Kategorie
Psychika Śmierć Życie

Ruina. Sen

Siedzę na środku wyprostowanej ścieżki. Nie tak zupełnie, faluje. Oko w oko z przeznaczeniem, którego nie znam, jak krzywizny, które mam za plecami. Że niewiele już się będzie działo, nie wierzę, za horyzontem czekają zakręty, ostrzejsze, poza moją wyobraźnią. Obejmuję nogi, zmęczonymi ramionami, masując stopy przed drogą. Muszę wreszcie wstać. Nie mogę dłużej tak siedzieć, czekać. Wiem, że nie dojdę nigdy do miejsca olśnienia, bo nie ma takich miejsc. Przystanków na wniesieniach, bliższych gwiazdom. Będę wędrował, spodziewając się, że jestem blisko. Mogę się odwrócić, zbliżyć się do początku mojej wyprawy, w którą wysłano mnie, nie wbrew mojej woli. Nie pytano, czy chcę. Postawiono i lekko popchnięto. Ja i droga, pojawiała się znikąd i donikąd prowadzi, jak inne, krzyżujące się z moją i mijanych innych.

W drodze wypełniłem się sobą. Z pustego, stałem się naczyniem. Nauczyłem się mojego imienia, którego sobie nie nadałem, słów, których nie wybrałem. Dano mi wolę, z której nie sposób korzystać. Nic poza prawem do kroku. W każdym kierunku. Gdzie przetrwam, do niespełnienia. Zgaśnięcia. Nawet w tym to co piszę jest tyle mnie, co kogokolwiek, kogo nie znam, kogo nigdy nie było.

Mogę się modlić do Boga, którego nie zobaczę. Być z innymi, którzy nie mogą mnie poznać, jak i ja nie poznam ich. Nie poznam siebie, jak i oni ich samych, niezdolni do tego. Pozostaje mi ambiwalentność, nie moje słowo, choć wiem co znaczy. Jeżeli nie wiesz co zrobić, poczekaj. Chyba zmarnowałem na to, nie samemu sobie, dany czas, w miejscu które nie jest moim.

Przysięgam, wiele razy zdawało mi się, że rozumiem. Sens. Przyczynę. Powód. To zdawało, mijało szybciej niż, nawet zrozumienie, że już wiem. I zdarzy się jeszcze i minie.

Widziałem wczoraj ten dom w ruinie. Śnił mi się. Nie ciężko. Nie mam takich snów, odkąd śniłem, że ginę. W śnie, gdy na niego patrzyłem, był jaki był, gdy zamykałem oczy ożywał. Martwiał gdy je otwierałem. Dokładnie jak każdy wyznaczony cel. Nawet osiągnięty nie satysfakcjonuje. Marnieje. Za zamkniętymi oczami pojawia się kolejny, ożywający.

Bo to nie nasze drogi, cele, ruiny, oczy, sny, imiona, słowa. To jest chaos, przypadkowy dom, niewybrany sen. Uczucia. Brak. Być i nic. Ani depresja, stres. Szczęście i złość. Fortuna.

Kategorie
Uczucia Życie

Ruina

No i staje się. Ginie mi gdzieś uczucie gwałtownie. Coraz rzadziej, gdy o Niej myślę, wiruje mi w głowie i w bezdechu słabnie serce, wyrywając się i krzycząc; zrób coś, nawet wbrew sobie, ale nie pozwól mi się tak męczyć, w spragnieni. Głodzisz mnie! No zrób. Jest piękna dziewczyna, dwie ulice dalej, czekająca jeszcze. Jest tyle innych! Głowa nie staje się nagle pustkowiem, z oazą jedyną, monopolowego stoiska i momentem zapomnienia. Do następnego, zawirowania, gdy ziemia wyrywie się spod nóg. Na trzeźwo. Jak choroba. Koszmar, majak. Żal mi tego. Starczyło by na wieczność, wyczerpuje się banalnie. Spokojniej. Nie mniej gorączkowo, ale zmysłów już nie tracę tak często.

Pojawia się jakaś pustka. Której dotąd nigdy nie doznałem. Ciężkawa i smutna. I ona zniknie. Za dobrze znam siebie. Obrzydzę sobie Tą, jak Inne. Dotąd nawet myślą jej nie obraziłem. Nie ma za co. Ale skurwysyn we mnie się budzi. Znajdę jakiś powód, jakieś niedostatki. I pójdzie. Odejdzie w szereg, rzadko wspominanych. Szkoda. Wiem, że to była miłość niepokorna, uzależniająca i mocna. I rozumiejąca. Dużo. Za dużo. Strachu. Tak jak powinno się kochać. Tylko raz. Było warto. Dlatego się męczę. Bez końca, bez początku. A byłem pewny, że to już wcześniej się stało.

Stałem dzisiaj przed domem w Mass Mechelen, małym miasteczku, niedalekim. Ruina. Kiedyś piękny. Umarły. Jak widmo, a był środek dnia. To ten ze zdjęcia. Przypomniałem sobie rodzinę, której ja nie chcę, równie jak oni mnie i naszą ruinę. Którą ciągnąłem jak kulę przy nodze, w każdej prawie minucie. Dotąd. Niedostosowanie, tylko udawanie, niech nikt się nie dowie. Jacy jesteśmy, jaki ja. Mam ochotę zostać tu na zawsze. Tęsknię, ale tyle lat przeżyłem poza Polską, że nawet nie wiem. Gdzie jest moje miejsce? Tylko tam, gdzie jestem. Tym razem uciekłem. Powracam kryjąc się, śpieszniej uciekam ponownie. Niedługo znowu przyjadę. Będę rozglądał się uważnie. Po to by zejść z oczu, prawie każdej znajomej twarzy. Czy Bóg może wie, czy jestem wciąż normalny? Czy wariatem się stałem, zwyczajnym? Pytam, bo nie wiem, czy Bóg mi to powie? Nie odpowie.

Ten dom, upadły, próchniejący, jest jak ja. Ja gnijący jak on, stojąc wciąż, lekko przekrzywiony i nie zawalę się, będąc tego świadom. Mnie nie będzie, a pozostawię krzywdy, żale i kolejne pokolenie, które pragnąłem uczynić odwrotnym. Moją nadzieją jest tylko jedno. Że zapamiętają mnie nie poddającym, przekornie, bo nie podoba mi się ten świat. Gdzie wewnętrznie eksploduję, nie tylko uczuciem miłosnym. Raczej świadomie. Ze niesprawiedliwi są pewni, że żyją godnie. Upadli, nigdy nie powstali, że to ich wina, sprawiedliwa. Niewinni są.

Przejebany rok. Zbliża się łaskawie, do pierdolonego końca. Rok kłamstw, propagandy wirusa, robienia z Nas głupców, nieodpowiedzialnych, niedojrzałych, nie dość solidarnych. Ja sobie go przejebałem osobiście. Nie pierwszy. Innym przejebano go wbrew ich woli. Czy kogoś obchodzi ile dzieci umiera każdego dnia z głodu? Ilu ludzi? Czy kogoś to interesuje ile talentów, prawdopodobnych, ginie, nawet nie splunąć? Czy kogoś interesują matki rodzące, zaraz umarłe dzieci. Czy kogoś interesują dzieci, patrzące na umierające matki, gdy powinny o nie dbać?

Zrujnowany dom, gdzie pleśń wadzi się z robactwem, kto jest jego panem i ostatecznie przeniosą się dalej.

Kategorie
Praca Psychika Religia Życie

Gambia

Stoję nad rzeką Gambią. Stałem nad Driną, Miliacką, nad Wjosą. Czy ja zawsze muszę pomagać muzułmanom? Ja, katolicki fundamentalista. Grzeszący i spowiadający się i robiący zawsze, to samo. Nie umiem nawracać. MAM TO W DUPIE. Tylko grzecznie tłumaczę. Nie ogniem i mieczem. Śmiechem. Łzami współczucia. To zawsze są jaja. Oni swoje, ja kompletnie nic.

Co z tymi rzekami? Wpatruję się w nie od zawsze. Mojego zawsze. Do kresu tak się będę wpatrywał. Mojego kresu. Pantha rhei. Πάντα ῥε. Nie mogłem zapamiętać cyrylicy, a greckiego alfabetu nauczyłem się kiedyś w jeden dzień. Byłem achajskim niewolnikiem w Rzymie, w którym nigdy się nie gubię? Wcześni chrześcijanie dopuszczali reikarnację. A potrafię w Krakowie. Moim, już nie moim, mieście. Jak w Londynie. Moim mieście. Na zawsze, pochowałem tam pierwszą córkę. Olgę. Islington and Saint Pantcras. W Kwaterze Niewiniątek. Czeka na mnie. Doczeka się. Kupiłem obok grób. Będziemy tam odpoczywać. Wygnany i wiecznie niedopieszczona. Mogę godzinami patrzeć na płynącą wodę. Nawet z kranu, pod strumień wkładając stopy. Bo Wodnik? Prawie Ryba. Ona znała tylko płodową. Nie poznała oddechu. Jej nie było dane. Choć modlitwą wtedy wydymałem Matkę Boską. W każdą dziurkę. Prawie się zesrałem z tego błagania o życie.

Ta Gambia to jest niezwykła. Grzeczna i trochę przypomina mi Polskę. Tamtą. Nie tą, za którą ciężko mi oddać nawet naskórek. Za ludzi nie oddam nic. Polskę, gdy byłem Polakiem. Nie kimś, kim nawet nigdy nie byłem. Białym. To nagrałem na telefonie. Reszta to bełkot. Lekki wstyd.

Charlie dał mi kawałek tutejszego chleba. Podpłomyk, najbliżej do smaku, który znam. Nie będzie Safari. Powiedziałem nie. Śpię w samochodzie. Oddam za hotel na jego szkołę. Jest kurwa naprawdę gorącą. Samochód max klimatyzacja. Ja się pocę, jak kurwiszcze w konfesjonale. Bandżul. Parę godzin i powrót. Musiałem przejechać kawał drogi. Zobaczyć katedrę, gdzie JP II zechciał się pojawić. Nie katedra, ledwie kościół. Polak? Aż im się pokazały idealne zęby. Jezu. To nie chyba tak miło być? Pamiętam Singapur i wilgoć. Tutaj jest upał suchy, od kilku, podobno, dni, wali z serca Afryki. Miało znad oceanu. To mały, naprawdę mały kraj. Ale zioło mają dobre. Na pewno nie zabraniał tego ich Allach. Nie zabrania mój Bóg. Palimy. Pytają czy przekłuwanie twarzy boli? Mnie boli serce. Z miłości. Miałem tu nie być sam. Boli. Tylko na czas kłucia. Potem zanika. Mam internet w telefonie. Słuchamy, co tylko chcemy. Przyszły kobiety. Nie. Wasz kolor? Znam. Posmakowałem. Chcesz? Ile masz lat? 15. Oj. Jestem duchowo zamężny.

Gdzie mnie znowu wyniosło? Tylko powiedziałem, że znam kogoś, kto tutaj mieszkał. Nieprawda, bo znam z opowieści, znam tylko kogoś, kto tu był. I może jeszcze będzie. I Belgia wysłała mnie na przeszpiegi. Też nieprawda, to był wybieg. Przyleciałem zobaczyć, czy interes kwitnie. Dla szkół, które będą jak oxfordy afrykańskich pustyń. Nie belgijskie firmy, przyjaźniejsze niż chińskie. Niemniej jednak, tylko dla profitu. Nie to czego ja chcę i chcą radni starszych. I mają rację. Tylko nie zdają sobie sprawy biedacy, że wszystko się zmieni. To już nie będą ich następne pokolenia. Chcą wiedzy. Madrości i przyszłości. Ja się martwię. To nie jest rozwinięta kultura. Japonia i inny shit. Rozjebią ich i rozrolują. Potem będą szukać tożsamości. W Islamie tego nie znajdą. Na emigracji nawet się nie poznają.

Ja w tym? Odpokutuję nawet drobne przewinienia. Katolicko i muzłumańsko. Z różańcami ich i moim. Nade wszystko, wali mnie jak. Kogo to kurwa naprawdę obchodzi? Jak ważne. Ważniejsze dla kogo. Dla tych dzieci tutaj? O tak!

Kategorie
Psychika Religia Życie

Różaniec

W drodze do pracy trzymam w ręku różaniec. Zdjąłem go z szyi. Powoli przekładam pomiędzy palcami miliardletnie kryształy. Modlę się leniwie. Nawet nie modlę. Modlitwa sama się modli. Bez słów, całymi zdaniami. Każda koronka. Tajemnice światła. Jak święci krzyżowcy. Tylko, że ani nie święty, ani nie z krzyżem mam ubiór, a oni ze świętością też mało mieli wspólnego. Raczej z pokutą. Nieproporcjonalną do win. W tym przynajmniej jesteśmy jak bracia. W innych epokach. Nie znowu takich niepodobnych. Dziękuję, tymi kryształami, za lekkość zbawienia.

Bycie odmieńcem sprawia, że odmieńców traktuje się inaczej. Serio, ale nie z dystansem. Można sobie nawet pozwolić na żart z nieszczęścia. Warunkiem jest obiektywność, nie obraźliwość, szczerość. Ale i tu są stopnie, zawikłania, wielokrotności i prostota odmienności. Mieć wysrebrzoną twarz, słuchać muzyki diabelskiej, wielotonowej, modlić się do Niego, mimo seksu, który za łatwo przychodzi, nawet nie, w minus i plus. Spowiadać się rozsądnie. Całując zaskoczonego, jak ja heteroseksualistę, homoseksualnym wyzwaniem. To uchodzi mi zawsze na sucho. Olewać, co zadał mi ksiądz. Zadawać sobie coś innego. Nie karę. Zadanie. Żaden klecha nie powie mi, daj innym. Raczej daj nam. A ja daję. Każdy papierek z cyfrą, reprezentuje czas. Przeznaczony na pracę. Im bardziej się opierdalam, tym więcej daję. Nie daję trudu, daję to, co dostałem przecież za darmo. Za nic. Nie daję, oddaję. Co dostałem, nie wypracowałem. Oddaję na tacę, w dalekich kościołach, gdzie wiem, że jest biednie. Wystarczy poszukać. Oddaję bezdomnym. Ale w ręce tęczowe, które wiedzą co to znaczy być napiętnowanym. Nie przeze mnie, innych nienawiścią, do odmienności, która ma się jak zero do krwi. Oddasz i masz prawie pewność, że pasuje każdemu. Tęczowa krew. Czerwona.

Rozmowa stresu i depresji jest niezwykle porywająca. Mój stres to tylko popiół, przepalenie dni, które powinienem mieć tylko dla siebie i tych których kocham. Poszło z dymem. Chuj. Kochałem, kochać będę. Depresja jest silna. Nie intelektualna. Mordercza. Meduza. Tak przez kilka dni się mocowały. Strach i siła. Siła i strach. Ja i koleżanka. Zza zakrętu. Szkół i przyszłej przeszłości.

Odlatują mi ptaki nad głową. Do krajów, w których byłem wczoraj. Na dzień. Gambia i Senegal. Gdzie dzieci głodują, a kościoły biedne i bezdomność europejska, to bogactwo ponad mój różańcowy przeplataniec. Afryka, skąd przyszliśmy. Nasza ojczyzna, matczyzna, człowieczyzna. Nie mam tylu dni, nawet najcięższej katorgi, by im pomóc. Nie byłem w turystycznych wow i pięknie. W blaszanych slumsach. Uśmiechniętych. Bez łez. Zbudujemy im szkoły. Z wodą, książkami i dostępem do świata. Z owocem, zamiast zjedz co możesz. Zostawiłem tam wszystko, co miałem. I jak znam siebie, będę dla nich tyrać. I jak bedę musiał, nawet oszukiwać i kraść.

Kategorie
Uczucia Życie

Komplementy

To ty jesteś dziwny. Oni wyglądają na swój wiek. Zdziadzieli. Taki usłyszałem komplement, nie komplement, komunikat, z ust mojego towarzysza, współlokatora, pracy i jazdy do niej, gdy skomentowałem Nowych na budowie, mniej więcej w moim wieku.

Przypomniałem sobie inne komplementy i ich inną dziwność. Ta stwierdziła, że pachnę jak jej, chyba matka, babka, ale nie ma w tym nic złego. Przypuszczam, że zapach brał się z płynu do kąpieli, dla dzieci, z księżniczkami na butelce, który podkradałem. Niesamowicie się pienił, ledwie mieścił się w wannie, po kilku pompowaniach i lakieru, mojej byłej, partnerki, z którą latami dzieliliśmy dużo, ale nie wspólne życie i łoże. Dwie tury. Ponad dwadzieścia lat, jedna od drugiej. Potem, wreszcie tylko szkiełko z zygotą. Ta nie usłyszała tego, co odpowiedziałem jej w duchu. Pachniesz wszędzie kobietą, ale twoje usta dziecinnie, jak mojej córki, tego samego imienia i jest w tym coś chyba złego, dla mnie, co nie pozwala mi Cię pocałować spontanicznie i gdy siedzisz na mnie okrakiem, na kolanach lub leżąc, nam ochotę się oswobodzić, czując Twój oddech. Zagadywałem. Uciekałem do innych Twoich warg. Choć kocham Cię bezgranicznie, mam w głowie tylko jedno. Pan to jest może? Pedofil. Tak nazwał mnie lekarz, dozujący mi chemię, zabójcę, zabójczego raka, komu o Tej się zwierzyłem. Zapytał z uśmiechem, perwersyjnie sardonicznym, jak to się robi? Od dawna pełnoletnia. Gdyby nie niemoc i sączące się płyny, rurkami do moich żył, rozjebał bym mu ten uśmiech, w drobny mak. Kiedyś dam mu po gębie. Nie wiem, jestem jaki jestem. Tylko to. Pierdolony głupiec. Tak kurwa jego mać, z Tą dzielił nas odstęp czasu, nie zboczenie. Ale ten zapach nie znika mi odtąd z pamięci. To mnie przerażało. Dotąd przeraża. Potem mogłem ją całować tylko, gdy pililiśmy i czasem zapaliła papierosa. I może taki tylko jeden wieczór, gdy zobaczyłem ją na scenie i jej talent zaskoczył mnie, mimo wiedzy, że go ma. Chciałem ją unieść do samych wrót Raju. A zaplątał mi się pocałunek, między nami, w mojego płaszcza, wysokim, wełną szorstkim kołnierzu. Rozczochrała mi włosy. Byłem najbliżej od Ziemi, na orbicie Marsa. Nie przeszkadza Ci to, że jestem starszy? Mam to w dupie. Lubisz, że jestem młodsza? Lubisz? Kurwa! Trochę tak. A naprawdę? Nie! Zmusiła mnie do polubienia Mary Spolsky. Nie byłem miłym panem do poznania. A ja to przecież to Sex, Drugs and Industrial. Jeb i Muza. Wolałbym abyś nie była aż tak młodsza. Twój wiek to nie fetysz. Anty. Nie pachę już tak. Nie zapachnę aż do sosnowej deski. Nic złego w tym nie znajdziesz. Może potem zapachnę żywicznie? Nie udało nam wspólnie. Teraz udaje się nie jej, ale będzie. Udaje się mnie. Razem byłoby pół na pół.

Mój Ojciec. Już wiem dlaczego podobasz się kobietom. Kobiety to nie jest wyzwanie. Ja ocieram się o ludzi Tato. Wióry czasami lecą. Nie. Ty jesteś miękki i twardy. Nie Ojcze, jestem takim, jakim zawsze powinieneś być. Tylko nie starcza Ci wolności, zabierasz ją sobie. Jebanie i rżnięcie, to nie jest poznanie. Tylko Tobie się wydaje, że coś masz. A tylko masz Nic. Tylko chwile. Tyleż oczywiste, jak rano z kobietami, które tylko czekają na na powrót do domu. Gdyby chciały, zostały by na długo. Jak ze mną zostają, nie dając mi spokoju. Ludzie Tato. Ludzie.

Przypominając, dojechaliśmy do sklepu. Maseczki, wycieranie wózków, płyn jak spirytus. Wcierać w dłonie, czy pić? Wewnętrznie może być skuteczniejszy? Wychodząc za wcześnie, zdjąłem gówno z mordy. W Belgii to mond lub mord masker. Dziewczyna przy drzwiach wykonała gest okrężny wokół twarzy. Przeprosiłem. Duszę się w tym. A ona, że podobają się jej moje snake bajty. Przystanąłem, też je masz? Maska w dół. Miała. Mnie też się podobasz. I tak nawiązała się rozmowa. Od węża do słowa. Idziemy razem na koncert. Pa. Pa. To pa. Pa. Pędem wyjechałem wózkiem na parking. Jest siódma. Trzeba wracać. Po chwili stop. Obiecałem domownikom pizzę. Zapomniałem o pergaminie. Nie da się inaczej bez niego w zwykłym piekarniku. W tył zwrot. Kobieta, już nie dziewczyna, przy kasie, coś powiedziała po holendersku i znalazłem się pierwszy w kolejce. Dziękuję, a ona coś szepcze. Nie rozumiem. Szum. Powtarza. Jesteś bardzo interesujący. Thanks. Już nie pędziłem, wystrzeliło mnie do samochodu.

Pozostaje mi okablować się w pracy. Naelektryzować. W miejscu wypoczynku najebiemy się, jak co weekend, jak psy. Tanią wódką z Niemiec. Poza tym oczy w dół. Wypierdoliłem z Polski, bo się zakochałem, miłością może odwzajemnianą, ale wystraszoną. Ja Tą, Ta mnie. I tak zakończył się dzień komplementów. Wzajemnie, nie odwzajemnionych.

Kategorie
Praca Psychika Życie

Wdowa

Znowu nie śpię. Śnię w na wpół czuwaniu. O trzeciej w nocy dotarło do mnie, że przestaję kochać człowieka, zaczynam pamięć. Najdroższa mi wdowa, wyznała mi, gdy zapytałem o jej męża i najbliższego mojemu sercu trupa, czy wciąż go kocha. Odpowiedziała, że tak. Już tylko pamięta, uczucie, nie jego jako powód i obiekt. To daje jej siłę. Znosić długowieczność. Ale pamięta też inne miłości. Które wyblakły i którym nawet zapalała świeczki na grobach.

Dziecko. Ja też byłam młoda. Nie chciałam i nie byłam niewinna. Miała ten uśmiech. Nie niewinny. Nie ośmieliłem się dopytywać, ile ich było. Rozmowa toczyła się dalej. A ty? W liczbach, czy uczuciach? W uczuciach marnie, w liczbach plennie. Pamiętasz przynajmniej imiona? Niektóre. Bardziej głosy, ciała, zapach, zdania. I najdziwniejsza rzecz. Nie były przedmiotowe. Były kobietami. Świętymi kobietami. Czasami świętymi kurwami, za które płaciłem walutą nocy i dni, nie złotych, funtów czy dolarów. Zresztą ty tego nie zrozumiesz. Nigdy go nie zdradziłaś. Nie klnij. Nigdy? A skąd to wiesz? Zapytała mnie starożytna wdowa. No tak, macie więcej partnerów niż się przyznajecie. Kiwnęła głową. Ale ty radzisz sobie zupełnie dobrze. Tylko uważaj, nie przegap którejś, którą będzie trudno statystycznie zapomnieć. Moja wdowa była księgową. Babka. Nie dowiem się pewnie nigdy, czy krzyczała: mocniej, nie przestawaj… Wiedziała co mówi. I tak toczyły się nasze rozmowy, gdy po złamaniu biodra, gotowałem dla niej rozgotowanie, bezzębne makarony. Gdy gra w karty bywała mniej męcząca niż seriale, od rana do wieczora. Młody Papież. Kilkakrotnie. Tylko z przerwą na drzemkę i obiad. Wracając. Idąc za ręce. Ja tyłem, wdowa patrząc w moje oczy. Ledwie, że ledwie. Już tak nie chodzi. Odkąd mnie nie ma, prawie wcale nie wstaje.

Powyższe pisałem wczoraj. Dzisiaj jest znowu. Wpół czuwanie. Piszę więcej. Nie tego bloga. Ten jest jedynie chwilką. Którą naprawdę bardzo lubię. Nie mogę zupełnie nie spać. Nie jestem Bonaparte. I chyba dobrze. Tak, tak, tak. Dobrze. Dobranoc, czeka mnie praca i mam nadzieję, wielu też. O wdowich wspomnieniach dowiecie się sami, chyba, że je już znacie.

Kategorie
Psychika Toksyczny

Milej

Napiszę. Inaczej i milej. Nie o miłej i nie inaczo.

To chyba był ostatni moment, na zagarnięcie swojego życia, we głasną garść. Jak umykający piasek czasu. Przesypujący się, jego umownymi interwałami. Zaczynam i kontynuować zamierzam po raz kolejny, niepoddawanie się. Na przekór. Bliska mi osoba zapytała, czy zwariowałem? Co ja robię z twarzą? Jedna z matek moich dzieci. Najmłodszego. Nie zwariowałem teraz. Byłem taki zawsze. Tylko się powstrzymywałem, z grzeczności. Dla dobra nie mojego, lecz czyjegoś nie pytania. Kilka sreberek nie zmienia człowieka, nawet jego czystego, lub nie, sumienia. Serce bije mi równo. Spokojnie. Moje serce. Tylko moje. Inny bliski, znajomy, wcale się nie dziwi. Zawsze byłeś prowokatorem. Bez tego byłbyś jak każdy, nie zmieniaj tego. Do twarzy ci z prowokacją, powiedział i może ze wszystkich, których znam, ujął to najtrafniej. Mam wolną głowę, od rozterek. Robię co mogę, uczciwie, zwyczajnie. Mylę się, domyślam się, mam rację. Nie muszę jej mieć. Mogę się tym dzielić, jak świątecznym opłatkiem. Wolno mi. Być i kochać. Jakim chcę i kogo chcę. Wolno mi nie być, być obojętnym. Być lub nie. Nie w pytaniu. Lecz w na nie odpowiedzi. Wolność jest słodka i gorzka. Ale jest. Warta opinii, o które nie prosiłem i ich nie chciałem. Nie chcę. Niepokoją nieco. Już nie ranią.

Drugi dzień z rzędu rozmawiałem z koleżanką. Kontakt się urwał, na bardzo długo. Niespodzianka. Leki. Bezsenność. Nerwica. Depresja. Totalna, mimo to nie odstręczająca, raczej ciekawa. Inny krzyż, niesiony mimo wszystko, lekko. Dwoje szalonych, ze sobą rozmawiało. O szaleństwie dla innych, dla nas nie. Dopytywaliśmy się wzajemnie o rzeczy, które niejednego mogły by wystraszyć, jakby chodziło o jej ulubione perfumy, moje kolory koszul. Nie żałowaliśmy siebie. Mówiliśmy. Słuchaliśmy. Staraliśmy się zrozumieć. Rozpacz może być medytacyjna. Zabawna. Rozsądna i bez licytacji. Kto ma gorzej. Starczy nam tematu na długo. Nie toksycznie.

Poczekam na to, co przyniesie przyszłość. Wiem, że zupełnie nic nie wiem. A o tym co się zdarzy, nie mogę wiedzieć. Śmiertelność? Na pewno. Nieśmiertelność? Kto wie?

Kategorie
Psychika Śmierć

Adam

Mam. Projekt tatuażu. Jest prawie taki jak chcę. Jeszcze odrobina wysiłku. Piercing mogę zdjąć, usunąć tatuaż będzie trudno. Wiem, że będzie bolało. Wiem, że nic, co mi się udało, nie było bezbolesne. Było okupione wysiłkiem. Fizycznym, psychicznym i miłosnym. Nienawistnym? Nie! Akurat nie. Nieznośnym. Stratą. Czasu. Radosnym i nijakim. Nie udane? Gorzej jeszcze. Nie pamiętam, kiedy uprawiałem seks. Kochanie jest bezbolesne. Miłość jest inna. Płynie. Jak wysychająca rzeka. Niektóre rzeczki są bystrzejsze. Jak syn i ojciec. Córka i matka. Przecież do cholery, robimy te dzieci, aby były lepsze, niż my. Pełniejsze. Obiecujące. Dla mnie, jakie chcą, będą. Wolne i bezgranicznie kochane. Byleby były po trochę moje. Tak, na brud. Pod paznokciem. Wypracowany. Niechże będą sobą, nie tak, jak je widzę. Ja ojciec. One, dzieci.

Wczoraj umarł mi wuj. Który uwielbiał palić moje skręty. Kupował, ukraińskie, cienkie. Na targu, w Skawinie. Tatarskim i Żydowskim. Taki był. Bardzo dawno temu. Korabniki. Epicentrum. Wieś. Inteligentna. Wolnica. Radio i chóralny śpiew. Miał dupiany rak, mężczyźniany. Miał włosy jak z siedemdziesiątych lat. Zawsze i to zawsze, podcięte, tak samo. Kiedyś brunet, z czasem białawo. Nie mogę go dzisiaj pogrzebać, jak pewnie setki. Ubranych na czarno. Odmówię różaniec. Jestem banitą. Nie marnortawny. Mnie nie wolno żegnać. Mnie tylko wolno się przyglądać. Z daleka. Z bardzo daleka. Nie, niepokojąco. Oko w oko. Nie za oko. Bo nie mam już wuja w trumnie, bo to nie mój wuj. Bo nie mam rodziny, jak powiedziała mi, dla mnie, robacza matka. Jestem najstarszy. Teraz. Prawem, którym się kierujemy. Rodzinnym. Mógłbym tam napluć każdemu, gdybym, bym chciał, nie chciał. Matce przed buty, stopy. To taki germański gest. To ja mam prawo. Nasze prawo. Ona nie ma nic. Nawet prawa do mojego, nie mojego pobratymca. Który jest Tam. Niech się udławi. Ciężkością pokoleń. To ja niestety jestem szafarzem. Naszych wspomnień i Marsa. Musiałem być im równy. Targowicy i Barskiej. 1772. Ja w dwóch. Tamci, mam w żyłach ich, podwójną krew. Urodzony w tej niemal sekundzie, gdzie wahał los. Polski. Mój los.

Chmury są pistoletowe nade mną. Wiele wystrzałów. Wali jak z armaty. A to tylko natura. Szaro błękit. Nie pozazdroszczę Grekom konia. Troja to nie ja. Nawet wieńca nie chcieli mojego kupić, dla Adama. Śp. Kiedyś i ja umrę. Pewnie samotnie. Mam zawsze przy sobie dowód. Wolę imiennie. Niż NM. A takich są tysiące. NM. NK. Ustawionych w eleganckie rządki. Czekających. Tu, nie tam. Grobów.

Kategorie
Toksyczny Toksycznym

Dla Niewidki. Blogerki, która mnie czyta. Jak ja ją. Też i Was

Musisz sobie pozwalać. Na wszystko. Jestem Anonimem, bo zna mnie zbyt wiele osób. Niekoniecznie polskich, pierdolonych celebrytów. Znam ludzi, którzy tworzą i tworzyli kulturę, czyli znałem, w Europie i może nawet, w całej tej kurwiarni, zwanej Ziemią. Nie kawiarni. Pod Globusem. Albo Gruszką. Wiem gdzie rodziła się giełda. Wiem, skąd bierze się blichtr i pieniądz. Załamywali nade mną ręce. Marnuje się talent! No i co? Poza talentem trzeba mieć, do Sztuki sprzedawalnej, wysiedzianej, wygranej, wypisanej, wymalowanej, wymyślonej, jeszcze jakieś coś. To coś sprawia, że albo jesteś tu, z problemami, albo tam, z innymi. Tu nie masz co do garnka włożyć, tam nie wiesz czym zaskoczyć. Ja znam i tu i tam. Wiem i byłem. A ja mam coś innego. Człowieczeństwo. Ułomne i twarde. Nadzieje niespełnione i czasami wymarzone, stające się. Nawet wymodlone.

I wymądrzaj się, ile chcesz i myśl. Nie ma nic ważniejszego niż myśl. Poza słowami. One są myśli krokiem w ludzi i własnego, do siebie gadania. Wolałbym, aby były od czasu do czasu, nie tylko słowami, ale duchowo i ludzko prawdziwymi. I nieco bardzie elokwentne. Mamy miliony słów. Ludzie tutaj nie mają pojęcią kim jestem, wcześniejszym. Teraz jestem z nimi. I jakoś to wiedzą. Nie muszę się starać. I oni też. Nie.

Nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy prawie tacy sami. Ból, nadzieja, słony smak w ustach, gdy dopada nas strach? Krwi, pogryzionych warg? Nie wiem o której osobie pisałaś? Margo, czy Tej? Obie mają się dobrze. Bo to to ja jestem chujem, nie one, w tym samym, chuja pozbawionymi stanie? Jedną odepchnąłem, szukając wytłumaczenia, drugiej tego nie zrobię. A wierz mi, tych jednych było za wiele. O grubo. Te drugie wiedziały. To o czym piszesz. Poruszam nerwy. A Tą kochać zapewnę będę na zawsze.

Nienawidzę nudy. To prawda. Bywam teatralny. To zawsze był mój pot. Potrafię skinieniem głowy zachwycić dziesiątki chłopa na budowie. Szacunkiem i jednym miłym, jak się masz. Intonowanym. Ale prawdziwym. Spokój? A kto jest spokojny? Poza tymi, których rozkłada słodka otchłań?

Mój mały, nie wielki Boże. Nie ten z katedr i obrazów o wymiarach wyjebistych. Tylko ty, malutki mój. Jak moja wiara. Tak się modlę. Taka spotyka mnie, Niewidko, odpowiedź na moje wahania. Rodzina wielka, dobra. Mogłem z niej zrobić pośmiewisko. Wdając się w talent. I wiedzę i czas tamtych. Nie tutejszych. Nie moich. Tu nie ma strzępów. Nie ma interpretacji. Jest życie. Raz w górę, innym w dół. W dole o Boże, w górze boże mój.

I buntuję się. I słaby i silny. Ten motyl jest taki jak Twój. Niewidko.

Kategorie
Toksyczny Życie

Niepokojące wieści

Otrzymałem dzisiaj niepokojące wieści. Mój scenariusz jest za dobry, nie dość toksyczny. Jest o Bośni i moim w niej udziale. Otrzymałem trzy indeksy. Polska, Niemcy, Francja. Reżyseria, o której marzyłem. Ale to było kiedyś. Zrobiłem to z przekory. Złośliwie. Wysłałem. Każdej z szanownych komisji powiedziałem, mając to w niedotartej dupie, że w styczniu na ulicy spałem. Taki wierszyk. Ponury. Widzieliśmy się w warunkach TV. Teatralna reżyseria. Nie ekran. Z Niemcami rozmawiałem w kiblu, tym drugim, o którym pisałem. Z Polakami nad rzeką, dzielącą mój tymczasowy kraj i narkotyczną krainę Niderlandów. Francuzi chuja rozumieli ponad to, że jako katolik nie zgadzam się na Inkwizycję w sztuce. Cokolwiek to w ogóle znaczy. Byłem upalony z lekka. Tyle mniej więcej pamiętam. Twarzy francuskich było najwięcej. Tych etapów było po kilka? Ja nawety nie etapowo. To jak to tak? Dali mi za nic?

Nie no. Krytyka, krytyką. Dobry jest ten scenariusz. Porywa. Mnie samego też. Jest dobry. I pisałem go nocami, po pracy, nie intelektualnej. Też fakt.

I co teraz? Piszę z domu Margo, Gośki. Ekscytacja pełna. Zaraz dostanie sratystycznego orgazmu. Ona kocha Paryż. Zaraz dostanę torsji. Już wiem skąd jej ten akcent erotyczny. Wolałbym Berlin. A skurwysynów nie mogę znieść. Czyta te maile w kółko. Kiwa głową z zadowoleniem. Nie pomyliła się. Jednak mam więcej w sobie niż nic. Patrzy na mnie zza policzka. Kurwa mać. Ledwie na nogi stanąłem. Tak, i nie. Może nigdy się nie ugięły pode mną? Ugięły. Tak się cieszy za mnie, tak szczerzy tymi bielutkimi zębami, tymi cyckami jędrnymi mi skacze. A ja? Nie wiem. Wiem. Nie teraz. Teraz nie mogę. Przepraszam. Odsuń się. Wychodzę. Wytłumaczyłem. Idę do pracy. Kablanej, nieważnej, sranej. Muszę się pozastanawiać.