przeszkadzamy sobie wcale. Czy ja do raju trafiłem? Nie wydaje mi się to? Czad!

Mamy nieustawialną antenę NC+. Chcemy zobaczyć mecz. Niech ustawiają, ja wymyję garnki. Gotuje się rosół. Powoli. Pachnie. Wonnie. Dzwoniła Margo. Mam dla niej prezent, jak dla Tej. Dla Margo bursztyny, dla Tej były róże, zaklęte w ołowiu. Obawiam się, że oba zostaną u mnie. Po Kresowy kres. Dam ciotce. Pochawli gust. Tej nie mogłem dać, a by jednak chciała. Margo nie mogę. Jeszce więcej by się spodziewała, za dużo. Jakoś się muszę z tego wywinąć. I jeszcze myślę o tej pani. Z Bunkra, przepiękna. Uśmiech, grzeczność i prawdopodobny, gorący fuck. Może bym o tych zapomniał? Ta, nie Ta, z Bunkra pani ma ramiona jak Wenus i myślę, że może jest lepsza niż te? Niż wszystkie? Nie wiem. Staram się nie być nieobojętny. Nie zimny, jak lód? Jak nic? Wzywa mnie wieża na mszę. Protestancko. Wyzywająco. Nie pójdę.

Dalej zakochany. Jak pierwszego? Nie. Drugiego dnia. Im więcej czasu bez siebie spędzamy, tym będzie więcej do opowiadania. Bo pewnie kiedyś tak będzie. I zamknę to, tutaj pisanie. I będę cię, Ty wiesz… I nigdy Ci o nim nie powiem, że pisałem o Tobie. Moja. Miennes. Ma.

Kategorie
Toksyczny Życie

Nuta

O rany boskie, święte. Moja matka w szpitalu. Nie ta rodzicielka, ta prawdziwa, babcia. Miała mieć wylew. Tylko odwodniona. Moje życie, żyjesz. Nie mogłem spać, tej nocy. Nie przyszłaś do mnie. Nie nawiedziłaś, najdroższa z najdroższych. Gdybyś miała odejść, przyszłabyś w pełni swojej, moja najbardziej z najbardziej kobieto. Powiedziałaś by niewiasto. Jak Cię widziałem, mając osiemnaście lat. Gdyś tak skoczyła i leciała ku mnie, jakbym to nie ja osiągał dorosłość, tylko Ty. Piękność moja. Tatarko z zielono-brązowymi oczami. Nie siwa, lecz rudo-blond. Silna i mocna, nie słaba, leżąca, bo nie ma nad Tobą kto zakląć. Wstawaj i idź. Ugotowałbym Ci obiad. Ty byś wstała, ja podał bym Ci, co chciałaś, jak byś nie w domu była, ale tysiąć gwiazdkowo. Rozgotowane, ale ładne.

Żyjesz. Świat w błękicie nie zabrał mi Ciebie, choć za życia już Cię nie zobaczę. Moja, moja najulubieńsza, moja źrenico, moje oko, moja szyjo, moja, moja Pani. Nie tych córek, któreś rodziła, ale syna, którym się stałem, Ciebie niegodnym. Wiosno moja.

Byłem tam, na Wrocławskiej. Kłóciłem się. Nie pozwolili mi wejść. Chciałem im dać pieniądze, co miałem, nie wzięli. Nie zrozumieli, że to jedyny raz, gdy mógłbym Cię pocałować, w czoło chłodne. Jak Cię zamkną w domu, nie oddam Ci hołdu. W tamtym reżimie, mnie nie wolno tam być. Córka Twoja powiedziała, zostaw moją rodzinę. Ciebie, zazdrosna.

Chciałem Ci powiedzieć, że pięknie się modlę. Za Ciebie, wszystkich i czasem za siebie. Abym wytrwał mocny. Bo lękam się mamo, że nawet nie wiem, czy kocham upornie, czy kocham na złość. A zawsze chciałaś dla mnie, po prostu dobrze. Bo kochać naprawdę, to praca, ciężka i jak byś widziała moje starania, to byś wiedziała, że ja, to nie zawsze ja. Kocham Tą, jak Ciebie. Chociaż wybrałbym, wiesz kogo, gdybyś nie była już moja.

Nie powiem Twojej córce, że przebaczam, matko. Wiem jak bardzo tego chcesz. Tak się bałem, że córka już się szykuje na sprzedaż, cokolwiek po sobie pozostawisz, a ja napluję jej, pogrzebowo w twarz. I jej mężowi, temu, którego nie lubisz, tak samo jak wszyscy. Bo buc to zawsze będzie. No buc. Tylko powiedziałem prawdę.

Pakuję się. W tym hotelu. Trochę daleko od Ciebie, ale wiem, że znowu będziesz Ptakiem z popiołów i jego pazurem. Łatwiej mi, bo wiem, że jesteś i proszę bądź. Matko, babciu, kobieto, bogini, nuto moich słów. Nuto.

Kategorie
Uczucia Życie

Sens

Nici ze spania. Przed hotelem pojawiły się dwa autobusy. Jeden pełen pieśniarek ukraińskich. Chóralnych. Nocnych. Momentami nieźle im idzie. Tylko że, ich mać, momentami. Dumki zawywają, albo coś cerkiewnego. Niesie się to echem. Mam wprawdzie baterię piw i klamkę w oknie. Przecież tego dla spokoju nie wypiję, ani się nie powieszę, twarzą przy szybie. Niech śpiewają.

Zrobiłem już prawie porządek z tym blogiem. Napoprawiałem. Mocno się przeraziłem, czytając go od początku. Ileż we mnie goryczy, żalu i smutku? Nie wiedziałem. Przecież ja na to, nigdy nie zważałem. Może to nie ja, to pisałem? Niestety ja. Poznaję styl.

Ja prawie zawsze się uśmiecham, nawet przez łzy. Bywam wściekły, miewam kamienną twarz, ale na krótko. Nawet katorgę miłości, przegapionych szans i czynów wstydliwych, gorszących i złych, zadanych sobie razów, walk ze sobą, eksperymentów całkiem niepotrzebnych, traktuję z dystansem. To miał być tylko sposób na czucie, mocniejsze i wyraźniejsze. Nie jakiś ból i płacz. Czyiś i mój.

Kiedy ja się nauczyłem narzekać? Jestem dla siebie wzorem optymizmu. Każdemu powiem, że będzie dobrze, nawet to wytłumaczę, opiszę i wyłożę, jak kawę na stół. Sobie fatalizm? Innym kojenie? A potem walę na oślep, w niego pięścią?

Ja wiele nie potrzebuję. Odrobiny zrozumienia. Nie przypierdalania się. Braku tresury. Nie naciskania. Rób, rób… Nie, rób co chcesz, jak chcesz, to rób. Kilku słów miłych, uczciwych. Może pochwały, dziękuję i jakiegoś kocham cię. Nie tylko siebie kochania, ale mnie też. Mimo wszystko.

Dziwnie mi, po tym czytaniu. Starzeję się, a zmieniam nieustannie. Wciąż jednak ten sam. Mam zapas tego, co chciałem i nie zrobiłem. Z tego zapasu, czerpię jak wodę ze studni i idę, i pcham, czasem wzlatam. To aż tak źle?

Przecież nie chcę być inny. Nie umiem. Jestem toksyczny, bo jestem prawdziwy. Bo mówię i słucham i chcę pozostać wolny? Czy to tak trudno zrozumieć. Wolność to nie anarchia. Być może chaos. Ale czy nie jest nim życie. Gdyby nie było, dlaczego od zawsze, tak usilnie starano się go porządkować? Trawa za wysoka, zbyt dziki las, rzeka nie płynie równo, szereg nie zwarty, wiara za płytka, słowa niejasne, ambicja za duża, albo jej brak?

Czym ja się tak przejmuję. Po co piszę. Po co się staram? Po co inni się starają? Powinienem przestać? Tylko, że tak słucham tych wywodów o prawie wyboru. Czy ja zabraniam nie wierzyć? Odmawiam zmian, prac, zajęć, dróg? I mnie rozpierdala. Że ja tego nie robię, ale gdy nie pozwolę komuś tego też, mnie lub innym, to zawsze jestem najgorszym z wrogów. Kurwa. Gdzie tu sens?

Kategorie
Życie

Fraternité

Widziałem Cię. Słuchałem Cię. Wiersz, który tak lubię. Nie sączył Ci się strumykiem, bardziej rwał, przed siebie. Warto. Być. Pochodnią. Nawet. Przez chwilę. W łaskawości rzęs. Masz To w sobie, niezaprzeczalne. Podglądam Cię czasem. Dałem tylko słowo, nie widywać.

Co za deszcz. Chciałem pojeździć. Na Błoniach. Blisko, bo wynająłem pokój w akademickim hotelu. Kilka dni spokoju. Sam, w dwuosobowym. Roześmiałem się. Numer 102. Pancerny. Jak moje, coraz bardziej serce. Moglibyśmy połączyć łóżka i kochać się, w naszym, na moment miejscu. Ty już nie chcesz, ja przestaję chcieć. A tu pada. Mogłem zabrać ze sobą belgijkę, z jej francuskim akcentem i ciałem bursztynowym. Prosiła. Może ją zniechęcę. Moim nie, bez nie.

Na zachodzie bez zmian. Nie mam siły na książkę. Bolą mnie żebra, potłuczone na rusztowaniu. Boli mnie dłoń. Wróciłem na postój, gdzie obraził mnie mały gnojek, matoł, nie lubi kolczyków, pedałów i czarnych. Muzułmanów też. Wiem, bo kiedyś mnie wiózł. Pewnie nie lubi siebie. Straszył mnie gazem. Podszedłem i dałem w ryj. Taksiarz padł, przybiegli inni. A tu zrobiło się chujowo, spod koszuli pokazałem im broń. Udawaną. Spierdalać, rozkazałem. Poszli sobie. I ja poszedłem, nawet się nie oglądając. Ale w dupie czułem strach.

Myślę, że wiem czemu się mnie boisz. Założyłem wczoraj na siebie mundur. Dostałem go w Bośni, miałem w Londynie, mam go w Krakowie, w opłaconej skrytce. Śmierdział chemicznie. Te czaszki i kości skrzyżowane, wyszyte srebrem na rękawach, trafienia pewne i prawdopodobne. Znaki. Fraternité, naszyte, który dał mi Legionista. Matka Boska na kieszeni lewej i półksiężyce na kołnierzu, w zielonym tle. Nienormalny. Zdolny do wszystkiego. Do niczego. Ja nie żyję wojną, kochana, żyję o niej pamięcią, ale nie nieustannie. Tylko, gdy życie mi się rozrywa.

Kategorie
Życie

Szabla

Spotkałem wczoraj kolegę. Trochę przyjaciela. Trochę brata. Pana. Z woli, co boli, naszej i nie naszej. Jesteśmy dla siebie lustrami. On może wyższy, bardziej błękitny, może nie. Wiem że czyta, co piszę. Dla niego nie jestem anonimowy. Nawet nie toksyczny. Nie wiem czy był pijany. Ja tak. Zmieniłem mu miano dla zabawy, na litewskie, z brzmienia. On rozumie każde moje słowo, ja jego każde. Dał mi swoją książkę, nową. Urwał mi się film. Musiałem ją przeczytać, nocą. Czytam ją kolejny raz, tym razem świadomie, pomimo znajomości treści. To urywanie jakoś nie całkiem jest urwaniem.

Chciałbym zapytać tę nicość, wszystkość, czemu nam to robi. Dobrzyśmy. Niedobrzy. Za szczerzy? My sobie na obrazę nie pozwalamy. Mogą być kurwy pospolite, a my trwamy. Nie klniemy bardziej kulturalnie, ale nikogo nie przeklinamy. On stracił matkę, ja dwie. Nie łkaliśmy, twardzi.

Pokazałem mu Twoje zdjęcia. Pospolitością Cię nazwał. Dokąd nie powiedziałem, jak się zwiesz. Bo my tacy sami. Nie mówimy, ktoś my. My i my. Bitki i wypitki. Nie zawsze do szabli. Moją tą, do ruszania ręką, za ciężką, ma w swoim domu krakowskim, meksykanka, lesbijka, do której się tulę, gdy ją zobaczę. Bo ona czuje, a jej za to dałbym prawo wyboru. Fikcyjny ślub. Szablę dziadkową ma Czarownica. I sygnet. Ten z półksiężycem i gwiazdą sześcioramienną. 1772. W małej wsi. Nikomu nie oddała. Wybrała mnie. Nie do mnie powinien należeć.

Wypierdolą mnie z tego hotelu. Piszę i palę. I piję. Mało jem. O to chodziło, by nie widział mnie nikt. Mało mnie w tym kochaniu. Śmieje się ze mnie świat. I ja z nim śmieję. Prawdziwie.

Kategorie
Psychika Życie

Nawet

Oddał bym za Ciebie wszystko. Nieprawda. Nie oddałbym. Chciałbym więcej. By się dzielić. To tylko wbity nam w głowę zwrot. Tak pomyślałem, rozparty nad Wisłą poranną, gdy nie szedł obok, prawie nikt. Ktoś wskazał mi dom, w którym mieszkasz i okna. Omijam, jak przyrzekłem. Będę omijał każdy, kolejny. Przyrzekłem.

Zmęczyłem się tym kochaniem. Zamęczam innych. Oni znów zamęczają mnie, swoimi kochaniami. Chyba musi tak być. Dziwni jesteśmy. Mamy ciała, które ktoś nam dał. Mamy duszę, w której postać, coraz mniej wierzymy. Duszę, nie myśl. Tylko ja wciąż wierzę? Tylko ja się modlę? Jedynie ja, mówię zamiatającej zakonnicy, przed Kapucynami, na Loretańskiej: niech będzie pochwalony. I na wieki wieków, Amen? Ja? Grzesznik? Najgorszy. Który będzie nadal grzeszył? I modlił?

Palę w hotelu, gdzie palić nie wolno. Bo piszę. W hotelu, mojego miasta, gdzie na mnie nie czekał nikt. Prawie. Bo w dniu, gdy zabrałem Cię sobie, zabrałem sobie także Ich. Nie ma Was. Na siebie czekam. Kochana.

Nie jestem już erotyczny. Przepraszam. Nie chce mi się, już. Z przyzwyczajenia patrzę na Pornhuba i EMPFlixa. Nie bierze mnie. Coś tam odczuwam. Chyba żal. On nie jest seksualny. Niczym mnie nie zaskoczą. Robiłem to. Cycki, chuje, przyduszają się. Nie wiem po co? Nigdy nie wiedziałem. Jestem nadal uroczy. Mieszam chamstwo z grzecznością. Jak moją krew. Błękit i czerwień. Patrzyłem w oczy kobiecie, która mnie chce, którą znasz. Mogła by być idealna. Nie będzie. Nie dla Ciebie, Goryczo się poświęcam. Nie chcę, wolałbym Ciebie. Nie dla urody, której troszkę Ci brak, a jednak ją masz. Dla siłowania, którego nigdy Ci nie zabraknie.

Komplementują mnie. Tym, o czym wiem. Że jestem inny. Żałują, chcieli by więcej ze mnie. O tym także wiem. Nie każdy inny i nie każdy talent jest cokołem, moja Ty. To nie marnotrawstwo. Jestem nikim. Nie jest mi z tym dobrze. Zrobiłem co mogłem. Nie cofnę się. Nawet dla Ciebie.

Kategorie
Życie

Wiatr

Dobrze jest być robolem. Na wakacjach. Dobrze nie spać po parkach. Dać parę stów na tych, którzy wciąż tam tkwią. Anonimowo. Lubię tę pracę robotniczą. Fizyczną i nieodpowiedzialną.

Przedwczoraj odmówiono mi obsługi w kilku miejscach. Byłem trochę pijany. Ale to nie było to. Powodem były moje kolczyki. A mogło być ich więcej. Pierwszy raz byłem Żydem, Pedałem, Byle Kim. To coś więcej niż bezdomność. Nie przypadek. To wybór. Tylko mój.

Spotkałem przyjaciela. Brytyjski to jest cwel. Mógłbym go poślubić, przeszkodą jest tylko to, że choć próbowałem, nie jestem jak on. Uściskaliśmy się serdecznie, całowaliśmy się po rękach, ja bym ucałował mu stopy. Pomógł mi, gdy nie chciał nikt. Gdyby nie On, nie było by mnie dzisiaj. Byłbym skuteczniejszy, tym, drugim razem. Błogosławię Go. Dziwię się, że wstaliśmy o własnych siłach. Moglibyśmy kąpać się, w wypitym piwie.

Dobrze jest żyć i kochać, nawet, gdy wzajemność samemu sobie się zabrało. Zakochać. Tłumaczyć, że nie chcę innej. Bo nie chcę. Że może już nikogo, poza nią. Dobrze jest kochać dzieci, choć tylko ja ich łączę, nie matki. Dobrze być Toksycznym, skoro już tak musiało się stać. Dobrze jest siedzieć w Bunkrze, wśród nienormalnie normalnych. Dobrze nie widywać tych, którzy nie chcą widzieć mnie. Owiał mnie wiatr ciepły, radosnym letnim, wygrzanym ruchem słonecznym. Krakowskim.

Może za dużo wydaję? Chyba nie. Nowe buty, dentysta, okulary, które pewnie zgubię, jak zawsze. Mam nowy dodatek. Astygmatyczny. Nie oszalałem, ale wolałbym to dać. A nie mogę. Jeżeli nie wydam, nie będę mógł robić tego, co wybrałem. Świadomie lub mniej.

Zmieniam się. Jest mi z tym dobrze. Wyłaniam się z siebie. Dziwnie. Ja i nie. Mam w oczach łzy, gdy czytam co piszę. Długą drogę przeszedłem w ten krótki czas. Dobrą. Dotykam różaniec pod piersią, może prowadzi mnie Bóg? Może po prostu, robię to sam?

Kategorie
Toksycznym Życie

Perski bóg

Toksyczny, Miniois, pozdrawia Xenoi.

Nie ma nic co bardziej dręczącego, niż strach. Wyznał mi Człowiek, Nieznany, przed poprzednim poniedziałkiem. O uzależnieniu, gry, automatyczne. Deus ex machina. Teatr dla siebie. Płacze, odwraca się do ściany, budowlanej, kablanej, pierdolonej. Nieważnej. My na niego patrzymy. Ja tylko wiem, że wiem, inni, że jest inaczej. Że to nie ktoś, jest mu coś winny, lecz on, za wielu. Za Wielu zapłaci karę. Głupiec. Choć starający. Do upadku. Męskim, nierozerwalnie, kobiecym aktem, ekstazy w katharsis.

Ogromne długi. Chce się zabić. Nie kłamie. Kłamie innych. Żonę, siebie, półprawdziwie. Dzieci dwoje, wciąż z nim. Nimi. Na jak długo, nie wiem. Na nie długo. Moim zdaniem. Bo nie mówić prawdy, nie jest kłamstwem, jest oszczędzeniem? Tak jak pisałem kiedyś. Swego upadku? Bo mówienie prawdy kończy się końcem? Jak w moim przypadku?

Nosi imię on nie dygnitarskie, nie półboskie. Bogiem jest, królem perskim. Smutku i przerażenia. Jak jego imienia, nie przodek, i przodkowie. Za nadzieję, nie wygranej, za nadzieję godnego Losu.

Nie siedzę w Ogrodzie. W Bunkrze, jakich wiele, w tym mieście, traconych dusz. Dobrze się bawić to na trzy, na pięć, to nie bawić się jak Oni. A bawiąc się. Ni to rusz? Jak mam, to mam i mogę. W mniemaniu. Nie na krztę, na kwartę.

Gdybyśmy szczęście uczynili nie celem, lecz drogą? Ile by to zmieniło? Ta droga, od atomu, do konkretu. Analizująca, jakby nie była początkiem, początkiem początku, końcem początku? Początkiem końca?

Perski bogu. Przepatrzyłem wszystko. Nawet odmianę upadłości w języku, którego ja nie znam za dobrze, a o którym nie słyszałeś. Możesz i musisz. Nie da się inaczej. Upadnij i jeśli powstaniesz, dam Ci szansę, każdy Ci ją da.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Wkurwiłem się

Ja dla waszej przyjemności nie piszę. Wybijcie to sobie z głowy, przypadkowi czytacze. A liczba dotąd Was była, 63, sierpnia, trzeciego dnia. Piszę dla nich, upadłych, zranionych. Toksycznych, jak ja. Złamanych Aniołów. Diabłów wcielonych. Z walizkami pełnymi złych dni, trupów własnych siebie, cieni. Żyjących i odeszłych. Nie na kółkach, ale tych starych, ciągnionych, do Auschwitz-Birkenau. Gdzie zabili ukochaną siostrę dziadka, przyrodnią. W pierwszym transporcie. Z Truskawca, w gaz i piach. Bo miała depresję i była Polską, Übermensch? Bił jej duch lagami, po domu gównianym, bo dwór zapadły, zabrał Car. A matka jej była córką rabina. Mezalians to mało, za dużo na Młodą Polskę. Biała jak len. O czym nie wiedział nikt. Jakubowska. Trzy małżeństwa. Pięcioro rodziców, dzieci trzynastka. Łatwo było się zgubić.

Tak wam się wydaje, że każde słowo może być naszym ostatnim? Nie Legionami myśmy, zwyczajny, zaściankowy, podły, świński ród. Ruscy. Polaki, Litwini, Niemiaszki, Żydzi. LGBT. A niech żesz Was. Szlag i mosiądz. Jeden dziadkowy kuzyn Sturmbannführer. Zginął pod Mińskiem, Austriak, przepraszający. Drugi Enkawudzista z lampasami, pułkownik, nakazujący, a był szwoleżerem rokitańskim. Wiecie co to? Googlujcie. Nikt nie wie jak skończył?

Te komentarze? Co ja mam wam odpisać? Po to jest Dupa i mam to. Kurwami lekko rzucam. Kurew niemało. Taki jest ten, jebany świat. Nic o nas, bez nas. Nic o was bez was. Ani teraz, nie wówczas. Nie Kurwa Mać dla nas. Nas już nie ma. Rozpływamy się jak lód, w letnie miesiące. W tych małżeństwach, ze złotem, nie ich. Waszym, nam zabranym. Oszołamiające? Nie z soli. Tak? Nie. A może? Z różańcem na szyi i alejkum salam, bo mam Tatarów, w genach i powiekach?

Bo nam nie wolno pisać? Nie wolno nam wołać? Bo może chory? Ma gorączkę, bo stylizuje? Nie muszę. Wielu tak mówi, każdego dnia. Nie wywodami, z pierwszego pokolenia inteligenckiego cynizmu. Wyższości, nie grzeczności. A tego, Wam akurat brak.

Bo mi w mordę wolno? Ale nie Wam? Nie Poniński ja jestem, nie inny śmieć. Bo powolnym zniknij, zamilcz, nie będzie i mnie. Jak Was, Moi drodzy.

Po co ja się wysilam? Bo na ulicach bezdomnych, chcenia, nas nie dostrzeżesz. I tyle. I już. Kropka.

Kategorie
Uczucia Życie

Ojciec

Mój ojciec był szczurem. Miał tę zdolność przetrwania, której nie posiadł żaden z nas. Siedział w pierdlu, za siostrę. Manko, socjalistycznej ajencji. Babka ją kochała najbardziej, z wielorga. Więc on się podłożył. Dla matki i niej. Złamali mu życie. Potem i mnie. Zdechły. Babka staro, a walczyła jak mężczyzna, w AK. W lasach Janowa, wytargała męża z błota. Nadludzkim wysiłkiem. Zabijając SS-manów nad jego głową. Nie dostała Virtuti, bo ratowała dziadka. Poza tym był faszystą, ONR. Gdy ją rozbierali do trumny, miała przy sobie pistolet. Naprawdę. Siostra młodziej. Zjadł ją rak. Byłem i widziałem, nie odczułem żalu. Dobrze kurwo ci tak, myślałem, gdy ledwie łykała tlen. Stałem nad nią. Uduszę cię. Nie. Zamęcz się. I tak się stało. To przez nią mam rodzeństwo, duchowe. To ona namawiała, jak namówili mnie, bym odrzucił, Tą.

Mój ojciec był wierny. Był psem. Kochał matkę, tylko ją. Ona o tym wiedziała. Więc nawiedzała go. Gdy czegoś chciała. Ona też tylko jego kochała, choć był rozwód, a końca nigdy nie było. A z nimi ja. Znosiłem ich intymne chwile, tuż obok. Bo były powroty i jego nadzieje, jej zabór. Ja nie umiałbym. Cóż. Oni to oni, ja, to ja. Mam więcej wstydu, choć bezwstydnie żyłem.

Mój ojciec był dobrem, zaklętym w źle. Nauczyli go w więzieniu grypsery. Był sędzią, nawet w porachunkach, morderczych skazańców. Zabijali się, na mocy jego wyroku. Straszne. Wiem, że się bał. Powiedział mi. Mamy skłonność podobną. Do wódki. Jednak on musiał, ja tylko chcę, gdy chcę. On nie mógł inaczej. W tym byliśmy nietożsami. Po wynurzeniach ojca, nie zostałem prawnikiem, byłbym jak on. Zawsze wątpiący. W siebie. I wyrokowanie.

Mój ojciec nigdy nie podniósł na mnie ręki. Był magiem. Przemoc, to była domena matki. Bluźnierki. Pizdy. Nauczycielki. Kłamcy i pchły. Jakże mnie biła, z wypiekami na pryszczatej twarzy. Czarował, innych i mnie. Tak słowa obracał, jakby tylko on znał ich sens. Tak pięknie mi czytałeś. Tato. Gdzie ty jesteś, w zaświatach? Tak rzadko o tobie śnię. Dobrze Ci tam? Czemuś to ty odszedł, nie z nazwy rodzicielka, Jagusia, Jagoda, twój narkotyk?

Mój ojciec miał błękitne oczy. Jak anioł. Patrzył nimi na wskroś. W złości stawały się granatowe, prawie. Przepraszam cię stary, postawię ci lepszy pomnik. Nie ten, byle jaki. Batowicki, nie Rakowicki. Dzwoniłem do ciebie. Który to raz? Jak popiję, tak mam. Szlocham, ty nic. Jakbyś się zapadł pod ziemię, gdzie pewnie pozostały po tobie kości.

Tatuś. Ja mam przejebane. Brakowało mi ciebie, gdy byłeś. Jak cię nie ma, brakiem staje się grób. Tato mój.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Na pokochanie

Wspaniałe niebo. Błękit tylko, bezchmurny nad Limburgią, gdzie mnie zaniosło. Wciąż cichutko. Ranek. Wieje lekki wiatr. Jestem sam. O trzeciej, wyspany poszedłem nad Mozę. Płynęła powoli. Uspokoiła, stopy, aż po szyję, ciepłem wody. Potem siedziałem, czekając na wschód słońca. Bezmyślnie. Doczekałem się. Gloria. Rozłożyłem ramiona. Chłonący.

Nie lubię błękitu, wielbię. Nie mam wyboru. Pod takim niebem umarła mi córka. Pierwsza. Pod nim urodził się, mój pierwszy syn. Pod takim niebem się kochałem, w wysokich trawach, nad Wisłą, tyniecką, z taką inną, też miała być, Tą, Julią. Pod takim kolorem, w Sykstynie, na wprost, wyznałem, że jestem niewiedzący. A zrobiła by dla mnie ta Włoszka, cokolwiek bym chciał.

Przedziwnie jest być Polakiem. Mamy To i nie mamy Nic. Albośmy Tu, albo Tam. Nie wiem, czy to brak, czy Nas za dużo, czy za Mało, w Pańskim idź? Tak się tułamy, silni i pewni, nie zwiedzając, za barki się biorąc, z samymi sobą. Tułacz to Polak, nie Żyd. Brud.

Bardziej niż o Ciebie, jestem zazdrosny o spokój. Taki zwyczajny. Jeszcze raz spróbuję, galilejskim razem. Ja chcę byś była. Nie staraj się, to samo przyjdzie. Jakże ja mam. Cię unikać, skoro wiem, żeśmy dla siebie? Ja Ci klękać nie karzę. Moje kolana, nie dla Ciebie, moje są. Wiem, że kochasz. Kolannym ruchem zamiotę Twe winy. Przepadam, nie dla Ciebie, siebie ciągnę. Nas w niebyt.

Wszyscy pojechali nad morze. Tylko nie ja i Margo. Patrzy na mnie, jak piszę. Patrzę na nią. Opala się. Naga jak ja. Ładna jest, ja już prawie też. Raczej piękna. Czeka. Nie moja. Cóż ja ci dam? Tylko zmartwienia, w ten niebieski dzień. Co takiego jest we mnie, że jesteś tu ze mną? Że przed tobą, tyle było już. Przed tobą wielu, tylko nie ja. Nie złamię się. Twój akcent, Margo, twych piersi grona, biódr kołysanie. Podniecająca. Gośka ci mówię, poczekaj. Dajże mi czas. Na pokochanie.

Kategorie
Toksyczny Życie

Doceńcie

Gdybyście. Zostawili mi miejsce, dla mnie, nigdy nie odczuł bym gniewu. Stałbym, lub siedział, leżał, latał, na Boga, byłbym niewidoczny. Macie te kłótnie, bardzo Polskie, bo kiedyś Szlachcic, to nie Wół. W dzisiejszym świecie, tyracie gorzej, w pokorze. Nie jecie z Panem kaszy, jedną łyżką, z jednej miski. Jecie chętnie ziemniaki, z obcego talerza. Nie wołem jesteście, zbieraniną Kóz i Móz.

Ja w tej Belgii dorobię się grosza. Nawet trafię na szczyt, jeśli dopomóż mi Bóg. Bóg daje dużo. Ten najwięcej. A daje każdy, bóg. Wystarczy poprosić. Nie wywyższać. Bo mnie się należy. Niestety nie. Nie ma synów marnotrawnych. Są synowie i grzech. A to, nic więcej niż błąd. Przyznaj się, nie zgrzeszyłeś? Tak, to było. I wybacz, to wybawienie, prostych słów. Nie wbrew, ale na wprost. Ścieżek równanych, od wschodu, do każdego dnia końca. I córek, dokładnie tak samo.

Widzicie. To najbardziej mnie męczy, że sprzedajność i niewolnictwo, to ten sam dzisiaj chuj. A to nieprawda. Sprzedajność to praca, niewolnik to rzecz. Szacunek, tak. Pokora tak. Poniżenie, nie. Co to jest za czas, gdy Dziwka jest bardziej szlachetna, bo może chce, niż Właściciel, muszego móc i chcieć? Wybaczcie. Bawię się językiem. Nie mogę tylko o kochaniu. To przepadło. Już nie muszę krzyczeć. Gołębie gardłują tak samo. Będę z nimi, w ciszy trwać.

Przestępstwem nie jest jego uznanie. To wybór. Nie przyłapanie i kara. To całkowicie, robię, nie. Prawem nie jest kierunek, jest nim wola. Za dobrem, a jak nie, to za złem. W szarości jest łatwo. W bieli trudniej. W czerni, wszystko jest wybaczone, aż czerń powie dość. Taka to czarna. Śmierć.

Ja niczym nie jestem więcej, niż łajnem. Wypachnię się, nawiozę sobą pola. Posadzicie na nich bratki, pszenicę i lasy. Nikt za mną nie jęknie. Nawet ja. Bo takimi jesteśmy. Pożywką. Zdarzają się wyjątki. Na ich przykładzie będą czytania i łzy, gdy trafi ich moment ostatni. Dla reszty. Świt i zmierzch. Kierat i marzenia. Udało się im, kto wie? Uda się mnie.

Okropny tu gorąc. Leje mi się z dupy, jaj. Wyślizgnął mi się kutas, gdy podniosłem sedes. Dalej siedzę w robotniczym ubraniu, nad nim okrakiem. Wpadłem w dziurę. Ktoś przesunął coś, poleciałem jak wór. Noga spuchnięta. Szkoda, że to nie dla Ciebie. Zadzwoniłbym. Poskarżył się.

Gdy już się spotkamy, przypadkiem, nie powiem Ci, że wrzeszczałem do wzniesień karpackich, że nienawidzę Cię. Będę jak spodziewają się ludzie, w ich sile i uproszczeniu kieliszków i miejsc. Kulturalny będę, jak zazwyczaj. Było, nie było. Taki los. Zmęczę się. Twój mąż i nie moje dzieci, z Tobą. Pogratuluję. Nie powiem, że wiem wszystko. Umownie, ucieszę się.

Mam to w dupie.

Wyzwalam się. Nie tak, od razu. Zmieniam styl. Doceńcie. Znów idę pić. E. Nie.

Kategorie
Psychika Toksyczny Życie

Się pożegnać

Przyjdzie nam się pożegnać. Może na dzień. Kto wie, na zawsze. Pisanie się takie, kończy. Ni to poezja, nie proza, z pewnością to nie był list. Do Ciebie. Powoli już zamykam karty tej bajki. Nie, że chcę. Zmusiłaś mnie, nic nie rozumiejąc. Ostrzegłem Cię. Mój stres. Nierozwiązywalnie pourazowy. Dopadł mnie. W najbardziej nieodpowiednim czasie. W tamtą ciemność przyszedłem. Po złym filmie. Powiedziałem, zapłakałem. Wypiłem. Chciałem. Musiałem. Niewybaczalnie. Prawdziwie.

Pisałem o Ciotce. Jest bardziej toksyczna, niż kiedykolwiek będę. Rozerwała by Cię na strępy, twoich i moich usiłowań, bycia jak ona i to na pokaz, aj. Tylko ja z nią się spotykam. Jak mnie rodzina ją wyklęła, bo naszych słów nie chce nikt. Tylko, że ona jest Panią Ruską, a ja nikt. Przeżyła Syberię i Wołyń. Czeka na męża, a wie, że zaginął pod Monte Cassino. Dzielą nas pokolenia, a jakby nawet nie pół. Kiedyś powiedziała mojej, kiedyś najbliższej, że woli zjeść ze stołu kurz, niż usiąść z nią do niego, a trzymała ją do chrztu. Tylko ona tak mówi, jak ja. Dobrze, choć źle. Nie zjem i ja, nie pogodzę się. Nie. Ciotkowy wózek drewniany i jej laska, z głową żyda, jako gałka. Skandale, sensowny rasizm i wyższość, romanse i dystans. W każdym geście Dama. Ale uwolniona, rozsypujący się, cudowny potwór.

Powrócę. Nie powrócę. Nie jesteś piękna, ale za młoda. To nigdy nie był powód. Masz czar i ja go mam. Jesteś zwyczajna. Jak ja i każdy, po drodze spotkany liść. Nie zrobiłem ja tobie nic, nawet słowami, gdyś się prosiła, koło ciał, ciało i natrętność. Nie moja byłaś. Swoja. Tak i ja. I tak ma być.

Od poniedziałku mam gimnastyczną prawie pracę, ciągnąłem kabel grubszy niż moje przedramię. Przez kilka pięter. Okazało się, że żadni z nas robotnicy. Politolog, geodeta, ekonomista, prawnik, zoolog i były mnich, wyświęcony, uciekinier jak ja, ale z klasztoru. Tylko ja chcę taki pozostać. Tylko mnie to nie przeszkadza. Im tak. Wiem, że zaczynam ponownie. I zrobię, to co chcę.

Śniło mi się, że zginąłem. Przygniótł mnie wielki ciężar. Chciałem uciekać. Była jakaś światłość. Usłyszałem. To tak jest i zerwałem się na równe nogi. Nie powolnie, wyrywając się, mozolnie, z koszmaru. Lekko, jakbym przeżył, błyszczący.

Za tydzień urlop. Nie spotkam córki. Wakacje. Nie spotkam Onej. Będę unikał ulic i miejsc. Będzie dentysta, fryzjer, zbadam żołądek, kilku pozostałych spotkam, czas na nic, poprawię ten blog. Te literówki i niezgrabność mnie osłabia. Stanę pod domem rodzinnym, wzruszę się i ramionami, spacerem powolnym dojdę do siebie. Tam otworzę garaż, z do siebie został on. Zabiorę kilka książek. Wejdę na kopiec. Porozglądam się, jak daleko mogę, zobaczę Tatry. Pożyczę samochód, zbiorę grzybów kosze, za Kasiną. Krzyknę: wypierdalaj mi z serca i nie chcę Cię znać. Kochałem. Raz. Ciebie. I lubię, nienawidzę i cieszę się. Odkocham się? Jezu, w Miłosierdziu! Daj mi to!

Kategorie
Życie

Polesie

W tym. Tym, jak dotąd nigdy. Dniu. Dalekim od miejsca, gdzie stopą dotykasz, ziemską Polskość. Wypatrzyłem się. Prawdziwie. Sprawy sobie zdaniem, zdolnością. Nie będziesz już moja. Ja nie będę twój. Zrozumiałem. Nie stało się. Nie zrobiłem tego. Margo. Upiłem się. Ale nie mogłem. To jeszcze nie nagość. Nie to. Rozerwałem i rozpostarłem mój strach, jak reklamówkę, gdy pada ulewnie.

Kochanie, bez kochania. Wzlataj daleko, poza sensu kreskę. Nie moją. Gdy będzie, co ma być. Nic ci nie powiem. Marny jestem. Wiesz? Tym sposobem nie ma, nigdzie.

Rozwieś się. Włosami długimi. Sięgnij nimi po horyzont, nawet za. Oplotą mi żałość. Nie zadzwonię już. Nie upokorzę i postaram się. Chciałbym wiedzieć, że jesteś. Ale zadzwonił przyjaciel. Cieszy się, że mi cię zabrał, jak wszyscy przeciwni. Mam poczekać, podobno tak jest, przejdzie mi. A ja nie chcę. Wężem się stanę, w sadzie jabłecznym.

Nowa praca. Wywalczona podwyżka. Jestem cały w sińcach. Czołgałem się, upinając kable. Równiutko. Jak okiem sięgnąć. Patrzą na kolczyki. Na mnie. Ciężko. Wypiłem tej wódki wczoraj litr, ciut nawet więcej może. Taka noc. Jak nigdy. Nie mogłem ustać. Był test BHP. Nie rozumiałem, co mówił Francuz. Mnie było by wstyd. Zasypiałem miła.

Muszę cię wyrwać, chwaście, ty mój. Jak już to zrobię, pojadę w Bieszczady. Wynajmę pokój od czarownicy. W bruzdach. Dosiądę jej karego, jeszcze go ma. Do rzeki. Stara da mi szablę, oficerki, błyszczące, jak słońce, siodło i koc. I mój paleczny znak. Trzyma go dla mnie, schowany pod Matką Boską. Ostrobramską. Będę na tydzień Leliwą i Janiną, Aostą nawet, w praw. Obmyję się z ciebie. Z czasu, gdzie urodziłem się, dwieście lat za późno. W rocznicę, Carycynej zdrady. Ciotka z Poleskim, ty Poliak, aj Biała ja, przytuli i siądzie do pianina. Wyklepie mazurki. Założy kapelusz. To od hrabiny. Wiem. Pamiętaj. Lepszyś. Tylko szkoda tej Sawojanki. Finki też. Wszystkich. A tej teraz, piękna rodzina. Miałbyś chociażby ją. Dla siebie. Źle słuchasz. Głupiś. Wiem ciociu. Ja to wszystko wiem.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Krzyż

Wkurwia mnie to pisanie. Wolałbym mówić. A nie mam do kogo. Mowa wymaga przestanku. Na zebranie słów. Ze sobą mogę prowadzić potyczki, pisząc poprawiam, a w nich są one, nie ja. Zazdroszczę wam czasu. Te tyrady na cale, na strony, na metry. Lata nade mną mucha. Musi byś duża, słyszę jej skrzydła.

Wracając. Wóda, coś popić. Zapalić, coś. Co to obchodzi? Pisanie, wyrwane z ostatnich ruchów na klawiaturze, palców zniszczonych, jak jasny chuj. Przespałem i przepisałem całą sobotę. Wiersze, książki, sen i ból. Zobaczyłem ją znowu. Elektronicznie. Chcę pić, zapić się. Nie pić, w trzeźwości być. W odwrocie będąc. Ona będzie mną. Już jest. Ma więcej odwagi, nie takiej jak moja.

Trzymam w ręce różaniec. Zginął z niego bóg. Wypadł, gdy srałem. Noszę go na szyi, postronkowym zwyczajem. Spadł mi Jezus pomiędzy kolanami, w gówniany, porcelanowy dół. Nie zawalił się dach. Nie zawył kamieniem, lawiną świat. Chce mi się pieprzyć. Przerznąć kogoś, na pół. Współ. Jęcząco. Jest niedaleko Margo, czekająca. Do niej nie pójdę. Ona chce miłości, ja już ją mam. Zbyt jest piękna. Chcę się wyżyć, jak zawsze, jak dotąd. Zapomnieć. Wstać i iść. Nie chcę uczuć.

Nieprawda. W zwoju dni i nocy, gdy pamiątkami eksploduje mi mózg, wymuszam w sobie, ją. Jej nie będzie, a mnie już nie ma. Został tylko wieszak, komórek i odradzających się, cielesnych mar. Jak mogłem tak się zakochać? Lęk, upór, wstyd? Aż tak? Tak. Dokładnie. Nie umrę młodo. Losem nieznanym, będę starym. U nas tak już jest. Żyjemy za długo. Tylko ja skracam ten czas.

Dziesięć lat się wzdragałem. Od Calalis do Słubic i dalej na północ i wschód. A nagle, w przysiadającym się amoku, poznałem Raj. Nieznany. Ciebie. Której nawet dobrze nie pocałowałem. W krzyż.

Kategorie
Toksycznym Uczucia

Wiem?

Przeraziłem się dzisiaj. Bardziej niż w Alei Krwi. Sobą. Poznałem niepoznane, podglądane, gdzie granicą jest oczekiwanie, gdzie jest, gdzie nic, jest nic, jak jest, a nic to nic. Moja droga, powikłana. Moja Droga, bezimienna. Będę trzymał kciuki, do zbielenia kłykciów i iskrzenia paznokci. Do mojego, twojego, niczego, wszystkiego, do kilku słów, do ciebie, siebie, do migotania serc. Ja, niedobry, nienawistny, nieroztropny i zazdrosny, wewnętrzny. Na pokaz głaz. Ty. Ty to ty. Ty to Ta. Tylko Ty. Przepraszam. Chciałbym inaczej.

Gdy Miła, przecierałaś oczy w takt muzyki, robiąc gest, chciałem pod tobą trwać w nieskończoność. Śmiałem się. Poigrywałem, bylebyś była, była i była, będącą jak byt.

Topię się w tę noc, jak wosk, w lepkim pocie. Jak w dzień, gdy złamałem wszystkie przykazy. Tylko moim, dla Ciebie. Nie w złości. W czymś. To może być tak? Wypełniłem się, jak dopełnia się połączonych naczyń kres obojętności. Jest upalnie. Wtedy grudniowa była świąteczność. Chciałem ciebie, nie ich. Starali się. Ja już nie.

Mój płacz, Twoje nie wiedziałam. A skąd mogłem wiedzieć i ja? Minutami stały się godziny, latami sekundy, twardością ciężkość, miękkością stal. Odleciałem ptakiem uwolnionym, latawcem, który nie wie gdzie, niewidocznie, przebija chmur zwartość. Tak zobaczą go z dala. A mknie niezrażony.

Wielokrotnością staje się pewność. Poranną kawą, z Tobą w moim ręku, zdjęcia, telefon i miłość. Powtarzalnie. Gdy słyszę trel. Wiem. Czy wiem? Co wiem?

Kategorie
FNB Toksycznym

Food Not Bombs.

Powolnym ruchem posuwa się pan Jerzy. Kiedyś był Kimś. Mechanikiem. Ma trzydzieści osiem lat. Wygląda na sześćdziesiąt. To kiedyś, było, lat temu niecałe pięć. Idziemy o kilka metrów od siebie, pod wiatr, pan Jerzy gnije, wydziela smród. Ma cukrzycę. Nieleczoną, odkąd ukradł kilka tysięcy i wyrzucili go z pracy. Potem poszło lawinowo. Świadek Jehowy. Nie ma już palców, u nóg. Poznań.

Na przystanku Alinka. Wiekanoc. Wygląda młodo. Zniszczona. Była dziwką. Nawet studiowała. Turystykę. Kłóci się o połowę taniego wina. O dziwkarstwie dowiedział się mąż. W długach. Karcianych. Miała go dość. Jedli chleb i dżem. Wyrzucił ją z domu. Ma syna. Nie widuje go. Ma uszkodzoną pochwę. Pozwoliła się zgwałcić, butelką, z kapslem. Była pijana. Na ulicach? Nie pamięta. Dziesięć lat? Teraz tylko analnie. Chcesz? Dwadzieścia złotych. Warszawa.

Michał. Dwadzieścia sześć lat. Programista. Udaje, że jest ok. Ma jeszcze laptopa i wiarę, że to tylko na chwilę. Autysta. Lekki. Sierota. Hostel. Od zawsze, po bidulu. Pracuje. Pięć złotych na godzinę. Bywa, że nic. Ma kolegę z korporacji. Zarabia na Michale. Krocie. Zapomina mu płacić. Michał nie chce się myć. Kraków.

Benek. Ksywa Wielki. Dwumetrowiec. Kucharz. Nie ma co gotować, nie ma co jeść. Miał wypadek. Ubezpieczenie okazało się, wiecie czym. Kręgosłup przytwierdzili mu do pręta. Nie może siedzieć, nie może stać. Miał mieszkanie na kredyt. Zlicytował go bank. Bezdomny. Samotnik. Bielsko. Limanowa, Zdrój.

Łukasz, Anna, Piotr, Mirek, Wacek, Kaśka…

Nie mogę byś z tym sam…

Tylko tyle.

Proszę.

https://www.facebook.com/fnbkrakow

#AkcjaHigiena Food Not Bombs ID: 7sxyc9

Kategorie
Toksyczny Życie

Róża i pięść

Od paru godzin w domu, nie moim. Myję, gotuję, sprzątam. Jak w innym. Jak i ten. W tamtym sprzątałem dla idei, w tym tylko dla siebie. Są tu inni. Robią też i tak. W zasadzie, nie miałem domu. Był rodzinny, został mi odebrany, czy też ja sobie go zabrałem? Były wynajmowane. Mógłbym za to kupić pański dwór. Był odziedziczony i jeden kupiony, w których nigdy nie mieszkałem. Sprzedałem. Choroba jest kosztowna. Palenie, wódka i inny dym. Był też mityczny. Który oddałem. Mogłem na niego zarabiać, właśnie teraz, w minutach dokładnie tych.

Słucham Pearl Jam. Dotykam bólu. Kolczykowanie, to ostanie, wolno się goi. A chce mi go się więcej. Trudno jest spać. Na czole nie jest wygodnie. Mam kanapę dla siebie i śpiwór. Nie obchodzi mnie, czy coś mi to odbierze, czy będzie nie tak. Już było tak chyba. Było chybianie. Teraz przynajmniej uczciwiej. Będzie.

Na epickiej budowie, coraz jestem starszy. Nie poznaję się w lustrze. Kiedy zdejmuję kask, chełm, wyglądam jak szalony. Kiedy się garbię, wyglądam jak świerszcz. Rozmawiam z sobą. Troszkę może wariuję. Odpływam w siebie. Mam jeszcze czas. Znowu mnie lubią. Zapoceni, gbury. Nie, to dobrzy są ludzie. Wiemy o tym. Ja i ich brutalne, jak się masz, mój friend? A mogli by mnie zatłuc, jak wściekłego. Ciarki. To jest więzienie. W oddzielnym sensie. Rymowalnym.

Dzisiaj rano skończyłem scenariusz. Zabił dzwon dla mnie, w Dilsen-Stokkem. W tej dziurze. Od tylu dni nie śpię, w zasadzie w ogóle. Dziesięć godzin pracy. Trzy dojazdu. Dwie dla zmęczenia, reszta na cel, który coraz mniej rozumiem. Pod koniec, kilku wciąż dni, prawie wieczorów, padłem w brudzie, na moment. W butach, z cementowymi wieńcami. Oddałem hołd. Tadeuszu, dziadku mój. Za Gestapo, krótkie życie, wspólny, nasz stres. Pojadę do Krakowa. Zapalę Ci świeczkę. Czternastego w piątek. W czwartek, samochód poprowadzimy na zmianę. Gdzie się zatrzymam? Gdziekolwiek. Nie ma już otwartych ramion, znajomych miejsc. Za opłatą, znajdą się jakiekolwiek. Zobaczę córkę. To ważniejsze, niż gdzie i jak. Ominę łukowo Kazimierz. Och, och, miłość. Śmieję się z tego, muszę i już. Pójdę nad Wisłę. Kupię kilka piw i o tym nawet napiszę. Nie wiem po co? Kłamię. Dla siebie to zrobię. Kupię sobie, z kolcami, białą różę. I włożę ją, w zaciśniętą pięść.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Wstyd

Patrzę na twoje zdjęcia. Nie mogę się oprzeć. Robię to kilkadziesiąt razy. Każdego dnia. Jak opętany. Staram się powstrzymać. To na nic. Nadal cię kocham. Bezwzględnie.

Zapytałaś, gdy leżeliśmy, przy ciele ciało. Objęłaś mnie. Nikt nigdy nie objął mnie, nie że nigdy, tylko jak wtedy ty. Łatwo, za głowę i kark. Uniosłem się, jak puch. Lekko. Poleciałem. Jak chcesz mi przypierodlić? Wal, mów. Nie mogłem. Teraz tak. Aniś piękna, aniś taka, jaką się widzisz. Żadna. Jesteś niezwykła. Z milionem twarzy. Tylko ty. I będziesz do ostatniego dnia. Nigdy takiego nie poznasz. Jestem tylko twój. Wtedy mówiłem nic.

Bez ciebie mnie mniej. Nie umiem jak ty, trwać i rzeczom się przeciwstawić. Brak mi Ciebie, bardzo brak. Tik tok, po kroku krok. Wiesz ten język jest piękny, ale ja znam tylko kilka słów. Powtarzalnych. Gdyby nie moje szaleństwo, moglibyśmy wciąż być. W objęciach żyć. A ty gdzieś, ja tu.

Wybuduję nam dom. Do którego nigdy nie wejdziesz. Będzie tam pokój, specjalnie dla ciebie. Moc luster, podest i miękkość snu. I krzesło. Będę na nim siedział, patrząc na nic, na nieobecność. Wolno mi kochać. Kogo tylko chcę. Nauczyłem się Boga. Jest równie daleki ja ty. Jedyne drzwi, gdzie będzie klucz. Będę szafarzem, klucznikiem dusz.

Powiedziałaś, że gdy mnie zabraknie, zostaniesz ty i dzieci nasze. Chwyciłaś moje nogi, ubrana prawie w nic. Parzyłem na ciebie w zgięciu. Gdzieś w grób. Ty możesz wszystko, ja tylko na trochę.

Przepraszam. Pogubiły mi się myśli. Jak z kieszeni wypadły brud. Gdybym wiedział. Teraz wiem.

Głupio tak pisać. Gdy wiem, że przeczyta każdy, tylko nie ty. Bo widzisz ja leczę rany, samemu sobie zadane, nie tobie. Ty masz siłę, ja reguł mam ciężar. Musiało tak być. Lecz bym cię wzniósł, nawet na chwilę, by znowu móc z tobą być. Bo mi ucieka. Twój smak i mój wstyd.

Kategorie
Rodzina Uczucia Życie

Córka

Malutka. Skarbie. Proszę, nie miej żalu. Taty nie ma tylko na chwilę. Taty nie będzie, już takim jak dotąd był. Jest inny. Gdyby nie ty, gdyby nie dla ciebie, pozostał by w szarości samego siebie. Dla ciebie się zmienia, innym się staje. Dzień w dzień.

Kiedyś kochana, gdy wyrosną ci piersi, zaokrąglą się biodra, przyspieszy czas, gdy zauroczy cię świat, będziesz wiedziała. Poznasz dlaczego. Kto jest jakim i kto kim. Będziemy się bawić słowami, myślą nieznaną, ideą poznaną, jak lalką, toczącą się piłką i snem. Oby.

Zasypiam często myśląc o tobie. Prawie każdego dnia. Dla ciebie się modlę, choć żałuję, że brak mi wiary. Nie wykrzesam ognia z płaczącego nieba. Nie zamienię chmur w błękit i niczego w byt. Będziesz się męczyła, jak ja. Kaskadą nocy i dni, przeplatanych. Dziecko. Jesteśmy podobni i jest mi cię żal. Miałaś być zwykła. Nie jesteś.

Oni tego nie zrozumieją. Dla nas były perły i złota blask. A pozostanie nic. Ja tego nie zmienię. Nie odmienię na coś niczego i większą nawet nadzieję i pustkowia w mit. Byliśmy więksi, jesteśmy ot. Pomarli. Musiało tak być. Nie dziwię się nawet. Krew za krew. Ale nie na sprzedaż. Chyba że chcesz. Nie dzisiejsza. Kiedyś. Rozgrzeszam za wczas.

Przejmuję się za często. Nikt od nas nie wymaga udręki. Nie ma już powstań i wojen. Jest obojętne coś. Już z nas się śmieją. I kowal i chłop. A jesteśmy. Do nas już nic nie należy. Wszystko jest ich. Niech będzie i tak. Roztropnie wżeń się najdroższa, lub potęguj swój spryt. W mamonę i chamski blichtr. Będzie ci lepiej. Mnie mniej. Wtedy mnie już nie będzie.

Upadając z marzeń, jak Ikar w locie, tuż przed ziemią, gdy czułem lęk i strach, dodałem sobie ból. Ja, mój skowronku, nie umiem inaczej. Nie oddam. Nie chcę i już. Sprawiedliwi nie siedzą po prawicy. Zepchnięto mnie mała, poza skraj. W dół.

Mylą się. Nas nie da się zepchnąć. My będziemy być. Bez nas nie będzie nas, nie będzie ich.

Kategorie
Praca Życie

Piątek

Nareszcie. Na Boga. Dziękuję. Przerwa w mękach. Dwudniowa. Już od dziesiątej czekamy na koniec tej męczarni. Właściwie czekamy od 6.30, kiedy zaczynamy pracę. Też niezupełnie, bo papierosy przed pracą, zakładanie kasków i żółtych kamizelek, mieszanie w skrzynkach z narzędziami, jakbyśmy tam szukali skarbów, wymiana powitań w kilku nowych językach (trochę mnie to wpierdala, bo jako jedyny Polak i wschodnioeuropejski robol, witam się też i z Czarnymi i Arabami, choć Jugoli unikam. Rumunów też, zostawiają za sobą butelki z sikami, dziwię się, że nie uzupełniają tego jakimś pudełkowym gównem, schowanym pod gruzem), podpisywanie list obecności, pogawędki z chuj wie kto oni, chyba menadżery (chwalą się tymi kaskami białymi i zawracają mi głowę gadaniem o dupianym niczym, bo jako jedyny, z paru setek chłopa, znam porządnie angielski i muszę się grzecznie uśmiechać, bo kogoś wyjebią), ustalanie co mamy robić, zajmuje nam ponad godzinę. Zacząć coś robić, nie mniej niż pół. Niech Pan chroni Belgów. Leniwych i powolnych. Dla nich też jest piątek.

Jutro bardziej podziurawię sobie twarz. Umówiłem się. Pojadę do Niemiec, przywiozę więcej zakolczykowanych dziur. Obserwowałem reakcje na poprzednie. Była, ale minęła. Znajomy Włoch, cały w mechanicznych tatuażach, tunelach, z krowim kołem pod nosem, zapytał, czy to kryzys wieku średniego? Średniego? Może. Kryzys już był. Niejeden. Ale spodobał mi się ten pomysł. Rozważę to potem. Dzisiaj się opiorę. W rękach, nie mamy tu pralki, jest pralnia. Zamykają o osiemnastej. Akurat kiedy podjeżdżam do miasteczka. Przynajmniej domyję ręce. Od wtorku łykam wędliny. Jak suplementy i witaminy. Nie mam czasu na gotowanie. W pracy brak mi sił. Kroję szynkę na malutkie kawałeczki. Wkładam je w pajdki chleba i popijam. Jakbym podawał psu lekarstwo, tylko na odwrót. Psu w szynce podaje się pastylki. Spałem dzisiaj godzinę. Napisałem kilka stron. Wydawca się dobija. Mam na to wyjebane, zarabiam, wydam to sam. Nawet pozmywałem naczynia i ogarnąłem dom. O piątej już prowadziłem samochód. Nowszy i lepszy. Kiedy mijałem tiry, trochę się rozpędziłem, na liczniku było 180 K i M, rzuciłem okiem, zwolniłem, to była by głupia śmierć. Miałem pasażera. Pochrapywał, myśli że jest bardziej zmęczony niż ja. Imiennik, współpracownik i bezczelny, ja takich lubię.

Po ostatniej chemii zmienił mi się kolor włosów, nawet nie wypadły, było ich mniej. Skłamałem. Skończyłem ją w styczniu, nie w poprzednim listopadzie. Rudzieję, siwizna znika. Przeżyję. Uciekłem dokładnie na czas. Jest piątek. Napije się. Napiję. Obok jest pub. Może należy mi się.

Kategorie
Toksycznym Życie

Trwam

Organizm w szoku po powrocie do pracy fizycznej. To dopiero drugi miesiąc. Waga 53 kilogramy. Jeszcze jeden i podniosę więcej niż ważę. Gdyby nie zmarszczki i postarzała twarz, zmieniłbym się w tamtego ja, którego dobrze ukryłem. Skura nawet się kurczy i wychodzą spod niej prążkowania mięśni, bolących co noc. Obejrzałem się dzisiaj po kąpieli. Pamiętam to ciało. Zataczam koło. Już raz tak było. Chyba musiało tak się stać. Jedyna nowość to kolczyki, które pielęgnuję jak kwiaty. Opryskuję i czyszczę. Patyczki, waciki, antybakteryjny spray. Na dobre zagoję się w grudniu. Czekam na tatuaże. To wreszcie najwyższy czas. I na samochód. Kabriolet, króry wybrałem. Chcę wozić córkę, malutką jeszcze, zanim będzie kobietą, z rozwianymi włosami i śmiechem, ulicami jej miasta.

Polubiłem siebie. Na nowo. Nie rozumiem tego. Słucham własnych słów i jakbym to nie ja mówił, ale ktoś, kogo dopiero poznaję. Wciąż jestem upojony optymizmem, jak zawsze, ale więcej we mnie pewności, niż nadziei. Oddaję przeszłości, co nie do mnie należy. Za dzisiaj dziękuję. O przyszłość tylko się staram. Nie dam łzy potu nadto, nawet jednej więcej. Bez cynizmu. Mogę polegać tylko na sobie. Znika tęsknota. Za czymś, co musiało minąć. Pozostają wspomnienia. Złe odgarniam na boki, jak rozsypane pety z popielniczki, w knajpie, gdzie jeszcze wolno palić.

Mam wiele pytań. Mogę długo czekać, na odpowiedzi. Niektórych nigdy nie usłyszę. Są pytania, których nie zadam. Chciałbym wiedzieć, gdzie się zgubiłem i gdzie się odnajdę. Jeżeli to w ogóle miało miejsce i kiedyś się zdarzy. Mogę się pokochać nawet, ale pewności, że żyję, mieć nigdy nie będę. Tyle wiem, że trwam.

Kategorie
Psychika Życie

Mojemu rodzeństwu

Powinienem mieć dwoje rodzeństwa. Urodzonych przede mną. Nie mam ich, matka zadecydowała inaczej, kiedyś były to łatwe decyzje, ale czuję jak krążą w moim ciele, macierzyście. Odkąd pamiętam, mam dziwne sny. Śni mi się mały chłopiec i dziewczynka. Czasami są już dorośli, nawet podstarzali. Jest więc jest nas troje, jednacy i oddzieleni. Gdyby nie moja babcia, nie było by i mnie. Może było by dobrze. To nie ode mnie zależało, nie od nas. Gdyby nie ja, nie pozostał by po nich ślad. Będąc dzieckiem widywałem ich na jawie. Bawili się ze mną. Nigdy nie byłem jedynakiem. Ukrywałem ich obecność.

Przychodzą do mnie, kiedy ich potrzebuję. Rozmawiam z nimi. Rozmawia z nimi, mój wewnętrzny ja. Nie zawsze są pobłażliwi. Raczej rozsądni i poukładani. Przestrzegają mnie. Nawet proszą i błagają. Chcieli, bym inaczej ułożył moje życie. Nigdy nie nadałem im imion. To Ona i On.

Są dni kiedy pozwalam im na wiele. Ona, nie ja, chodzi po sklepach z ciuchami. Zażenowany biorę z wieszaków damskie ubrania, jest wyższa ode mnie jak On, rozmiary są na mnie za duże. Tak jednak chce. Czerwony jak rak, zakładam je w przymierzalni. Ma dobry gust, chociaż muszę naciągać sukienki i bluzki, by wpasowały się w mój kształt. Nie mam biustu. To Ona doradzała moim dziewczynom i żonom. Dla niej chciałem zostać krawcem i nauczyłem się szyć.

On jest architektem. Dla niego godzinami chodzę po miastach, patrząc wysoko, aż po dachy i sklepienia, schodzę do piwnic, oglądam fundamenty i mierzę grubość murów. Zachwycił się Rzymem, pojechałem tam raz, specjalnie dla niego. Pozwalam prowadzić mu samochód. Jest dobrym kierowcą, lepszym niż ja. Jest bardzo podobny do naszego ojca. Ma błękitne oczy, owalną twarz. Piękny mężczyzna. Ojciec byłby dumny. Z niej też. Przypomina naszą matkę, z najlepszych czasów. Kochają moje dzieciaki, równie mocno jak ja. Patrzą na nie, przez moje oczy. Dotykają je moimi dłońmi.

Nie mówię o nich prawie nigdy. Wiem, że trudno zrozumieć taki przypadek. Nie mam rozdzielonej jaźni, nie przejmują nade mną kontroli. Nie zastępują mnie. Łóżku, spowiedzi, rozmowie. Nie podglądają, nie śledzą. Nie są natrętni i nie pojawiają się na zawołanie. Nie mogą żyć moim życiem, ja nie mogę być nimi. Nie są wymysłem. Są częścią. Dobrze, że są.

Kategorie
Toksycznym Życie

Polak za granicą

Jesteśmy za granicą. Tu każdy patrzy na swoje. Nikt nic za darmo nie zrobi. Możemy pić razem wódkę, ale na więcej nie licz. Przyzwyczaj się. Oż wy skurwysyny, wymknęło mi się przez zaciśnięte usta. Taką usłyszałem prawdę, przy śniadaniu. Szczerą.

Patrzyłem na nich z podziwem. Są przygotowani na samotność. Nie mogłem się oburzać. Musieli się tego nauczyć i tak będą edukować następne roczniki tanich robotników. Kraj pochodzenia i wiek, obojętny. Im bliżej europejskiego wschodu, tym tę lekcję przyswoją szybciej. W sercu ich wyzywałem: egoistyczne świnie, cwaniackie kurwy, pierdolone zera, cwele w dupę jebane, jołopy zasrane, matkojebcy… Nie pomogło, nie ulżyło mi. Na nic się nie zdało. Niedługo potem skurwysyny przyszły do mnie, muszę coś im przetłumaczyć. Naprawdę, zapytałem? Ja nic za darmo nie robię, nie jesteśmy w Polsce. Godzina od dzisiaj kosztuje u mnie 25 Euro. Możemy podzielić to na minuty, albo przygotuję wam specjalny pakiet. Chyba, że chcecie się uczyć. Wtedy będzie taniej. Siądziemy choćby w kantynie. Gęby skurwysynów zmieniły swój wyraz, z miłej, lekko głupawo wysołkowatego, na wściekle przytomny. Jeden zacisnął pięści. Może mnie zbiją? Poczekaj. Będziesz coś chciał. Nie będę. Szybko się uczę. Zdecydujcie się. Albo sobie pomagamy, albo nie, uspokoiłem atmosferę. Zmienili zdanie. Liczą na więcej. Nie tylko wspólnego, porannego kaca. Klaskać czy się wzruszyć? Wygrałem?

W drodze powrotnej, do niby domu, obcymi drogami, zrobiłem się refleksyjny. Czy naprawdę jesteśmy takim podłym narodem? Czy tacy byli nasi rodzice, dziadkowie i pokolenia wstecz? Nie możemy być katolikami. Gdzie Samaria, kochanie bliźniego? Sam się przekonałem, że należy oczekiwać jak najmniej, nawet nic, ale to sobie przypisałem winę. Tylko kto jest winny? Ja mówiący za dużo, konsekwentnie toksyczny, czy inni, mówiący więcej i po wielokroć napastliwiej, czyniący gorzej, uznawani za cnotliwych? Jak to jest, że tyle nas dzieli, nie łączy? Ja żyję w ciągłym stresie, szarpiący się o zwyczajność, reszta wspierana, żyjąca w spokoju, chodząca w purpurze rasizmu, cynizmu i obcych etyce ideałów?

Nie mogę polubić Polski. Z roku na rok coraz trudniej mi to przychodzi. Kiedyś łudziłem się, że nowi Polacy, młodzi, zdolni, normalniejsi, zmienią ją nie do poznania. Teraz widzę, że to była fantazja tylko. Jest taka sama jaka była. Odmalowana może, ale pod farbą równie zbrzydziała, udająca i pokraczna. Kiedyś wierzyłem, że podróże zmienią Polaków. Widzę że nie. Pozostaje mi czekać. Nawet duchem, nie ciałem. Bo choć nie lubię tej Polski i tych Polaków, nigdy się jej nie wyrzeknę, ich też nie chcę.

Kategorie
Religia Uczucia Życie

Sardanapal

Chyba się poddaję. Na chwilę. Mam już trochę dosyć. Od miesiąca dojeżdżam do pracy, po 120 kilometrów, od trzech dni sam, do miasta, którego nawet nie widziałem. Rzęchem, którego biegi kończą się na czwórce. Jadę tak dziewięćdziesiątką. Pomiędzy Tirami. 3500 obrotów silnika. Diesel pije po 10 litrów paliwa na setkę. Nie działają migacze. Przyłapałem się, że się zapętliłem, na wierzę w Boga ojca naszego, jedząc jabłko, niedojedzone kanapki ze śniadania i paląc papierosa. Słyszałem to, wierzę w Boga, jak jazgot jakiś mechaniczny, piłujący mi głowę. Nie wiem kiedy zacząłem się tak modlić? Coś musiało się stać i nawet na to nie zwróciłem uwagi.

Jestem zły. Na wszystko i wszystkich i na siebie. Znowu wstawiłem zdjęcie miłości, o której mam zapomnieć, na telefon. Musiałem zrobić to w nocy. Nie pamiętam. Śpię po trzy godziny na dobę. Wciskam guzik z boku, potrzebuję nawigacji i znowu, kurwa mać. Ona. Jak się maluje. Wczoraj jej nie było. Był Sardanapal. Przed południem dzwoni do mnie jakiś ktoś, nie przedstawia się. Pyta o nią? Skąd mam wiedzieć? Nie widziałem jej od stycznia! Zaczynam pokrzykiwać. Przecież nikt jej nazwiska, nawet imienia, ze mną nie kojarzy. Co to jest? Inwigilacja, kurwa? Pełno jej w internetach, ale nie ze mną! Stary słyszę, to ja. Nie poznajesz? Jaki ja? Stoję jak kompletny matoł, na drabinie, w tych brudnych łachach, niebieskim kasku, ze śrubokrętem w garści i próbuję złapać myśli. Nie wiem… Przecież prosiłeś mnie o przysługę, wszystko zorganizowałem. Chcą jej się przyjrzeć. No tak. Wiem kto. Nie, za późno. Poradzi sobie beze mnie. Ale co się stało? No spierdoliłem. Narobiło się. Chcesz, to poczytaj bloga. Tylko nie mów nikomu, że to ja. Skończyłeś książkę? Nie, ale piszę nocami. Wyjechałem. Udaję elektryka. Pojebało cię? Już dawno. Na razie, kończę o siedemnastej. Oddzwania jak zasiadam w rzęchu, punkt kurwa, siedemnasta. Przeczytał. No to odpierdoliłeś bombę. Ty się zakochałeś! Normalnie. Jak facet! Nie dzieciak, albo zjeb. Musisz jej o tym powiedzieć. Musisz się z nią spotkać. Nie da rady. To ja jej powiem. Ani się waż. Przysięgaj. Przysiągł. Jutro wstanę o czwartej. Niech to zdjęcie zostanie. Jest mi to obojetne. Jestem już tym zmęczony.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Margo

Miło było i niezręcznie. Amazonka Margo, Małgorzata, drugiego imienia, jak ją nazywam, nawet się o to nie złości, ale ujmuje, bo to pieszczące podobno zdrobnienie, zaprosiła mnie do deSingel. Tam gra i scenografuje. Przyjechała po mnie do pracy. Nie miałem ubrania na zmianę, wymyłem tylko twarz i ręce, przeczesałem dłońmi włosy. Wyszedłem prosto z budowy. Popatrzyła na mnie zwątpiona. Cóż, umówiliśmy się dopiero na jutro. To nie moja niespodzianka. Który to twój samochód? Ten. Pożyczony. Wywróciła oczami. Moim nie pojedziesz. Chyba coś zaklęła pod nosem, przeszła na drugą stronę ulicy, kupiła kilka gazet. Rozłożyła na siedzeniu, wsiadła i czeka. Wsiadłem i ja. Grzmotnąłem drzwiami, inaczej się nie zamykają i siedzę. Dokąd? Podała mi adres. To może na Krupniczą? Jaką? To w Krakowie, nie znam Antwerpii. Dobra poprowadzę. Wysiedliśmy. Przełożyła gazety, też walnęła drzwiami. Czemu nie działa stacyjka? Jest popsuta. Pokręć kilka razy. Rusza. Uważaj, nie ma piątego biegu. Zatrzymała się. Nie, ty prowadź, pokażę ci drogę. Powtórzyliśmy rytuał. Gazety, jebnięcie, kluczyk, zgrzyt.

W drodze milczymy. Tylko w lewo, prawo, na wprost. Pod teatrem Margo pyta, czy zrobiłem to specjalnie? Co? To jak wyglądam. Nie. Nie szata zdobi człowieka. Trudno to przetłumaczyć. Nie wysilam się. Odwieźć cię? Pojebana myślę, odwiozę. Wolę wypocząć. Od rana napierdalają mnie wrzody. Belgijskie leki nie działają, czekam na prawdziwe z Polski. Łaskę mi robisz? Zaraz odjadę. Ale spokój. Nie rób gówna. Nie bądź gnojem.

Teatr świetny. Zamknięty tymczasowo. Wirus. Mogę go zwiedzić, uważając, aby o nic się nie otrzeć. Ma talent. Scenografia ugina kolana. Będziesz grać? Tak. Wchodzi na scenę. Bajka. Nie znam francuskiego, ale czuję uśmiech na twarzy. Śpiewa. Jest dobra. Jest wspaniała. Wygugluję ją.

Zostaniesz u mnie? Mam trochę ubrań brata. Brata? Nie, byłego. Będą pasowały. Mogłam skłamać. Skłamałaś, miały być brata. Czuję jak mi knebel ze stóp, sztormem leci do gardła. Duszę się. Skręcam papierosa. Zaciągam się głęboko. Nie bądź świrem. Przeszło. Jestem spokojny. Odwracam się. Podchodzi do mnie. Jezu. Chce pocałować. Odsuwam się gwałtownie. Nie chce cię pierdolić, mówię po polsku. Odejdź, ja kogoś kocham. Jest jej przykro, łamie się jej uśmiech i ramiona.

Wracamy. Znowu milcząco. Nienawidzę ciszy. Cisza to rak. To miało być na jedną noc? Nie. Lubię Cię. Tym gorzej. Często tak robisz? Nigdy. Jeszcze gorzej. Nie znasz mnie. Po co ci to? Bo jesteś inny. Chcę cię. Wiem. Nie jesteś pierwsza, która to mówi. To żadna atrakcja. To tylko niewiadoma. Wydaje ci się. Wysiada. Spotkamy się jeszcze? Nie wiem. Na rolkach? Kupiłam K2. Tak K2. Pa. To pa. Nie sądzę. Nie spotkamy się tak już.

Kategorie
Toksycznym Życie

Budowa

Na mojej budowie jestem Fidiaszem. Młotem pneumatycznym szkicuję pęknięcia idealnie proporcjonalnych brył. Odlanych w betonie. Pomaga mi Hefajstos. Dyskretnie nadaje tempo mojej pracy. Pocę się, gdy krytykuje. Poci się on, gdy patrzę mu w oczy. Nawet bogowie boją się szczerości, są ludzko ułomni. Na mojej budowie jestem Kalipso. Grubym ołówkiem planuję drogę przez światło, pięknym i bogatym, po zmierzchu. Na mojej budowie jestem jak Orion, syn Posejdona. W miniaturze. Łowię myśli majstrów, gładkim ruchem szpachlując wykucia, którędy popłynie moc iskier i źródlana woda. Na mojej budowie mówimy w każdym języku, ale nie tych, do których należy to miasto. Niewolnicy z wyboru, wynajęci. Trwonię tu czas, za karę, przeklinając Heraklesowe wyzwania, prosząc o opiekę. Ale nie zostanę tu i tak, wiecznie. Gdybym został, został bym inaczej.

Codziennie wybieram się w daleką podróż. Odwiedzam wyobraźnią miejsca i epoki. Dzisiaj byłem w Ellàdzie. Mocowałem się z Hydrą, o Helenę, prawie trojańską. Nie moją, nie teraz, kiedyś, nie już. Wzrokiem unikałem Meduzy, bezczelnie pięknej pani architekt. Heroiny dla mas budowlanych. Szukałem Złotego Runa z Argonautami, cążek zwanych, nikt nie wie dlaczego, obcinaczkami. Dla zabawy nadaję imiona przedmiotom i ludziom. Czas szybciej leci. Mniej mnie irytują.

Przypominam sobie wiersze, cicho je deklamując, interpretuję na dziwaczne sposoby. Rilke, Leśmian, Staf, Mickiewicz, Norwid, Byron, Goethe, Baczyński, mam w kim wybierać. Nawet Świetlicki, choć nie znoszę typa. Mieszkaliśmy kiedyś, dom w dom. Głupi był chuj. I pewnie jest. I ja nie lepszy. Śpiewam piosenki. Kolęduję. Udaję gwarę. Janiczkuję wysokim głosem. Stojąc u szczytu wykańczanej budowli, po wspinaczce z powrotem, po gips, patrzę na statki płynące kanałem Alberta. Jak przed The Globe, nad Tamizą i znowu międlę, najlepszym angielskim na jaki mnie stać. Jestem Księciem Albany, trzecią noc z rzędu.

Masoni przyzwyczajają się do mnie. Pomaga im widok zapylonych, roboczych łachów. To na pokaz. Wystarczy inaczej ciąć. W górę, nie w dół. W prawo, nie wszerz. Dla nich cały bywam w bieli. Wiarygodny. Osadza mi się na worach pod oczami, kaskadą chmur. Wiedzą, że w razie potrzeby, przetłumaczę ich kłopoty. Być lub nie, byle by nie spierdolić niczego, byleby jebać, euro po euro. Nie mogą być gorsi, niż sąsiad, szwagier lub brat. Bezdumni zasrańcy. Odwaga zrównana proporcji wódki do krwi, wdychanych prochów, na trzeźwo Mali. Żebrzący szereg Cerberów. Niekąsających. Uczą się, kto górą, kto nikt. Idź, przynieś, zrób, siadaj i wstań. Uszy po sobie. A ja jestem, jak skromny. O niebiosa. Gdyby mnie znali. Skromność to wszystko, tylko nie ja. Unikając jej żyję, nie trwam. Ale pomagam szczerze. Strategos. Wyszukałem kto i zacz. Punkt decyzji, pomocnicy, hierarchia i wstąp. Tak. Po kroku krok. Nie. Przymilają się, zanim rozdam, nie moje karty. Gdy to to zrobię, pójdą za mną po grób. Głupcy, mój grób jest płytszy. Więksi niż ja upadali, w nieznanych miejscach. Z rusztowań chaosu.

Kategorie
Psychika Życie

Żarcie

Nie marnuję żarcia. Odkąd, na przełomie marca i kwietnia, nie jadłem przez długie tygodnie, nigdy nie wyrzucę jedzenia. Nawet zjem mięso. Przed chwilą, mój imiennik pozbył się gara zupy fasolowej. Wielkiego brązowego, stalowego gara. Pomidory, przecier, kilogram kiełbasy, drugi wieprzowiny, paczka fasoli, przyprawy i warzywa. Byłem z nim w sklepie, widziałem co kupował. Byłem w kuchni, widziałem co gotuje. Poszło do kibla, nawet nie zaczęło śmierdzieć, znudził się. Zapytałem, czy nie chciał by tego zawekować. Nie, a po co? Za to codziennie, bez wahania, pozwala sobie na kanapki z drogiego sklepu, za kilka ładnych euro i napoje, które dziennie sięgają kwoty dwudziestu. Za dużo nam płacą? Do tego zgrzewki piwa i wódka, ewentualnie burbon, dwie butelki w weekend. Wczoraj pożyczyłem od niego samochód. Pojechałem kupić tytoń w okazyjnej cenie. Samson, dwa za jednego. Szukałem reklamówki, poprosił o olej, przy okazji. Znalazłem, wśród stosów puszek po Coli i Red Bulu. W środku gniły niezjedzone banany i jabłka. Nie żałuję mu. Niech zawsze będzie syty.

Nie mieć gdzie spać, to jedno. Człowiek czuje się jak szmata. Nie mieć co jeść, to drugie. Traci się godność. Być odrzuconym, to trzecie. Nie wiadomo gdzie się przynależy. Widzieć dno, to czwarte. Przetrwam lub upadnę, za wszelką cenę. Cztery kręgi upodlenia. Poznałem je. Nie zapominam.

Jest lipiec, była połowa czerwca. Jadę na zakupy. Był kwiecień. Odwiedzałem znajomych, gotowali obiad. Byłem głodny, ale odmówiłem posiłku. Odczuwany wstyd był wewnętrznie na poziomie wyboru, być sobą, czy być głodującym. Pożegnałem się grzecznie. Położyłem się w klatce obok. Bolały mnie flaki i dusza. Zerwałem się o piątej. Zanim ktoś mnie zobaczy. Poszedłem pod dom rodzinny, do którego zabroniono mi wchodzić. Minąłem dom, gdzie mieszkała moja miłość, na który nawet nie spojrzałem, wiedziałem że tam był, nie mogłem nawet zapukać. Kraków nie jest taki mały. Trzy złote na bilet? Mogło by być i pięćdziesiąt. Patrzyłem w okna. Bez żalu. Kiwałem się w przód i tył. Jak opuszczone dziecko. Dopóty nie zaszło słońce. Tę noc spędziłem w parku, tym w którym uczyłem się chodzić. Opowiedziałem o tym. Coś ty nawywijał? Nic. Powiedziałem co o nich myślę.

Przełamałem się, poszedłem prosić o pożyczki. Udało się. Uberowałem. Spałem zaparty nagami w obcej, zaparowanej Fabii. Woziłem jedzenie dla bezdomnych i biednych. Znowu zarabiałem. Mogłem córce kupić lody. Potem przyszedł wirus. Znowu się zjebało. Zjebało na dobre. Stres zrobił swoje. Ważyłem niewiele ponad 50 kilo, wzrost średni. Wyszczurzyła mi się twarz. Obwisła mi dupa. Podobno moje ciało stawało się miękkie. Teraz jest twarde jak żylasty stek. Dupa mi się wypełnia. Jedyna część mojego ciała, którą lubię. Moja mała dupka.

Zostałem na nowo przedsiębiorcą. Nie mogłem być nieubezpieczony. O wsparcie poprosiłem Państwo, ostatniego dnia. Nie wiem, czy powinienem. Czekam, Wciąż zalegam, ale spłacam.

Nauczyłem się jeść. Tylko tyle ile potrzebuję. Nauczyłem się dzielić. Tylko tym co mam. Nie kupię już naręczy róż, za ostatnie pieniądze, bo zachciało mi się kochać. Oddam je na pomoc. Nauczyłem się brać. Tylko tyle ile mi się należy. Nie marnuję nic. Niczego nie wymagam. Niczego się nie spodziewam. Niech tak pozostanie.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym Życie

Kłamać

Kłamałem. Nie kłamałem. Oszukiwałem? Mijałem się z prawdą. Byłem nieszczery. Nie mogłem powiedzieć prawdy, nie chciałem. Chroniłem, w tym ciebie i mnie. Zasłoniłem się kłamstwem. Po co ci prawda. Niczego nie zmieni. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Nic nie mów, nie skłamiesz. Że było, jest tak, albo że wcale nie.

Prawda to wyjątkowo paskudna idea. Skłamał bym, gdybym powiedział, że kieruje moim życiem. Równie mocno, gdybym twierdził, że tak nie jest. Znajduję się gdzieś pośrodku. Kłamię kiedy muszę, kiedy nie mam wyjścia, albo uważam, że prawda wyrządzi krzywdę większą niż kłamstwo. To mój dylemat odkąd pamiętam. Kłamać czy nie? Ale pisząc, jak teraz, mogę sobie pozwolić na szczerość. Parę razy mocno z tym przesadziłem.

Czy ojciec był pijany? To z nim się biłeś? Ukradłeś, czy on? Spałeś z nią (tutaj, z założenia pojawia się z kurwą, niezależnie kto pyta)? Czy on mnie zdradza? Ona ma wizę? Ile on godzin naprawdę pracował? Czy zdał ten egzamin? Zapłaciłeś rachunki (a z czego, ja pierdolę)? Czy, czy i czy. Tak, nie, nie wiem, milczę, unikam tematu.

Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy mówię prawdę? Tak odpowiedziałem. Nie uwierzył. Dlaczego? Bo to niemożliwe. To się nie zdarza. Wymusiłem na sobie długie tłumaczenie. Przywołałem fakty, miejsce, czas. Nic to nie zmieniło. Nie chcesz, to nie wierz.

Przyłapanemu na kłamstwie trudno jest być wiarygodnym. Dużo upłynie wody w rzekach, zanim ktokolwiek mu uwierzy. Są jednak kłamcy z natury. Nie są w stanie nie kłamać. Wiedzą, że wszyscy o tym wiedzą, mimo to nie rezygnują. Ubarwiają sobie tym życie. Innym też.

Jako dziecku mówiono mi, że muszę mówić prawdę. Powtarzałem to samo moim. Nie jestem jednak pewny, czy pojmowały różnicę pomiędzy prawdą a kłamstwem? Nie mam na myśli fałszu, tego mam nadzieję, od dzieci nie wymaga nikt. Mają ogromną wyobraźnię. Uczą się świata zmyślając historie, równie łatwo jak kłamcy z natury. Nie karałem ich za to.

Co ze sztuką, wiarą, kulturą, prawem? Czyż one nie opierają się na nieprawdzie, braku dowodów? Fikcja literacka, pewność istnienia Boga, malarstwo, choćby religijne, fantastyka, mity, sądy? Czy to przypadkiem nie wynik, zdolności do negowania łatwo udowodnianego kłamstwa? Bez niego ziało by nudą. Można się z tym nie zgodzić?

Niech nikt nie myśli, że chwalę kłamstwo. Słyszałem jednak wiele razy zdanie: stoi w prawdzie lub na odwrót. W nieprawdzie. Pada ono z ust polityków, zza pulpitu w kościele (ambony wyszły z użycia, szkoda, brzmiało by to ładniej). To nowa figura retoryczna. Oznacza ona rację, mam rację, nie masz jej, z prawdą nie ma nic wspólnego. Mogę stać w prawdzie, a łgać jak najęty. Czemu nie mogę się na niej położyć, zawisnąć na niej, nawet odbyć z nią stosunku? Mógłbym spłodzić jako kłamca, półprawdy, półkłamstwa, prawdokłamstwa. Tak, czy nie? Chyba, że zupełnie nic z prawdy nie pojąłem? Jeżeli tak, to przepraszam. Mam już tak.

Kategorie
Psychika Życie

Nie ma przypadków

Zawsze pod prąd. Jak samospełniające się proroctwo. Nie ma przypadków. Miał mnie rozpieszczać świat. Nie zawsze, ale bardziej niż innych. W każdym razie mógł. Wczoraj był cudowny dzień. Nie poszedłem znowu do pracy. Nie mogłem. Pani z ZUSu załatwiła mi mityczny glejt. Leży na PUEce. Przesłałem dalej. Nie zgadzają się daty. Niech to. O tysiąc euro w tył. Trudno. W poniedziałek zacznę odrabiać tę stratę i nie tylko to.

Dostałem maila że Guardian wydrukuje mój artykuł. Poprawiałem go wiele razy. Będzie o PTSD. Rano budząc się czułem, że może wreszcie się odkochuję, byłoby dobrze, wyjazd robi swoje. Oddycham łatwiej. Nie zastygam. Jem. Zmieniłem zdjęcie na telefonie. Nie mogę na nią tak patrzeć. Teraz pojawia się coś, co malował Toulouse-Lautrec.

Poszedłem do sklepu, właściwie pojechałem. Rolkowałem ostrożnie, po rowerowej ścieżce. Bez muzyki. Wciąż boli mnie złamany nadgarstek i plecy. Zachciało mi się skoków, spadłem nad Wisłą z wysoka, na wznak. Wystraszyłem nocnego marka. Nie dojechałem. Po drodze stanąłem obok łąki. Tam źrebię i klacz. Podziwiam. Zapatrzyłem się. Podeszła dziewczyna. Zgrabna i prosta jak kij, z cyckami jak lubię, rozpychającymi lekko koszulę, w bryczesach i butach za milion złotych. Uśmiecha się, jak wszyscy tutaj. Uroczo. Ma ciemne oczy, okrągłą twarz. O kurwa ładna, myślę sobie. Coś mówi. Flamandzki. Nic nie rozumiem. Niemiecki, Francuski? Nic. Łamiemy angielski.

Jeździsz konno?

– Kiedyś tak, teraz nie.

– Widziałam cię kilka razy na rolkach. Nad rzeką. Jeżdżę tam na rowerze. Nie słyszysz dzwonka. To trudne?

– Nie. Po kilku dniach dasz sobie radzę.

– Jesteś z Polski?

– Tak. Skąd wiesz? Wmurowało mnie.

– To małe miasto. Nie byłam pewna, tylko ty się kłaniasz na ulicy, twoi koledzy nie. Zostawiłeś komputer w pubie. Nie wiesz jak płacić komórką i poszedłeś po pieniądze. Nie powinieneś niczego zostawiać na stole.

– To rzeczywiście małe miasto…

– Moja siostra tam obsługuje. Podobno jesteś uprzejmy. Byłam w Polsce na zawodach. Chcesz spróbować? Na oklep? To moje konie. Właściwie ojca.

– Bez siodła? Nie mam butów.

Nie mam za dużo czasu, ale poczekaj.

Przyniosła mi czyjeś adidasy. Założyłem je i podeszliśmy do koni. Poklepałem klacz, pozwoliłem się obwąchać. Źrebak też grzecznie pozwala się dotykać. Nie dam rady wsiąść. Za wysoko. Zrobiła z dłoni podpórkę, odbiłem się i hop. Siedzę. Rany boskie siedzę. Trzymam w ręce wodze. Lekko przyciskam łydkami i jadę. Powolutku. Ona idzie obok.

– Wyprostuj się!

– Ok. Staram się.

– No wyprostuj się. Biodra do tyłu. Nie bój się.

– Nie boję się. Ale prostuję garba.

– Lepiej. Dużo lepiej. Skręć w prawo. Nie ciągnij konia. Z wyczuciem. Dobrze. Teraz w lewo. Dobrze. Stój. Nie ciągnij. Delikatnie. Ruszaj. Nie ściskaj. Nie spadniesz. Dobrze…

Po pół godziny czuję jak kolana, tyłek, uda, szyja, cały staję się zmęczony. A ona dalej: wyprostuj się, nie zwisaj koniu nad głową, nie przechylaj się do tyłu. Nie przyspieszaj. Stopy na zewnątrz.

– Jak się nazywasz? Pytam i się przedstawiam w końcu.

– (…). Odpowiada.

Serce mi zamiera. Wykonuję dziwny ruch. Koń staje. Znowu? Jak ta? Ona? Zsiadam, raczej się zwalam. Oddaję wodze.

Co się stało? Dobrze sobie radzisz.

– To przez twoje imię. O nic nie pytaj.

– Na drugie mam Margaret. Zmarszczyła czoło.

– Wolę Margo.

– Jak chcesz. Muszę lecieć. Jeżeli chcesz, przyjdź w przyszłym tygodniu. Posprzątasz ze mną w stajni i możesz jeździć za darmo. Mamy jeszcze sześć innych koni. Kupię rolki. Ty mnie też czegoś nauczysz.

– Oczywiście, ale wieczorem. Po pracy.

– Świetnie. Jak się umyjesz. Byłeś ostatnio na stacji. W roboczym ubraniu.

– Dużo o mnie wiesz. Zaśmiałem się.

– Już ci mówiłam. Tu się wszyscy znają. Zapisz sobie mój numer. Powinieneś się ostrzyc. Do zobaczenia. Pogłaskała mnie. Zaskoczony, nie zdążyłem się odsunąć.

– Czym się zajmujesz? Zapytałem na odchodnym. Na pewno się czerwieniąc.

– Jestem scenografem, a właściewie aktorką. Chyba zasłabłem na moment. Znowu ona.

Wróciłem do domu. Inny. Oczyszczony. Na pewno zadzwonię. Ale będę ostrożny. Bardzo ostrożny.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Odliczam

Brak mi słów. Nie chcę rozmawiać. Przed moim tymczasowym domem stoi były przyjaciel. Nie wiem jak mnie znalazł. Musiał przyjechać z Polski. Nie odbieram telefonu, patrzę na niego, zza okna. Coś krzyczy. Do uszu wsadziłem słuchawki. Portishead. Głośno grają.

Siedzę w nie swojej kuchni, na nie swoim krześle, przy nie swoim stole. Włączyłem laptop. Zapaliłem papierosa. Otwarłem piwo. Nie poszedłem do pracy, bo ktoś z ZUSu jest chory i mają mnie w dupie, trzydziesty już dzień. Robię przelewy. Komórka, księgowy, zaległe karty, pożyczka. Jeden będzie dla bezdomnych. Na food not bombs. Telefon wciąż dzwoni. Nie chcę rozmawiać. Nie mam jeszcze o czym. Zostaw mnie. Jestem nierozmawialnie nieruchomy.

Źle spałem. Śnił mi się dziki sex, wojna i porodowa śmierć. Pewnie dlatego, że o tym pisałem. Jestem zły. Rano wypadła mi plomba, znowu ten sam ząb. I łapię się na tym, że jest jak fetysz, zawsze się psuje, gdy mój dentysta jest daleko, skądś, stąd. Dzisiaj się wykąpałem, pierwszy raz od stycznia. Wanna to raj.

Hardzieje mi serce. To już pół roku odkąd zasnąłem na mrozie. Nie mogłem wstać, tak zimne miałem stopy. Łydki bolały jak skurcz. Pięć miesięcy odkąd nie mam rodziny. Trzy, gdy nauczyłem się spać na podłodze i wyschłem jak wiór. Miesiąc prawie w obcym kraju. Dziesięć lat odkąd nie żyję jak pan.

W głowie się zalecam:

Nędzarz bez nóg, do wózka na żmudne rozpędy,

Przytwierdzony jak zielsko do ruchomej grzędy,

Zgroza bladych przechodniów i ulic zakała,

Obsługując starannie brzemię swego ciała,

Kręci korbą…

I jak gdyby na lirze, w czas słoty…

Turkoty…

Zwiastuję:

Nie jesteś bliżej niż my boga,

Jesteśmy wszyscy dalecy od niego,

Ale cudowne i błogosławione,

Są twe ręce przez niego…

Ale ty jesteś drzewem…

I płynę, jak nad Tamizą:

Shell I compare thee to summer’s day?

Thou art more lovely and more temperate?

Routh winds…

And every fair…

Pewnie znowu jutro rzucę się na kontakty. Wstawię ich cały rząd. Będę tłumaczem, udawał, że znam się na robocie. Wysłucham kilku bzdur. Zapytam jak się masz, co za dzień ponarzekam. Co za pogoda. Londyn, Antwerpia i Łódź.

Nie dzwoń przyjacielu. Nie czas na rozmowy. Jedź. No jedź. Kurwa, idź już.

Kategorie
Polityka Religia Życie

Moje Sarajewo

1995 rok. Okropny. Prawie zima. Pojechałem z Czerwonym Krzyżem do Sarajewa. To był już drugi raz. W Bośni co kilka kilometrów kontrole, samozwańczych armii, umundurowanych band. Długi konwój stawał się coraz krótszy. Serbowie zabierali co chcieli, po trochę, celując do mnie z radzieckich karabinów. Mieli w oczach pijaną odwagę, śmierdzieli brudem i niestrawionym bimbrem, pociąganym z butelek, wystających im z kieszeni płaszczy. Wysocy i przystojni, chwiejący się. Upierdoleni mordercy. W pobliżu jeździły niebieskie pojazdy, opancerzone, z legionistami, z Francji. Ktoś się uśmiechnął, ktoś kiwnął głową. Nie wiedziałem kogo bardziej się bać.

Na ostatniej rogatce zabrali mi paszport. Zamienili na papier z pieczątką. Nigdy go nie odzyskałem. Stałem się zakładnikiem oblężonego miasta. Wróciłem gdy kończyła się wojna. Prawie wariat. Pobity i siny, bez zębów, ale cały, w bagażniku samochodu niedoszłej żony, z immunitetem dyplomatycznym i górą forsy, przez Mediolan i Rzym, do Polski, na Podgórze, nie na tarczy, ale z nią. Przez trzy miesiące zaliczyłem Reutera, Timesa, szpitale, obóz i front. Nauczyli mnie tam, czego nie chciałem. Strzelać i chlać, w zapomnieniu się rżnąć. Z trupem, kolejnego już dnia.

Napatrzyłem się na zło. Tam nie było niewinnych. Nie było co jeść, było co pić, ale nie wodę. Ludzie jakby w transie. Żyć, przeżyć, doczekać. Nie obchodziło to już nikogo. W wieczornym dzienniku jakiś news. Sarajewo zmęczyło Europę. Snajperzy polujący na starców przy studniach, traktory ciągnące przyczepy pełne uchodźców, gwałty, nawet na rozkaz, zabawa w strzelanie ze wzgórz, do autokarów pełnych kobiet i dzieci, ranni, zabici, zmarli, bo leków był zupełny już brak.

Nigdy tam nie pojadę. Stałem raz przy granicy ze Słowenią, w Austrii. W krainie, skąd wieki temu przybyli moi pra i pra, pradziadowie. Styria, mój pra dom. Stałem z cherlawym ex premierem, ex komisarzem ONZ, palacz był, jak ja. Wsiadasz? Nie. Nie mogę. Ten język. Nie pytaj. Wszystko opowiedziałem. Po co mi to?

I tak moje życie toczy się dalej. Modlę się jak katolik, muzułmanin i Pop.

Kategorie
Toksycznym Życie

Ucieczka

Uciekłem więc. Wyjechałem. Zarabiać na majtki, muszę mieć co na dupę włożyć. Jak to zrobię, to wrócę. Nie może, na pewno. Do czego nie wiem, bo prawie nic już nie zostało, z tamtego, jak mi się wydawało, mojego bytu, bytowania raczej. Można żyć życiem nieswoim. Teraz żyję własnym, którego się uczę, które przypominam sobie. Dużo chcę zapomnieć, jeszcze więcej muszę. Znowu tyram na budowie, cały w pyle, dałem się wychujać trochę. To nic, nic nowego, znam to. Mogę po 10 godzinach pracy i dwóch dojazdu, dosiąść rolek i w pędzie, nad Mozą, ścigać się z końmi, dosłownie. Może którejś soboty dosiądę jednego z nich. Tego gniadego. Na zakupy jadę do Niemiec, po haszysz do Holandii, padam zmęczony w Belgii. Mało śpię, piszę. Pomaga mi zegar na wieży pobliskiego kościoła. Podświetlony na cztery strony świata. Późny barok i neogotyk. Ładna brzydota. Chyba protestancki, zawsze zamknięty gdy chcę wejść, nie lubi mnie może? Zegar głośno wybija godziny i ich połówki. O ósmej wieczorem biją dzwony. Widzę go wyraźnie, z balkonu na którym teraz siedzę. Jedenasta, właśnie mnie dobił. Doczekałem się, aż mieszkańcy mojego domu poszli do łóżek. Są mili, zaskakująco. Mam jedno piętro na krótki czas, tylko dla siebie. Rano wstaną, zanim wzejdzie słońce i rozjedziemy się do naszych cegieł, kabli i wiertarek. O szóstej trzydzieści rozpoczniemy napierdalanie młotkami i taniec z podchodami. Bo trzeba coś zrobić, ale nie się narobić. Agencja płaci nam trzy razy mniej, niż za nas dostaje. Godzę się. Zamiast płacić podatki, kupię coś sobie.

Myślę. Czuję jak rosną mi włosy i marnuję minuty. Palę skręty, czekam aż niewielkie nietoperze wylecą polować na komary, gryzące bez litości. Ja wgryzam się w scenariusz, którego nie mogę dokończyć. Podobno nie jest za późno na reżyserię, mam zmysł sceniczny. Co to kurwa jest ten zmysł? Który to jest w kolejności? Namawiają mnie na egzaminy. Przedtem namawiali na odstawienie miłości. Słabo, chociaż wiem, że chcą dobrze. I tak już nie zdążę w tym roku. W przerwach piszę to. Zastanawiam się, czy tatuaże które sobie niedługo wydziaram, przerażą moją babkę, jeżeli jeszcze się spotkamy, bardziej niż poprzebijane już wargi, uszy i nos? Podczas poprzedniej ucieczki pytała wystraszona, dziecko masz Aids? Byłem prawie tak chudy jak teraz. Zamiast łoić wódę, odkąd okazało się, że mój alkoholizm to bujda, piję herbatę z mlekiem. Z jakiegoś powodu czuję smak krwistego mięsa, którego tak dawno nie jadłem. Sprawdziłem językiem, może to spierzchnięte wargi?

Nade mną gwiazdy i rogalik księżyca, wyłaniający się zza zielonkawych chmur. Otacza mnie cisza małego miasteczka. W drugą niedzielę mojej ucieczki, palił się stojący obok dom. W powietrzu wciąż unosi się wyczuwalny swąd, polskiej wsi po zmroku. Swojski. W końcu się nie spalił. Wszyscy z sąsiedztwa rzucili się z pomocą. Nagle przestałem być obcy.

Na dzisiaj wystarczy. Mam jeszcze pięć godzin na sen. Przyzwyczajam się do braku wypoczynku, jak do spania na twardej podłodze, która po kilku tygodniach stała się wygodna. Wspominam mieszkanie kątem, w biurze przyjaciela, obok Mariackiego, podczas epidemii. Inni się przejadali, ja zastanawiałem się czy wolę tytoń, czy mieć co jeść. Jak dewot noszę teraz na szyi różaniec. Bardzo stary, kryształowy, ma ze dwieście lat. Chyba się pomodlę. Za zdrowie wasze i nasze.

Kategorie
Toksyczny Uczucia

Ona. Ta.

Wymieniłaś zamki. Wyrzuciłaś ubrania. Zmięte, gniją po kątach. W moim płaszczu granatowym, ulubionym i wytartym, z Osaki, zamieszkały myszy. Nie chciałem zabierać im wełnianego domu. Małe, były jeszcze ślepe. Delikatnie je zasłoniłem. Nie kocham cię. Wiesz? Kocham inną. Nie wiem na jak długo. Odbierałaś sobie moją miłość. Jak wiosna, rozwiał wiatr kwiaty czereśniowe. Jak jesień, gubiłaś liście. Chciałaś być wyżej, lepsza, ponademną. Nie byłaś. Powinnaś to wiedzieć. Gdy się wspinałaś, stałem z boku. Chciało mi się płakać. Płakałem. Żałowałem, milczałem. Na spacerach, z wózkiem, pod Kopcem, udawałem że pada deszcz, tylko na moją twarz. Miłości dziecinnej mi nie zabierzesz. Miłości do innej mi nie odbierzesz. Jest tylko moja. Dla ciebie ją sobie zabrałem. Żebyś płakała nad sobą, nie w nienawiści, przeklinając mnie i ją. Że ona młoda, nie zna co to brak i czas. Że ja dojrzały, ale tylko ciałem. Jej już nie ma, został tylko jej cień. Pieszczę go każdej nocy. Żebym to ja płakał samolubnie, nie ty, i ona nie żałowała.

Tęsknię za tobą, jak za nią. Za tą. Za sobą też. Każda tęsknota jest inna. Widzę cię, jak czekasz leżąc, ciężka ciążą. Drżę strachem. Widzę ją, gdy przytula mnie niepewna, czy może, czy ja jej, czy tylko kłamię. A nie kłamałem. Siedzę przed wami, na zmianę, pytający serca, kamieniem rozgrzanym, bijącym trzaskami. Kiedy się zmieniłaś, dlaczego to ona, choć tak się starałem, oby nie ona, nikt i nigdy i nic. Kochający, nie kochałem.

Kocham ją. Tak jak ciebie, kochać chciałem i może nawet kochałem. Ona jak ty, z miłości uwierzyła, że jestem kiełkującą krzywdą. W zupełności jesteście kobieco podobne. Mową, nie uczynkiem już, nawet nie zaniedbaniem, zgrzeszyłem. Gdzie byłyście, gdy w mrozie spałem na ławkach Plant? Bez domu. Takiego chciałaś mieć ojca dzieciom? Takiego ona kochanka? Nie mogę ci pomagać. Nie chcę z tobą utrzymywać kontaktu. Wstyd. Nie za siebie, za was, kochane, nie umiłowane. Wstańcie na nogi, zimnem zbolałe, jak ja wstawałem. A idźcież precz. Z Panem Bogiem. Z samym Czartem nawet. Zranione, raniąc ponad miarę.

Porównuję się. Do potworności, z urodzenia i rozumu, ruchem wspartej i wyobraźnią. Nie znajduję podobieństwa, choć się staram. Jak wielkie krzywdy musiałem uczynić? Niemałe. Winny przy nich zostanę. Ani ze mnie skurwysyn. Nawet nie bydle. Ktoś, jakiś, coś. Niebywałe. Za chwilę wszystko będzie stare. Pomrzemy zmarszczeni. Jak każdy, nikt. A ja kocham. Ją. Nie ciebie. Siebie. Na wasze rozczarowanie.

Kategorie
Toksyczny Uczucia Życie

Pamiętam kochanie

Nie znałem, poznałem, polubiłem, zakochałem, kocham, pokochałem. Nie polubiłem, na pewno nie pokocham. Znielubiłem, zapomniałem. Niektórych ludzi nie spotkamy już nigdy. Nie tylko tych, którzy są nam obojętni, obcy, są wrogami. Nie spotkamy tych, których możemy kochać długo, czasem dożywotnim wyrokiem nieznośnego losu.

Kochanie nie jest naszym wyborem. Nie można tak postanowić. Nie odkreślimy oczekiwań na liście, wszystkie lub ich większość. Zgadza się i już, zaczyna się. Nic zazwyczaj się nie zaczyna. Prawie zawsze jest inaczej. Zaprzyjaźniamy się z ludźmi, zupełnie do nas nie podobnymi, zakochujemy się w ludziach dalekich od naszych ideałów, czasami ideały okazują się nie naszymi. Kochanie jest szansą. Na wyrwanie z nas tego, co najlepsze. Bycie kim jesteśmy naprawdę. Pozbycie się strachu. Na bycie sobą. Na życie.

Miłość nas nie ogranicza. Jest nasza, nawet gdy nie odwzajemniona, zmarnowana, skazana na powolne umieranie. Miłości nie wolno zapomnieć, nie da się zapomnieć.

Nie zapomniałem moich miłości. Pamiętam każdą z nich. Te głębokie, długie i najmniejsze. Namiętnie i chłodne. Te dawne i te prawie dzisiejsze. Te wspólne, te moje i czyjeś, których nie mogłem wziąć.

Jedna nie daje mi spokoju. Tej jednej żałuję. Nie chciałem jej wcale. Nie wiem dlaczego przyszła. Prawie udało mi się przed nią uciec. Powstrzymałem ją, zanim na dobre, z powolnego kroku zaczęła za mną biec, prawie się ze mną zrównując. O tej jednej długo milczałem. Zaczęła się od niewinnej rozmowy, orzeźwiającego śmiechu, nieskończonej szczerości, czekania. Skończyła się, gdy zacząłem o niej mówić i przeraziłem nią tych, którzy dobrze życząc mnie i jej, przekonali, że nie wolno jej być, że to nie ona, ale szaleństwo. Teraz wiedzą, że pytani radząc, zabrali mi wiarę. Odpowiedzialność mnie boli, nawet gdy nie myślę o niej. Gdy jeszcze trwała, dziwiłem się jej. Ledwie muśnięta ustami, dotknięta dłońmi, ciałami. Nie była w niczym do innych podobna. Nie naiwna, nie wyrachowana, ale nie niewinna. Jedyna spełniona, jedyna która mówiła, że jest moja i nie muszę się nią z nikim dzielić, ani słowem moim, ani cudzym. Wybrałem inaczej. Nie posłuchałem.

Wiem że moja miłość mieszka niedaleko, choć nie znam jej adresu. Nie wolno mi się do niej zbliżyć, tak powiedziała, gdy dla zniechęcenia, po kilku celnych, jak ciosach, słowach, zakazała być blisko. Taki był plan. Wykonany. Zmuszam się codziennie do omijania okolic jej obecności. Wielkim łukiem obchodzę Kazimierz z domem rodzinnym ojca, na Szerokiej, gdzie na skwerku, kiedyś wyprowadzałem mojego kudłatego psa, gdzie teraz stoją stoliki kawiarniane. Szykuję się do wyjazdu. Wyjadę. Nie będę omijał. Unikalność przestanie mnie męczyć. Nie podsycana powoli się wypali. Byle od niej dalej.

Nie zapomnę tej miłości. Nie chcę. Wiem, już jest mi jej brak. Nigdy jej nie powiem, ile dla mnie znaczy. Że już nie kocham, ale ją pokochałem. W końcu, po końcu. Że przyszła nie o czasie, może dla niej. Dla mnie jedynym, który mnie ocalił. Że miała rację każąc się oddalić. Że ją rozumiem. Zawszę będę życzył jej dobrze, najlepiej. I mam tylko ten delikatny, szarzejący cień nadziei, że kiedyś zrozumie, że to nie był wybór, że kochając, na czas się nie opamiętałem. Udało się, mimo wszystko, miłości, dalekie kochanie.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie tresuj

Powtarzałem to całymi latami. Nie dociera. Ze wszystkich znanych mi narodowości, tylko polskie kobiety, niezależnie od wieku, postanowiły zostać treserkami. Muszą się przypierdalać, nie mogą się powstrzymać, nie umieją inaczej. Z nieznanych powodów ich matki i babki przekazały im, chyba w genach, konieczność nieustannego upominania swoich partnerów; czemu to robisz, dlaczego tak, nie rób tego, idź tam, gdzie leziesz, wróć tu natychmiast, no chodźże, nie pij, nie obżeraj się, jesteś do niczego, z tobą tak zawsze… I tak w kółko, całymi dniami. Przy tym traktują swoich mężczyzn jak dzieci, większą wersję swoich synów, jeżeli dane było im ich urodzić.

Polka nie rozpoznaje niebezpieczeństwa, które czyha po każdym przypierunku. Pół biedy, gdy dzieje się to zaciszu domowym, które w Polsce oznacza szkołę cierpliwości. Prawdziwa akcja zaczyna się w miejscu publicznym, gdzie można będzie wykazać się w pełni, współzawodniczyć z innymi profesjonalistkami. Samochód. Napierdalająca baba, młoda, dojrzała, stara. Wkurwiony, milczący facet. Sklep, ulica. Podniesiony kobiecy głos. Czerwony, nie rumiany, wściekły facet. Autobus, tramwaj, pociąg. Władczy, upominający głos. Każdy facet już wie. Współczująco myśli: ma chłop przejebane. Jak dobrze, że jadę sam, moja by się też, zaraz pochwaliła swoim talentem i na wszelki wypadek patrzy bezmyślnie przed siebie, jakby jego połowica miała by się nagle, magicznie pojawić na sąsiednim siedzeniu.

Dzień po dniu z mężczyzn uchodzi uczucie. Nie taką Ankę, Agusię, Nelkę poznałem. Nie w takiej się zakochałem. Dlaczego ona się zmieniła? Przecież tyram jak wół, sprzątam, gotuję, zmywam, prasuję. Oddaję pieniądze, o wszystko pytam. Nie jestem idealny. Ona też. Z wiekiem staje się gruba, brzydnie frustracją. Seks staje się męką, nawet gdy jest lekarstwem na złości.

Polka zapomina, że są inne kobiety. Też być może mają wrodzonego wkurwa. Ale na swoich, nie obcych samców. Chętnie przygarną i wytresują nową ofiarę, jeżeli są wolne. Jeśli nie, przytulą mocniej, na chwilkę, na chwilę, dla przyjemności.

Dodając nieco otuchy, polscy mężczyźni potrafią także być wiecznie wkurwieni. Niekoniecznie z powodu złożonego charakteru swoich wybranek. Mają tak po prostu. Nic nie jest wystarczająco dobre. Jest nieciekawe, nudne i bez przyszłości. Narzekacze. Można odnieść wrażenie, że jest to wyraz narodowej dumy, w szowinistycznym wydaniu macho. Dla nas wszystko jest do dupy.

Oba przypadki są zaraźliwe. Wystarczy dłużej pobyć w naszym nadwiślańskim raju, aby prędzej czy później, w zależności od płci, odkryć w sobie zaczątki tych chorób. Zapadają na nie nawet obcokrajowcy. Najwięksi optymiści, prędzej czy później też z nami dostają pierdolca.

Może to się kiedyś zmieni? Było by cudownie. Uśmiechnięte panie i panowie. Umiarkowany optymizm. Chce się żyć! Co? Nie wolno pomarzyć?

Kategorie
Toksycznym Uczucia Życie

Zazdrość

Przyznałem się przed sobą. Potrafię być zazdrosny, jestem i byłem. Poddałem się. Musiałem zaakceptować. Jeszcze jedno z uczuć, które jest moje, jak inne, mniej wstydliwe. Zazdrość mnie oszołomiła, odebrała zdolność do rozmowy. Psycholog siedział cicho, nawet na mnie nie patrzył, gdy wybuchłem moją zazdrością. Wieloobiektową, wielowątkową o różnym nasileniu, bardziej lub mniej barwnie opisaną.

Wiesz co, zacząłem, zawsze myślałem, że to tylko była nienawiść. Najpierw do rozpieszczonych małych mini bydlaków, którzy mieli więcej niż ja i wolno im był więcej niż mnie. Ja dostawałem baty, ich nagradzano. Musiałem być na tyle rozsądnym dzieckiem, że bawiąc się na podwórku z innymi, szybko zauważyłem, że niektóre dzieciaki są w gorszej sytuacji niż ja. Zrelatywizowałem moje uczucie, wyparłem, nie byłem na dnie hierarchii, pozbyłem się nieznośnego poczucia niższości, skoro byłem też lepszym i wstydu, że w ogóle mogłem tak myśleć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie jestem najmądrzejszy, wreszcie, że nie najprzystojniejszy lub najbardziej podziwiany i wcale nie zawsze w centrum uwagi. To było jeszcze bardziej nieprzyjemne, ale także znalazłem na to sposób. Mówiłem tylko to, co mogło wzbudzać zainteresowanie, odkryłem ekscentryzm, pogardę i małomówność. Rozwinąłem też elokwencję, sztukę zagadywania niepewności. Działa doskonale. Wreszcie nabawiłem się niechęci do zadowolonych z siebie wieprzów, kiedyś w mokasynach, wysiadających z drogich samochodów i ich odpowiednika, byczków z przerośniętymi mięśniami. Ich nie było trudno się pozbyć z mojej głowy. Nigdy nie przywiązywałem wagi do pieniędzy, raz są, innym razem nie ma. Zajmowały mnie sporty, które mi odpowiadały, uprawa muskulatury jest dla mnie śmieszna, nawet kretyńska, skoro jej szybki wzrost wymaga chemicznego nawozu, mogącego działać różnie, na przykład impotencyjnie. Po samcach alfa, przyszła kolej na lepiej ode mnie wykształconych, ze szczególnym wskazaniem na zawody, którymi byłem zainteresowany. Z tego trudno się było wyleczyć innym lekiem, niż świadomością ciężkiej pracy, w obcym państwie, które polubiłem bardziej niż własne, gdzie udało mi się osiągnąć więcej niż przeciętnemu krajanowi. Nie jakieś cuda, ale zawsze coś.

Ale to mnie nie uspokaja. Ojczyzna, do której wróciłem, złapała mnie na wędkę zazdrości i spolaczkowała. Dużo czasu jej to nie zajęło. Przypomniała mi, że uciekłem, a ona się zmieniła w międzyczasie, to że i ja jestem inny, nie zrobiło na niej wrażenia. Jej się wydaje, że jest nowoczesna, mnie że tylko taką udaje. Mnie się wydaje, że jestem na nią obojętny, ona mi udowadnia, że wciąż potrafi mnie wciągnąć w swoje gry. Zmusiła mnie do zazdrości o beztalencia, które robią karierę, o pseudointelektualistów, przy których muszę uważać co mówię, o prostaków, którzy rozpychając się, radzą sobie lepiej niż ja. Wmawia mi poczucie winy, za zmarnowane talenty i czas który nie przyniósł fortuny. Chce mi zabrać poczucie godności, karząc za chęć bycia sobą.

Co ja mam zrobić z tą zazdrością. Nie wystarczy, że przez nią uciekłem przed każdym związkiem, który próbowałem zbudować? Byle by jej nie czuć? Za mało, że w tęsknotach ubywało mnie, kawałek po po kawałku i teraz tak niewiele ze mnie pozostało? Że jestem nią zmęczony i naprawdę nie potrzebuję nowych powodów, aby mieć ją niezmiennie obok siebie, w sobie? Są przecież rzeczy ważniejsze niż ona. Nic to, minie. Jak zawsze dotąd mijała.

Kategorie
Uczucia Życie

Szukam

Szukam Ciebie,

wśród twarzy, które chciałbym zapomnieć

i najbardziej mi bliskich.

Ustach, których smaku nie mogę rozpoznać,

a które smakują jak wiosna.

Słowach zbyt krótko słyszanych.

W nie poznanych myślach,

szukam Ciebie.

Nie szukam Ciebie,

wśród ciał, które chciałbym zapomnieć

i najlepiej mi znanych.

Pamięci, której nie wolno odwiedzać,

w dawnej świeżości wspomnień.

Zapachu zmieszanym z innymi.

W niewyrażonych gestach,

nie szukam Ciebie.

Nie wolno Cię szukać,

w splotach miejsc, które muszę zapomnieć,

twoich, naszych, ich, gdzie nie dotarłem.

Nadziei, której zapas musiałem wyczerpać,

stopami kreślonych kształtach.

Objęciach pociechy i dni i dat.

W kwiatach danych i nie zebranych,

nie wolno Cię szukać.

Jeśli Cię spotkam,

wśród ludzi znanych i nieznanych,

nawet nie poznam, nie poznasz Ty.

Mnie zatrze nowe starym.

Jeśli Cię spotkam. Nie.

Wiersz co dekadę. Dla przyjaciela, którego straciłem na zawsze.

Kategorie
Życie

Wegetarianin

Pewnego dnia stałem się wegetarianinem. Nie dlatego, że pokochałem zwierzęta. Lubię je i prawie całe życie miałem jakieś przy sobie. Przekonałem się do kotów, nie jestem już tylko psiarzem, wędkarzem akwariowym, klatkowym ornitologiem. Byłem kilka razy na polowaniach i strzelałem, jak inni myśliwi, do dzików, saren, nawet wyprawiłem się na łosia, w lasy dalekiej północy. Jadłem mięso i czasami mi go brakuje. Kiedy je zjem, robi mi się źle, nudno, odzwyczaiłem się.

Dzień na wegetarianizm przyszedł zupełnie znienacka. Od kilku tygodni przygotowywałem posiłki dla mojej babci, która znowu zapomniała, że nie ma trzydziestu lat, tym razem złamała sobie biodro i trzeba było jej pomóc, zamieszkać z nią na jakiś czas. Serki, szyneczki, bitki, sosiki, ubijane z mlekiem i masłem ziemniaki, kotlety, sznycelki, zawsze płaskie jak plasterek krakowskiej, zupy na dwa dni, bo świeże, na rosołach, gotowanych godzinami. Wycinanie tłustych przerostów, żyłek i kosteczek, idealnych dla żebrzącej pod nogami suki. Młotkowanie schabowych, nawet kurczaków, czekanie aż makaron albo ryż, staną się przezroczyste, prawie jak woda. Jestem niezłym kucharzem, ale musiałem dojadać, wiadomo, księżniczka ma kaprysy. A tu wrzody, znikąd niby, ale zapowiadały się już od dłuższego czasu. Nie mogę spać, nie mogę obejść się bez leków, o których istnieniu nawet nie wiedziałem. Więc zmiana, ja gotowanie na parze, dla staruszki jak lubi, na smalcu i margarynie. Jest piątek, jem rybę z parowara. Nie mogę, smak papieru toaletowego, konsystencja kartonu. Sobota, jem smażone, nie mogę, czuję jak walczy mój żołądek. Niedziela, znowu para, tym razem wieprz. Nie mogę, z sentymentem wspominam piątkową rybę. Ale warzywa zjadam i nie boli mnie nic. Poniedziałek, nie dotykam mięsa. Miesiąc później? Nawet nie przychodzi mi do głowy, że mogłem je kiedykolwiek jeść.

Moi znajomi wegetarianie i weganie mają inaczej: zawsze brzydziłem się mięsożercami. Jak można zabijać niewinne stworzenia? Miałam trzynaście lat. Na wakacjach na wsi, widziałam jak robili kaszankę i kiełbasy. Nigdy więcej. Zaczęliśmy z moim mężem medytować. Zła karma. Po poznaniu faktów uznałem, że nie potrzebuję tego typu białka, mogę go zastąpić, tym zdrowszym. Jestem buddystą, to oczywiste. Tylko dieta wegańska zapewni nam czystość. A ty? Opowiadam szczerze jak było. Czekam na reakcję, konsternacja i prawie zawsze zawód. No sorry. Nie miałem snu proroczego, nie zakochałem się w wegetariance, która tak mnie zachwyciła, że do dzisiaj o niej pamiętam i co jadła, nie zmieniłem przyzwyczajeń, bo mnie religijnie olśniło, nie padłem w objęcia kwiatu lotosu, nie zmusiłem się do oglądania filmów z ubojni. Nie mogłem normalnie egzystować, siedzieć na kiblu godzinami, który wrzynał mi się sedesem w chude pośladki i udawać, że czuję się bosko, bo przeczytałem gazetę leżącą na pralce, już trzeci raz, od deski do deski.

Moi znajomi, jedzący mięso: odkąd to go nie jesz? Odpowiedź ta sama. Reakcja? Od, o Jezu, o kurwa, do dupy. Od współczuję, do, masz przejebane, szkoda, te wrzody. Ojca, ciotkę, kogoś tam, też załatwiły. Co, yyy? Nic wielkiego się nie dzieje. Czuję się zupełnie dobrze, jedząc to, co jem. Ale buty ze skóry nosisz? No noszę. Musisz się nabawić z tymi trawami? Czasem. A pijesz? No pewnie. Przynajmniej tyle, jak z wegetarianami.

A ty wiesz, oglądałem ostatnio film, o takim jednym, chyba Niemiec, też wegetarianin. On strasznie silny jest. Na sałacie, całą masę na sałacie zrobił … Wiem, widzaiałem.

Kategorie
Toksycznym Życie

Mali dyktatorzy

Narzucanie swojej woli za wszelką cenę. Każdemu, wszędzie. Musisz się ze mną zgodzić, mam rację, tylko ja ją mam. Musisz ją poznać, polubić, zaakceptować, uznać za własną. Sprawię, że tak się stanie. Uszczęśliwię cię moją prawdą, przekonam. Udowodnię że się mylisz, użyję argumentów, nawet poniżę. Wymuszę. Wywołam poczucie winy. To dla twojego dobra.

Strategie każdego, kto naprawdę głęboko wierzy, że jego idea jest jedyna, prawdziwa, najważniejsza. Mocno denerwujące, jednak nie najgorsze z możliwych. Przebijają je manipulacje, propagandy i prania mózgu, które potrafią zmienić czyjeś opinie, nawet w taki sposób, że może się wydać, że dokonało się tego samodzielnie i z własnej woli. To już nie powinno denerwować, ale doprowadzać do prawdziwego, głębokiego, szczerego wkurwienia i protestu. Nie ma elementarnego szacunku do przekonywanych, ich zdania i niezależności. Jest pełna skala niedomówień, ograniczonych informacji lub ich zupełne wyłączenie i zastąpienie kłamstwem. Ludzie poddani takim technikom są tak skutecznie wprowadzeni w błąd, że próby nawiązania dialogu są skazane na niepowodzenie, nawet gorzej, mogą oznaczać agresję. Niebezpieczne, może się to ciągnąć przez całe ich życie, nawet być przekazane następnym pokoleniom.

Znam takich dyktatorów, znam także ich ofiary. Pierwsi odznaczają się zazwyczaj ponad przeciętną inteligencją, drudzy dużą wrażliwością (zaskoczenie, co? Ofiary powinni być przygłupami? Nic z tego, bywają dużo mądrzejsze). Do dyktatorów także nie dociera się łatwo. Uważają otoczenie za ograniczone, czują się lepsi, uprawnieni do narzucania swoich opinii, nawet jeżeli nie są do nich sami przekonani. Im są lepiej wykształceni tym bardziej bywają aroganccy, ale też mniej zmotywowani do wywierania nacisku. Powinniśmy brać każde słowo z ich ust za objawienie albo przyznać, że jego sensu lub znaczenia nie potrafimy pojąć. Wówczas w swojej wyrozumiałości nas oświecą. Ale tylko w bezpiecznym dla siebie zakresie. Ofiary (może niegrzecznie je tak nazywać?), powoli przekształcają się w wyznawców, wiernych, fanów i im podobnych. Są zauroczone, zachwycone, zlizują krynicę mądrości. Będą ich bronić zażarcie, nie widząc swojego fanatyzmu i rosnącej śmieszności.

Dawno temu, na szczęście, obserwując dyktatorów (kieszonkowych), postanowiłem wejść w ich buty. Okazało się, że nie jest to specjalnie trudne. Było jednak wyjątkowo nużące. Nieustanne upewnianie się, czy moje ofiary otrzymują właściwy zestaw informacji i czy są na bieżąco kontrolowane, po niedługim czasie mnie zniechęciło. Wycofałem się, co trwało dłużej niż ta nieuczciwa zabawa, widząc innych dyktatorów z radością przyjmujących nową masę pod swoje skrzydła, do dalszego przemiału.

Gra w dyktatora dużo mnie nauczyła. Od tamtego czasu, niełatwo już narzucić mi swoje zdanie. Mimo nadwrażliwości wiem, że bacznie obserwując pracę tyrana, mogę dostrzec każdy jego fałsz, przeciętność i brak pewności siebie, który stara się ukryć. Wystrzegam się ich do dzisiaj. Podobnie jak ich poddanych. Udaję, że niczego nie widzę. Nie zacząłem nikomu współczuć (bez przesady, to nie mój problem, kto jaką rolę wybierze). Nie ma powodu, dla większości ludzi taki jest porządek świata. Z mniejszością możemy sobie puszczać oko. Robimy to jednak bardzo dyskretnie. Nie głosujemy w wyborach, nie protestujemy politycznie. Siedzimy cicho, spokojnie.

Kategorie
Religia Życie

Zły katolik

Ja, katolik. Coraz mniej to dla mnie znaczy. Jestem chrześcijaninem, znaczy dla mnie więcej. Urodziłem się katolikiem, aby to potwierdzić zostałem ochrzczony, otrzymałem pierwszą komunię, byłem bierzmowany. Jedynie nie miałem katolickiego ślubu, nie chciałem go zawierać, nie byłem pewien uczuć, i swoich, i czyichś, jak się okazywało słusznie. Może przed śmiercią ktoś mnie namaści, na drogę do drewnianej skrzyni, dwa metry pod ziemią, w nieznane, ciemność, w proch. Długi czas przekonywałem się, że jestem członkiem Kościoła. Powszechnego, etycznego, niezmiennie trwającego przy dogmatach dobra, wywiedzionych z pism, natchnionych przez Boga, zapamiętanych słów, wypowiedzianych przez Niego, zapisanych także dla mnie. Spowiadałem się, często nie otrzymywałem rozgrzeszenia. Miałem tego samego spowiednika, starego księdza Jezuitę, spotykaliśmy się na kawie w sali seminarium, zamiast w konfesjonale. Byłem bezradny wobec jego oczekiwań, wiedział o tym. Rozumiałem go, przyznać mu racji zazwyczaj nie mogłem. Miałem swoje. Mam je nadal.

W wieku lat piętnastu odkryłem antyczną filozofię. Pamiętam do dzisiaj lekcję historii, gdy nauczyciel, jedyny który wywarł na mnie wpływ, opowiadał o greckich mitach i religii starożytnych. Słuchałem go z zainteresowaniem, którego nie podzielali moi nowi koledzy i koleżanki. Po powrocie do domu, po raz pierwszy w życiu sięgnąłem po encyklopedię, aby się czegoś dowiedzieć, nie odrobić kolejne zadanie. Nie było wtedy jeszcze internetu. Następnego dnia poszedłem do szkolnej biblioteki. Pożyczyłem kilka książek, przeczytałem, oddałem. Byłem zafascynowany. Znalazłem bibliotekę przy ulicy Rajskiej. Jej czytelnia stała się miejscem, gdzie chodziłem na bardzo częste wagary, może za częste.

Nie zabrało mi zbyt wiele czasu, aby zorientować się, że moja wiara jest mieszanką jej poprzedniczek. Że nie zawiera w sobie niczego, czego nie było wcześniej. Im bliżej czasów współczesnych, wręcz ogranicza. Dobra nowina była może dobra, ale nie nowa. Byłem rozczarowanym młodym katolikiem. Dopiero podróżując zrozumiałem, że moje rozczarowanie było przedwczesne. Bez chrześcijaństwa z przemyconymi (jestem przekonany, że celowo i w pełni świadomie) ideami starożytności, nie potrafiłbym zrozumieć innych narodów. Po upadku Rzymu bylibyśmy tylko Słowianami, Gotami, Frankami, Madziarami, Wandalami, czy Bałtami. Chrześcijaństwo uczyniło z nas Europejczyków. Z Rzymem papieży, jesteśmy nimi do teraz.

Ze wszystkich szkół filozoficznych jedna stała mi się szczególnie bliska. Stoicyzm. Zawierał w sobie wszystko co znałem, ale szedł daleko dalej. Nie był krępujący. Mógł się stać naszym odpowiednikiem buddyzmu. Bez medytacji może, ale z przestrzenią dla głębokiego namysłu. Mógł się stać nawet pomostem łączącym nas z kulturami wschodu. Gdyby nie Stoicyzm, byłbym dzisiaj ateistą. Dzięki niemu mogę wybaczyć Kościołowi czasy jego wojen religijnych, teraz już bezkrwawych, bo nadal trwających. Bez niego nie było by Reformacji, prawdopodobnie Islamu. Nie spodziewam się idealnych duchownych, są równie niedoskonali jak wszyscy. Współczuję jego ofiarom i czekam na zadośćuczynienie. Chodzę do kościoła, uczestniczę w mszy na swój sposób. Uspokaja mnie i pozwala na oddech. Wiem, że dla wielu nie jestem przykładnym katolikiem, bo nie jestem. Pogodziłem się z tym i mimo że mam to w gdzieś, nie tłumaczę już dlaczego.

Kategorie
Psychika Uczucia

Nienawiść

Nie ma silniejszego uczucia niż nienawiść. Jest łatwa w pielęgnacji, jak chwast. Wystarczy jej byle jaka pożywka. Trochę zawodu, odrobina zawiści, kilka kropel zazdrości, strachu i obrzydzenia, szczypta nietolerancji i rośnie dziko w siłę. Potrafi być niepowstrzymana, wrasta w serce, kieruje życiem. Szuka przyjaciółek, które w innych duszach uczyniły sobie ogrody. Ma różne oblicza. Nie zawsze jest najbrzydszym z uczuć. Może być piękna, szlachetna i pociągająca. Wystarczy, że wzrosła z idei religii, kultury, sztuki, które potrafi narzucić. Nie zawsze jest też naiwna i głupia. Może być wykształcona, logiczna i twórcza. Wie, że każdy nosi w sobie jej zarodek. Wytrwale czeka. Buduje imperia, wywołuje wojny, podpala śpiące domy.

Jesteśmy dziwnym gatunkiem. Z małego, wielkości psa gada, po dwustu milionach lat ewolucji, staliśmy się istotami myślącymi, świadomymi własnego istnienia. Zmieniliśmy się nie do poznania. Stoimy dumnie na dwóch nogach, podbiliśmy świat, który z zamiłowaniem niszczymy, szykujemy się na podbój wszechświata, wierząc (bo wymyśliliśmy sobie wiarę, połączenie zdolności nauki na błędach i niezdolności przewidywania przeszłości), że natura, nawet my sami jej rękami, dokona kolejnej zmiany i uczyni nas doskonałymi, nie pozwalając nam na dalszą destrukcję, także własną. To jest nasz gatunkowy optymizm. Na razie nic nie wskazuje na to, abyśmy mogli tego dokonać. Nadal mamy w sobie padlinożerne i drapieżne zwierze, który robi wszystko byleby przetrwać i płodzić, niewiele różniące się od niego potomstwo. Nienawiść, połączona z gniewem i wściekłością pomagają to osiągnąć. Żyjemy w ciągłym pobudzeniu, skoncentrowani, nasze mózgi pracują ze zwiększoną wydajnością, intelektualnie i fizycznie jesteśmy sprawniejsi. Wygrywają najsilniejsi, którzy zawsze gotowi są do ataku i na atak przygotowani. Są ambitni, nie cofają się przed niczym.

To co napisałem może się nie spodobać. Wiem. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Tak na ludowo, z przytupem. Pewnie prawda, kto jednak nie zgodzi się z tym, że z ruin powstaje, czasem opornie, nowa, wyższa jakość. Po koszmarze ostatniej wojny żyjemy inaczej. Postęp który po niej nastąpił, przeniósł nas do nieznanej wcześniej, liberalnej, technologicznie zaawansowanej rzeczywistości, z opieką społeczną, powszechnym szkolnictwem i służbą zdrowia. Korzystają z tego wszyscy, także pacyfiści i każdy zawzięcie medytujący jogin. Czy to mogło by powstać bez nienawiści? Wątpię. Czuli ją równie mocno nazistowscy Niemcy, jak i ich przeciwnicy, których przed mordowaniem milionów ludzi, nie w obozach koncentracyjnych lecz w wyniku nalotów, nie powstrzymywała chrześcijańska miłość bliźniego. Decyzja zrzucenia bomb atomowych na japońskie miasta, z drewnianą zabudową, gdzie nikt nie miał szans znalezienia schronienia, nie zapadła z wyższych pobudek, ale była aktem nienawiści w czystej formie. Ktoś mi zarzuci, że jest to sytuacja wyjątkowa, ludzkość się opamiętała, a przecież codziennie ktoś ginie w kolejnych wojnach, codziennie dokonywane są morderstwa, gwałty, okaleczani są ludzie. Nie zaprzeczę. Jednak nie słyszałem o państwie, które zrezygnowałoby z posiadania armii, produkcji broni na użytek własny i na sprzedaż. Nie słyszałem o zakazie kręcenia filmów, pisania książek, malowania obrazów, czy tworzenia gier, które zawierają akty przemocy. Pozwalamy na nienawiść, sycimy się nią i żyjemy z nią wszyscy, mimo że krytykujemy i nie wiemy jak na nią reagować.

Nie wierzę, że możemy pozbyć się nienawiści. Musimy ją zaakceptować i nauczyć się ją kontrolować. Szukać uczuć, które pozwolą nam na życie w równowadze. Choćby altruizmu, bezinteresownej pomocy, miłosierdzia. Niekontrolowana rzeczywiście nas zniszczy, albo ci, którzy mają jej więcej.

Kategorie
Psychika Życie

Narkotyki

Lubię je, bardzo zawsze lubiłem. Jestem eksperymentatorem. Będąc jeszcze w liceum, znalazłem dilera który sprzedawał rzeczy, które zawsze chciałem spróbować. Zarabiał tak na studia, polubiliśmy się. To nie były syfy, dopalacze, które zabijają dzisiejsze dzieciaki, ale prawdziwy staff. Nigdy nie próbował mi sprzedać amfetaminy czy heroiny, nie wąchałem jakichś klejów. Dostarczał mi towar dyskretnie, abym nie miał kłopotów. Nie znałem środowiska narkomanów, nie chciałem go poznać. Wystarczyła mi starsza ode mnie dziewczyna, która zabójczo mi się podobała. Wstrzyknęła sobie niezidentyfikowaną substancję, przypuszczam, jakiś podrasowany chemią kompot, którą zaniosłem do szpitala, gdy jej towarzystwo nagle zniknęło, po tym jak dostała konwulsji. Powiedziałem, że znalazłem ją na ulicy, nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. Widywałem ją potem czasami. Przeżyła, wyglądała coraz gorzej. Przestała mi się podobać. Ja paliłem i brałem coś dla przyjemności. Miałem kilku znajomych, którzy robili podobnie. Nie uzależniłem się, chociaż wlałem w siebie morze wódki i jestem namiętnym palaczem tytoniu.

Mając dwadzieścia parę lat wyjechałem do Londynu. Tam dopiero dowiedziałem się co to są narkotyki. Ponieważ mieszkałem zawsze na północy, do Camden Town miałem o rzut beretem. Mogłem kupić co dusza zapragnie, w przystępnych cenach. Pamiętam pierwsze LSD, Ketaminę, dzikie party w Brixton Academy. Grzybki na wakacjach to było przedszkole. Trafiałem w miejsca, gdzie mogłem bawić się od piątku do poniedziałku, rozmawiać, chociaż trudno tak to nazwać, z Maxwelem Fraserem, Dido, nawet Amy Wainehouse i niezliczonymi znanymi i nie, ludźmi. Mogłem słuchać najlepszych na świecie DJów, przekonać się do muzyki industrialnej, przy wejściu otrzymywałem garść prezerwatyw. Przy Oxford Circus odkryłem dom, zdaje się, już wyburzony i wiodące do niego zielone drzwi, za którymi kupowałem najlepszy na świecie haszysz. Pomagał mi na nerki, co jakiś czas pojawiają się w nich kamienie, nie trułem się szkodliwymi lekami. Spotykałem się z dzisiaj dobrze znaną profesor anestezjologii, wtedy studentką, która pod łóżkiem miała walizeczkę pełną cudów. Nie podzielałem tylko jej słabości do palenia hery. Smakowała jak rozgryziony antybiotyk i mnie usypiała, na to też miała inny specyfik, budziłem się jak Feniks. Pojechaliśmy do Amsterdamu. Nie pamiętam nic z tego wyjazdu, poza niechęcią do marihuany. Dopiero następnym razem zwiedziliśmy miasto. Dzisiaj jest matką trójki dzieci, odnoszących same sukcesy. Nie zabiło to jej, nie zabiło mnie, ani nie zepsuło.

Byłem managerem pubów. Jedna z firm, dla której pracowałem postanowiła zrobić ze mnie bramkarza, wiadomo oszczędności. Kurs kilkudniowy. Po zakończeniu otrzymałem plastikową kartę ze zdjęciem. Pierwszego dnia kursu położono przede mną i innymi, zestaw narkotyków. Jeżeli rozpoznamy połowę i opiszemy ich działanie, możemy iść do domu i zgłosić się po certyfikat. Pewnie był to żart. Znałem prawie wszystkie, wiedziałem jak działają. Oficer policji, który prowadził szkolenie, bacznie mi się przyglądał. Podczas przerwy na papierosa zaproponował mi pracę. Odmówiłem. Zapytał dlaczego? Konflikt interesów. Problemem nie są narkotyki, ale jak je używać i edukacja. Inaczej to jak walka z wiatrakami. Nie jestem Don Kichotem. Poza tym nie byłem wtedy obywatelem Unii. Ale odbyłem cały kurs, był naprawdę wciągający.

Wróciłem do Polski. Czasami zadaję sobie pytanie, po co? Nie dziwię się, że Polacy nadużywają wszystkiego co się da. Nie jesteśmy zadowolonym z siebie narodem, rozdziera nas konflikt pomiędzy starym i nowym. To nowe też nie jest pierwszej świeżości. Udajemy europejczyków, zamiast być sobą. Cieszą nas zakupy na kredyt, nie wolność, którą mamy w każdej dziedzinie. Mamy utrwalone kompleksy i wyraźne poczucie niższości. Nie znajdujemy wsparcia w związkach, gdzie kobiety są coraz bardziej męskie, a mężczyźni jacyś bezradni, a kultura też przedstawia wiele do życzenia. Teraz rzadko nawet coś zapalę, nie mam z kim. To ma być relaks, nie łapanie doła, bo ktoś ma na stałe obniżony nastrój. Obawiam się także. Kiedyś zaciągnąłem się kilka razy jakimś świństwem, które zaproponowały mi dwie Dunki. Po chwili jak one, nie mogłem nawet utrzymać się na czworaka, będąc całkowicie świadomy, co dzieje się wokół. Ledwie dotarłem do domu taksówką, wychodziłem z niej kwadrans. Nie namawiam nikogo do spróbowania narkotyków, nie przestrzegam. Uprzedzam jednak, nie są dla wszystkich. Nie wiem, czy pozwoliłbym moim dzieciom na takie eksperymenty? Raczej nie. Poza tym, żyjemy już w innych czasach. Wiedzą więcej niż ja.

Kategorie
Rodzina Toksyczny

Wina

Nic w przyrodzie nie ginie. Zbrodnia i przewina wymaga kary, nawet ta stara i wybaczona, nie ukarana na czas. Wisi jak musze truchło, na zakurzonej pajęczynie, aż przeciąg pobudzi ją do życia. Wtedy spada znienacka, oplatuje twarz, wpada za kołnierz, wywołując obrzydzenie. Dawno zapomniana martwota, dotyka żyjącego ciała, dręczy dreszczem. Wspomnieniem winy, ożywa, jakby nie umarła, ale zawsze tam wiernie czekała. Fajne, nie? Poetyckie. Można by tak się rozpisać, rozpędzić i pierdolić bez końca. Dla wielu było by to nawet p r z e p i ę k n e. Nie o to jednak chodzi, aby zawsze było w końcu pięknie, bo tak naprawdę nie jest. Tylko się oszukujemy, że jeżeli znajdziemy dystans i słowa, którymi złagodzimy ból i świadomość bycia zwykłym egoistą, to się nam uda ukoić, to nasze poczucie winy. Nic z tego. Nic tego nie zmienia. Kolejne role, partnerzy, prace i zajęcia, dobre uczynki. Terapie, na które musimy się udać, tylko po to by sobie udowodnić, że zawsze byliśmy po dobrej stronie barykady życia, a te odrobiny zła, zebrane, zamieniające się w lawinę, to nie my, to wypadkowa zdarzeń, na które nie mieliśmy przecież wpływu. Możemy się spowiadać, znosić porażki, doszukując się w nich pokuty, medytować, szukając spokoju i zadośćuczynienia własnej nikczemności. Możemy pić, unosząc się na fali samozadowolenia i chwilowego stanu osiągnięcia pewności, że my dobrzy, że my mądrzy, że to my jesteśmy oświeceni. Możemy zapalić coś, zażyć coś, nawet zażywać latami. Możemy się samookaleczać, biczować i zadawać sobie kary. I nic. Prędzej czy później i tak nas dopadną wątpliwości, że szukamy sposobu wytłumaczenia się, zamiast przyznania się do błędu. Poczujemy się dokładnie jak powinniśmy. Zwykłymi gnojami.

Spotkałem się z moją byłą żoną. Pierwszą, której jak kolejnej obiecałem, że będzie pięknie, że przetrwamy wszystkie przeciwności, że nic nam nie da rady. Kiedy ją tak przekonywałem, święcie w to wierzyłem, byłem dzieckiem, miałem 18 lat i począłem mojego pierwszego syna. Z przekonywań pozostało jedynie uwikłanie, dojrzałej już kobiety, nie dziewczyny już, w moją rodzinę, gdzie wszyscy są niewinni, bywają tylko czasami egocentryczni i trudni. To nie jest prawda, moja rodzina nie jest trudna, jest wampiryczna, z każdego wysysa siły, swoich i obcych, aby i z nich uczynić naszych, poszerzając krąg potencjalnych ofiar. Nie rozwija się, nie pozwala się rozwijać i zabiera i czas i życie. Za każdą pomoc każe słono płacić. Poczuciem winy, nieoczywistym i podstępnym przymusem przywiązania, wyrafinowanie delikatnym mitem niby rozsądku, z którego nigdy nic nie wynika, poza niewolą. Moja była żona została oszukana, przeze mnie, nadal jest wykorzystywana przez moich bliskich. Patrzyłem jak odjeżdża samochodem, przerywając gwałtownie naszą rozmowę, wściekła że się z tym nie zgadzam, że nie wolno jej więcej tracić nawet godziny. Rozwiedliśmy się dawno temu, a moja rodzina nadal trzyma ją w szachu poczuciem odpowiedzialności. Chciałem za nią biec i krzyczeć, zostaw to, to nie jest i nigdy nie było twoim obowiązkiem, aby się odwdzięczać, to my powinniśmy zrobić coś dla ciebie! Zniknęła za rogiem.

Nie wiem jak mogę jej zadośćuczynić. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to ją niszczy i powinna zająć się wreszcie sobą, że już wystarczy, ma prawo pozwolić na życie, dla siebie i tylko tym co jest dla niej ważne. Ale to jest jak narkotyk, uzależnienie, które tak nas zmieniło przez lata, że bez niego świat i przeszłość traci sens.

Proszę cię, zostaw nas, ich. Ja się z tego wyrwałem ledwie i wiem jakie to trudne. Odebrałem sobie dotyk każdego, kto mógł mnie kochać równie mocno jak ja mogłem ciebie, z wzajemnością, byle by nie wikłać, nie uzależniać, nie ranić. Masz jeszcze całe życie przed sobą. Leć. Ja też lecę, uczę się latać. Da się, tylko powiedz wreszcie dosyć.

Kategorie
Rodzina Uczucia

Po prostu matka

Dzień przed moimi ostatnimi urodzinami zadzwoniła do mnie matka. Nie rozmawiamy ze sobą od lat, poza krótkimi okresami, kończącymi się kłótnią. Odebrałem połączenie, bo był to numer babciny. Usłyszałem głos matki, zdziwiłem się, że jest w Polsce, mieszka na innym kontynencie. Nie był to telefon urodzinowy. Dotarła do mnie wściekłość, sapanie i przekaz. Trzymaj się z dala od mojej rodziny. Tylko tyle. Nie wiem o jakiej rodzinie mówiła. Chyba nie o matkach moich dzieci, które nie nie lubią jej prawie równie mocno jak ja? Nie o moich dzieciach, z którymi rozmawia tak rzadko, że nie wiedzą nawet kto mówi, z pretensjami, że się o niej nie pamięta. Nie o ciotkach i wujkach, z którymi widuję się od święta. Mogła mówić tylko o swojej matce, z pewnością nie o kolejnym, tym razem wyjątkowo narzucającym się mężu. Nikt bliższy już nie pozostał. Stałem wtedy na przystanku, czekałem na tramwaj. Zacząłem się pocić, musiałem słabo wyglądać, jakiś starszy pan zapytał czy dobrze się czuję. Nic mi nie jest, zaraz mi przejdzie. Ale nie przechodziło, narastał we mnie gniew, ogarniał mnie z taką siłą, że ledwie mogłem oddychać. Minęło kilka godzin zanim się uspokoiłem. Myślałem, że się uodporniłem, okazało się, że wciąż nie.

Kim jest moja matka? Nie wiem. Wyjechała z Polski trzydzieści lat temu. Pomagać, czego nigdy nie zrobiła. Kiedy miałem pięć lat zamieszkałem z dziadkami, widywałem matkę czasami raz w tygodniu, czyli częściej niż ojca, z nim spotykałem się co miesiąc. Dziadkowie stali się moimi rodzicami. Kochali mnie miłością zupełnie bezgraniczną, chociaż nie zawsze byłem uosobieniem anioła. Nie jestem nim do dzisiaj. Raz tylko mieszkałem z matką, niecały rok, nie wspominam go dobrze. Kim ja jestem dla matki? Także nie wiem. Ona twierdzi, że mnie zna. Nie jest to możliwe, skoro tak niewiele spędziliśmy ze sobą czasu. Jesteśmy sobie prawie obcy.

Nie patrzę już na matkę z perspektywy dziecka. Nie boję się jej. Pamiętam jednak prawie cotygodniowe lania, albo szarpania, gdy czekała aż zostaniemy sami, musiałem być nagi. Jako nastolatek, dostawałem już tylko w twarz, do dnia, gdy połamała sobie palce na mojej ręce, którą się zasłoniłem. A wszystko to działo się w domu, któremu patologii nikt by nie zarzucił. Nikomu o tym nie mówiłem. Nie mogłem. Teraz muszę, jako ostrzeżenie. Może ktoś, czytając co piszę, odważy się przerwać milczenie.

Moja matka jest nieszczęśliwym człowiekiem. Manipulantką, która tak się pogubiła, że zapomina, że można ją przejrzeć, że nie otaczają jej głupcy. Gdy dorosłem zacząłem rozmawiać z jej przyjaciółmi, których odrzuciła, bo byli wobec niej szczerzy, ojcem, z którym zerwała kontakt, podobno jedynym mężczyźnie którego kochała. Wyłaniający się obraz przytłaczał, tym mocniej, że wydawała się zupełnie inna. Wieczna pogoń za miłością, uznaniem, ciągłe kłamstwa, zdrady, chorobliwa ambicja i zazdrość, o młodszą siostrę, o mnie, o facetów z którymi się spotykała, jawnie lub w tajemnicy. Dowiedziałem się o rodzeństwie, którego nie miałem, ale ono jednak krąży w moich żyłach. Przypadkowo odnalazłem pisma rozwodowe, które zawierały nie fakty, ale rzucane kalumnie. Kiedy urodziły się moje dzieci, mój stosunek do matki stał się jeszcze chłodniejszy. Nigdy nie mógłbym ich bić, poniżać, ani wywoływać poczucia winy. Wreszcie niedawno, zdecydowałem się na psychoterapię. Szybką, nie dałbym się dręczyć miesiącami. Późno, gdybym zrobił to wcześniej, zaoszczędziłbym sobie i bliskim mi ludziom wielu przykrości i rozczarowań. Dzisiaj nawet nie oczekuję od matki przeprosin, nie potrzebuję od niej niczego i choć nie jest to przyjemne, tak jest najlepiej. Jeżeli kiedyś z nią jeszcze porozmawiam, zapytam tylko o coś błahego, co nic nie znaczy. Mam wciąż matkę, ale jakbym nigdy jej nie miał. To już nie ważne. Mam to w dupie.

Kategorie
Toksycznym

Znajoma z Facebooka

Ile można przyjmować znajomych i ilu można zapraszać? Do pięciu tysięcy. Potem koniec. Basta. Bardzo dobrze, bo większości ludzi i tak nie znam i szczerze mam ich głęboko w dupie. Zapraszam i przyjmuję tych, którzy wydają się interesujący: mają nienormalne komentarze, publikowane co kilka minut, zieją nienawiścią do kogoś lub czegoś (zakochałem się wręcz w jednym byłym policjancie, który ma obsesję na punkcie Kościoła i w drugim świrze, który Żyda widzi w każdym, ale nie sobie i popiera to samokleconymi grafikami), mają dziwne zdjęcia, na przykład dużo Matek Boskich i Jezusków (najczęściej pytają prywatnie o preferencje seksualne, nie kłamię), tych lubię najbardziej. Mogę ich obserwować w telefonie, jadąc autobusem, gdy już znudzi mnie czytanie albo przyglądanie się prawdziwym nieznajomym, zastanawiając się, o co tak naprawdę tym biedakom chodzi. Trochę jak polski serial, nieważne jakiej stacji, ani akcji, ani talentu. Miewam poczucie wyższości i może mi nawet z tego powodu bywa głupio. Przecież wiedziałem, kto zacz, ale nie mogłem się oprzeć. Czasami przyjmuję też ludzi, którzy mają podobne, albo zupełnie nowe dla mnie zainteresowania i jakoś mnie ujmują, twarzą, jakimś ciepłem, czasem inteligencją. I taką osobę sam zaprosiłem. Humanistka, psycholog, społecznie wrażliwa, niegłupia. Zaczęliśmy do siebie pisać, ja otwarty, ona otwarta. Ja akurat w dupie, ona też w dupie, trochę innej niż moja. I tak to szło. Trochę mnie tylko dziwiły za częste kochany i inne w tym stylu, ale też każdy ma prawo do swojego. Po jakimś czasie zorientowałem się, że wcale nie wymieniamy myśli. Przeleciałem przez messengera i faktycznie, tak było. I tak z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, ale z ikonkami uśmiechu. W końcu po usuwaniu i znowu zapraszaniu, rozpętała się prawie walka na intelektualne pierdolety (znam sporo psychologów, są jak księża, mają zawsze rację, przynajmniej muszą popatrzeć z góry, z taką zawodową szczerością chłopskiego roztropa). Daliśmy sobie chwilę wytchnienia. Ale oczywiście mnie korciło. Nie mogłem dać temu spokoju i musiałem znowu zahaczyć. Myślałem, że niewinnie. A jednak pomyliłem się, byłem winny, inwigilujący. O kurwa, co jest? Wczytywałem się z coraz większym zdumieniem w napływające słowa. Okazałem się cynikiem, przebiegłym narcyzem i zdecydowanie internetowym podrywaczem, bo wszyscy są tacy. Czegoś chciałem i to chciałem bardzo. Najbardziej w jej eterycznym odbiciu chciałem się przeglądać. Troszkę też nierozgarnięty, bo tak to było szyte, że prząśniczka prawie rwała nici. Naturalnie przeprosiłem, że takie wrażenie mogłem sprawić, ale tkaczka utkała wreszcie wyraźny wzór. Ona rozczarowana, bo wszędzie tylko marazm, obłuda, niskość i chamstwo i tyle razy już się o tym przekonała, że ona woli już nie woleć! Ale ona się poświęci i mnie wysłucha i nawet pomoże. No, droga facebookowa przyjaciółko, pomyślałem sobie, nie jest z ciebie znowu taki cud, najpierw pomóż sobie. Oczywiście na koniec podziękowałem i poleciłem się na przyszłość. I taki mnie spokój ogarnął, że już mnie nie będzie kusiło, że znowu okazałem się zły i jutro obudzę się równie nie przystosowany jak wczoraj i nie mam z tym żadnego problemu. Dziękuję jej za to.

Kategorie
Toksycznym Życie

Nie ma dobra, nie ma zła

Nie ma i nigdy nie było. Nie ma piekła, nie ma raju, są tylko fantazje, wywodzone z ludzkiej potrzeby porządkowania świata. Od kiedy przestaliśmy być tylko drapieżnymi małpami i z nieznanych powodów natura obdarzyła nas myślą, staramy się odciąć od naszej zwierzęcości. Z pozycji istot naczelnych, za które się uważamy, mamy nie tylko prawo oceniać niższe, lecz także zmusić je do posłuszeństwa, wykorzystać, pożreć. Oburzamy się równie mocno, gdy stado wilków atakuje pasące się owce, dla zdobycia pożywienia, jak i gdy jakaś grupa uważająca się za arcynaczelnych, dla zdobycia przewagi, bezwzględnie chce się pozbyć innej grupy, którą uważa za stojącą niżej w hierarchii ludzkiego bytu. Na zupełne szaleństwo może zakrawać fakt, że gorsi mogą stworzyć idee, którymi posłużą się lepsi, przyjmując i utożsamiając się z cechami wilczej watahy. Zwierzęta nie zabijają jednak ani dla przyjemności, ani z powodu wymyślonej racji, jak człowiek, robią to, bo mają za zadanie przeżyć. Nie szyją ze skór pobratymców odzienia lub abażurów, z ich włosów nie wyplatają swetrów, albo skarpet dla załóg wodzi podwodnych, bo nie posiadły takiej umiejętności. Robimy to tylko my, tylko my mamy taką wyobraźnię, nawet chorą.

Fundamentalne zasady, podstawy zdolności współżycia, którymi powinniśmy kierować się na co dzień, są dla każdego jasne. Niezależnie od języka i religii, etyki i filozofii. Jest tylko jedna zmienna, która może nas pozbawić rozumienia człowieczeństwa, które dopiero poznajemy. Jest nią podległość. Jest z nami krótko, kilka tysięcy lat, zrobiła jednak niezwykła karierę. Otwiera przestrzeń dla kwestionowania każdego zakazu, nakazu, moralnego lub nie. Podległość jest miejscem, gdzie spotyka się odpowiedzialność i wyparcie się każdej zasady, którą możemy się posłużyć, byleby nie móc i nie chcieć stanąć w miejscu, gdzie nie, znaczy tylko nie, gdzie dla tak, miejsca być nie może. Miejsce relatywizujące. Nie ma w nim zła, nie ma dobra. Nie ma przyczyny i jej skutku. Jest katalizator czynów, których nikt nie oceni, bo nikt za nie, będącym nie, nie odpowiada.

Podległość jest kluczem otwierającym wszystkie drzwi ludzkiej doli. Za nimi w długim korytarzu, z rzędem klamek i zamków, jest miejsce dla każdego uczucia, każdej podłości, marzenia i upadku. Wszystkich nadziei. Ludzkiego wszechświata potrzeby. Gdzie morderca jest szczęśliwym ojcem, gwałciciel przykładnym mężem, gdzie dla dobra można czynić zło, gdzie święty jest przegniłym jabłkiem ideologii.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło?! Tak? Okazuje się, że tak i nie. Jedno obok drugiego? Niech mi Papieże, Dalajlamowie, Mahatmowie i Mandelowie dadzą spokój. Rzygam nimi. Rzygam tym. Hannah Arendt to poświecam.

Kategorie
Uczucia

Zabić miłość

Nie jest wcale łatwo. Szczególnie, gdy zachowało się chociaż resztkę miłości własnej i szacunku do samego siebie. Nikt nas nie zmusza do kochania, zakochiwania, pokochania także nie. To przychodzi samo, nawet gdy się przed tym bronimy, jesteśmy ostrożni i unikamy. Bywają miłości, które nie powinny się pojawić, miłości skomplikowane, przed którymi nie potrafimy uciec, które rozwijają się bez naszej woli. Są też i takie, które nie pozwalają nam bez niej się obejść, obezwładniają, odbierają rozsądek. I są miłości nie rozpoznane w pełni na czas, ukrywające się w naszej świadomości, aby z niej wyjść, gdy powiemy im nie, albo tracimy kogoś na zawsze.

Kochać można różnie, platonicznie, bez wzajemności lub wzajemnie, ale nie mocno lub słabiej. Mówiąc o miłości musimy tylko pamiętać. Nie ma w niej miejsca na egoizm, kłamstwo i obłudę. Inaczej nie jest to miłość. Jeżeli jest, stajemy przed siłą, która może zostać przyjacielem lub wrogiem, wybór należy do nas. Nasze życie się zmieni i może zmienić się życie innych.

Miłość, jak wielu twierdzi, jest najwspanialszym uczuciem. Niczego nie można z nią porównać. Ale jak ją rozpoznać? Po szybszym biciu serca? Po nieznanej dotąd, nieodpartej potrzebie przebywania z osobą kochaną? Zazdrości, która pojawia się znikąd i zatruwa myśli? Szczerości, albo próbie ukrycia niedostatków? Przywiązaniu, tęsknocie? Poczuciu szczęścia, dzieleniu się nim, oddaniem? A może po tym, że się ją po prostu czuje.

Co z miłością, której nie powinno być? Której nie wolno pozwolić na istnienie? Czy w ogóle jest taka? A jeżeli tak, to jak się jej skutecznie pozbyć? Miłość nie poddaje się bez walki, nawet gdy odpowiedzialnie nie chcemy jej przyjąć. Mając rodzinę, dzieci, stabilne życie, niespłaconą pożyczkę, ostatnim uczuciem, które jest nam potrzebne to miłość, nie do swojego partnera. Dramat. Wcale nie jest łatwiej, gdy nie mamy dzieci lub jesteśmy samotni i wiemy, że kochamy kogoś z kim nie dane nam będzie miłości dzielić, albo pozostanie nie odwzajemniona, nawet gdy zauważona. Kogoś pozycja, wykształcenie, różnica wieku jest na tyle duża, że ujawnienie miłości wywoła burzę, której chcemy uniknąć. Prawdziwa miłość z dziecinną prostotą podpowie, że tak naprawdę nie kochamy swojej żony, męża, dziewczyny, narzeczonego. Że ktoś dla nas nie zrezygnuje ze swojego związku, że nie jesteśmy dla kogoś atrakcyjni, że jesteśmy tchórzliwi i bardziej dbamy o wizerunek niż szczęście własne i czyjeś. Czujemy się podle, nie ważne ile mamy lat, czy jesteśmy doświadczeni, inteligentni, uczciwi, prawi, czy nie i wiemy, że za wszelką cenę, tak naprawdę pragniemy tej miłości.

Trudno się przyznać, ale byłem w podobnych sytuacjach i udało mi się uczucie to zabić. Byłem pewien, że działam racjonalnie, nawet za szkodliwą namową. Podejmowałem decyzje, nie słuchając serca, z obawy i źle pojętego rozsądku, ale nie zdołałem zepchnąć tego w niepamięć. Wystarczy zapach, smak, miejsce, podobny głos, zdanie, sylwetka, cokolwiek. Tych miłości było kilka, pamiętam je dobrze, jednej jednak nie zdołam sobie podarować i żałuję jej do dzisiaj, mimo że nie była łatwa.

Jak tego dokonałem? Manipulacją i kłamstwem. Miałem dobrego nauczyciela, matkę. Nie umiejąc zrezygnować z miłości sprawiłem, że ktoś zrobił to za mnie. Z premedytacją budowałem bariery nie do pokonania, obrzydzałem się w czyich oczach, zawodziłem zaufanie, poniżałem się i wywoływałem wrażenie bycia niebezpiecznym. Przekraczałem granicę, za którą nie było już powrotu. Zadałem ból, którego nikt nie wybaczył. Aby pozbyć się własnego, wyszukałem każdą wadę w ukochanej osobie i okoliczności, które usprawiedliwiały moje czyny. Resztę pozostawiłem czasowi.

Nie jestem z siebie dumny. Raczej odczuwam wstyd, że byłem do tego zdolny. Miałem to robić z odpowiedzialności za siebie i innych. Błąd. Robiłem to ze strachu przed miłością i życiem, na którego wyzwania nie byłem gotowy. Spotkałem kogoś, komu to uczyniłem. Długo rozmawialiśmy. Zorientowała się, że to była gra, kiedy opadły emocje rozstania. Zapytała czy żałuję? Tak, odpowiedziałem. To dobrze odparła, inaczej straciłabym czas na dupka, a tak, straciłam tylko na kretyna.

Kategorie
Psychika Uczucia Życie

Bezdomność

Ilu ludzi zna bezdomność? Nie tą widywaną, ale tą z którą się żyło? Zbyt wielu. Powinna pozostać nieznana. Do mnie przyszła zaproszona. Sam ją zawołałem i była moją towarzyszką przez jakiś czas. Odeszła do innego, bardzo niechętnie, mam nadzieję, że odrzucona umrze w zapomnieniu. Żałowała, że nie poznaliśmy się za dobrze. Ostrzegła, że zawsze pamięta o swoich wybrankach, każdego z nich darzy uczuciem, nie pozwoli o sobie zapomnieć i chciałaby wrócić. Dziwka

Poza chorobą i wojną, nie ma niczego gorszego od bezdomności. To samotność dzielona z innymi samotnymi. Nigdy nie spotkałem ludzi równie nieszczęśliwych, którzy potrafią się do tego dostosować. Kilka miesięcy na ulicy, czasami na zmianę w hostelach i noclegowniach, żebranina, szukanie jedzenia w sklepowych śmietnikach, dorywcza praca za kilka groszy, zmienia ludzi w cienie samych siebie. Niepewność kolejnego dnia. Nawet tych, których natura nie obdarzyła bystrością. Inteligentnych potrafi zmienić jeszcze szybciej. Dzień, gdy staną w kolejce po darmową zupę lub poproszą o wsparcie, jest oficjalnym przyznaniem się do porażki. Upokorzenie w końcu znika, pozostaje przetrwanie. Jakby coś kliknęło w maszynie mózgu, albo jakby z poczwarki ludzkiej wyłaniał się ktoś nowy, bezdomny.

Historie życia, które wysłuchałem były najsmutniejszymi z którymi się spotkałem. Chciało mi się ryczeć nad ludźmi, których dotąd uważałem za nieudaczników. Oni też mieli rodziny, często równie duże jak moja, dzieci które na nich czekały. Na niektórych nie czekał nikt, od zawsze byli niechciani. Niektórzy mieli poszukiwane zawody, inni wykształcenie i doświadczenie, którego można by pozazdrościć. Niektórzy byli sobie może winni, inni nawet nie rozumieli dlaczego są w takiej sytuacji, mieli życiowego pecha. Wcale nie wszyscy byli alkoholikami, niewielu wybrało takie życie. Było między nimi jedno podobieństwo, zanik twórczego myślenia, kierowała nimi inna logika. Jakby pomiędzy nimi i mną stał przeźroczysty mur, mogliśmy się zobaczyć, ale już nie usłyszeć. Byłem przerażony. Byłem wkurwiony. To nie był film, nie byli Nędznicy, książka Wiktora Hugo. To działo się naprawdę i ja w tym brałem udział. Musiałem się z tego wydostać.

Moja bezdomność była krótka. Wprawdzie nie brałem jej pod uwagę, ale z chwilą gdy podjąłem decyzję o zmianie dotychczasowego życia, okazała się rzeczywistością. Rzuciłem pracę, zerwałem związek którego nie potrafiłem kontynuować, innego nie umiałem nawiązać, w rodzinie powiedzieliśmy wzajemnie co o sobie myślimy, spaliłem za sobą mosty. Miałem wyjechać za granicę, do mojej Anglii, bałem się, że już nie wrócę. Zostałem ze względu na córkę i tą nadzieję. Potem pojawiły przeszkody, których nie mogłem przewidzieć i stało się. Zostałem sam, bez domu, choć powinienem go mieć, bez pieniędzy, choć mogłem je zarabiać. Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Na przyjaciół, już byłych, nie mogłem liczyć. Na najbliższych także, co do dzisiaj jednak mnie boli. Są jak banki, oferują tylko wtedy, gdy tego nie potrzebujemy. Pomogli mi ludzie, którzy sami mają problemy, albo których kiedyś obraziłem, ale nigdy na mnie nie postawili kreski. Ci którym pomogłem, mieli tylko jedno do powiedzenia. Trzymamy kciuki. Możecie sobie je teraz powkładać, wiecie gdzie?

Nie jest idealnie. Trochę potrwa zanim wyjdę na prostą. Ale nie odciąłem się od bezdomnych. Pomagam im. Jestem wolontariuszem. Dzielę się czym mogę, wpłacam co mogę, gotuję dla nich, wożę im potrzebne środki w miejsca, gdzie śpią i koczują. A są to miejsca nieludzkie. Doprowadzają mnie czasem do szewskiej pasji, ale ich rozumiem. Poznałem ich i wiem, że poza jedzeniem i ubraniem potrzebują pomocy duchowej. Może uda się stworzyć kiedyć taką. Nikt kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest. Każdy powinien mieć dach nad głową, a jego utrata nie może być karą. Chętnie wysłałbym na taki turnus, jak mój, każdego kto pozostaje obojętny. Bezdomność miała rację, nie pozwala o sobie zapomnieć.